Przydworcowe

SONY DSC

Ten niewielki kwartał ograniczony z jednej strony gęstym rzędem zwrotnic i torów kolejowych rozpoczynających swój bieg na Zachód, z kolejnej – długim rzędem blaszanych, rdzewiejących garaży, za którymi jest już Kaufland i dworzec autobusowy, potem ulica Bohaterów Monte Cassino przechodząca płynnie w Łomżyńską, dochodzącej do ulicy Kopernika, gdzie wszystko się zamyka.

To ostatnie takie miejsce w Białymstoku. W mieście, które nigdy nie było Wiedniem, choć z uporem próbuje się z niego robić kolejne niemieckie duchem i wyglądem miasto. Niby polskie, ale tak naprawdę obrzydliwie czyste, straszliwie bezpieczne, przerażająco wygodne i do obrzydzenia, do wyrzygania nudne. Nie znoszę takich miejsc. Każdego dnia w Białymstoku realizuje się koszmar przemiany miasta z krwi, kości, potu i spermy, w miasto sterylności, porządku, nudy, czystości, bezpieczeństwa i rugowania z ludzi wszelkiej spontaniczności i wolności.

Znajomy, który jest drobnym złodziejaszkiem, mówi mi zawsze, żebym nie łaził tam z aparatem na wierzchu, bo mogę wrócić do domu lżejszy o aparat, komórkę i pieniądze w portfelu.

SONY DSC

„Można stracić dyszkę, można i jedynkę” – mówi, a ja właśnie dlatego tam chodzę. Wszystkie domy w tym kwartale pamiętają pewnie co najmniej lata 60-te, a całe to miejsce jest prawie dokładnie tym Białymstokiem, w jakim wychował się mój dziadek i ojciec.

Dziadek dorastał się w drewnianym domu przy ulicy Południowej na Nowym Mieście. Ten dom już nie istnieje, a dookoła stoją już bardzo nowoczesne wille. Dzieciństwo mojego ojca przypadło na lata 60-te XX wieku. Mieszkał z rodzicami w powojskowych barakach na dzisiejszych Piaskach, gdzieś między ulicami Plutonową a Wojskową. Jest tam teraz wielki szpital i bloki.

SONY DSC
Kiedy mimo ostrzeżeń kolegi-złodzieja łażę między tymi na wpół opustoszałymi domami, przy których rosną sady, a przy płotach stoją drewniane kible, kiedy mijam szwendających się w te i we wte bezdomnych z pobliskiej noclegowni, kiedy co chwila wpadam po kostki w zabłocone muldy, kiedy czekam, aż ktoś mnie w końcu zaczepi i zapyta, co tu robię, myślę, że to ostatnie miejsce przypominające miasto mojego dziadka i ojca. Czegoś tu tylko brakuje.

Brakuje mi tych wyrostków stojących na rogu, żądających papierosa za wstęp na dzielnicę. Brakuje mi sąsiadów stojących przy płocie, opowiadających dowcipy o Żydach. Brakuje mi Cyganów chodzących od domu do domu z akordeonem. Brakuje mi rozpijania wódki pod słoninę na okoliczność urodzin jakiegoś Henryka albo Mirosława. Brakuje mi młodocianych podrostków próbujących wyciągnąć portfel z kieszeni przypadkowego przechodnia. Brakuje mi, przyrzekam, że nie kłamię, nawet tych typów z Przydworcowego, przed którymi ostrzega mnie zawsze kolega złodziej, że mnie na pewno skroją.

SONY DSC
To życie można już sobie tylko wyobrażać. Została sceneria, ostatnia ocalała scenografia prawdziwego miasta środkowo-wschodniej Europy. Takiego, w którym mieszkali ludzie różnych religii, narodowości i poglądów politycznych. Czasami się kochali, ale częściej nienawidzili. Kłócili się między sobą, czasami nawet jeden drugiego ciapnął nożem, szydzili z siebie, separowali się i podkreślali różnice między sobą. Kiedy trzeba było załatwić jakiś interes, załatwiali interes. A jak zdarzyła się niefortunnie miłość między Polakiem a Żydówką, próbowali do tego nie dopuścić, a potem, mimo wszystko, odpuszczali.

