Codziennik drugi

DSC_2021

Wybrałem się dziś znowu do lasu. Nigdy się jakoś szczególnie nie interesowałem przyrodą dopóki, dopóty nie zwróciłem uwagi jak Ola, a potem mój syn, przeżywają i chłoną te wszystkie rodzenia się, wzrastania i umierania roślin i zwierząt, by potem na nowo, z dziecięcą euforią podziwiać, odradzanie się. Dziecko jest częścią przyrody bardziej niż każdy dorosły i najbardziej chce się z przyrodą zaprzyjaźniać. Nie udało mi się niestety przekonać kogo trzeba, aby Mały chodził do Leśnego Przedszkola. Szkoda. Widziałem parę razy, jak te brzdące w pelerynach maszerują przez las, taplają się w kałużach, dłubią palcem w sosnowej żywicy, poznają gatunki leśnych zwierząt i roślin. Widok absolutnie fenomenalny, a przedszkola leśne to świetny pomysł.

Więc dzisiaj pojechałem do lasu. Oficjalnie po grzyby, bo wysypały, ale w rzeczywistości pojechałem po wyciszenie. Mój perypatetyczny umysł myśli tylko wtedy, gdy pracują nogi albo silnik samochodu. Nogi mam słabe, ale chciałem zobaczyć dokładnie jedno miejsce w Puszczy Knyszyńskiej, które kilka razy omijałem.

Znajduje się ono kawałek drogi od szosy łączącej Białystok z Augustowem. Najpierw odkryłem dwa mostki w środku lasu, pod którymi przepływa niepozorny strumyk. Przepływa nie prostym nurtem, ale meandruje, zamienia się co chwila w bagno, potem w małe bajorko, nagle znika pod ziemią, by wypłynąć na powierzchnię kilka metrów dalej. Co chwilę na strumyku leży powalone drzewo, gdzieniegdzie widać przejrzystą toń wody, a za chwilę – samo błoto.

Wokół tych bagien i tego strumyka moja mama zbiera od wielu lat grzyby, a ja jej czasami towarzyszę. Wczoraj zobaczyłem metrową tamę, zbudowaną przez bobry, której tam nie było poprzedniej jesieni.

Cały wczorajszy wolny wieczór spędziłem na czytaniu o bobrach. To niezwykle inteligentne, pracowite i wytrwałe zwierzęta. Budują te swoje często kilkusetmetrowe systemy tam i żeremi z fachowością przewyższającą najlepszych techników melioracji. Zabezpieczają się przed niespodziewanymi spadkami lub wzrostami poziomu wody. Potrafią budować systemu tam o przewyższeniach nawet kilkumetrowych. I najważniejsze – w razie, gdy człowiek lub inny naturalny wróg im ten system zniszczy, potrafią w ekspresowym tempie, pieczołowicie go odbudować. Bobry to wspaniałe zwierzęta.

Chłonę i uczę się takich rzeczy, aby zabrać  kiedyś mojego Małego na długą wycieczkę po tym lesie i opowiadać mu o bobrach. Pokazywać mu te tamy i żeremie, które dzisiaj oglądałem, tłumaczyć wszystko na tyle, na ile będę potrafił mu to wszystko wytłumaczyć. Zobaczyć bobra, połazić po tych kałużach w gumowych butach, pozbierać szyszki, dotykać dłońmi miękkiego mchu, zjeść wspólnie soljankę albo grochową w pobliskim barze prowadzonym przez opryskliwą Rosjankę, liczyć tiry śmigające po szosie i notować nazwy ich marek. Tyle fajnych rzeczy można by porobić.

Reklamy

Codziennik pierwszy

DSC_1961Kolejne tygodnie w oczekiwaniu na spotkanie z Małym spędzam na ćwiczeniach spokoju, cierpliwości i skupienia na rutynowych, codziennych czynnościach. Skoro nie mogę z nim w spokoju spędzać czasu tak, jak tego pragnie, przygotowuję się do lepszych dla nas czasów. Narzucam na siebie dużo pracy, lektur, studiowania nowych rzeczy, bo stan bezczynności sprzyja czarnym myślom, złości i złym prognozom.

