Gospoda „Pod Modrzewiem”

W Krynkach, liczącym ponad dwa i pół tysięcy mieszkańców zapadłym podlaskim miasteczku bez praw miejskich, jest tylko jedno miejsce, gdzie można coś zjeść. Gospoda „Pod Modrzewiem” mieści się przy jednej z dwunastu uliczek odchodzących od monumentalnego biorąc pod uwagę wielkość miejscowości rynku.

To przestarzały peerelowski pawilon, z wylanymi betonem schodami i dużymi oknami wychodzącymi na porosły drzewami rynek. Wnętrze stanowi duża, remizowa sala, na której stoi kilka szerokich ław i stołów. W głębi ustawiono wysłużony stół bilardowy. Bar, widać że niedawno odnowiony, próbuje nawiązywać do stylu wiejskich dyskotek polsko-białoruskiego pogranicza. Dużo luster i srebra, przy ladzie krzesła barowe obite skóropodobną skają.

Duży „Żubr” z nalewaka kosztuje tu dwa sześćdziesiąt. Frytki – niecałe złoty pięćdziesiąt, a porcja ruskich pierogów – około trzech. Można zamówić obiad z piwem za niecałe dziesięć złotych i obserwować życie mieszkańców tego pożydowskiego miasteczka. Przy jednym ze stolików trzech mężczyzn przy pół litrze „Starogardzkiej” i śledziach w oleju opowiada o przygodach ze służbą celną. Jesteśmy jakieś dwa kilometry od białoruskiej granicy. Ekspedientka, przysłuchująca się rozmowie, stanowczo protestuje słysząc utyskiwania na „ruskich”. My tu ze sobą żyjemy i musimy się kochać, nie nienawidzić – mówi zdecydowanym głosem. Mężczyźni śmieją się z pobłażaniem i po chwili chwiejnym krokiem opuszczają gospodę.

W głębi sali trzech młodych mężczyzn gra w bilard. Nie wiadomo dlaczego, nagle jeden z nich zaczyna śpiewać: Ta ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy, dzisiaj się rozejdziemy, na wieczny czas. Na sali rozlega się śmiech. A mnie przypomina się scena z „Listy Schindlera„, gdzie to ponure i straceńcze tango śpiewa Jacek Wójcicki.

Piosenka o rozstaniu na zawsze. Skomponowana przez Jerzego Petersburskiego, kompozytora pochodzącego ze starej klezmerskiej rodziny Melodystów, piosenka, do której tekst napisał Zenon Friedwald, a którą wykonywał Mieczysław Fogg, odznaczony tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Piosenka, określana mianem „tanga samobójców”, była przecież jednocześnie antycypacją żydowskich artystów tego, co wydarzyło się temu narodowi kilka lat później. Piosenka ta została zaśpiewana przy stole bilardowym w centrum miasta, które przed wojną było lokalnym centrum handlowo-kulturalnym Żydów całego regionu. Kryniecka gmina żydowska była większa od gminy białostockiej. Wszystkich mieszkających w Krynkach Żydów wywieziono do Treblinki w 1943 roku.

Ta ostatnia niedziela zabrzmiała złowrogo. Ale o tym pomyślałem dopiero, gdy wyszedłem na mroźny kryniecki rynek. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nieświadomość, ciężar niektórych słów, sprawiły, że lekki, niezobowiązujący swojskością nastrój prowincjonalnego baru z piwem za dwa sześćdziesiąt nagle prysł. Sprawiły to tysiące nieobecnych żydowskich dusz unoszących się nad tym miastem i gospodą „Pod Modrzewiem”.

Reklamy

Życie w autobusie

Znowu sentymentalnie. To z powodu jesiennej aury, zimy bez śniegu, klasowych spotkań. Podczas niedawnych rozmyślań o tym, co nadać w audycji radiowej, do której mnie zaproszono (szczegółowa relacja tutaj), przypomniałem sobie, jak istotnym elementem codzienności czasów, w których uczęszczałem do liceum, były codzienne podróże autobusem, z białostockich Dziesięcin, zbudowanego na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych socrealistycznego blokowiska, do centrum, na ulicę Pałacową.

