Codziennik czterdziesty drugi – dzwoni Syn

 

SzósDSC05196.jpgta rano. Dzwoni telefon.

Syn.

– cześć stary gruby cepie, nie obudziłem?

– nie – odpowiadam zaspany

– przeproś babcię Terkę, że nie mogę jej złożyć życzeń osobiście, ale obaj wiemy, jak jest – mówi

– spoko – mówię półprzytomny.

– weź jedź do sklepu i jakieś kwiatki jej kup, takie które lubi, goździki albo inne róże daj – że niby ode mnie – czaisz?

– spoko, już jadę

– dzięki, to nara, muszę kończyć, bo mnie zaraz przyczają te wiedźmy tutaj.

– ok, już jadę.

Reklamy

Codziennik czterdziesty – pierwsze kroki

pierwsze kroki.png

Codziennik trzydziesty szósty – Tłusty Czwartek

urodzinytłusty.JPG

Dwa lata temu Tłusty Czwartek wypadał dokładnie w dzień drugich urodzin Małego. Wywieziono mi go wtedy do Olsztyna – odebrałem to – być może niesłusznie – jako kolejną próbę zniechęcenia mnie do spotykania się z Nim. Próbę oczywiście nieudaną.  Jeździłem tam jak szalony, przez trzy zimowe miesiące, co tydzień, trzysta czterdzieści kilometrów w jedną stronę, ma marne dwie godziny, po oblodzonych mazurskich ścieżynkach.

Nie było to łatwe, ale przetrwaliśmy i tę przeciwność. Teraz przed nami kolejne. Obaj walczymy jak na facetów przystało..

Dwa lata temu, w Tłusty Czwartek, zawiozłem Mu – oczywiście bezlaktozowe – urodzinowe pączki, które przez cały wieczór lepiła i smażyła mu wiecznie stęskniona i zakochana we wnuku, którego nie widzi, babcia Terka. Przez cały czas mam przed oczami tę scenę, jak siedzi z tortem i resorakiem na swoim ulubionym parapecie w bloku przy ulicy Wilczyńskiego, skąd zawsze patrzył i czekał, aż przyjadę, a potem machał mi na pożegnanie, kiedy po dwóch godzinach spotkania musiałem wracać drugie trzysta czterdzieści kilometrów po nocy. Wracałem w nocy z tonami szczęścia w sercu i energią na kolejny tydzień.

Codziennik trzydziesty trzeci – liścienie

SONY DSC

Ponad dwa lata temu, we wrześniu, pojechaliśmy z mamą na Święto Ogórka do Kruszewa nad Narwią. Tego dnia miałem się spotkać z Synem, więc kupiłem dla niego kilka tych słynnych ogórków kiszonych stamtąd. Wtedy uwielbiał wszystko, co kwaśne, więc zajadał je z rozkoszą, aż sok ściekał Mu po brodzie. Patrzył przy tym z zadowoleniem raz to na mnie, raz na pozostałych uczestników spotkania, jakby chciał się pochwalić, że ojciec przyniósł mu coś smacznego. Z tamtej strony były tylko skwaśniałe miny polskich Grażyn, które zjadły za dużo ogórków kiszonych, choć tych, które przywiozłem dla Małego, palcem nie ruszyły. Niektórzy mają to skwaszenie i brak entuzjazmu dla entuzjazmu innych wdrukowane gdzieś głęboko i czasami mam wrażenie, że całe ciała i umysły tych ludzi są skwaszone przez całe ich życia.

Dzisiaj wspominam to jedno z wielu podobnych zdarzeń jako zarazem śmieszne i jednocześnie niezmiernie smutne. Staram się zapamiętać tylko to dobre, ale nie jest to łatwe.

Pamiętam, że moja mama przywiozła z tamtego wyjazdu do Kruszewa małą papryczkę chilli w doniczce. Kilkunastocentymetrowej wysokości krzaczek obsypany małymi owocami. Dotrwał do świąt Bożego Narodzenia i umarł śmiercią naturalną. Zebrałem z pomarszczonych i wyschniętych papryczek nasionka, przechowałem przez zimę i wiosną wyhodowałem kilkanaście podobnych krzaczków, które porozdawałem rodzinie i znajomym. Mama urządziła sobie z nich na parapecie paprykowy gaj.

Teraz rozmnażam kolejną generację papryk chilli. To już wnuczki tej, którą mama kupiła w Kruszewie. Z nasion pozostawionych na wilgotnej wacie, po pewnym czasie zaczynają rozwijać się cienkie, jasne korzonki, a ku górze idzie łodyżka, z której wychodzą dwa liścienie. To jeszcze nie liście, ale zalążki liści, z których potem urodzi się zielona roślina, na której znienacka pojawią się zielone owoce, powoli, dzień po dniu przechodzące w czerwień.

