Cat Power

Nie żadna Amy Winehouse, od teraz to Charlyn Marie Marshall z Georgii, znana jako Cat Power, jest największym jasnoskórym geniuszem bluesa i rock’n’rolla na świecie. Jeszcze niżej niż Amy, oszczędniej, wręcz minimalistycznie. Gitara lub pianino i ciemny głos tak bliski, że słychać wciągane przeponą powietrze, słychać drganie strun głosowych. Poza tym pani Cat Power jest bezpretensjonalnie ładna. Łączy ją z Amy Winehouse piękny głos i uzależnienie od używek. Charlyn udało się rzucić alkohol, o czym bardzo ładnie opowiada tutaj (zwróćcie uwagę na strzelanie palcami):

Tak jak ostatnio Amy Winehouse, Cat Power odwoływała koncerty, zrobiła kilka rozrób. Udało jej się rzucić wódę, ale przedtem „żyła w barach”:

I na koniec jeszcze piękne wykonanie pięknej Cat Power pięknego „Maybe Not” Dowód na to, że za pomocą niewielu środków: kilku prostych słów, nieskomplikowanej melodii, bezpretensjonalnie wyśpiewanej piosenki, prostej grzywki, dżinsów i niemodnej koszuli w kratę można wzbudzić emocje, które rozsadzają wszystko, ze słuchaczem włącznie. Może nie?

Czekając na Otryt

To jeszcze niecałe dwa tygodnie i w końcu nastąpi oczekiwana ucieczka spod Wielkiej Czarnej Czapy. Kolejna wycieczka do Chaty Socjologa na Górnym Otrycie. Znowu krzyżówka w Dwerniku, błotnista polana przy szosie, mozolne wspinanie się, coraz wyżej, do góry. Coraz większa ekscytacja i niecierpliwe oczekiwanie Góry.

Doszedłem do wniosku, że największą uciążliwością związaną z wyjazdem, która pojawiła się po skończeniu studiów, to wyczerpujące podróże pociągiem. Piętnaście godzin męki, na którą nie mam już ochoty. Pojadę więc najprawdopodobniej samochodem, a wracając postaram się zajrzeć do Lwowa. Nie wiem, jak będzie. Na pewno inaczej.

Najgorszy dzień w roku

Badania Cliffa Arnalla zdołały ustalić, że przedostatni poniedziałek stycznia jest najgorszym dniem w roku. W tym dniu zdarza się najwięcej bójek, nieporozumień, zwolnień z pracy i innych sposobów, jakie wymyśliła ludzkość, aby wpędzać się w obszary depresji, smutku i zwątpienia. Najwyższy to czas, aby noworoczne plany poszły w kąt, a w perspektywie doraźnej znalazły się niepospłacane świąteczne kredyty i szara zimowa rzeczywistość za oknem.

Prawdopodobnie w rzeczywistości nie jest tak źle, jak mówią naukowcy. Im także zależy na społecznym odzewie, w imię którego nie wahają się wyostrzać tez swoich teorii. Aby przekonać się, że koniec stycznia nie jest wcale taki strasznych, należy gwałtownie, zbudzając psychosomatyczny szok organizmu i osobowości, zmienić środowisko. Wyjechać gdzieś daleko, na północ lub południe. Krajobrazy są co prawda podłe, ale ludzi w związku z tym bardzo mało, szczególnie w nadmorskich kurortach Jastarni, Juraty lub Helu.

Egerszalòk

Tego miejsca już pewnie nie ma. Nie ma go w takiej postaci, w jakiej zastaliśmy je we wrześniu 2005. Z głównej ulicy Egeru Koháry István ütca trzeba było skręcić w Szalòky üt, a potem piąć się w górę willową dzielnicą Szepasszonyvölgy, pełną wykutych w skale prywatnych mini-piwnic z winem sprzedawanym wprost do butelek po wodzie mineralnej, coca-coli i czym tam chcesz. W starych omszałych i chłodnych wnętrzach, nieogoleni, nieświeży mężczyźni gotowi byli sprzedać butelkę wina za kilka forintów. Najczęściej Egerskie Olaszerizlingi, słodkie Muskaty, niepowtarzalne Leanyky.