Poza pisaniem dla Niego listów z Miasta Gapko i innych mniejszych spraw i zleceń, odkrywam fascynujący świat świadomego śnienia. Opowiedziała mi o tych kiedyś taka njuejdżowa koleżanka i teraz wróciłem do tych technik, które w rzeczywistości nie mają nic wspólnego z metafizyką. Opierają się one na naukowej wiedzy o fazach snu i polegają na delikatnym wybudzaniu się podczas snu głębokiego. Używam do tego specjalnej aplikacji w telefonie, która w czasie, gdy mój sen wchodzi w fazę NREM, lekko mnie wybudza. To w podczas NREM śnimy. I właśnie wtedy możliwe jest świadome śnienie – przebywanie w marzeniach sennych tym się różniących od zwykłego snu, że możliwe jest dokonywanie decyzji, świadome znikanie, latanie, świadome rozmowy z bohaterami snów.

Fascynujące to i leczące rany tęsknoty za moim dzieckiem. Bo to z nim spotykam się podczas tych snów najczęściej. To zrozumiałe, gdy większość czasu w ciągu dnia poświęcam rozmyślaniom o nim. O tym, co robi, jak teraz wygląda, czy mnie pamięta po tych kilku miesiącach rozłąki. Mam nadzieję, że dzisiejszej nocy też go spotkam w moim śnie i sobie spokojnie pogadamy jak ojciec z synem.

Ćwiczę spokój i cierpliwość prostymi, codziennymi czynnościami. Jest wrzesień, więc produkuję masowo słoiki z przetworami. Właśnie skończyłem pasteryzowanie jedenastu słoików z papryką w zalewie octowej. Rozdam potem te słoiki rodzinie i znajomym.

Dzisiaj pojawiły się grzyby w ilościach konkretnych. W lesie widziałem potężną tamę zbudowaną przez bobry. I oczywiście – jak zwykle w takich momentach – pojawia się złość i zdumienie, dlaczego nie mogę wziąć go do tego lasu i pokazać mu ten imponujący dowód wytrwałości i pracowitości tych zwierząt. Tak jak nie mogę mu pokazać miliona innych ludzi, rzeczy, smaków i miejsc.

Jak tylko jutro rano odwiozę mamę do pracy, lecę do lasu. Las uczy uważności i przynosi spokój.

Wyjątkowo niezimny maj

To wyjątkowo niezimny maj. W ten upalny, suchy dzień, wybrałem się dziś z plecakiem na wycieczkę w poszukiwaniu bazy carskich sterowców gdzieś w środku Lasu Pietrasze. Gdzieś w tym lesie cumowały i uzupełniały zapasy wodoru trzy ogromne kilkudziesięciometrowe cepeliny: Astra, Albatros i ten, który swoją piękną nazwą sprawił, że musiałem znaleźć miejsce jego odpoczynku. Zwiastun Burzy zasłynął bombardowaniem pruskiego dworca kolejowego w Ełku, pierwszego lutego 1915 roku. Błądziłem po tym lesie, szukałem śladów po tej bazie w największych ostępach, tam, gdzie mieszkają dziki, ale śladów bazy nie znalazłem. Szkoda, bo w nocy śniły mi się te wielkie cepeliny krążące nad moim miastem w gorące, majowe wieczory. Powracające z misji – największe statki powietrzne stworzone przez człowieka. Nic nie znalazłem.

Znalazłem za to piękne łubiany w swoim rozkwicie. W miejscu, gdzie hitlerowcy zabili kiedyś kilka tysięcy Żydów i trochę Polaków. Wśród łubianu kręcił się odważny trzmiel i nic sobie nie miał z mojego towarzystwa. Znalazłem rumianki, dzikie róże przy nasypie kolejowym.

Znalazłem piękny maj bez mojego syna i znalazłem trochę spokoju.

Szósta rano. Budzi mnie telefon.

20180308_084737

Szósta rano. Budzi mnie telefon. Syn dzwoni. Odbieram

– No co tam synku? – pytam zaspany.

– Cze stary, nie przeszkadzam? Sprawa jest.

– No co tam trzeba?

– Bo dzisiaj jest chyba ten, jak to się nazywa, Dzień tych, no Kobiet.

– No jest, chcesz mi złożyć życzenia?