Podczas czteroletniej edukacji, zakładając około dwudziestu kilkunastominutowych kursów w obie strony, spędziłem w autobusie białostockiej „piątki” ponad trzydzieści tysięcy minut, co daje ponad pięćset godzin, czyli prawie miesiąc wyrwany z życiorysu.

Do tego należałoby doliczyć przejazdy na uczelnię, byłoby tego drugie tyle. Potem człowiek kupuje samochód, co wydawało się uwalniać go od uciążliwości publicznej komunikacji miejskiej.

Zapomniałem o tym codziennym miejskim zen, zaspanych twarzach w przeludnionych, niedogrzanych pojazdach, oszronionych od wewnątrz tak, że trudno się było niekiedy zorientować, na którym przystanku akurat się jest. Zapomniałem o tych przygodnych, przypadkowych współpasażerach z takimi samymi twarzami, zlewającymi się w jedną, taką samą twarz. Wypadły mi z pamięci te wszystkie barwne rozmowy, kłótnie o miejsce siedzące i utarczki z kierowcami. Straciłem kontakt z rzeczywistością.

Cudowny czwartek

Cudowny czwartek nie dlatego, iżby ten dzisiejszy miał być taki szczególny. „Cudowny czwartek” to nazwa pewnego olśniewającego zjawiska, które przed kilkoma chwilami odkryłem. Rzecz podobno w Poznaniu kultowa, nieistniejąca już. Oczywiście trąci nieco Doorsami, ale trąci pozytywnie, bo bierze pod uwagę polski kontekst.  Podoba mi się strasznie straceńczy nastrój tej muzyki.

Dlaczego nie lubię świąt

Obchodzenie świąt Bożego Narodzenia musi mieć pozytywny wpływ na ludzkie zdrowie, skoro istnieje pozytywna korelacja pomiędzy ilością obchodzonych świąt a dożywanym wiekiem…. To oczywiście gorzki żart, bo w rzeczywistości święta to – jak pokazują badania psychologów – jedno z najbardziej stresujących wydarzeń w ciągu całego roku. Tak, te zbliżające się „krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku” święta to w rzeczy samej najpierw gorączkowe zakupy okupione godzinami spędzonymi w ulicznych korkach i kolejkach do kas w supermarketach. Rwanie włosów z głowy: co podarować osobie, z którą widuję się raz do roku, właściwie tylko przy okazji świąt. No, chyba że wypadnie w międzyczasie jakiś pogrzeb…. Wydawanie pożyczonych na lichwiarski procent pieniędzy, które trzeba potem przez pół roku spłacać. Przygotowywanie „tradycyjnych” trzynastu potraw, których potem nie ma jak zjeść. Aż wreszcie wieczór wigilijny, kiedy trzeba spotkać się i składać życzenia ludziom, z którymi łączą nas często tylko więzy krwi i nic więcej. Próby „personalizowania” życzeń zazwyczaj kończące się sztampowym „Wszystkiego najlepszego, dużo szczęścia i pomyślności”. Babci i dziadkowi wypada dodatkowo życzyć zdrowia, młodszej siostrze sukcesów w nauce, a pracującym „pieniążków” (swoją drogą, dlaczego w Polsce nie mówi się już po prostu „pieniądze”, tylko na każdym kroku słyszy się o „pieniążkach”?). No i te nieszczęsne prezenty: zazwyczaj rzeczy nam całkowicie niepotrzebne, bardzo często utrwalające zaś role społeczne, w jakie nas „wdrukowano” (w moim przypadku w tym roku: czerwone wino i sto złotych polskich). Dziadek dostaje ciepłe kapcie, babcia – termofor, kobieta – kosmetyki, mężczyzna – piankę do golenia…