Potem jedzie się bardzo wąską, asfaltową drogą, która zakręcając czasami o sto osiemdziesiąt stopni, pozwala popatrzeć z góry na Jagier. Spalone słońcem, czerwone dachy, przypominają śródziemnomorskie miasta południowych Włoch, Słowenii, Chorwacji. W oddali Bükk hegység – Góry Bukowe, w dole średniowieczne miasto, a po obu stronach szosy uprawy winorośli aż po sam horyzont. Winnice są najdoskonalszym ogniwem łączącym kulturę europejską z przyrodą. Dlatego wyjeżdżając z historycznego miasta dobrze jest mieć wokół siebie winorośle, symbolizujące równowagę pomiędzy ludzkim dążeniem do czynienia sobie ziemi poddaną a umykającą przed wytyczoną sznurkiem geometryczną linią z planów środkowoeuropejskiego latyfundysty. Ale my jechaliśmy się wykąpać.

Więc jeszcze przed Egerszalòk, po lewej stronie szosy, znajduje się zjazd, w który trzeba skręcić. Nie pamiętam, być może te baseny znajdują się za miejscowością. Google Maps nie wyjaśnia tej wątpliwości na tyle dostatecznie, by zamiast miłego niedookreślenia pozostać z uciążliwą swoim zdeterminowaniem pewnością. Niech więc będzie, że jeszcze przed Egerszalòk zjeżdżamy z szosy na niewielki parking. W powietrzu unosi się zapach siarki i wapnia. U zbocza góry, w zbudowanym z jasnych wapieni, parującym gorącą wodą basenie, brodzi kilkadziesiąt osób. Wyglądają jak postaci ze spowolnionego dziewiętnastowiecznego filmu niemego. Niewiele do siebie mówią. Oparci o brzeg basenu mężczyźni patrzą na wlewającą się wartkim strumieniem gorącą wodę. Kobiety w zupełnie irracjonalnych, kupionych jeszcze w latach osiemdziesiątych kompletach kąpielowych, obserwują się nawzajem, obmywają sobie plecy, po cichu szepcą coś swoim mężczyznom. W powietrzu panuje atmosfera zadowolenia i satysfakcji.

W zaimprowizowanej przebieralni pozbywamy się ubrań i z butelką Olaszrizlinga i kieliszkami wchodzimy do śmierdzącej, parującej wody. Zapada zmierzch, więc pozostaje oświetlony, otoczony mgłą basen, róż rozgrzanych ciał zażywających kąpieli, szmer węgierskich fonemów i smak popijanego niespiesznie Rizlinga. Patrzymy na przechadzające się przed nami, zanurzone po szyję, ludzkie zjawy. Mężczyźni z wąsami posługujący się niezrozumiałym językiem przyglądają się nam z milczącą akceptacją. Upodobanie cudzoziemców do uprawianego przez nich wina jest faktem na tyle oczywistym i zrozumiałym, że nie warto strzępić sobie języka na zbędne komentarze.

Kiedy opuszki naszych palców zaczęły się marszczyć z przedawkowania wilgoci, a Olaszrizling niespodziewanie skończył, wysuszyliśmy nasze ciała ręcznikami w zaimprowizowanych przebieralniach na kaleczącym stopy żwirze. Wracając zatrzymaliśmy się na wzgórzu obrośniętym winoroślami. Zajadając winogrona obserwowaliśmy zachód słońca. Tego września jeździliśmy do Egerszalòk jeszcze kilka razy.

Graftmann

Na portalu Porcy’s znalazłem informację o niejakim Graftmannie z Krakowa. Jest to jednoosobowy projekt: smutny pan z gitarą i harmonijką, wykonujący urzekające melodycznością i bezpretensjonalnością piosenki. Można go posłuchać na MySpace. Rzadki w Polsce przykład godzenia oryginalności i czerpaniem pełnymi garściami z klasycznych, wielkich tradycji bitlesowskich, dylanowskich…