Restauracja „Pod Sokołem” w Sokółce

20191026_143601.jpg

Sokółka mieści się w pierwszej piątce najbardziej paździerzowych miast północno-wschodniej Polski, dlatego niemałym szokiem zareagowałem na wizytę w nazywającej się nad wyraz pretensjonalnie i banalnie Restauracji pod Sokołem. Znajduje się ona tuż przy głównym trakcie miasta, którym codziennie przejeżdżają tysiące tirów.

Spodziewałem się kolejnej quasi-restauracji karmiącej ludzi odgrzewaną babką ziemniaczaną, pomidorową z rosołu z wczoraj, podgrzewanej w mikrofali „świerzynce” ze świni zabitej miesiąc temu i wielu temu podobnych gastronomicznych trików.

Na obiad zabrała nas mama po udanym grzybobraniu w Krynkach i nieudanej próbie zjedzenia czegoś tatarskiego w bohonickim Domu Pielgrzyma. W Bohonikach mieli jakąś imprezę, więc zaryzykowaliśmy na maksa, szukając dobrego miejsca z jedzeniem w Sokółce. W głębi duszy uznawałem tę misję za z góry przegraną.

Lubię się mylić i tym razem pomyliłem się okrutnie. Jedzenie w Restauracji pod Sokołem jest fenomenalne.

Zamówiliśmy żurek, pielmieni z jagnięciną, golonkę z ziemniakami i spaghetti z kapusty kiszonej w całości, a na koniec pierogi z borówkami i malinami.

Proste i skromne entrée w postaci pajd chleba i delikatnego masła wróżyło, że w tym miejscu traktuje się klientów poważnie. Dziewczyny jadły ten chleb z masłem aż im się uszy trzęsły.

Żurek podano w ten sposób, że „wkładkę” złożoną z jajka i chrzanu trzeba było samemu zalać zakwaszonym bulionem z dużą ilością majeranku. Była to zupa przygotowana niemal perfekcyjnie. Niemal, bo nie lubię soli i dla mnie był to płyn nieco za słony. Co nie zmienia faktu, że chciałbym się nauczyć robić taką zupę.

Około ośmiu pielmieni z jagnięciną siedmioletnia Ola zjadła w czasie nie przekraczającym jednej minuty, co wystarczy za recenzję.

Upieczoną golonkę podano na górze kapusty w oleju. Nie była to ukiszona kapusta, ale nie obniża to wartości tego dania. Skóra świni miała piękny, brązowy kolor, a doskonale przyprawione mięso rozpadało się przepięknie na kawałki, jakby przewidywało to, jaka jego część mnie najbardziej interesowała. Golonce towarzyszyły upieczone tak jak należy ziemniaki w skórkach. Do tego w gustownych, szklanych pojemniczkach, chrzan i musztarda. 

Pierogów z borówkami i malinami też nie spróbowałem, bo Ola spałaszowała je w tempie podobnym do tempa pałaszowania pielmieni. Na koniec beknęła i – wychodząc – powiedziała przemiłej i fachowej kelnerce:

– Bardzo smaczne jedzenie. Jeszcze tu do was wrócę.

Za obiad dla czterech osób z napojami, mama zapłaciła 87 złotych plus napiwek.

Po wizycie w Restauracji pod Sokołem w Sokółce jeszcze bardziej nie znoszę tego miasta i jego paździerzowatości. Teraz już nie z powodu jakiegoś kaprysu, ale za to, że mają u siebie taką dobrą knajpę, której nie powstydziłby się krakowski rynek i warszawski Nowy Świat. 