Po wigilii chodzi się na pasterkę, a około godziny-dwóch po północy osiedlowe sklepy nocne przeżywają oblężenie rodaków, którzy pomimo późnej pory cierpliwie czekają na swoją kolej, by w końcu, dostawszy się do kasy, oznajmić sakramentalne „zero pół”. Od tego momentu rozpoczyna się dwudniowy alkoholowy maraton – dyscyplina, w której Polacy są bezapelacyjnymi mistrzami świata. Po tych dwóch dniach nieumiarkowania w jedzeniu i piciu przez kolejny tydzień trzeźwiejemy, przygotowując nasze żołądki do kolejnej, tym razem sylwestrowej, próby.

Istnieje w Polakach coś w rodzaju narodowej schizofrenii. Z jednej strony święta to czas wyjątkowy i na pozór piękny. Przyozdabiamy nasze mieszkania i domy, śpiewamy kolędy, uśmiechamy się do siebie i życzymy wszystkiego najlepszego. Z drugiej strony boimy się tych dni, a kiedy już nadchodzą, są poważnym stresem i prawdziwym sprawdzianem naszej cierpliwości i mocnych nerwów. Być może dlatego mamy taką skłonność do obfitego przemywania naszych strudzonych i nadwyrężonych dusz alkoholem?

Święta są w Polsce również okresem, w którym bardziej niż przy jakiejkolwiek innej okazji ujawnia powszechny wśród moich rodaków brak jakiegokolwiek poczucia estetyki. Miasta zamieniają się w błyskające dyskoteki, parapety okupują wspinający się po świecących drabinach Mikołaje a ogrodowe krasnale ubierają perwersyjne czerwone kapelusze z upiornie dzwoniącymi na wietrze dzwonkami. W radio didżeje zapętlają „Last Christmas”, a tradycjonalistycznemu narodowi jakoś nie przeszkadza, że śpiewa tę piosenkę zdeklarowany homoseksualista, załatwiający swoje seksualne potrzeby w publicznych toaletach. Jeszcze gorzej jest ze świątecznymi życzeniami: „Niech łaska Boża w te choć mroźne to gorące żarem ludzkich serc dni spłynie na Ciebie i Twoją rodzinę, a dzieciątko Jezus narodzone w lichej betlejemskiej chacie wniesie do Twojego serca radość i szczęście jak ci trzej królowie, którzy idąc za Gwiazdą Betlejemską złożyli Nowo Narodzonemu mirrę, kadzidło i złoto itd…. Horror!

W Polsce świąt nie można nie obchodzić. Są rodzajem zrytualizowanej dobroci, dobroci wymuszonej obyczajem. Są formą społecznej przemocy na jednostce i jak w odniesieniu do każdego przejawu przemocy, należy się jej sprzeciwiać, choć zdaję sobie sprawę, że to walka z wiatrakami.

Myślę też, że najlepszym argumentem przeciwko świętom, jest ta upiorna piosenka i teledysk do niej, który umieszczam zgodnie z wieloletnią tradycją życząc wszystkim wszelkich pomyślności.

III LO w Białymstoku – miejsca

loSala, w której odbywały się lekcje matematyki z Panią Pyć. Niestety nie pamiętam numeru. Jest położona dokładnie na rogu ulic Ogrodowej i Pałacowej. Jako że matematyka w tych czasach śmiertelnie mnie nudziła, siadałem zazwyczaj na pierwszej ławce, przy samym oknie. Ta pierwsza ławka dawała nauczycielce złudzenie zaangażowania w zajęcia, a że Pani Profesor lubiła się przechadzać po sali, można było bez ryzyka obserwować przechodniów wracających z zakupów w PSS Bojary i interesantów ówczesnego prezydenta R. Tura.

Okno i szeroki parapet na pierwszym półpiętrze. Strategiczne miejsce obserwacyjne, trudno dostępne dla tych wszystkich, którzy zbyt późno zareagowali na dzwonek i nie zdążyli w porę go zająć. Miejsce szczególnie upodobane przez skłonne do publicznego eksponowania swoich młodzieńczych uczuć pary.