SONY DSC

Przy Stołecznej, Grunwaldzkiej i Stołecznej żyją jeszcze jacyś ludzie. Z kominów pyka od czasu do czasu jakiś dym. Sikorki przylatują po zawieszoną na sznurkach słoninę. W oknach niektóre szyby stają się chwilami niebieskie od telewizora. Zastanawiam się, jak oni potrafią żyć w tym mieście, które zmienia się w ponury koszmar zgodny ze standardami Unii Europejskiej. Za każdym razem, kiedy tam jestem, myślę o takiej starej kobiecie, która wyglądała zza okna, gdy robiłem jedno z tych zdjęć. Myślę o tym, jak po rozpaleniu w piecu kaflowym, wychodzi każdego ranka na wyprawę po bułki i salceson do Kauflandu, którego parking graniczy z jej ogrodem obrośniętym agrestami, papierówkami, mirabelkami i węgierkami.

SONY DSC

paint

Reklamy

O tym, jak nie znalazłem Wierszalina

SONY DSC

Stolica nie musi być największa. Stolica musi być spektakularna. Warszawa to miasto wielkie powierzchnią i liczbą ludności, ale małe duchem i pod żadnym względem niespektakularne.

Dla mnie osobiście, stolicą Polski mogłyby być Krynki.

Mogłyby dlatego, że są spektakularne. Spróbujcie wjechać do Krynek od dowolnej strony. Czy to od Supraśla, czy od Jurowlan, czy też jadąc z Grodna albo z Kruszynian, a także piaszczystym leśnym traktem z Gródka przez katolicką dzielnicę, obok kościoła i cmentarza.

Z którejkolwiek strony nie wjeżdżalibyście do Krynek, powita Was zapierający dech w piersi skyline miasta. Szeroka perspektywa, w której znajdą się mniejsze i większe domy, kościoły, cerkwie, istniejące i nieistniejące synagogi. Jadąc do Krynek z Supraśla zobaczycie po prawej zabudowania dawnej dzielnicy fabrycznej, gdzie kiedyś dziesiątki garbarni uczyniły to miasto europejskim potentatem w branży. Jeszcze bliżej zobaczycie pozostałości zespołu pałacowego, po którym pozostał już tylko park i kilka cegieł. W tle, za nim, pozostawiony nieco na uboczu – neogotycki kościół katolicki i cmentarz. W samym centrum widać cerkiew i zieloną plamę największego rynku w tej części Europy. Na wzgórzu, jeszcze przed granicą, jest wzgórze z żydowskim cmentarzem, za którym jest prawosławny cmentarz. A już skrajnie po lewej – krynieńskie blokowisko przy drodze na Jurowlany.

SONY DSC

Kiedy się wjeżdża do Krynek, panorama tego miasta daje wyobrażenie, że oto wjeżdżamy do miasta z wielowiekową tradycją. Żadne tam Marki czy inne, zdychające od smogu i dymu Piaseczna, przez które przejeżdża się jak sardynka w wielokilometrowych korkach. Krynki witają przyjezdnych z daleka piękną, szeroką i dumną panoramą. To wielkie miasto. I z każdej strony wygląda ono spektakularnie.

Jak się jest w Krynkach i ma się trochę czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę czasu, koniecznie trzeba napełnić butelki wodą mineralną, która tutaj płynie z ogólnie dostępnego ujęcia, a także zjeść kawałek kiszki w gospodzie „Pod Modrzewiem”, położonej przy trzecim z jedenastu zjazdów z monumentalnego krynieckiego ronda. A jak się ma trochę więcej czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę więcej czasu, trzeba pojechać do Wierszalina.

Od kiedy przyjechałem tu którejś zimy, podążając za Polonezem takiego jednego popieprzonego pozytywnie doktora, zawsze wracałem do Wierszalina na wyczucie. Na żadnej nawigacji nie ma ani Wierszalina, ani Kolonii Leszczany, ponoć oficjalnej nazwy tego miejsca. Teraz, kiedy siedzę przed ekranem, oczywiście znalazłem tę małą plamkę wśród lasów, ale dzisiaj krążyłem po tych lasach i za nic nie mogłem znaleźć tej leśniczówki przy drodze na Leszczany, gdzie trzeba skręcić i dalej jechać kawałek przez las, by po lewej stronie znaleźć tę polanę. Stoi tam jeden dom i stodoła. W tym domu miał ponoć miejszkać Ilija ze swoimi dwudziestoma kochankami, a na tej stodole miał być ponoć powieszony na krzyżu, aby ponowne przyjście Mejsasza stało się ciałem. Nie stało, bo prorok, usłyszawszy, że jego wyznawcy chcą go przybić do krzyża, najpierw schował się w ziemiance na kartofle, a potem uciekł do Związku Sowieckiego, pozostawiając tysiące swoich wyznawców w oczekiwaniu na ponowne przyjście