– Nie, he he. Bo ja uziemiony jestem, mam szlaban w domu, potem przedszkole muszę ogarnąć, ogólnie rozgardiasz. Możesz kupić babci Terce z Białegostoku jakieś kwiatki i życzenia jej byś złożył od wnuka, wiesz jak jest.

– Ok, nie ma sprawy, synu, a jakie kwiaty?

– No nie pamiętam nazwy, te co za twoich czasów, znaczy przed wojną, he he, dawali. I wszystkim babkom, które znasz złóż ode mnie życzenia. Tym, które znasz dobrze, tym, które słabo i tym, których w ogóle. Wszystkim, ogarniasz, cepie?

– No ok.

– Dzięki. Nara.

 

Halawa dla dziecka, czyli o potędze dojrzałego banana.

SONY DSC

Halawa to najlepszy słodki deser dla dziecka, jaki można sobie wyobrazić. Jest, musi być bardzo słodka, jak większość indyjskich deserów, a przy tym można ją przygotować tak, aby w ogóle nie używać cukru ani nawet miodu.

Dzisiejszą halawę przygotowywałem po raz trzeci w życiu, w tym po raz drugi dla mojego Syna. Jako że podobno nie toleruje on mleka, zakres możliwości jeśli chodzi o słodkości mam dosyć ograniczony. Nie używam tych wszystkich nabiałów „bez latozy”, bo nie lubię chodzić na skróty. Dzisiejszą halawę przygotowałem więc bez mleka i bez cukru. Za to z dojrzałymi bananami, które mają w sobie tylko słodyczy, że nie trzeba do tego bardzo słodkiego deseru dodawać ani grama cukru ani miodu. I ze „smalcem kokosowym” – ten olej, który można dostać w Biedronce za jakieś 9 złotych – jest moim zdaniem najbardziej neutralnym roślinnym tłuszczem świetnie zastępującym masło.

Składników nie ma wiele. Nie musiałem chodzić po nic do sklepu – wszystko znalazłem w szafkach i lodówce.

Nie rozumiem tego wielkiego uwielbienia Polaków do zielonych bananów. Często w sklepach spotykam się z sytuacją, że kilogram zielonych, bezsmakowych bananów kosztuje 4-5 złotych za kilogram, a te żółte, dojrzałe, z pojawiającymi się gdzieniegdzie ciemnymi plamami, są przecenione do 2 złotych za kilogram. Ciemnienie skórki banana to objaw ich dojrzałości, pełni smaku i słodyczy. To tak, jakby sprzedawać zielone pomidory dwa razy drożej, niż czerwone. No absurd!

A dojrzały, słodki, kremowy banan, to podstawa sukcesu w przygotowaniu halawy. Daje tak dużo słodyczy, że można zapomnieć o cukrze czy miodzie. Mojemu synowi dzisiaj smakowało, jak poprzednio, dlatego czuję się w prawie podzielić swoją prostą metodą na pyszny deser dla dziecka (myślę, że praktycznie w każdym wieku – takim zupełnym maluchom zrezygnowałbym tylko z rodzynek).

Co będzie potrzebne (przepis na 2 solidne porcje):

  • Pół szklanki kaszy manny
  • 1,5 łyżki smalcu kokosowego
  • 1,5 szklanki wody
  • Jeden duży, dojrzały banan (lub dwa małe, też dojrzałe)
  • Łyżka soku z pigwy (można zastąpić sokiem z cytryny)
  • Garść rodzynek
  • Cynamon, kardamon, mielony anyż (opcjonalnie)

Jak zrobić pyszną halawę dla dziecka?

Rodzynki w przeddzień zalewam wrzątkiem, żeby zmiękły. W garnku zagotowuję wodę z rodzynkami i sokiem z pigwy (lub z cytryny). Jeśli nie mamy bardzo słodkiego banana, do tej wody dobrze jest dać łyżkę miodu, w moim przypadku nie było to konieczne. Na patelni rozpuszczam olej kokosowy, rozgrzewam wsypuję kaszę mannę. Mieszam, aż kasza stanie się złoto-żółta i połączy z tłuszczem. Taką kaszę wrzucam do wody i zagotowuję, ciągle mieszając. Jak kasza wciągnie trochę wody, dodaję banana w niewielkich kawałkach. Wszystko to intensywnie mieszam i gotuję na małym ogniu. Powstała masa powinna być gęsta i odlepiać się swobodnie od dna i brzegów garnka. Kiedy widzę, że halawa jest dostatecznie sucha, wyłączam ogień. Halawę można jeść na ciepło i na zimno. Za każdym razem jest smaczna.

