Pani Jekaterina ze Lwowa

jekaterina

Pani Jekatierina, która kiedyś była piękną kobietą, mieszka ze swoim dorosłym synem w kamienicy Rynek 3, w samym lwowskim rynku. Do dwupokojowego mieszkania śmierdzącego kurzem wchodzi się po drewnianych, skrzypiących schodach. W dużym przedpokoju leżą, poukładane w stosach, stare obrazy i książki.

Pani Jekaterina wynajmowała mi kiedyś pokój, kiedy chciałem zobaczyć, jak Ukraińcy świętują Nowy Rok. Stara, trzeszcząca wersalka, regał pełen bibelotów, mnóstwo kurzu i okno wychodzące na lwowski rynek. Budził mnie codziennie hałas tramwaju przejeżdżającego pod samym oknem i syn Jekateriny, budzący się z alkoholowego ciągu. Wysoki, przystojny mężczyzna z czarnymi oczami pełnymi szaleństwa i nienawiści do Lachów.

W oszklonym regale, obok porcelanowej zastawy, znalazłem zdjęcie dwudziestoletniej Jekateriny. Potem poszedłem świętować Nowy Rok.

Kiedy wróciłem nad ranem, już 1 stycznia, z Prospektu Szewczenki, przy moim łóżku czekały na mnie kanapki z kawiorem, łososiem i tuńczykiem i lampka ruskiego szampana. W ten sposób pani Jekaterina złożyła mi noworoczne życzenia.

Reklamy

Ryboły

SONY DSC
SONY DS

Ryboły to taka rumuńska wioska na Podlasiu. Każdej wiosny, lata i jesieni ludzie wynoszą przed swoje drewniane domy z pomalowanymi w ruskie napisy okiennicami to, co udało im się wyhodować w żyznych ogródkach nawożonych końskim łajnem, schodzących łagodnie ku dolinie Narwi.

Stare i trochę młodsze kobiety w kolorowych chustkach na głowie, pachnące jak przedwczoraj, z ciemnoglebem za paznokciami i złotymi zębami poblaskującymi w słońcu, z promienistym uśmiechem sprzedadzą ci za śmieszne pieniądze to, co zaraz po tym, jak zapiał kogut, udało im się wygrzebać rękoma z ziemi.

Lubię tam pojechać, choć to kilkanaście kilometrów od domu. Choćby po warkocz cebuli, główkę czosnku, albo – jak dzisiaj – po kilka wczesnych papryk pomidorowych. A jeśli skądś wieczorem wracam przez Ryboły, kupuję zawsze od pani spod numeru 177 butelkę jeszcze ciepłego, pachnącego wołowymi wymionami i mokrą słomą mleka od krowy. Krowy, która nie ma pojęcia o analizie zagrożeń i krytycznych punktach kontroli (HACCP).

Małosolne z Permu

 

SONY DSCNa lato czeka się dla ogórków. Dla tych prawdziwych, dojrzewających w piasku, z ostrymi brodawkami i gorzką skórką, która dopiero pod wpływem kąpieli w słonej wodzie staje się delikatna i soczysta. Pierwsze małosolne w sezonie wyznaczają ten moment, kiedy oficjalnie można powiedzieć: „nadeszły wakacje”.

Polska przełomu wiosny i lata ma smak i zapach ogórków małosolnych. Tych jak najmniejszych, poupychanych chaotycznie w słojach z gałęziami kopru, liśćmi wiśni, porzeczki i chrzanu. Z jedną żelazną zasadą – jedna łyżka soli na litr wody ze studni.

W żadnym wypadku nie należy wody do małosolnych gotować. To zbędne zużycie energii nie mające żadnego wpływu na smak ogórka. Woda prosto z kranu jest tylko nieco gorsza od wody prosto ze studni. Największym grzechem jest gotowanie wody na małosolne.

Za gotowanie wody na małosolne albo kiszone powinno się dawać karę śmierci.

