Gospoda „Pod Modrzewiem”

W Krynkach, liczącym ponad dwa i pół tysięcy mieszkańców zapadłym podlaskim miasteczku bez praw miejskich, jest tylko jedno miejsce, gdzie można coś zjeść. Gospoda „Pod Modrzewiem” mieści się przy jednej z dwunastu uliczek odchodzących od monumentalnego biorąc pod uwagę wielkość miejscowości rynku.

To przestarzały peerelowski pawilon, z wylanymi betonem schodami i dużymi oknami wychodzącymi na porosły drzewami rynek. Wnętrze stanowi duża, remizowa sala, na której stoi kilka szerokich ław i stołów. W głębi ustawiono wysłużony stół bilardowy. Bar, widać że niedawno odnowiony, próbuje nawiązywać do stylu wiejskich dyskotek polsko-białoruskiego pogranicza. Dużo luster i srebra, przy ladzie krzesła barowe obite skóropodobną skają.

Duży „Żubr” z nalewaka kosztuje tu dwa sześćdziesiąt. Frytki – niecałe złoty pięćdziesiąt, a porcja ruskich pierogów – około trzech. Można zamówić obiad z piwem za niecałe dziesięć złotych i obserwować życie mieszkańców tego pożydowskiego miasteczka. Przy jednym ze stolików trzech mężczyzn przy pół litrze „Starogardzkiej” i śledziach w oleju opowiada o przygodach ze służbą celną. Jesteśmy jakieś dwa kilometry od białoruskiej granicy. Ekspedientka, przysłuchująca się rozmowie, stanowczo protestuje słysząc utyskiwania na „ruskich”. My tu ze sobą żyjemy i musimy się kochać, nie nienawidzić – mówi zdecydowanym głosem. Mężczyźni śmieją się z pobłażaniem i po chwili chwiejnym krokiem opuszczają gospodę.

W głębi sali trzech młodych mężczyzn gra w bilard. Nie wiadomo dlaczego, nagle jeden z nich zaczyna śpiewać: Ta ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy, dzisiaj się rozejdziemy, na wieczny czas. Na sali rozlega się śmiech. A mnie przypomina się scena z „Listy Schindlera„, gdzie to ponure i straceńcze tango śpiewa Jacek Wójcicki.

Piosenka o rozstaniu na zawsze. Skomponowana przez Jerzego Petersburskiego, kompozytora pochodzącego ze starej klezmerskiej rodziny Melodystów, piosenka, do której tekst napisał Zenon Friedwald, a którą wykonywał Mieczysław Fogg, odznaczony tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Piosenka, określana mianem „tanga samobójców”, była przecież jednocześnie antycypacją żydowskich artystów tego, co wydarzyło się temu narodowi kilka lat później. Piosenka ta została zaśpiewana przy stole bilardowym w centrum miasta, które przed wojną było lokalnym centrum handlowo-kulturalnym Żydów całego regionu. Kryniecka gmina żydowska była większa od gminy białostockiej. Wszystkich mieszkających w Krynkach Żydów wywieziono do Treblinki w 1943 roku.

Ta ostatnia niedziela zabrzmiała złowrogo. Ale o tym pomyślałem dopiero, gdy wyszedłem na mroźny kryniecki rynek. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nieświadomość, ciężar niektórych słów, sprawiły, że lekki, niezobowiązujący swojskością nastrój prowincjonalnego baru z piwem za dwa sześćdziesiąt nagle prysł. Sprawiły to tysiące nieobecnych żydowskich dusz unoszących się nad tym miastem i gospodą „Pod Modrzewiem”.

Życie w autobusie

Znowu sentymentalnie. To z powodu jesiennej aury, zimy bez śniegu, klasowych spotkań. Podczas niedawnych rozmyślań o tym, co nadać w audycji radiowej, do której mnie zaproszono (szczegółowa relacja tutaj), przypomniałem sobie, jak istotnym elementem codzienności czasów, w których uczęszczałem do liceum, były codzienne podróże autobusem, z białostockich Dziesięcin, zbudowanego na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych socrealistycznego blokowiska, do centrum, na ulicę Pałacową.

Podczas czteroletniej edukacji, zakładając około dwudziestu kilkunastominutowych kursów w obie strony, spędziłem w autobusie białostockiej „piątki” ponad trzydzieści tysięcy minut, co daje ponad pięćset godzin, czyli prawie miesiąc wyrwany z życiorysu.

Do tego należałoby doliczyć przejazdy na uczelnię, byłoby tego drugie tyle. Potem człowiek kupuje samochód, co wydawało się uwalniać go od uciążliwości publicznej komunikacji miejskiej.

Zapomniałem o tym codziennym miejskim zen, zaspanych twarzach w przeludnionych, niedogrzanych pojazdach, oszronionych od wewnątrz tak, że trudno się było niekiedy zorientować, na którym przystanku akurat się jest. Zapomniałem o tych przygodnych, przypadkowych współpasażerach z takimi samymi twarzami, zlewającymi się w jedną, taką samą twarz. Wypadły mi z pamięci te wszystkie barwne rozmowy, kłótnie o miejsce siedzące i utarczki z kierowcami. Straciłem kontakt z rzeczywistością.