Bo wcześniej Ilia był zwykłym chłopem, który zdobył uznanie lokalnej społeczności tym, że zatłukł drewnianym kołkiem okolicznego bandytę szerzącego strach wśród ludzi. Postanowił, że wykorzysta moment sławy i ogłosił się Mesjaszem. Umożliwiło mu to sławę sięgającą miejscowości odległych nawet o sto kilometrów, co w czasach bez, radia i telewizji oznaczało fejm spektakularny. Były lata 30-te XX wieku. Ilja głosił, że koniec świata się zbliża nieubłaganie, a w tym miejscu, którego wczoraj po raz pierwszy nie znalazłem, będzie nowa stolica świata – Wierszalin. Kazał oddawać ludziom pieniądze na budowę świątyni, a co ładniejszym kobietom nakazał mieszkać w swoim domu.

– Te jego kobiety mają niebieskie wstążki – powiedziała stara kobieta sprzątająca grób na cmentarzu w środku lasu, gdzie Ilja zbudował cerkiew dla swojego kościoła – a ten Bazyl, co tutaj leży, tak pięknie śpiewał, mama mi opowiadała.

Rzeczywiście, kilka nagrobków na cmentarzu w lesie opodal Grzybowszczyzny ma niebieskie wstążki. To kobiety, które w latach 30-tych XX wieku miały 20-25 lat. Cmentarz jest zadbany, trawa przystrzyżona, a zbudowana przez Eljasza cerkiew służy teraz prawosławnym, choć skonfliktowany z kościołem ortodoksyjnym prorok przekazał ją w złośliwości katolikom.

SONY DSC

To wszystko, o czym piszę i gdzie wczoraj byłem, odbywało się w wielkim lesie, otulającym Krynki od południa i zachodu. Nie ma tam asfaltowych ani brukowanych dróg. Jeździ się po piasku, błocie albo śniegu. Patrząc nań z góry widać wielkie plamy zieloności, w których gdzieniegdzie chowają się ludzkie osady, w których żyją ludzie utrzymujący się ze zbierania runa leśnego.

W Grzybowszczyźnie mieszkają jeszcze wnuczki tych kobiet, które mieszkały z Ilją. Niewykluczone, że któreś z nich to również jego wnuczki. Wyznają potajemnie kult swojego dziadka, a podczas nabożeństw stoją w ostatnim rzędzie, bo kult Ilji został oficjalnie potępiony.

Latem do domu Ilji przyjeżdżają młode kobiety z Warszawy. Miejscowi chłopi, mówiąc żonom, że idą na grzyby, podchodzą pod tę polanę i z krzaków podglądają, jak dziewczęta ze stolicy biegają nago po  łące, która miała być centrum świata.

 

Lwów

DSCF2538To był luty. Dotarliśmy do Lwowa dopiero wczesnym wieczorem. Jechaliśmy z Bieszczadów. Chciałem przekroczyć granicę w Krościenku i pojechać przez Homel, ale przejście było zamknięte. Dosłownie. Biało-czerwony szlaban i nikogo, kto mógłby cokolwiek powiedzieć.

Pojechaliśmy więc w stronę Przemyśla, przez Birczę. Za miastem, na szosie nr 28 w stronę Medyki widać już było samych przemytników. Wlekące się z trudem passaty kombi z przerobionymi zbiornikami i śmigające między nimi skutery, którymi gówniarze przewożą przez granicę po 4 paczki fajek, kilkanaście razy dziennie.

Nie staliśmy tam długo, a potem wjechaliśmy na Ukrainę. Były tam dziesiątki, setki pstrokatych szyldów reklamujących sklepy z papierosami i asfalt tak dziurawy, że przechodziło to wszelkie pojęcie.