Tej wiosny przyjechała do mnie na kilka dni Lena z Permu. Lenę poznałem kilka lat temu, kiedy jadąc przez Polskę zabrałem na autostop trzy dziewiętnastoletnie sikorki stojące na stopa w Markach z nadzieją na transport do granicy z ruskimi.

Zmęczone wielogodzinnym oczekiwaniem na transport w trzydziestostopniowym upale. Kruczoczarna Olga, blondwłosa Katia i piegowata, ruda Lena. Każda piękna i niedostępna. Podwiozłem. Rozmawialiśmy. Wymieniliśmy się kontaktami.

W tym roku ruda Lena podróżowała po Europie samotnie. Przypomniała sobie o mnie i napisała, czy nie mogłaby przenocować u mnie jednej nocy w Białymstoku.

Lena została u mnie na prawie tydzień i tego tygodnia odkryłem więcej, niż przez pięć ostatnich lat.

Nie opowiem o wszystkim, czego nauczyła mnie ta dwudziestoletnia, chuda, piegowata Lena z Permu z kręconymi, czerwonymi jak flaga sowiecka włosami i o skórze bladej jak albinos.

Mój stary mówił mi zawsze, że rude są fałszywe i brałem tę zasadę na poważnie, choć przez te kilka dni, kiedy nie wychodziliśmy prawie w ogóle z mieszkania, ani razu się na niej nie zawiodłem. Lena była samą prawdą.

Bezczelna, wyuzdana ruda Lena. Zanim nie pojechała, zanim nie zjadła wszystkich moich zapasów podgrzybków w słoikach, zanim nie wypiła ośmiu butelek Kadarki z Biedronki rozcieńczanej wodą gazowaną, zanim nie zażyła czternastu kąpieli w żurawinowej, litewskiej soli, zanim nie przeczytała mi na głos po rusku prawie całych „Pięknych dwudziestoletnich” Hłaski, leżąc bezwstydnie naga w łóżku, zanim to wszystko się nie skończyło, opowiedziała mi o tym, jak w Permie robi się ogórki. I to przede wszystkim zawdzięczam Lenie.

 – вода не нужна – mówi do mnie Lena przeciągając się na samym prześcieradle, bo jest trzydzieści w cieniu, a  kołdra i poduszki leżą przepocone gdzieś w kącie pokoju. I potem Lena mówi mi dokładnie, jak się robi ogórki w Permie. I mimo moich czterdziestu pięciu lat, czuję się przy tej rudej dwudziestolatce bez piersi jak zwykły uczniak.

Oni tam w tym Permie nie traktują ogórków wodą, wychodząc słusznie z założenia, że sól skutecznie wyciąga z warzywa wodę i wchodzi weń z wielką ochotą. Biorą więc te ogórki, wkładają do foliowej torby (najlepsze są te z Biedronki), mieszają z liśćmi wiśni, porzeczki i chrzanu oraz z koprem, dosypują gorczycy i liści laurowych, a na jeden kilogram ogórków dają łyżkę soli. Mieszają to wszystko w tej torebce, zakręcają szczelnie i czekają dwa dni. Po tym czasie małosolne są słone, soczyste i chrupkie.

Takie są właśnie małosolne z Permu w Rosji.

O tym, jak nie znalazłem Wierszalina

SONY DSC

Stolica nie musi być największa. Stolica musi być spektakularna. Warszawa to miasto wielkie powierzchnią i liczbą ludności, ale małe duchem i pod żadnym względem niespektakularne.

Dla mnie osobiście, stolicą Polski mogłyby być Krynki.

Mogłyby dlatego, że są spektakularne. Spróbujcie wjechać do Krynek od dowolnej strony. Czy to od Supraśla, czy od Jurowlan, czy też jadąc z Grodna albo z Kruszynian, a także piaszczystym leśnym traktem z Gródka przez katolicką dzielnicę, obok kościoła i cmentarza.