Cukiernia w obrzydliwym handlowcu (dziś powiedzielibyśmy – galerii handlowej) na rogu Warszawskiej i Pałacowej. Po maturze chodziliśmy tam na kremówki, przed maturą zresztą również. Kremówki i pączki na długich przerwach o 11.20 spożywane były na betonowych schodach, z których roztaczał się widok na przebudowywany w tych czasach monumentalny hotel Orbisu (teraz Gołębiewski)

Kultowe podwórko na tyłach dzisiejszego Martina. Wchodziło się na nie wąskim przejściem obok bardzo tradycyjnego salonu fotograficznego. Miejsce, w którym spotykali się palacze tytoniu. Okupowano piaskownice, murki, drabinki i huśtawki. Okupacja nie podobała się okolicznym mieszkańcom, co powinno dziwić, bo ich wiek wskazywał, że powinni pamiętać o wiele dotkliwsze okupacje. Jako przeciwnik tytoniu nie wiem, kto wrześniowe kampanie o kontrolę nad drabinkami w końcu wygrał. Podejrzewam, że okupant.

Ubikacje na pierwszym (męska) i drugim (damska) piętrze. W tych męskich toalety „polegały” na wydrążonym w podłodze otworze otoczonym dwoma wzniesieniami, gdzie należało stanąć itd… Męskie ubikacje na pierwszym piętrze wsławiły się nieudaną próbą przemycenia po dachu tzw. „akwarium” (o nim poniżej) ściągi podczas majowej matury A.D. 1999.

Akwarium – przeszklony łącznik pomiędzy szatniami a salą gimnastyczną. Podobnie jak parapet na pierwszym piętrze, bardzo dobre miejsce obserwacyjne dla tych, którzy lubili wiedzieć, kto, z kim i dlaczego. Miejsce spotkań, szczególnie kiedy ci, którzy chcieli się spotkać, chodzili do różnych klas. W czasach, kiedy wejście do głównego gmachu od strony dziedzińca było zamknięte, „akwarium” było miejscem, przez które trzeba było przejść, aby się dostać do szkoły lub z niej wydostać. Miejsce rzadko odwiedzane przez „grono”, pomijając nauczycieli wychowania fizycznego. W „akwarium” toczyły się również zacięte pojedynki w pingponga, podczas których mężczyźni, obserwowani dyskretnie przez przesiadujące na parapetach dziewczęta, udowadniali swoją ogólną przydatność, sprawność i spryt.

Schodki za salą gimnastyczną z widokiem na szpital położniczy. Miejsce częstych przedimprezowych spotkań, podczas których, racząc się trunkami, obserwowaliśmy młodych ojców wyczekujących pod oknami szpitala cierpliwie, aby po raz pierwszy, przez okno, zobaczyć swoje nowo narodzone córki i synów. Spędziłem w tym miejscu pół mojej osiemnastki w marcu 1998 roku.

Ian Curtis

Osiemnastego maja 1980 roku, około na ponad dwa miesiące po moim urodzeniu, wokalista zespołu Joy Divistion Ian Curtis, powiesił się na kablu od suszarki. Przed śmiercią obejrzał film Wernera Hertzoga „Stroszek”. Postać to niezwykła. Wokalista zespołu Joy Division – grupy która ukształtowała i wychowała całe pokolenia ludzi, chociaż nigdy nie stała na samym piedestale. To muzyka piękna, a jednocześnie zniechęcająca swoim zimnem i pozornym brakiem czułości. Właśnie na nowo odkrywam Joy Division.