I patrol drogówki, który nas zatrzymał gdzieś kawałek za Mościskami. Machnęli brudnym lizakiem. Zatrzymałem się. Obejrzeli dokumenty. Kazali otworzyć bagażnik. Największy z nich podszedł do mnie i powiedział, że należy się 10 dolarów podatku. – Jakiego podatku? – Klimatycznego. – Nie ma żadnych podatków klimatycznych. – Pokaż, czy masz gaśnicę. – Pokaż apteczkę. Bieżnik w oponach w jakim stanie?

Powiedziałem mu, że może sobie sprawdzać, ile chce. Auto jest w porządku, a my chcemy jechać do Lwowa. Postał jeszcze chwilę i zirytowany oddał mi papiery. Pojechaliśmy dalej.

No i wjechaliśmy do Lwowa. Człowiek, który miał nas przenocować, powiedział przez telefon, abyśmy czekali na niego przy operze. To sam środek miasta. Z trudem znalazłem miejsce do zaparkowania. Po chwili podszedł do auta mężczyzna w grubym mudurze i wielkiej sowieckiej czapie. Z jego ust wydobywały się obłoki pary. Mówi, że należy się opłata za parkowanie. Płacę 15 hrywien, a on daje mi jakiś druczek wypisany cyrylicą.

Czekamy na pana Stanisława. W końcu przyjechał. Pokazałem mu ten druczek do parkowania, a on się tylko zaśmiał. Przebieraniec w mundurze wyłudził ode mnie hrywny i w zamian dał mi druk z pralni.

Jechaliśmy zatłoczonymi ulicami Lwowa, gdzie ruch uliczny regulują nie przepisy kodeksu, ale refleks i odwaga. Mijanie się na centymetry, bezustanne używanie klaksonów, wpychanie się z podporządkowanej. Wszystko to podobało mi się coraz bardziej. Jeszcze bardziej podobało mi się, kiedy pan Stanisław polecił mi, żeby wjechał ostrzej z podporządkowanej, bo “jak zobaczą, że Lach jedzie, to za Chiny Ludowe nie wpuszczą”.

Zakochałem się wtedy we Lwowie po raz kolejny. Miasto, w którym nigdy nie wiesz, co ci się przydarzy. W którym ludzie handlują czym popadnie, a jedzenie sprzedawane jest wprost z ulicy. Pierożki, zapiekanki, langosze, hot-dogi. Kawa lub czaj pite z plastikowych kubków, które pod wpływem wrzątku rozpuszały się w rękach, a gorący płyn parzył w dłonie.

Byliśmy tam dwa dni, a potem musieliśmy wracać. Nie mieliśmy nic ze sobą, ale perspektywa drobiazgowej kontroli nie nastrajała nas optymistycznie. Przed granicą w Hrebennem kupiliśmy od babuszki prażone pestki. Ukraiński pograniczki strasznie mnie zbluzgał za to, że wyszedłem z auta. Myślałem, że za chwilę będzie źle. Po chwili podszedł celnik, zerknął na tylne siedzenie Toyoty, zobaczył gitarę w pokrowcu, powiedział: “a, studienty” i kazał jechać dalej. Już dawno nie byłem wtedy żadnym studentem.

Wjechaliśmy do Polski. Za chwilę był Tomaszów Lubelski i Zamość. W tamtejszym pięknym rynku jedliśmy pizzę w czystej i ładnie urządzonej restauracji, a mnie się zachciało pierożków ze stalowej budy obok lwowskiego dworca.

Tomasz Konatkowski – Przystanek śmierć

Przystanek śmierć - Tomasz KonatkowskiGotów jestem zaryzykować tezę, że debiutancka książka Konatkowskiego nie jest kryminałem w ścisłym sensie tego słowa, a jeśli już nim jest, to stanowi on swoistą narracyjną przykrywkę dla pisarskich potrzeb innego rodzaju. Żywiołem pisarza nie jest ani zaskakująca kryminalna fabuła, ani dialogi. Te ostatnie drażnią nawet niekiedy swoją drewnianą konstrukcją.

Z tychże powodów podjęcie tej kikusetstronnicowej lektury zaczyna się od obawy, czy aby te kilkanaście godzin nie będzie czasem zmarnowanym. Szybko jednak okazuje się, że “Przystanek śmierć” to napisana z encyklopedyczną dbałością o szczegóły powieść o współczesnej Warszawie.