Z którejkolwiek strony nie wjeżdżalibyście do Krynek, powita Was zapierający dech w piersi skyline miasta. Szeroka perspektywa, w której znajdą się mniejsze i większe domy, kościoły, cerkwie, istniejące i nieistniejące synagogi. Jadąc do Krynek z Supraśla zobaczycie po prawej zabudowania dawnej dzielnicy fabrycznej, gdzie kiedyś dziesiątki garbarni uczyniły to miasto europejskim potentatem w branży. Jeszcze bliżej zobaczycie pozostałości zespołu pałacowego, po którym pozostał już tylko park i kilka cegieł. W tle, za nim, pozostawiony nieco na uboczu – neogotycki kościół katolicki i cmentarz. W samym centrum widać cerkiew i zieloną plamę największego rynku w tej części Europy. Na wzgórzu, jeszcze przed granicą, jest wzgórze z żydowskim cmentarzem, za którym jest prawosławny cmentarz. A już skrajnie po lewej – krynieńskie blokowisko przy drodze na Jurowlany.

SONY DSC

Kiedy się wjeżdża do Krynek, panorama tego miasta daje wyobrażenie, że oto wjeżdżamy do miasta z wielowiekową tradycją. Żadne tam Marki czy inne, zdychające od smogu i dymu Piaseczna, przez które przejeżdża się jak sardynka w wielokilometrowych korkach. Krynki witają przyjezdnych z daleka piękną, szeroką i dumną panoramą. To wielkie miasto. I z każdej strony wygląda ono spektakularnie.

Jak się jest w Krynkach i ma się trochę czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę czasu, koniecznie trzeba napełnić butelki wodą mineralną, która tutaj płynie z ogólnie dostępnego ujęcia, a także zjeść kawałek kiszki w gospodzie „Pod Modrzewiem”, położonej przy trzecim z jedenastu zjazdów z monumentalnego krynieckiego ronda. A jak się ma trochę więcej czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę więcej czasu, trzeba pojechać do Wierszalina.

Od kiedy przyjechałem tu którejś zimy, podążając za Polonezem takiego jednego popieprzonego pozytywnie doktora, zawsze wracałem do Wierszalina na wyczucie. Na żadnej nawigacji nie ma ani Wierszalina, ani Kolonii Leszczany, ponoć oficjalnej nazwy tego miejsca. Teraz, kiedy siedzę przed ekranem, oczywiście znalazłem tę małą plamkę wśród lasów, ale dzisiaj krążyłem po tych lasach i za nic nie mogłem znaleźć tej leśniczówki przy drodze na Leszczany, gdzie trzeba skręcić i dalej jechać kawałek przez las, by po lewej stronie znaleźć tę polanę. Stoi tam jeden dom i stodoła. W tym domu miał ponoć miejszkać Ilija ze swoimi dwudziestoma kochankami, a na tej stodole miał być ponoć powieszony na krzyżu, aby ponowne przyjście Mejsasza stało się ciałem. Nie stało, bo prorok, usłyszawszy, że jego wyznawcy chcą go przybić do krzyża, najpierw schował się w ziemiance na kartofle, a potem uciekł do Związku Sowieckiego, pozostawiając tysiące swoich wyznawców w oczekiwaniu na ponowne przyjście

Bo wcześniej Ilia był zwykłym chłopem, który zdobył uznanie lokalnej społeczności tym, że zatłukł drewnianym kołkiem okolicznego bandytę szerzącego strach wśród ludzi. Postanowił, że wykorzysta moment sławy i ogłosił się Mesjaszem. Umożliwiło mu to sławę sięgającą miejscowości odległych nawet o sto kilometrów, co w czasach bez, radia i telewizji oznaczało fejm spektakularny. Były lata 30-te XX wieku. Ilja głosił, że koniec świata się zbliża nieubłaganie, a w tym miejscu, którego wczoraj po raz pierwszy nie znalazłem, będzie nowa stolica świata – Wierszalin. Kazał oddawać ludziom pieniądze na budowę świątyni, a co ładniejszym kobietom nakazał mieszkać w swoim domu.