Cudowny czwartek

Cudowny czwartek nie dlatego, iżby ten dzisiejszy miał być taki szczególny. „Cudowny czwartek” to nazwa pewnego olśniewającego zjawiska, które przed kilkoma chwilami odkryłem. Rzecz podobno w Poznaniu kultowa, nieistniejąca już. Oczywiście trąci nieco Doorsami, ale trąci pozytywnie, bo bierze pod uwagę polski kontekst.  Podoba mi się strasznie straceńczy nastrój tej muzyki.

Dlaczego nie lubię świąt

Obchodzenie świąt Bożego Narodzenia musi mieć pozytywny wpływ na ludzkie zdrowie, skoro istnieje pozytywna korelacja pomiędzy ilością obchodzonych świąt a dożywanym wiekiem…. To oczywiście gorzki żart, bo w rzeczywistości święta to – jak pokazują badania psychologów – jedno z najbardziej stresujących wydarzeń w ciągu całego roku. Tak, te zbliżające się „krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku” święta to w rzeczy samej najpierw gorączkowe zakupy okupione godzinami spędzonymi w ulicznych korkach i kolejkach do kas w supermarketach. Rwanie włosów z głowy: co podarować osobie, z którą widuję się raz do roku, właściwie tylko przy okazji świąt. No, chyba że wypadnie w międzyczasie jakiś pogrzeb…. Wydawanie pożyczonych na lichwiarski procent pieniędzy, które trzeba potem przez pół roku spłacać. Przygotowywanie „tradycyjnych” trzynastu potraw, których potem nie ma jak zjeść. Aż wreszcie wieczór wigilijny, kiedy trzeba spotkać się i składać życzenia ludziom, z którymi łączą nas często tylko więzy krwi i nic więcej. Próby „personalizowania” życzeń zazwyczaj kończące się sztampowym „Wszystkiego najlepszego, dużo szczęścia i pomyślności”. Babci i dziadkowi wypada dodatkowo życzyć zdrowia, młodszej siostrze sukcesów w nauce, a pracującym „pieniążków” (swoją drogą, dlaczego w Polsce nie mówi się już po prostu „pieniądze”, tylko na każdym kroku słyszy się o „pieniążkach”?). No i te nieszczęsne prezenty: zazwyczaj rzeczy nam całkowicie niepotrzebne, bardzo często utrwalające zaś role społeczne, w jakie nas „wdrukowano” (w moim przypadku w tym roku: czerwone wino i sto złotych polskich). Dziadek dostaje ciepłe kapcie, babcia – termofor, kobieta – kosmetyki, mężczyzna – piankę do golenia…

Po wigilii chodzi się na pasterkę, a około godziny-dwóch po północy osiedlowe sklepy nocne przeżywają oblężenie rodaków, którzy pomimo późnej pory cierpliwie czekają na swoją kolej, by w końcu, dostawszy się do kasy, oznajmić sakramentalne „zero pół”. Od tego momentu rozpoczyna się dwudniowy alkoholowy maraton – dyscyplina, w której Polacy są bezapelacyjnymi mistrzami świata. Po tych dwóch dniach nieumiarkowania w jedzeniu i piciu przez kolejny tydzień trzeźwiejemy, przygotowując nasze żołądki do kolejnej, tym razem sylwestrowej, próby.

Istnieje w Polakach coś w rodzaju narodowej schizofrenii. Z jednej strony święta to czas wyjątkowy i na pozór piękny. Przyozdabiamy nasze mieszkania i domy, śpiewamy kolędy, uśmiechamy się do siebie i życzymy wszystkiego najlepszego. Z drugiej strony boimy się tych dni, a kiedy już nadchodzą, są poważnym stresem i prawdziwym sprawdzianem naszej cierpliwości i mocnych nerwów. Być może dlatego mamy taką skłonność do obfitego przemywania naszych strudzonych i nadwyrężonych dusz alkoholem?

Święta są w Polsce również okresem, w którym bardziej niż przy jakiejkolwiek innej okazji ujawnia powszechny wśród moich rodaków brak jakiegokolwiek poczucia estetyki. Miasta zamieniają się w błyskające dyskoteki, parapety okupują wspinający się po świecących drabinach Mikołaje a ogrodowe krasnale ubierają perwersyjne czerwone kapelusze z upiornie dzwoniącymi na wietrze dzwonkami. W radio didżeje zapętlają „Last Christmas”, a tradycjonalistycznemu narodowi jakoś nie przeszkadza, że śpiewa tę piosenkę zdeklarowany homoseksualista, załatwiający swoje seksualne potrzeby w publicznych toaletach. Jeszcze gorzej jest ze świątecznymi życzeniami: „Niech łaska Boża w te choć mroźne to gorące żarem ludzkich serc dni spłynie na Ciebie i Twoją rodzinę, a dzieciątko Jezus narodzone w lichej betlejemskiej chacie wniesie do Twojego serca radość i szczęście jak ci trzej królowie, którzy idąc za Gwiazdą Betlejemską złożyli Nowo Narodzonemu mirrę, kadzidło i złoto itd…. Horror!