Wczoraj tłumaczyłem z angielskiego piękny taoistyczny tekst o umieraniu. Nie wierzę w jakiekolwiek życie po śmierci. Wydaje mi się, że taoiści też w to nie wierzą. Wiem, że jedyne, co po mnie pozostanie, to wspomnienia – te złe, te neutralne, i może kilka dobrych. W końcu nie pozostaną nawet one, bo wspomnienia również w końcu umierają i jest tylko kwestią czasu i pamięci, jak długo będą przekazywane kolejnym pokoleniom.  Dlatego nie potrafię mówić i myśleć źle o tych, którzy odeszli. Bo po co?

Nie przywiązuję też wagi do tego, co się stanie z moim ciałem po śmierci, choć to właśnie ono – w przeciwieństwie do wspomnień – będzie trwało tak długo, jak długo będzie trwał Wszechświat. Po śmierci zamieni się stertę pyłu i wodę, która wyparuje, by powrócić na ziemię w formie deszczu. Pył zjedzą zwierzęta i wchłoną rośliny, które również w końcu zamienią się w parującą wodę i składnik odżywczej gleby. 

Z tej gleby i wody powstaną nowe istnienia. Powstanie z nich – kolejnej wiosny w mieszkaniu przy Piłsudskiego – kolejne pokolenie papryczek chilli i te pra-, pra-, pra-, pra- wnuczki krzaczka kupionego w Kruszewie na Święcie Ogórka będą przypominały o entuzjastycznym skwaszeniu przystojnej buzi mojego Syna, kiedy jadł ogórasa od ojca.

Dlatego właśnie – jak mawiają taoiści – to materia jest wieczna, a nie żadne tam wspomnienia.

SONY DSC

Codziennik dwudziesty siódmy – parapet i pelargonie

pelargonie

W mojej kuchni jest wielki, granitowy parapet. Dziewczyna, która spędziła w tym mieszkaniu dzieciństwo, a potem sprzedała po śmierci babci, opowiadała, że spędziła na tym parapecie całe dzieciństwo, patrząc na przyblokowe życie. Z tego okna widać piękną żydowską kamienicę, w której teraz mieszkają koty. Bliżej, na podziemnym schronie przeciwatomowym, stał drewniany dom państwa Skowrońskich, obok był chlewik i sad, po których pozostała tylko mirabelka, sięgająca swoimi gałęziami prawie drugiego piętra. W kwietniu obsypie się białymi kwiatami i będę miał w kuchni obłędnie.

W kwietniu i maju znowu urosną mi na tym parapecie zioła. Bazylia, mięta, tymianek, cząber, rozmaryn, melisa i co tam jeszcze wymyślę. Znowu mój parapet, przy którym robię jedzenie, stanie się zielony i pełen zapachów życia. Teraz większość ziół pogubiła liście albo umarła. Za mało słońca, niedostateczność mojej opieki z powodu corocznego, długotrwałego przygnębienia spotęgowanego brakiem mojego syna, suche powietrze z żeliwnych kaloryferów, w których nie da się ustawić ogrzewania?

Albo może – po prostu – zwykły cykl naturalnego, cyklicznego umierania i rodzenia się na nowo.

Pierwsze nadzieje tego, że wiosna w końcu nastąpi, że coś się zmieni, że ktoś (ten ktoś wie, o kogo chodzi) w końcu zrozumie, że życie nie polega wyłącznie na niszczeniu i deptaniu tego, co ktoś inny wytrwale, na nowo odbudowuje z deptanych po raz kolejny zgliszczy, to przygotowanie nowej roślinności do domu.

W ubiegłym roku zakochałem się na powrót w pelargoniach i przypomniałem sobie ich niezmienną obecność na parapetach w domach moich dziadków. Przypomniałem sobie ich żywotność, wytrzymałość, a przede wszystkim ten ziemisty zapach pelargoniowych liści.

Zapach, którego większość nienawidzi, a ja kocham.

Więc pierwszą nadzieją wiosny, ciepła i dawno nie widzianego w okolicach Białegostoku dobra, są górne pędy pelargonii, które wiosną przeniosły się na klatkę schodową wprost z balkonu. Sąsiadka z naprzeciwka pomogła mi je fachowo ponacinać, a teraz siedzą sobie w pojemniczkach na parapecie zanurzone w wodzie, nastawiają swoje mechate liście ku pierwszym promieniom ciepłego słońca i czekają, aż w wodzie pojawią się pierwsze zalążki korzeni.

Potem trafią do ziemi, by wciąż na parapecie czekać mniej więcej połowy maja. Wtedy w Polsce kończy się pora mrozów i pelargonie będą mogły trafić na balkon, a widok z tymi pelargoniami będzie dawał nadzieję, że po roku rozłąki syn i ojciec będą się mogli znowu spotkać, źli ludzie spokornieją, głupi ludzie zmądrzeją, a zazdrośni ludzie powstrzymają swoje zazdrości. Choć trochę, choć na chwilę, choć odrobinę. To nam wystarczy.