Audycja

Dwunastego grudnia kolega zaprosił mnie do radia. Dostałem do dyspozycji dwie godziny eteru. To był smutny grudniowy wieczór, ponury i śliski zimnym deszczem. Pora i okoliczności, w których nie pozostaje nic innego, jak wyrzucić z siebie żółć, gorzki jad, marazm tego dziwnego czasu, kiedy od skończonych wakacji jest już dalej niż do znerwicowanych polskich świąt.
Piosenki z zapadłych prowincji Mazowsza i Podlasia. Muzyka końca lata, jesiennych depresji, niezdrowych przeciągów, katarów, gryp, tabletek na gardło, dropsów. Muzyka o niewysłanych listach do wakacyjnych miłości, o Miejskich Domach Kultury, przystankach PKS, sklepach z tanią odzieżą i budach z kebabem. Piosenki o prostych emocjach, jesiennych depresjach i młodzieżowym, słodko-gorzkim nastroju. Wesoło-smutne piosenki o marazmie i niedojrzałości.

Mówienie do mikrofonu, kiedy nad głową zapala się lampka „Antena”, ma w sobie coś magicznego. Jesteś Demiurgiem, zmieniasz świat. Mówisz do mikrofonu, a po drugiej stronie tysiące ludzi robią tysiące różnych rzeczy. Ty mówisz, a tam – po drugiej stronie – ludzie pracują, jadą samochodami, jedzą, śpią, kochają się. I ty jesteś w tym momencie bardzo blisko tych ludzi, nawiązujesz z nimi bardzo intymny kontakt. Niesamowite, bardzo miłe a jednocześnie niepokojące wrażenie.

Początek grudnia to zły czas na wesołe audycje z miłymi prezenterami i optymistyczną muzyką. Lato skończyło się na dobre, dzień jest przerażająco krótki, a do świąt jeszcze dużo czasu. O tej porze roku jest najwięcej samobójstw, najwięcej rozstań.

1. Andy „Nic z tego nie będzie” (2:59)

Spalę wszystkie zdjęcia, a i tak tutaj zostaniesz..

Piosenka „Nic z tego nie będzie” to manifest niedojrzałych miłości, o których już na starcie wiadomo, że „nic z tego nie będzie”. Nieudanych przedsięwzięć, w których kładzie się wszystko na szalę, a przed nieuchronną porażką nic nie jest nas w stanie uchronić. Jak wiele takich „Nic z tego nie będzie”- działań podejmowaliśmy… Życząc miłego odbioru, podejrzewam, że „Nic z tego nie będzie”…

Andy to zespół stworzony z samych dziewcząt, pierwszy rockowy girls-band w Polsce. Lideruje im przystojna blondynka Ania Dziewit, redaktorka pisma kulturalnego „Lampa”. Zresztą wszystkie dziewczęta wyglądają z gitarami bardzo korzystnie. Złośliwi mówią, że zespół lepiej wygląda, niż gra. Dużo w tym prawdy.

2. Usta Krwawiące Miłością „Kot” (2:36)

Gdy czarny kot czekał, by przebiec nam drogę, właśnie w ten bezwietrzny wieczór, właśnie wtedy chciałem powiedzieć Tobie, że uciekam przed tą miłością…

Usta Krwawiące Miłością piszą o sobie „chłopaki w najkach, dziewczyny w adidasach”. Grają olśniewającą muzykę, o której mówią: Melodramatic Popular Songs, Pop Punk, Western Swing. I wbrew pozorów hermetyczności jest to bardzo piosenkowe, słodkie, mądre i emocjonalne granie.

Ilość elementów „depresjojesiennych” jest tutaj znaczna: czarny kot przebiegający nam przed nogami, ucieczka przed miłością, wieczór, plucha. Coś co bardzo chcieliśmy komuś powiedzieć, a skończyło się jak zwykle…

