Codziennik sześćdziesiąty – jak gdyby nic

Pewnego dnia, za kilka, a może kilkanaście lat, przyjdzie taka chwila, że będę mógł powiedzieć sobie i Jemu: idziemy na spacer, na obiad, do kina albo na koncert. Bo przetrwaliśmy złe sytuacje i pokonaliśmy złych ludzi na naszej drodze. I nie zatruliśmy się ich złymi emocjami. I pójdziemy tak, jak gdyby nigdy nic.

Reklamy

Codziennik pięćdziesiąty drugi – Odpowiedzialność

heniek

Ojciec bez ojca
Ma problem z równowagą
Mistrz bez mistrza
Jest niebezpieczny

Patrzymy na naszych rodziców, nauczycieli i na naszych liderów z zaufaniem i oczekiwaniem. Ich obowiązkiem jest kierować nami, uczyć, a nawet wydawać osądy w naszym imieniu, gdy okoliczności są niepewne. Ostatecznie, ich zadaniem jest doprowadzenie nas do miejsca, gdzie będziemy mogli podejmować własne decyzje, oparte na mądrości, którą oni pomogli nam rozwinąć.

Jednak możliwości do nadużyć i błędów są wielkie. Czy jest ktoś, kto ma zawsze rację? Zwykły lapsus w nieodpowiednim momencie może doprowadzić do zamieszania, psychicznych blizn, a nawet wielkich katastrof. Zbyt ostre słowa skierowane do dziecka w krytycznym momencie mogą skutkować problemami trwającymi całe lata. Dlatego potrzebujemy rodziców dla rodziców, mistrzów dla mistrzów i liderów dla liderów. Zapobiegnie to błędom władzy. W przeszłości, nawet królowie mieli mądrych doradców. Każdy, kto chce być przywódcą, powinien mieć taką pomoc.

W końcu jednak, ktoś musi być na samej górze. Do kogo ma się zwracać taka osoba? Nie wzywajmy bóstw, ale pragmatyzm. To doświadczenie jest ostatecznym nauczycielem. Dlatego mądrzy ludzie nieustannie podróżują i sprawdzają się w różnych okolicznościach. Tylko w ten sposób mogą zweryfikować swoje poglądy i kompensować swoje niedociągnięcia.

Deng Ming-Dao „365 Tao: Daily Meditations. Chapter 28 – Responsibility”,
tłum. własne

Brzozy, sosny, mniszki

DSC_4599.jpg

Tegoroczna wiosna upływa na oczekiwaniu na spotkanie z nie widzianym już od roku synem i na życiu w zgodzie z rytmem budzącej się do życia roślinności. Czekałem na tę wiosnę z tęsknotą taką samą jak tęsknota za nim, bo wydawało mi się nieprawdopodobne, że może to trwać tak długo. Jego mama z premedytacją opóźnia i tak rozlazły jak flaki z olejem proces, a ja próbuję zająć się – poza pracą – czymś, co wyrwie mnie z domu, sprzed komputera. Stąd całonocne wyjazdy po auta przez Polskę i Europę z kolegą, stąd przejażdżki za miasto, po zioła.

Zbieranie i korzystanie z ziół wymaga uważnego korzystania z kalendarza, bo każdego tygodnia przygoda dostarcza lub odbiera kolejne okazje do korzystania z jej owoców. Zacząłem od soku z brzozy, który ściągałem z tych pięknych drzew w połowie marca, kiedy rozpoczęły po raz kolejny mozolny proces ściągania wody z uwolnionej od mrozu ziemi ku dopiero co rozwijającym się liściom.

DSC05263.jpg

Brzoza to jedno z moich ulubionych drzew. Jedna z nich rośnie tuż przed moim oknem. Posadziłem ją mniej więcej w momencie, gdy mój syn rozpoczął życie w brzuchu mamy. Miała wtedy niewiele ponad metr wzrostu. Dzisiaj sięga moich okien na drugim piętrze starego bloku. Nie mogę się doczekać, aż mu ją w końcu pokażę. Wbrew staraniom mamy, która robi wszystko, aby Mały nie miał ojca. Zrobimy to.