20191026_144900.jpg

Śniadanie – obiad – kolacja

20191022_094851 (1).jpg

Dla mojego roztrzepanego i bujającego przez całe życie w obłokach ojca, od kiedy mieszkaliśmy tylko we dwóch, jedną z najważniejszych rzeczy było to, aby ugotować mi każdego dnia obiad. W domu zawsze musiała być zupa, a mój ojciec był mistrzem w gotowaniu zup. W ramach gówniarskiego buntu przeciwko niemu, który przyjmował stoicko na klatę, gdy tylko w wieku około dwudziestu jeden lat osiągnąłem relatywnie stabilną samodzielność finansową, ostentacyjnie i złośliwie negowałem dzisiaj dla mnie oczywistą, fundamentalną wagę spożywania posiłków z bliskimi. Przez lata jadałem na mieście, a dom traktowałem jako bardzo serdeczną, przyjazną i zawsze pełną ojcowskiej miłości, sypialnię.

Kiedy w końcu wyprowadziłem się od ojca i do swoich wynajmowanych a w końcu własnych czterech ścian zaprosiłem wieloletnią miłość na odległość, włączył się we mnie ten sam impuls, co u ojca dwadzieścia lat wcześniej. Druga miłość zastąpiła pierwszą, potem przyszła trzecia, jednak instynktowna, wewnętrzna potrzeba przygotowania śniadania z cielęcych parówek, obiadu zgodnego z sympatiami kulinarnymi moich Księżniczek, a potem kolacji polegającej na pleśniowych serach, oliwkach i ewentualnie winie, trwała we mnie mimo przejściowych sztormów na każdym z tych rejsów.

Do momentu, gdy razem z Małym wytrzymywaliśmy jeszcze to, co sprawiano naszym spotkaniom, czułem równie naturalną, pierwotną, zwierzęcą wręcz potrzebę przygotowania mu jedzenia. Nie dlatego, żeby był głodny. Nie dlatego, żeby mu zaimponować. Potrzeba ta umiejscowiona jest gdzieś w okolicach hipokampu, w najbardziej pierwotnym ośrodku mózgu. Miejscu, które człowiek ma takie samo, jak wszystkie gady. Gady nie zastanawiają się, gady działają.

Pierwotny, trywialny, uniwersalny, codzienny rytm. Śniadanie – obiad – kolacja. Cykl wprowadzający równowagę i stabilność. Jeśli nie dla kolejnych Księżniczek, to choćby dla Dziecka i siebie samego.

Codziennik osiemdziesiąty trzeci – Myśląc „Ojczyzna”

20191020_141516.jpg

Podobnie jak mój Syn i mój Ojciec, uwielbiam odkrywać nowe smaki. Różni to nas od reszty rodziny, która pod tym względem jest konserwatywna jak Marek Jurek. Od czasu do czasu lubię jednak zjeść coś tradycyjnego.

Utożsamianie potraw z narodami lub regionami jest pięknym przykładem łączenia tego, co przyziemne, biologiczne, materialne, ze sferą symboli.

Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł, aby nadawać ulicom nazwy potraw. Chciałbym mieszkać przy ulicy Pierogowej, Placków Ziemniaczanych, Racuchowej, Konfiturowej… Byłoby i wesoło, i symbolicznie zarazem.

Dla mnie symbolem Polski, nie mniej mocnym emocjonalnie co ten ptak z godła, są kotlety mielone, ziemniaki z wody, buraczki w occie albo marynowane grzyby. Czyli to, co dzisiaj zjadłem na uroczystym niedzielnym obiedzie z rodziną.

Codziennik siedemdziesiąty – Ratafia

DSC_6652.jpg

W tym roku znowu postawiłem na nalewki. Owoce były zbyt drogie, abym mógł sobie pozwolić na nastawienie konkretnej ilości wina. Zalałem więc spirytusem w oddzielnych słojach kwiaty mniszka lekarskiego, pędy sosny, rabarbar, malinę, wiśnię, jeżyny, aronię i porzeczkę. Zasadzam się jeszcze na dereń.

Jednak królową tegorocznych nastawów jest ratafia – starodawna nalewka wieloowocowa zależna w składzie od tego, co przyniesie na drzewach i krzewach kolejne lato. Do dziesięciolitrowego baniaka wrzucałem systematycznie od czerwca: truskawki, czereśnie, wiśnie, porzeczki czerwone i czarne, agrest, jeżyny, mirabelki, węgierki, aronię, a na koniec poszły właśnie dwa jabłka, dwie gruszki i kilka gwiazdek anyżu.