Postać głównego bohatera jest nudna. Komisarz Adam Nowak jest pozbawionym jakichkolwiek ekscentryczności facetem przed czterdziestką. Oczytany i osłuchany, zainteresowany Warszawą, zmaga się ze swoją własną smugą cienia. Prowadząc drobiazgowe śledztwo poszukuje bandyty grasującego na warszawskich przystankach tramwajowych. Dochodzenie jest wielowątkowe, pełne ślepych uliczek, fałszywych tropów, słowem, nudne.

Konatkowskiemu udaje się pogodzić niewiarygodną wręcz drobiazgowość opisu policyjnych procedur, szczegółów warszawskich przestrzeni, współczesnej obyczajowości, asorytymentu sklepów, zawartości albumów z muzyką, z nie dającą możliwości nudy wartkością akcji. Nie jest to naturalizm rodem z “Pittbulla” – funkcjonariusze z książki Konatkowskiego przeklinają raczej rzadko, przestrzegają procedur, a prawo łamią tylko nie płacąc abonamentu RTV. Są to raczej skromni ludzie, zarabiający grosze i jeżdżący do pracy komunikacją miejską, prowadzący w zasadzie nudne życie, jak większość Polaków.

I właśnie to stanowi o atrakcyjności “Przystanku śmierć”. Autorowi udało się skleić w całość: przewidywalne i nużące postaci żyjące w szarym mieście pełnym szarych ludzi, zwykłe dochodzenie, które nie przebiega w żaden spektakularny sposób, w bardzo atrakcyjną całościowo opowieść o współczesności.

Zapiexy

DSCF1430 W Grajewie, przy głównej ulicy miasta, jest Zakład Gastronomiczny “Pizzeria”. W eklektycznym wnętrzu są trzy stoły i trzy wielkie automaty dla powiatowych hazardzistów. Można tam poprosić o piwo z nalewaka za pięć złotych, kwaśny jak licho żurek. Pizzy nie mają, ale za to słynne są ich “zapiexy”. Zapiexy to zwyczajne zapiekanki ubrane w niezwyczajną nazwę.

Zdjęcie przedstawia wejście do Pizzerii w Dukli. Dukla to małe beskidzkie miasto, rozsławiome przez Andrzeja Stasiuka, który poświęcił mu swoją najlepszą książkę. Na samym środku dukielskiego rynku stoi nieproporcjonalnie wielki, barokowy ratusz. Wygląda jak wielki, najedzony, śpiący niedźwiedź otoczony skromną, nieśmiałą architekturą małych kamienic.

Te wszystkie małe miasta powiatowe mają w sobie coś absurdalnego, nie pasującego do reszty, coś nie a propos. Wielkie rondo w Krynkach z jedenastoma odnóżami, bizantyjski ratusz w Michałowie, smutny i opuszczony dworzec kolejowy w Grajewie, transformatorownia w polu pod Knyszynem, wielki, pusty plac w Tykocinie, albo ten równie nieproporcjonalnie wielki dworzec w Bielsku Podlaskim, na którym zawsze wieje wiatr i jest zimno, nawet w środku lata. Na tym dworcu pekaesy zawsze robiły dziesięciominutowe przerwy, podczas których kupowało się zapiekanki z pieczarkami i keczupem w budach, których już nie ma. A jeśli są, to na pewno sprzedają tam zamiast tych zapiekanek kebaby i tortille.

Mógłbym tak wymieniać bez końca. Te urocze próby nadania wielkomiejskości na wszystkich prowincjach świata nie przestają mnie fascynować. W Grajewie, Bielsku Podlaskim, Michałowie, Krynkach albo Tykocinie dzieje się wszystko, co powinno człowieka interesować. Wszystko, co zasługuje na uwagę. Wszystko, nad czym trzeba się pochylić. Wszystko, na co warto patrzyć i czego warto słuchać.

Mieszkańcy ostatnich drewnianych domów w mieście

DSC02506

Kilkanaście lat temu całe miasto pełne było jeszcze takich miejsc. Walących się, opuszczonych drewnianych chat. Przy tych chatach były zdziczałe sady: rachityczne, powykręcane na wszystkie strony, chylące się ku ziemi gruszki, jabłka, czasami agrest. Miesca po grządkach, na których uprawiano marchewkę, groszek, sałatę, słodkie truskawki i pomidory, już dawno zarosły, zostały przydeptane i zasikane przez psy i przypadkowych przechodniów.