3. Komety „Wyglądasz źle” (4:20)

Tylko na przełomie listopada i grudnia w pewnym sensie w dobrym tonie jest powiedzieć spotkanemu na ulicy lub w autobusie znajomemu: „Stary, wiesz co, wyglądasz dzisiaj naprawdę nienajlepiej”…. O tym opowiada piosenka Komet. Ta niezbyt optymistyczna sytuacja mogłaby wyglądać tak: zatłoczony autobus, jakaś piątka lub dwudziestka jedynka, jadący z blokowiska, jakichś Dziesięcin albo Zielonych Wzgórz do centrum. Dwaj znajomi, którzy stojąc wśród innych na pół śpiących, na pół żywych pasażerów są w stanie powiedzieć do siebie tylko „Wyglądasz źle”. Kiedyś, gdy byłem w liceum, podczas właśnie takiej podróży zimowym, niedogrzanym autobusem do liceum, policzyłem, że w czasie tych czterech lat uczęszczania do III LO w Białymstoku, zmarnowaliśmy w tych autobusach po równe 3 miesiące naszego młodego życia.

4. Komety „Spotkajmy się pod koniec sierpnia” (4:20)

Pozostańmy przy Kometach, by poziom zgorzknienia i marazmu nie osiągnął poziomu niebezpiecznego dla zdrowia, a za oknami naszych domów nie rozległy się echem dźwięki syren karetek pogotowia. Następna piosenka to pewna propozycja, w dużym stopni nawet, choć to nieodpowiednie słowo w tej audycji, propozycja pozytywna: „Spotkajmy się pod koniec sierpnia”, choć prawie wcale Cię nie znam i choć jedyne co Ci mogę zaproponować to spacer po łąkach w pobliżu bloku, w którym mieszkam.

5. Pałac Wujka Leszka „Wakacje” (3:35)

Koniec sierpnia, termin spotkania zaproponowany przez Lesława z Komet, to czas wakacji. Następna piosenka opowiada o wakacjach w Warszawie. Niestety nie jestem w stanie napisać o zespole Pałac Wujka Leszka nic ponad to, że jego wokalistka dysponuje wręcz genialną wadą wymowy, której wiele wokalistek powinno jej zazdrościć. Mam słabość do sepleniących wokalistów. Piosenka mówi o nieudanych wakacjach. Warto pamiętać, że to, o czym teraz tęsknimy, czyli o słońcu i temperaturach powyżej 25 stopni Celsjusza, w rzeczywistości było uciążliwością: koszulą przylegającą do pleców, oślepiającym słońcem, lepkim powietrzem zmieszanym ze smogiem, przykrymi zapachami w autobusach i sklepowych kolejkach itd….

Nigdy więcej wakacji….

6. Andy „Przypływ” (3:32)

Miły ja płaczę, gwiezdny alkohol
Ma posmak cierpki gorzki i przykry
Fala powraca szepcąc ci kocham
To przypływ miły, miły to przypływ

Druga piosenka zespołu Andy, do której słowa stanowi wiersz Władysława Broniewskiego. Do Broniewskiego mam stosunek bardzo osobisty. Przyjaźnie, przywiązania czy nawet miłości biorą się często ze sprzeciwu i przekory, budują się w kontraście wobec rzeczywistości. I ja tego Broniewskiego odkryłem i polubiłem z przekory wobec utartego przekonania, że jest to pisarz komunistyczny. Poza tą jego zaangażowaną poezją, która notabene również ma swój urok w tej swojej czterowersowej rytmice, żołnierskim tempie, Broniewski pisał również piękne teksty o sprawach o wiele bardziej uniwersalnych niż polityka.

Piosenka „Przypływ” mówi o tej znanej wielu nam, jeżeli nie wszystkim, fali gorąca, która otacza nas w momentach nagłego i radykalnego zetknięcia z Nieoczekiwanym.

Kochać to znaczy dotknąć zobaczyć, a Ciebie nie ma. Te słowa napisane przez Broniewskiego mówią po raz kolejny o niezrealizowanej potencjalności, o czymś, co na pozór bliskie, a w rzeczywistości dalekie. O czymś, co realizuje się w sztuce: w nie napisanych wierszach i nienagranych piosenkach.