Na razie wszystko to maceruje się w samym alkoholu 60-70%. To potrwa około kilku miesięcy. Kiedy przyjdzie pora, wyjmę z tego owoce, zasypię je cukrem i poczekam kilka tygodni, aż oddadzą resztę soku. Ten syrop połączę z nalewką i rozleję po kilku tygodniach do butelek. Butelki te schowam do piwnicy i zapomnę.

Szykują się wesołe święta z przyjaciółmi w 2024 roku. Zapraszam.

Anthony Bourdain – Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego

To, co czytelników książki Tony’ego Bourdaina odstrasza, zniesmacza i nudzi, dla mnie jest największą wartością tej przeszło trzystustronnicowej książki o kulinarnych podróżach znanego kulinarnego celebryty, autora wziętych programów telewizyjnych o gotowaniu. Otóż Bourdain proponuje zgoła nieortodoksyjne podejście do jedzenia i całej związanej z nim otoczki. Sprowadza się ono do kilku bliskich mojemy sercu zasad.

Pierwsza z nich to sprzeciw wobec dominującego (na szczęście coraz słabiej) dyktatu tak zwanej “zdrowej” kuchni: redukującej za wszelką cenę tłuszcz, kalorie i jednolicącej w ten sposób sztukę kulinarną na całym świecie. Bourdaina brzydzi ów dyktat podobnie jak dyktat fast-foodów. Jedzenie nie dzieli się według niego na “zdrowe” i “niezdrowe”, ale na dobre lub złe.

Co jeszcze sprawia, że ta książka może się wydać kontrowersyjna? Z podobną powyższej ostentacyjnością odnosi się Bourdain do zakorzenionego szczególnie na Zachodzie przekonania, że w kuchni za wszelką cenę musi być sterylnie czysto. Otóż – nie musi – by jedzenie sprawiało przyjemność i nie wywoływało rozwolnienia, nawet jeśli jest przyrządzane w warunkach urągających normom SANEPID-u i procedurom HACCP.

Trzecia ważna sprawa, o której musi pamiętać każdy, kto zastanawia się nad lekturą tej książki: dla Bordaina jedzenie i podróżowanie nie są zajęciami naukowymi. Kuchnia to sprawa układu pokarmowego, serca i emocji, a nie szkiełka i oka. Autor lgnie do ludzi, z którymi gotuje i którzy mu gotują, ale nie po to, aby ich antropologicznie badać, ale by dzielić z nimi przyjemne chwile. Dlatego Bourdain nie waha się przed skrajnymi sądami. “Cudowne”, “obrzydliwe”, “najlepsze pod słońcem”, “ohydne”.

Jeśli doczytaliście do tego miejsca, nie zdziwią Was zapewne kierunki Bourdain’owskich podróży. Nie są to nobliwe miejsca Niemiec, Francji, Skandynawii czy Wschodniego Wybrzeża USA. Nie są to najlepsze restauracje, gdzie za obiad płaci się banknotami w setkach dolarów. Nie są to wymyślne potrawy kuchni molekularnej albo fusion.

Autor zakochuje się w Wietnamie i Kambodży, rosyjskiej, amerykańskiej prowincji. Zachwyca go prowincjonalna kuchnia portugalska albo szkocka. Rozsmakowuje się podrobami, surowym sercem kobry, zupą z koziej głowy i owocami morza podawanymi na surowo. Opis rytuału zarzynanej świni w Les Helles w Portugalii, a następnie spożywania tych wieprzowych smakowitości nie ma sobie równych w literaturze.

Bourdain klnie jak szewc, przyznaje się do palenia w kuchni i z szacunkiem wypowiada się o bezwzględnym i brutalnym stylu prowadzenia restauracji przez Gordona Ramsaya. Do jedzenia i gotowania ma stosunek jedyny słuszny: wyluzowany, barbarzyński, pierwotny, niewyublimowany i pogodny, co nie przeszkadza mu kochać ten świat ponad wszystko.