SONY DSC

PS. Jedzenie do mojego Małego wożę, jak widać na zdjęciu, w plastikowych pojemnikach po różnych produktach, które wystarczy po prostu umyć i można ponownie wykorzystać. Polecam.

 

Panforte di Siena dla Syna

SONY DSC

Dzisiaj wiozę mojemu Małemu świąteczny placek „na bogato”. Panforte di Siena to pochodzące z Toskanii słodkie, orzechowo-czekoladowe ciasto, które przygotowywano tylko na Święta Bożego Narodzenia. Niesamowicie aromatyczne, pełne bakalii, orzechów, słodkich, korzennych i pieprznych przypraw, podczas pieczenia sprawia, że w domu robi się prawdziwie ciepła i świąteczna atmosfera.

Spróbowałem go po raz pierwszy podczas którejś z niewielu wypraw do Włoch i choć nigdy nie byłem w samej Toskanii, to smak i zapach panforte chodził za mną latami. Czekałem grudnia, aby upiec go dla Małego. A że wyszedł całkiem nieźle, postanowiłem napisać, jaki jest mój pomysł na ten deser, który sprawdzi się nie tylko na świątecznym stole, ale równie dobrze pasuje jako dodatek do popołudniowej kawy w zimne dni.

Historia tego ciastka sięga początków XIII wieku. Toskańscy mnisi tak sobie cenili panforte, że w kronikach można znaleźć zapisy o tym, że służyło ono jako waluta w opłatach podatkowych. Prawdziwe panforte di Siena powinno składać się z 17. składników, co odpowiada siedemnastu dzielnicom składającym się na średniowieczną Sienę. Moje panforte składa się z oczywiście z siedemnastu składników. No i jest bez mleka.

Panforte po włosku znaczy „mocny chleb”. Podobno zabierali go w drogę krzyżowcy udający się na krucjaty, bo jest to piernik sycący, kaloryczny i trudno psujący się. Inna legenda mówi, że panforte wymyśliła w 1200 roku włoska zakonnica Sour Leta natchniona przez diabła pod postacią kota, który kazał jej wymieszać i włożyć do pieca orzechy, migdały i inne przyprawy przywiezione z Ziemi Świętej podczas którejś z krucat. W każdym razie, panforte od wieków jest stałym gościem na świątecznych stołach we Włoszech.

Dwa moje odstępstwa od klasycznego panforte di Siena wynikają z tego, że przygotowywałem je dla trzylatka. W związku z tym zdecydowałem się zblendować orzechy na miazgę (mam małą traumę z dzieciństwa, kiedy to między zębami utknął mi kawałek orzecha laskowego, pod wpływem wilgoci zaczął puchnąć i przez pewien czas nie tykałem orzechów laskowych), a także przyozdobić ciemny placek kolorowymi kawałkami kandyzowanego ananasa, żeby było weselej.

Ale – do rzeczy.

Co będzie potrzebne na formę średnicy ok. 17 cm?

  • 150g orzechów laskowych
  • 100g innych dowolnych orzechów (nerkowce, pecan itp.)
  • 50g suszonej żurawiny
  • 30g suszonych daktyli albo innych bakalii

(tak naprawdę to myślę, że z tymi dodatkami można dowolnie kombinować i wrzucać to, co akurat kto lubi)

  • 4 łyżki kakao
  • 100g mąki pszennej
  • duża łycha cynamonu mielonego
  • pół łyżeczki gałki muszkatołowej
  • pół łyżeczki kolendry utartej w moździeżu
  • pół łyżeczki kardamonu
  • pół łyżeczki pieprzu
  • łyżeczka wanilii
  • 130g gorzkiej czekolady
  • 130 ml miodu
  • sok wyciśnięty z jednej pomarańczy
  • kolorowe kawałki kandyzowanego ananasa
  • tłuszcz roślinny

Jak zrobić panforte di Siena (przepis).