Niedługo potem pojechałem nad zerwany most na Narwi. Po drodze skręciłem trochę w bok, ku wyginającym się ku słońcu młodym pędom brzozy. Z tych szarych, zwisających pączków można zrobić świetną, oczyszczającą herbatę. Piłem ją przez dwa tygodnie. Zaparzona brzoza ma delikatny, lekko słodkawy smak.

DSC05785.jpg

Trzy dni temu wybrałem się w końcu po pędy młodej sosny. W końcu, bo to już ostatni moment, by zebrać je w apogeum swojej młodości. Dojrzałość przyobleka je w brązową osłonkę, która potem pęka i uwalnia miliardy nasion potrafiących przelecieć nawet kilkaset metrów od swojej matki.

Z pędów młodej sosny robię nalewkę i syrop. Ten ostatni znany jest we wspomnieniach pokolenia rodziców pod nazwą „syrop z pinii”. Mama mówi, że w jej dzieciństwie był to przysmak i rarytas podawany wyłącznie chorym dzieciom. Mama nigdy nie chorowała, więc rzadko miała przyjemność próbowania syropu z sosny. Nie wiem, dlaczego w jej domu po prostu takiego syropu nie robiono samodzielnie. Przecież mieszkali właściwie w środku lasu…

DSC_4586.jpg

Właśnie z mamą pojechaliśmy wczoraj gdzieś za Dobrzyniewo, na łąkę, którą wcześniej sobie wypatrzyłem. Zebraliśmy, przy definitywnie większym udziale mamy, 10 litrów mniszka lekarskiego. Cały wieczór oczyszczałem kwiaty z łodyżek i robaków. Wrzuciłem je wszystkie do słoika i zalałem wysokoprocentowym, czystym alkoholem. Podobnie jak z pędami sosną, będzie z mniszka lecznicza nalewka na zimowe infekcje i ewentualne smutki.

DSC_4627.jpg

Codziennik czterdziesty siódmy – znajdź jedną różnicę

znajdź jedną różnicę

Mały i Jego Wspaniała Prababcia.

Codziennik czterdziesty drugi – dzwoni Syn

 

SzósDSC05196.jpgta rano. Dzwoni telefon.

Syn.

– cześć stary gruby cepie, nie obudziłem?

– nie – odpowiadam zaspany

– przeproś babcię Terkę, że nie mogę jej złożyć życzeń osobiście, ale obaj wiemy, jak jest – mówi

– spoko – mówię półprzytomny.

– weź jedź do sklepu i jakieś kwiatki jej kup, takie które lubi, goździki albo inne róże daj – że niby ode mnie – czaisz?

– spoko, już jadę

– dzięki, to nara, muszę kończyć, bo mnie zaraz przyczają te wiedźmy tutaj.

– ok, już jadę.

Codziennik czterdziesty – pierwsze kroki

pierwsze kroki.png

Codziennik trzydziesty szósty – Tłusty Czwartek

urodzinytłusty.JPG

Dwa lata temu Tłusty Czwartek wypadał dokładnie w dzień drugich urodzin Małego. Wywieziono mi go wtedy do Olsztyna – odebrałem to – być może niesłusznie – jako kolejną próbę zniechęcenia mnie do spotykania się z Nim. Próbę oczywiście nieudaną.  Jeździłem tam jak szalony, przez trzy zimowe miesiące, co tydzień, trzysta czterdzieści kilometrów w jedną stronę, ma marne dwie godziny, po oblodzonych mazurskich ścieżynkach.

Nie było to łatwe, ale przetrwaliśmy i tę przeciwność. Teraz przed nami kolejne. Obaj walczymy jak na facetów przystało..

Dwa lata temu, w Tłusty Czwartek, zawiozłem Mu – oczywiście bezlaktozowe – urodzinowe pączki, które przez cały wieczór lepiła i smażyła mu wiecznie stęskniona i zakochana we wnuku, którego nie widzi, babcia Terka. Przez cały czas mam przed oczami tę scenę, jak siedzi z tortem i resorakiem na swoim ulubionym parapecie w bloku przy ulicy Wilczyńskiego, skąd zawsze patrzył i czekał, aż przyjadę, a potem machał mi na pożegnanie, kiedy po dwóch godzinach spotkania musiałem wracać drugie trzysta czterdzieści kilometrów po nocy. Wracałem w nocy z tonami szczęścia w sercu i energią na kolejny tydzień.