7. Maki i Chłopaki „Albatrosy” (2:28)

Siedem dziewcząt z Albatrosa, ale ty najpiękniejsza, najpierw sto lat samotności, potem parę godzin szczęścia.

Taka postawa niezdecydowania, nieśmiałości, wstydu, widoczna jest w twórczości zespołu Maki i Chłopaki. Zespół powstał we wrześniu 2005 roku w Mrozach, (na Mazowszu, w pobliżu rzeki Witówki). W składzie są trzy osoby, których nazwisk nie ma sensu wymieniać, bo i tak nic Państwu nie powiedzą. Zespól gra proste bigbitowe piosenki. W sferze tekstowej dominują opowieści „o ciężkich losach współczesnych Janków Muzykantów, co zamiast skrzypiec maja gitary na prąd”.

Hej dziewczyny z Albatrosa, czemu chłopcy przez was nie śpią? Z zamkniętymi oczami trafię z Olszowej na Leśną…

W tej piosence pojawia się motyw lokalny. Podmiot liryczny wspomina o „dziewczętach z Albatrosa”, co jest aż nazbyt widocznym nawiązaniem do twórczości białostockiego barda Janusza Laskowskiego. Zaś rzeczony „Albatros” to kultowa restauracja z dansingiem na reprezentacyjnej ulicy Mostowej. Augustów jesienią sprawia przygnębiające wrażenie. Pustki na ulicach pełnych zabitych deskami restauracjach, mieszkańcy miasta w popłochu uciekający przed pędzącymi przez centrum ciężarówkami i zaoczni studenci-autostopowicze przy skrzyżowaniu na Białystok.

8. Muchy „Kołobrzeg-Świnoujście”

Nie wiem, czy oglądaliście film Andrzeja Wajdy „Niewinni czarodzieje”. Jeśli nie, to wyobraźcie sobie Warszawę lat 60-tych XX wieku, Tadeusz Łomnicki i Krystyna Stypułkowska. Oczywiście barwy czarno-białe, obskurne mieszkanie w starej kamienicy. Powiedzmy drugie lub trzecie piętro. On i ona spotykają się. Jej ucieka pociąg i jemu też… I sprawa robi się poważna… Aby tę interesującą sytuację ubrać w niezbędne konwenanse, postanawiają spisać umowę: Punkt pierwszy: kieliszek wódki, prezentacja imion. Punkt drugi: pierwszy pocałunek. Punkt trzeci: chwila inteligentnej rozmowy. Punkt czwarty: łóżko, tapczan….

9. Muzyka Końca Lata „W środę wieczorem” (3:45)

Z lat 60-tych przenieśmy się na początek XXI wieku. I rozpocznijmy od tapczanu lub łóżka, który jak się okazuje jest świetnym punktem wyjścia różnych życiowych intryg i historii. Następna piosenka, którą wykonuje zespół Muzyka Końca Lata, zaczyna się od w środę wieczorem kochali się i podejmuje temat emigracji zarobkowej Polaków, czyli sprawy na wskroś aktualne. On – zmuszony do emigracji zarobkowej zostawia Ją – spodziewającą się dziecka – w kraju z obietnicą powrotu.

10. Radio Bagdad „Londyn Wzywa” (3:37)

Kontynuujmy wątek emigracji „za chlebem”. Kolejna piosenka to polskojęzyczna adaptacja słynnego London Calling The Clash. Piosenkę wykonuje zespół Radio Bagdad. Co prawda niektóre z aspektów poruszanych w piosence nie są już zbyt aktualne, bo do Londynu nie jeździ się już autobusami, ale lata tanimi liniami lotniczymi i nie ma już kłopotów z paszportem na granicy, ale ten marszowy rytm piosenki, proletariackie zawadiactwo, brzmi bardzo autentycznie. Londyn czeka na falę nim ruszy polskich twarzy ściśniętych w autobusach… I przez cały czas Londyn przyciąga jak magnes żeliwo….