Na początek przesiewam mąkę przez sito i wsypuję do jakiejś miski. Orzechy i bakalie blenduję (w wersji oryginalnej orzechów i bakalii się nie blenduje!), ze względu na mleczaki syna i wrzucam do mąki. Do tego wsypuję pozostałe przypraw oraz oczywiście kakao.

W garnku zagotowuję niewielką ilość wody i stawiam na nim miskę, do której wrzucam pokruszoną gorzką czekoladę, aby się rozpuściła. Miska nie może mieć kontaktu z wodą. Wystarczy wrzucić rozdrobnioną czekoladę i wrzątek w kilka minut ją rozpuści. Rozpuszczoną czekoladę wlewam do miski z sypkimi składnikami. Do tego dodaję miód i sok z pomarańczy. Zakasuję rękawy i dokładnie mieszam ręką do uzyskania jednolitej masy.

Rozgrzewam piekarnik do 160 stopni.

Biorę formę i wykładam ją papierem do pieczenia. Z wierzchu dokładnie smaruję tłuszczem. Wykładam czekoladową masę do formy tak, aby dokładnie ją wypełniła. Świetnie sprawdza się jakaś płaska powierzchnia (duża nakrętka do słoika?) do upchania ciasta i sprawienia, by jego wierzch był jak najbardziej płaski.

Wstawiam do piekarnika. Przez pierwsze 20 minut piekę „góra dół”. Potem przełączam na „góra”, przykrywam wierzch ciasta folią aluminiową i piekę tak jeszcze przez 15 minut.

Po wyjęciu panforte, przyozdabiam je kandyzowanym ananasem i odstawiam na przynajmniej kilka godzin w spokoju w chłodnym miejscu. Po tym czasie powinno się bez protestów wyjąć z formy.

Smacznego.

O męskiej ostrości, czyli sos chili „Ryboły” (z imbirem)

SONY DSC

Każdy, kto jeździ dziewiętnastką między Białymstokiem a Lublinem wie, gdzie leżą Ryboły. To położona niedaleko mostu na Narwi szeroka i długa ulicówka, z domami ustawionymi prostopadle do ulicy, jak na prawosławną wieś przystało. Gdzieś w samym środku wsi, przy rozgałęzieniu na Pawły, jest dom, w którym urodził się jeden z moich nauczycieli, Włodzimierz Pawluczuk, odkrywca Wierszalina.

Opowieść o Stolicy Świata założonej przez proroka Ilię w lesie pod Krynkami była czymś bardzo ważnym w środowisku socjologicznym Białegostoku w czasach, kiedy studiowałem. Profesor Pawluczuk często opowiadał na wykładach o tym domu w Rybołach, gdzie nie było elektryczności i ludzie siedzieli po zmierzchu przy stole, opowiadając sobie różne historie. Jedną z nich była właśnie historia o proroku Ilii, który założył Wierszalin.

No ale teraz nie jeżdżę już na pielgrzymki do Wierszalina, a starego profesora Pawluczuka z Rybołów widuję tylko czasami, jak spaceruje z fajką w ustach i teczką pod ręką po śródmieściu. Tym, co teraz fascynuje mnie w Rybołach, jest niespotykane chyba nigdzie indziej na Podlasiu zjawisko ulicznego handlu „spod płota”. Zjeździłem cały ten region wzdłuż i wszerz i po wielokroć i nigdzie nie spotkałem czegoś takiego na taką skalę. Kiedy tylko przychodzi wiosna i cokolwiek zaczyna wyrastać ze stęsknionej słońca ziemi, gospodarze z Rybołów wystawiają te wszystkie dobra przed swoje płoty, siadają na ławeczkach i czekają, aż się ktoś zatrzyma i kupi.

Trwa to od wiosny do jesieni. Niepryskane truskawki, jajka prosto od szczęśliwej kury zza płotu, grzyby leśne, dynie, czereśnie, cukinie, bakłażany, ogórki gruntowe, maliny, pomidory, wiśnie, pigwy, czosnek i cebula. Każdy sprzedaje to, co sam wyhodował. Wystarczy się zatrzymać na poboczu. Jak przejeżdżam latem przez Ryboły, to zawsze ktoś stoi i kupuje u tych ludzi jakieś warzywa i owoce. Taki obrazek Rybołów będzie zawsze gdzieś w tyle mojej głowy.