W Polsce świąt nie można nie obchodzić. Są rodzajem zrytualizowanej dobroci, dobroci wymuszonej obyczajem. Są formą społecznej przemocy na jednostce i jak w odniesieniu do każdego przejawu przemocy, należy się jej sprzeciwiać, choć zdaję sobie sprawę, że to walka z wiatrakami.

Myślę też, że najlepszym argumentem przeciwko świętom, jest ta upiorna piosenka i teledysk do niej, który umieszczam zgodnie z wieloletnią tradycją życząc wszystkim wszelkich pomyślności.

III LO w Białymstoku – miejsca

loSala, w której odbywały się lekcje matematyki z Panią Pyć. Niestety nie pamiętam numeru. Jest położona dokładnie na rogu ulic Ogrodowej i Pałacowej. Jako że matematyka w tych czasach śmiertelnie mnie nudziła, siadałem zazwyczaj na pierwszej ławce, przy samym oknie. Ta pierwsza ławka dawała nauczycielce złudzenie zaangażowania w zajęcia, a że Pani Profesor lubiła się przechadzać po sali, można było bez ryzyka obserwować przechodniów wracających z zakupów w PSS Bojary i interesantów ówczesnego prezydenta R. Tura.

Okno i szeroki parapet na pierwszym półpiętrze. Strategiczne miejsce obserwacyjne, trudno dostępne dla tych wszystkich, którzy zbyt późno zareagowali na dzwonek i nie zdążyli w porę go zająć. Miejsce szczególnie upodobane przez skłonne do publicznego eksponowania swoich młodzieńczych uczuć pary.

Cukiernia w obrzydliwym handlowcu (dziś powiedzielibyśmy – galerii handlowej) na rogu Warszawskiej i Pałacowej. Po maturze chodziliśmy tam na kremówki, przed maturą zresztą również. Kremówki i pączki na długich przerwach o 11.20 spożywane były na betonowych schodach, z których roztaczał się widok na przebudowywany w tych czasach monumentalny hotel Orbisu (teraz Gołębiewski)

Kultowe podwórko na tyłach dzisiejszego Martina. Wchodziło się na nie wąskim przejściem obok bardzo tradycyjnego salonu fotograficznego. Miejsce, w którym spotykali się palacze tytoniu. Okupowano piaskownice, murki, drabinki i huśtawki. Okupacja nie podobała się okolicznym mieszkańcom, co powinno dziwić, bo ich wiek wskazywał, że powinni pamiętać o wiele dotkliwsze okupacje. Jako przeciwnik tytoniu nie wiem, kto wrześniowe kampanie o kontrolę nad drabinkami w końcu wygrał. Podejrzewam, że okupant.

Ubikacje na pierwszym (męska) i drugim (damska) piętrze. W tych męskich toalety „polegały” na wydrążonym w podłodze otworze otoczonym dwoma wzniesieniami, gdzie należało stanąć itd… Męskie ubikacje na pierwszym piętrze wsławiły się nieudaną próbą przemycenia po dachu tzw. „akwarium” (o nim poniżej) ściągi podczas majowej matury A.D. 1999.

Akwarium – przeszklony łącznik pomiędzy szatniami a salą gimnastyczną. Podobnie jak parapet na pierwszym piętrze, bardzo dobre miejsce obserwacyjne dla tych, którzy lubili wiedzieć, kto, z kim i dlaczego. Miejsce spotkań, szczególnie kiedy ci, którzy chcieli się spotkać, chodzili do różnych klas. W czasach, kiedy wejście do głównego gmachu od strony dziedzińca było zamknięte, „akwarium” było miejscem, przez które trzeba było przejść, aby się dostać do szkoły lub z niej wydostać. Miejsce rzadko odwiedzane przez „grono”, pomijając nauczycieli wychowania fizycznego. W „akwarium” toczyły się również zacięte pojedynki w pingponga, podczas których mężczyźni, obserwowani dyskretnie przez przesiadujące na parapetach dziewczęta, udowadniali swoją ogólną przydatność, sprawność i spryt.

Schodki za salą gimnastyczną z widokiem na szpital położniczy. Miejsce częstych przedimprezowych spotkań, podczas których, racząc się trunkami, obserwowaliśmy młodych ojców wyczekujących pod oknami szpitala cierpliwie, aby po raz pierwszy, przez okno, zobaczyć swoje nowo narodzone córki i synów. Spędziłem w tym miejscu pół mojej osiemnastki w marcu 1998 roku.