Codziennik 144 – Piąte urodziny

SONY DSC

Dzisiaj piąte urodziny mojego syna. Trzecie bez ojca. Nie wiem, jak Mu kiedyś wytłumaczę, że nie mogliśmy ich spędzać razem bez używania złych słów wobec jego bliskich. A tego na pewno nie zrobię.

Codziennik 143 – Klakson

Mój syn jakoś podskórnie, genetycznie, przejął ode mnie uwielbienie dla samochodów. On uwielbia jeździć autem, a przynajmniej uwielbiał to wtedy, kiedy mogłem mu serwować przejażdżki po okolicach. Nie wiem, jak jest teraz.

Zna się na samochodach jak mało kto.

Nie dorastam mu do pięt.

Nie interesuję się jakoś przesadnie motoryzacją w sensie technicznym, ale kocham ten sposób przemierzania przestrzeni. Szybszy i wygodniejszy niż spacer i jednocześnie nie tracący kontaktu z przestrzenią, jak podróż samolotem. Wolny, liberalny, bo dostępny dla każdego za niewielką cenę.

Wiem, że on kocha to tak samo jak ja. Wsiąść w samochód i pojechać przed siebie. Skręcić w którąś z bocznych dróg. Zgubić się. Szwendać się po bezdrożach. Dojechać tam, gdzie ludzie wychodzą na środek drogi z ciekawości, kto się tu zabłąkał.

Słuchać ulubionej muzyki.

To okolice Krynek. To brzegi Narwi. To całe dorzecze Biebrzy. To droga z Dolistowa do Sztabina. To carska trasa przez bagna. To zadupia między Sokółką a Czarną Białostocką. To Lipsk.

Znam te trasy, te miejsca znam na pamięć.

Lepszy remis….

IMG_20200110_111837-02

W latach 90. ubiegłego wieku miałem kilkanaście lat i byłem ultrasem Bociana Boćki. Miałem klubowy szalik, kolegów z trybun i kilkadziesiąt wyjazdów na koncie. Do Chojewa, Andryjanek, Gredel, Dziadkowic, Żurobic, a nawet do samego Brańska.

To były piękne, chuligańskie czasy.

Najlepiej pamiętam wyjazdowy mecz z Narwią Narew. To było bardzo gorące lato. Wszyscy mieszkańcy Bociek chłodzili swoje dupy w Nurcu, a my z wujkiem Jarkiem pojechaliśmy na mecz do Narwi. Oni byli wtedy liderem klasy B, my byliśmy na trzecim miejscu. Z Bociek pojechaliśmy niebieskim Oplem Astrą wujka Jarka. Wiadomo było, że na trybunach będzie nerwowa atmosfera. Narew nie lubi Bociek od zawsze. Zawsze się sprzeczali, które miasto jest starsze i w którym jest lepsza jakość powietrza.

Weszliśmy na stadion kilka minut po pierwszym gwizdku. Przywitały nas groźne spojrzenia. Jeszcze gorzej się zrobiło, kiedy kilka minut przed końcem pierwszej połowy napastnik Bociana Józef Jaszczołt, po świetnym dośrodkowaniu Mietka Rymansa, ustalił wynik na 1:0 dla nas. Nasz napastnik wyleciał w powietrze jak bocian. Zatrzymał się na chwilę w przestworzach, spojrzał na nadlatującą futbolówkę i uśmiechnął się do siebie, bo wiedział, co się za chwilę wydarzy. Bramkarz Narwi tylko patrzył, jak piłka przelatuje obok niego i ląduje w siatce.

W przerwie, podszedł do nas niejaki Sadowski, syn wójta, pseudonim Ancut. Chłop dwumetrowy, z ogorzałą twarzą i dłońmi wielkości cygańskiej patelni.

– Wyrucham was, jak to wygracie – powiedział przez zęby.

– Nie wiedziałem, że lubisz chłopców – odpowiedział wujek Jarek, patrząc mu prosto w oczy i dopijając zieloną butelkę Herbowego z dojlidzkiego browaru.

Zrobiło mi się gorąco.

Rozpoczęła się druga połowa.

Bocian wytrwale się bronił. Z każdą minutą wokół ławki, na której siedzieliśmy z wujkiem Jarkiem, gromadzili się kibice Narwi. Niby od niechcenia rzucali w naszym kierunku obraźliwe spojrzenia i uwagi. Byliśmy dwuosobową grupą wyjazdową na terenie znienawidzonego przeciwnika. Byliśmy gotowi na bezpośrednie starcie. Jak zwykle, bo nas, fanatyków Bociana, nienawidzono wszędzie w dolinie Narwi.

Obrońca Jakubowski z pasją przerywał każde dogranie w pole karne. Błyskotliwy pomocnik Głowacki przetrzymywał piłkę kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Bramkarz Michał Chłód kilka razy uratował nas od nieszczęścia genialnymi robinsonadami.

– Wyrucham was – krzyknął z niedaleka wielki Ancut, kiedy zbliżała się 80. minuta spotkania.

Wujek Jarek otworzył kolejne Herbowe i wziął łyka.

Nadeszła 90. minuta. Sędzia nie chciał kończyć spotkania. Kilkadziesiąt sekund później wydarzyła się tragedia. Osmólski stracił głupio piłkę w środku boiska. Próbował mu pomóc Jurkowicz, ale piłkę przejął pomocnik przeciwników i długim przerzutem skierował do konusowatego Martyniuka. Ten podbiegł z piłką kilka metrów i zdecydował się na strzał.

Brakowało kilku centymetrów, aby nasz bramkarz wybił piłkę za boisko.

Ta jednak zatrzepotała w siatce. Cała Narew wybuchnęła radością.

Było 1:1.

Cieszyła się cała Narew, tylko nie wielki Sadowski.

– I tak was wyrucham – krzyczał i biegł w naszą stronę.

Wujek Jarek odstawił niedokończoną butelkę Herbowego na trawę.

– Nic tu po nas – powiedział.

Skierowaliśmy się ku rżysku, na którym stał Opel Astra wujka. Skierowaliśmy się tam biegiem.

W tylnym lusterku widziałem biegnącego i krzyczącego coś w naszym kierunku Ancuta, gdy wujek ruszał buksując kołami w mokrej ziemi. Widziałem czarną ziemię spod kół naszego auta trafiającą na ogorzałą z alkoholu twarz Sadowskiego.

Kiedy mijaliśmy Tyniewicze Duże, wiedzieliśmy, że Sadowski nas już nie dogoni.

Wtedy wujek Jarek włączył w aucie kasetę Depeche Mode. W głośnikach zabrzmiało „I just can’t get enough”.

– Powiem ci coś ważnego Radku – powiedział wujek Jarek przyciszając głos Davida Gahana.

– Słucham, wujku.

– Lepszy remis, niż w dupie penis.

Resztę drogi do Bociek spędziliśmy milcząc.

 

Codziennik 142 – koncerty zza ściany

Kiedy się tutaj wprowadzałem pięć lat temu, za ścianą dziewczyna grała godzinami, po tysiąc razy nudne gamy na flecie. Postanowiłem, że nie będzie mi to przeszkadzać. I teraz z przyjemnością gaszę radio i słucham tego, co tam wyprawia, bo jest naprawdę dobra.