11. Płyny „Ne positiva situacione” (3:17)

Multo praca dla euro pana codzień tyram w baru od rana. Ta napisana grecko-polskim piosenka opowiada o doświadczeniach polskiego gastarbeitera na Cyprze. Nie wprowadza to podmiotu lirycznego w dobry nastrój, stąd tytuł Ne positiva situacjone.

12. Miłka Malzahn „Cień” (4:12)

Dwunaste nagranie audycji przypadło bardzo wyjątkowej i niedocenionej postaci polskiej sceny: Miłce Malzahn, która poza śpiewaniem uroczych poetyckich piosenek zajmuje się prowadzeniem audycji w Radio Białystok. I muszę przyznać, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, gdy usłyszałem Miłkę na antenie naszego radia. To bardzo przyjemne pomyśleć, że tak wrażliwe i wyjątkowe osoby chodzą ulicami mojego miasta.

Piosenka „Cień” kontynuuje wątek niezrealizowanej potencjalności, niedokonanych planów, myślenia o tym, co ktoś inny myśli o tym, co Ty pomyślisz…

13. Los Trabantos „Rabatki”

Kontynuując wątek niezrealizowanych sympatii, wracając jednakowoż na prowincję i liryczny banalizm, proponuję utwór „Rabatki” drugiego w dzisiejszej audycji girls-bandu „Los Trabantos”. Zespół jest sławny nie tyle z powodu swoich ujmujących banalizmem tekstów, ale z tego, że basistka zespołu Ula Jabłońska jest uważana za najpiękniejszą na świecie osobę grającą na basie.

14. Płyny „S-ex”

Metodologia obserwacji socjologicznych nakazuje patrzeć na te same zjawiska z różnych punktów widzenia. Zespół „Los Trabantos” ukazał zjawisko miłości z perspektywy niezrealizowanej, nieszczęśliwej miłości. Grupa, którą za chwilę usłyszymy, proponuje spojrzenie na prawie to samo z diametralnie innej perspektywy. Choć uprawiam z tobą seks, wkrótce będziesz moim eks – deklaruje podmiot liryczny. I jest w tej deklaracji nie tylko feministyczna siła kobiecego poczucia własnej wartości, ale również tkwiący głęboko tragizm tej wyjątkowej, choć jakże powszechnej sytuacji.

15. 19 Wiosen „Nożem uczył uczciwości” (5:12)

Z Warszawy przenieśmy się do Łodzi. Zespół 19 Wiosen opowie nam historię pewnego nieporozumienia, które z perspektywy socjologicznej udowadnia, że etos i moralność to coś nieobcego nawet środowiskom społecznie wykluczonym. Uwaga na zręczne operowanie Mickiewiczowskim trzynastozgłoskowcem przez autora tekstu i wokalistę, Marcina Pryta.

16. Kawałek Kulki „Kolegi tata” (3:56)

To pierwsza piosenka Kawałków Kulki, którą usłyszałem i która długo za mną konsekwentnie chodziła. Dziecięca opowieść o przedpołudniach spędzanych „na podwórku”, z kluczem do mieszkania zawieszonym na szyi, o tym, jak mama krzyczy z okna „Obiad!”, o zabawach w chowanego i wyprawach na łąki.

17. Muchy „21 dni” (3:19)

Stoję na balkonie, mam zardzewiałe dłonie kochanie
Podarowałaś mi cenne wrześniowe dni,
Te gdy nie chce się być

To piosenka o trzytygodniowym wrześniowym związku, który jak wszystkie wrześniowe związki, kończy się rozstaniem i niezrealizowanymi obietnicami. Powtarzane jak echo pamiętaj co obiecałaś mi kochanie.

18. Komety „W dżinsach i swetrze” (2:13)

Jedynym rozsądnym wyjściem tej ponurej jesieni jest spontaniczny, nieplanowany wyjazd nad morze. W dżinsach i w swetrze, aby w wiklinowym koszu powiedzieć morzu dobranoc…