SONY DSC

Więc, jak mam tylko trochę czasu i chcę oczyścić głowę ze złych myśli, uspokoić nerwy, zrelaksować się jazdą, a przy okazji uzupełnić zapasy, jadę do Rybołów na zakupy. Ostatnio udało mi się tam kupić między innymi te cztery piękne papryki chili.

Mój syn, jak każde dziecko, uwielbia wszystko, co słodkie. Ostatnio wtranżala owocowe musy, które staram mu się, przy każdej okazji, przygotowywać, bo to banalnie proste i tanie. Mój syn uwielbia też – co już mniej powszechne wśród dzieci – wszystko, co kwaśne. Jestem przekonany, że jak trochę podrośnie i stanie się facetem, polubi również, jak jego ojciec, to, co ostre.

Zresztą, większość facetów lubi ostre potrawy. Szukałem w internecie, dlaczego między mężczyznami a kobietami jest taka różnica w stosunku do ostrego, ale nie znalazłem żadnych przekonujących informacji. Niech więc tak po prostu pozostanie.

SONY DSC

Z przywiezionych z Rybołów papryczek zrobiłem dwa małe słoiczki sosu chili z dodatkiem imbiru. Skąd wziął się imbir? Okazało się, że papryczki chili z Rybołów mają nieco inną dynamikę uwalniania się ostrości w porównaniu do tego chili, z którym się spotykałem do tej pory. Ten ostatni uderzał od razu piekłem, nie pozostawiając ofiar i złudzeń, co do swojej kapsaicynowego, zabójczego arsenału. Papryczki z Rybołów mają w sobie o wiele więcej subtelności. Choć pod względem ostrości nie ustępują swoim kauflandowym siostrom, to atakują podniebienie wolniej, z podlaskim spokojem i finezyjnością. Równie finezyjny i niebezpośredni jest smak imbiru, który swoją wyrazistość pozostawia gdzieś na drugim planie, ale zawsze jest obecny, tak jak ojciec przy swoim synu, na przykład. Ostatnio dużą uwagę staram się przykładać w różnych sprawach do szczegółów, detali i pozornych niuansów. To z nich zbudowany jest świat, a na pewno to, co w nim podziwiamy i tak wiele można zepsuć nie zwracając uwagi na szczegóły. Zastanawiając się więc, jakiego detalu brakuje w smaku sosu chili z rybołczańskich papryczek, doszedłem do wniosku, że jest tym czymś właśnie imbir.

Jak zrobiłem sos chili „Ryboły” (z imbirem).

Co będzie potrzebne?

  • Kilka papryczek chili od gospodarza z Rybołów
  • Jedna ostra duża papryka
  • 1-2 mięsiste, dojrzałe pomidory
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oleju
  • 2 łyżki octu winnego
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki cukru
  • Sok z połowy cytryny
  • Odrobina świeżo startego imbiru

Pomidory sparzyłem i pozbawiłem skórki oraz wykroiłem twarde części, po czym rozgniotłem spodem widelca na miazgę. Na rozgrzany olej wrzuciłem pokrojoną drobno cebulę i zgnieciony czosnek. Cebula ma się zrumienić, a czosnek ma się nie spalić. Dodałem pomidory i chwilę dusiłem. W tym czasie pokroiłem papryczki chili na drobniejsze części, usuwając końcówki. Wrzuciłem je, razem z pestkami, na patelnię. Mieszając, gotowałem wszystko kilkanaście minut.

SONY DSC

Wyłączyłem ogień i poczekałem, aby substancja lekko ostygła. Następnie wszystko zmiksowałem na jednolitą masę i przełożyłem z powrotem na patelnię. Tam dodałem sól, cukier, po czym dusiłem, aby mikstura zgęstniała. Kiedy już konsystencja była dostatecznie, a nawet troszkę zbyt dostatecznie, zwarta, dodałem łyżkę octu winnego. Na sam koniec dodałem szczyptę imbiru. Wyłączyłem ogień i dokładnie wszystko jeszcze raz wymieszałem.

SONY DSC