Niemcy mogłyby właściwie nie istnieć

Nie ma większej polskiej ambiwalencji, jak wobec narodu niemieckiego i jego wielkiej cywilizacji. Nie ma w Polakach większego pomieszania zachwytu i pogardy, zazdrości i resentymentu, miłości i nienawiści, pożądania i pogardy, niż wobec Niemców. Zawdzięczamy Niemcowi zniszczoną ojczyznę, miliony trupów, i jednocześnie motoryzacyjny geniusz techniczny wartburgów, a dzisiaj wolkswagenów. I miliardy euro, które nasi sąsiedzi w ogóle się tą szczodrością nie przejmując, ładują kieszenie rolników, w budowę naszych oper i aqua-parków.

Moje podróże do Niemiec to zawsze przerażająca nuda. Nuda niewygodnie prostych autostrad, z powodu których przejechanie tego wielkiego kraju trwa kilka godzin i nie dostarcza absolutnie żadnych przeżyć poza kilometrami doskonale płaskich betonowych nawierzchni, sterylnie czystych stacji benzynowych i skandalicznie czystymi parkingami z nieoczywiście pachnącymi kiblami bez nadzoru i opłaty za wstęp. Najbardziej oburzająca dla podróżującego po Niemczech turysty ze wschodniego kraju ościennego jest ta cholerna przewidywalność zachowań na drodze, to nie dające się wytrzymać bezpieczeństwo, ta wszechogarniająca nuda.

Bo przecież jedną z największych atrakcji miast Wschodu jest możliwość bezinteresowanego lub zasłużonego otrzymania w pysk, zostania obrabowanym lub w najgorszym przypadku obrażonym. Na ulice polskich miast wyjeżdża się, aby walczyć, słowem, gestem lub klaksonem.

Tymczasem tam, w tych Niemczech, wszyscy są wobec siebie nienaturalnie i sztucznie uśmiechnięci, grzeczni i usłużni.

Dlatego z całych Niemiec najbardziej lubię Berlin z całym tym berlińskim postsowietyzmem i orientem w pakiecie. To jedyne miasto w tym kraju, które przypomina Warszawę. A już najbardziej lubię włóczyć się na Kreuzbergu, bo to właściwie jedyne miejsce w tym osiemdziesięciomilionowym kraju, w którym można się zagubić, pomylić i doświadczyć czegoś niespotykanego. Całe pozostałe Niemcy mogłyby dla mnie nie istnieć.

DSC00975

Lizol

Lizol. Słodkawo-gorzki, lekko duszący zapach środka dezynfekującego. Zapach przejść podziemnych, dworców, szkół, przychodni, urzędów.

Białoruś ma zapach lizolu.

Lizol wita cię, kiedy po wyjściu z pociągu wchodzisz do komory kilku ciasnych pomieszczeń odprawy granicznej i celnej, a potem wpuszczają cię do obszernego holu dworca z imperialnym swoją rozłożystością i błyskotliwością żyrandolu, chybotającego się u sufitu.

Lizol. Zapach odstraszający i bliski jednocześnie, bo nasze przedszkola i szkoły też były nim oblewane. Więc zapach toalety na pierwszym piętrze trzeciego liceum ogólnokształcącego w Białymstoku to też ten sam, bliski każdemu licealiście rocznik 1999, smród.

Ci wszyscy obcokrajowcy z Zachodu, którzy przyjeżdżali za żelazną kurtynę, myśleli na pewno, że ten zapach to jakiś perfidny środek psychoaktywny, który ma człowieka sowieckiego przekonać do komunizmu, albo – ostatecznie – zniechęcić do narzekania na nędzę socjalizmu.

Nie ma co narzekać na lizol. Dzięki niemu dziesiątki przestronnych przejść podziemnych pod Prospektem Niepodległości nie śmierdzą ludzkim moczem. Zresztą, i tak by nie śmierdziały, ponieważ publiczne załatwianie się w czyściutkim i uporządkowanym Mińsku po prostu nie mieści się w głowie. W tych szerokich jak Marszałkowska przejściach ludzie – jakby odurzeni lizolem – idą w równym tempie, według zasad ruchu prawostronnego.

Lizolem pachną również liczne domy towarowe, rozmieszczone wokół największej mińskiej arterii. Wielopiętrowe odpowiedniki naszych galerii handlowych, gdzie każdy towar podaje ekspedientka. Całe piętra zapełnione odzieżą, galanterią, sprzętem rtv i agd, barami z przekąskami, kantorami, dorabiaczami kluczy i ostrzycielami noży.

Wszystko poruszające się w słodkawym zapachu środka dezynfekującego.

DSCF3398

Łomża

Zapominam powoli miejsca, do których tyle razy przyprowadzał mnie ten szwędaczy instynkt – kapryśny, intuicyjny, zmienny. Trasy, które znałem jak swoją własną kieszeń, zostały wyremontowane, przerobione na autostrady, a wokół nich postawiono domy, sklepy i fabryki, których wcześniej nigdy nie mijałem. Znałem na pamięć każdy kilometr ósemki – każdy bar, każdą stację benzynową, każdy jej zjazd i rozjazd. Brzydki kościół w Jeżewie, dziwny przejazd przez tory za Mężeninem, dyskotekę w Zambrowie, bar dla tirowców gdzieś w okolicach Szumowa, most w Wyszkowie i niekończący się pochód świateł od Marek aż do Wileńskiej.

Zawsze lubiłem też jeździć do Łomży. To miejsce jest kwintesencją mazowieckości, ze swoją drobnoszlachecką dumą przemieszaną z wulkanem kompleksów. Piękna skarpa nad Narwią, a potem przejazd przez miasto, które dosłownie odwraca się od swojej miejskości. Rynek i starówka straszą pustką, a życie toczy się w okolicach molochowatego dworca autobusowego z cały, dworcowym arsenałem budek z hot-dogami, kiosków i ogólnego syfu, McDonaldsa i stacji benzynowej. A tuż obok jest właściwie już wiejski targ, na którym handluje się kapustą, jajkami i mlekiem prosto od krowy.

Uwielbiam Łomżę i jest to uczucie niepopularne, bo Łomży nie lubi nikt. Nie lubią jej łomżynianie, zapatrzeni w Warszawę, wzgardzają warszawiacy, nienawidzą białostoczanie. Wyobrażam sobie to miasto właśnie teraz, o tej porze roku, kiedy w parku Ludowym uczniowie pobliskiego liceum rzucają w siebie kasztanami. Ze szkoły muzycznej dobiegają gamy grane na średnio nastrojonym pianinie, a chłopcy w beemkach zagłuszają te fałsze jakąś bezpretensjonalną łupanką z podbitymi basami. Z dworca autobusowego rozklekotane autobusy pospiesznie rozwożą ludzi do pobliskich wiosek. Jest popołudnie, Łomża, tak samo jak zwykle.

DSCF1945