Porozrzucane w nieładzie deski zdradzały pozostałości po przydomowym chlewiku. Czasami widać jeszcze ślady po ścieżkach prowadzących z domu w różnych kierunkach. Najczęściej pozarastała je wysoka jak zboże trawa, w której połyskują okruchy butelek, papiery, ekskrementy i inne skarby niczyjej przestrzeni.

Niedaleko bloku, w którym mieszkałem, w samym środku osiedla z azbestowych płyt, zachowały się te ogrody i opuszczane z wieloletnim opóźnieniem drewniane domy. Kradliśmy z niepilnowanych przez nikogo sadów zielone jabłka i niedorzałe gruszki. Pamiętam też stojące między tymi blokami amatorskie ziemianki, usypane przed wieloma laty, w któych przechowywano mięso, ziemniaki i przetwory, a potem zamieszkały w nich bezpańskie psy.

Ostatni mieszkańcy tych domów, stare małżeństwa albo wdowy, nie pasowali do atakującej ich z każdej strony nowej przestrzeni i nowych ludzi. Byli mieszkańcami suburbiów, co prawda nie mieszczanami z krwi i kości, ale ludźmi związanymi z krwioobiegiem miasta, sprzedającymi miastu to, co udało mu się wyprodukować, odwiedzający miasto od czasu do czasu. Ich nowymi sąsiadami byli przybysze z prawdziwej, autarkicznej wsi, którzy dokonali największego w ich ograniczonej ambicji awansu społecznego. I teraz patrzyli ze swoich balkonów na chylące się ku upadkowi chaty i ich ostatnich mieszkańców z pogardą i wyższośćią.

Te ostatnie ślady wiejskich Dziesięcin, Białegostoczku, Bojar, Chanajek, Piasków i Nowego Miasta już dawno zniknęły za parawanem nowego budownictwa z cegły i sajdingu. Trawią je przypadkowe pożary, okupują je dzieciaki bawiące się w syryjskie i egipskie powstania i kloszardzi odbywające tam alkoholowe sesje połączone z noclegiem.

Pamiętam, jak mam 10 lat, krótkie spodnie i sandały, a czerwcowa trawa sięga mi do nosa. Przedzieram się przez nią i jak mały odkrywca eksploruję niezbadane obszary tych starych ogrodów, omijając porozrzucane deski z wystającymi, pordzewiałymi gwoźdźmi. Zaglądam w powybijane okna tych domów, gdzie leżą rozprute wersalki i straszą kaflowe piece, wciągam do nosa mieszankę spalenizny i stęchlizny, po drewnianych, skrzypiących schodach wspinam się na poddasze, gdzie w wielkiej zmurszałej skrzyni odkrywam kolekcję przedwojennej literatury rewolucyjnej dla młodych komsomolców.

Nad Niemnem

W takie lipcowe wieczory grodzieńska młodzież przychodzi nad Niemen, siada na zboczu skarpy i patrzy, jak płynie rzeka. Niemen przepływa przez miasto głębokim korytem. Po zmroku każda ławka, każdy dojazd do rzeki, każde miejsce, gdzie można usiąść, oblegane jest przez białoruskie dziewczęta i białoruskich chłopców. Ci, którzy przyjechali tutaj autami, puszczają głośno polskie gwiazdki pop. Piją piwo z plastikowych butelek, mówią sobie żarty i głośno się śmieją. Zielone zbocza nad Niemnem żyją przez całą noc gwarem wakacyjnych imprez na świeżym powietrzu. Tak samo jest w centrum. Grodno tętni życiem przez całą dobę. Studenci pierwszego roku szkoły teatralnej wyskakują z niebieskiego trolejbusa gdzieś w okolicachbarokowej katedry św. Franciszka. Tuż obok, idąc w stronę czołgu na betonowym cokole, znajduje się jedyny w mieście całodobowy sklep, zaopatrzony jak przystało na europejskie miasto. W tym miejscu umówisz się na spotkanie, poznasz nowych ludzi, zasięgniesz wszelkiej rady i pomocy. Obok, wprost z metalowego wózka, starsza pani sprzedaje białoruskie pierożki z grzybami i kapustą. Jest głośno i chaotycznie. Wolność jest tuż za rogiem.

DSCF3462_edited