To nam wystarczy, abym mógł mu pokazać mój dom, widok z mojego okna, mógł go posadzić na granitowym parapecie, aby zza szyby liczył i nazywał zaparkowane pod oknem auta. Abyśmy mogli z balkonu, zza tych pelargonii, wspólnie obserwować ruch uliczny i patrzeć na niebo.

Codziennik dwudziesty czwarty – mapa

mapa

Codziennik dwudziesty pierwszy – jeżdżenie

jeżdżenie.jpg

Mój pierwszy samochód to była czerwona Toyota Carina Sedan, kupiona za niecałe 20 tysięcy od obecnego burmistrza Zabłudowa. Pięć tysięcy sprezentował mi ojciec, resztę dołożyłem z kasy za jakiś unijny projekt. Dzień przed zakupem, Adam powiedział mi „weź ją sobie na jedną dobę, pojeździj, zobacz, czy ci pasuje to auto”.

Tego wieczora nie wróciłem na noc do domu. Szwędałem się po mieście, po bliższych i dalszych okolicach. Sprawdzałem wszystkie przyciski i pokrętła na masce rozdzielczej. Po kilku przejechanych kilometrach wiedziałem, że muszę ją mieć. Zadzwoniłem do ojca, bo brakowało mi kilku tysięcy. Na niego zawsze mogłem liczyć w takich sprawach. Pięć koła to była dla niego spora kwota – nie byliśmy bogaci – ale jak zwykle mi pomógł.

Dwa dni później jechałem już szosą na Warszawę po moją dziewczynę, by po krótkim noclegu w stolicy ruszyć na Węgry. To była karkołomna wycieczka, bo nigdy wcześniej nie spędziłem za kółkiem tyle czasu. Jakoś dojechaliśmy, chyba tylko dzięki adrenalinie płynącej z przyjemności jazdy, pulsującej mi w głowie. Ta wycieczka była wyjątkowa.

Wtedy zakochałem się w jeżdżeniu samochodem. Wtedy zrozumiałem, o co tak naprawdę chodzi Andrzejowi Stasiukowi i wtedy stał się on moim jeszcze większym mistrzem. A już wtedy był największym.

Kiedy kończyłem pracę, wsiadałem do tej mojej Toyoty i eksplorowałem okolice. Jakiś czas potem ustaliłem, że tym samochodem przejechałem każdy kilometr utwardzonej drogi w województwie podlaskim. Robiłem około 50 tysięcy kilometrów rocznie, czyli ponad 4 tysiące kilometrów na miesiąc. Zdarzało mi się kilka razy wsiąść o świcie do samochodu, pojechać na Hel, popatrzeć na morze przez pięć minut i tego samego dnia wrócić wieczorem do Białegostoku.

Teraz też mam Toyotę, ale – choć mnie nie zawiodła – nie kocham jej tak, jak tamtej Cariny. Podobno pierwsze miłości kocha się zawsze i przez całe życie najmocniej.

Jestem perypatetykiem – nie potrafię myśleć, siedząc na dupie. Myślę tylko wtedy, gdy idę albo gdy jadę. Wtedy przychodzą do głowy najlepsze pomysły, wówczas poplątane myśli się jakoś rozwiązują. Wtedy też potrafię się naprawdę wyciszyć

Kiedy wracają do mnie trudne myśli o tęsknocie za synem, kiedy przypominam sobie nasze wspólne wycieczki i to, że mimo nieustanego dokuczania nam w przeżywaniu naszej wspólnej – synowsko-ojcowskiej przyjemności – czerpaliśmy jednak za tego radość i nawiązywaliśmy więź, wtedy wsiadam w samochód, podłączam radio do Spotify na telefonie, włączam specjalną plejlistę do jazdy samochodem i ruszam.

Najchętniej do Tykocina, bo jest to miasto, które najlepiej nadaje się do samotnego zwiedzania wieczorami, zza szyby samochodu. Zupełnie puste przez cały dzień, a wieczorem wytwarzające coś na kształt próżni sprawiającej, że strach tam nawet otworzyć szybę, aby nie wciągnęła cię jego nieobecność.

Byłem raz z moim Małym w Tykocinie, na pokazie samochodów. Pamiętam, jak zafascynowany patrzył na te wszystkie maszyny, a ja sadzałem go na przednie siedzenia tych, które sobie wybrał. Był dumny, przejęty i bardzo szczęśliwy.

Dzisiaj pojechałem do Tykocina sam, bo mróz trochę zelżał i ta kręta, dziurawa droga, odsłoniła trochę asfaltu. W Tykocinie, jak zwykle, nie było nikogo, a na fotelu pasażera nie było mojego syna. Patrzył tylko dumnie ze zdjęcia przyklejonego nad schowkiem, tak, jak patrzy za każdym razem wsiadam do auta załatwiać ludzkie sprawy.