– Te jego kobiety mają niebieskie wstążki – powiedziała stara kobieta sprzątająca grób na cmentarzu w środku lasu, gdzie Ilja zbudował cerkiew dla swojego kościoła – a ten Bazyl, co tutaj leży, tak pięknie śpiewał, mama mi opowiadała.

Rzeczywiście, kilka nagrobków na cmentarzu w lesie opodal Grzybowszczyzny ma niebieskie wstążki. To kobiety, które w latach 30-tych XX wieku miały 20-25 lat. Cmentarz jest zadbany, trawa przystrzyżona, a zbudowana przez Eljasza cerkiew służy teraz prawosławnym, choć skonfliktowany z kościołem ortodoksyjnym prorok przekazał ją w złośliwości katolikom.

SONY DSC

To wszystko, o czym piszę i gdzie wczoraj byłem, odbywało się w wielkim lesie, otulającym Krynki od południa i zachodu. Nie ma tam asfaltowych ani brukowanych dróg. Jeździ się po piasku, błocie albo śniegu. Patrząc nań z góry widać wielkie plamy zieloności, w których gdzieniegdzie chowają się ludzkie osady, w których żyją ludzie utrzymujący się ze zbierania runa leśnego.

W Grzybowszczyźnie mieszkają jeszcze wnuczki tych kobiet, które mieszkały z Ilją. Niewykluczone, że któreś z nich to również jego wnuczki. Wyznają potajemnie kult swojego dziadka, a podczas nabożeństw stoją w ostatnim rzędzie, bo kult Ilji został oficjalnie potępiony.

Latem do domu Ilji przyjeżdżają młode kobiety z Warszawy. Miejscowi chłopi, mówiąc żonom, że idą na grzyby, podchodzą pod tę polanę i z krzaków podglądają, jak dziewczęta ze stolicy biegają nago po  łące, która miała być centrum świata.

 

Psy pilnujące cmentarza

SONY DSC

Od kiedy pamiętam, na krynieński kirkut wchodziłem od wschodu. Przy cmentarzu prawosławnym trzeba było skręcić w lewo i podjechać trochę pod górę. Za osamotnionym gospodarstwem idzie już pod górę mur cmentarza żydowskiego, wzdłuż którego należało iść. Dzisiaj tego wejścia pilnowały trzy agresywne psy. Zrezygnowaliśmy.

Potem przedzieraliśmy się na przełaj, przez chaszcze pełne pokrzyw, ostów, dzikich malin i krzewów najeżonych kolcami. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu. Zrezygnowaliśmy.

SONY DSC

W końcu odkryliśmy ‚oficjalne’ wejście na żydowski cmentarz w Krynkach. Informowała o nim wyblakła tablica, na której nic nie można było odczytać, ale było wiadomo, że coś tam jest. Szło się tam już łatwiej, szeroką ścieżką pod górę. W dole było widać dachy krynieńskich domów i kościołów. Tam, gdzie w murze była pierwsza dziura, ktoś na ścieżce palił kilka dni temu ognisko, a przy macewie po drugiej stronie zapalił wielki, tandetny, srebrny znicz.

SONY DSC

Potem ścieżka skręcała już w głąb cmentarza i znowu trzeba było błądzić ślepymi uliczkami ścieżek w wysokiej trawie, pozagradzanych gałęziami pokrzywy sięgającymi ramion. Prawdziwe chaszcze, wśród których co rusz natykałem się na leżący lub pochylony kamień. Bez inskrypcji, bez niczego, tylko kształtem przypominający nagrobek.

SONY DSC

W końcu dotarliśmy do tej części, która kilka lat temu została poprawiona, w której postawiono macewy, w której jeszcze dwa lata temu ktoś skosił trawę, w której na wyczyszczonych i postawionych macewach ludzie kładli kamienie. Ale tam było tak samo, jak wszędzie.

SONY DSC

Niedostępny, pusty cmentarz, a właściwie wzgórze porośnięte chwastami, górujące nad żywym miastem. A może cmentarze powinny być właśnie takie – nieprzystępne, pilnowane przez wściekłe psy, obce. Opisane w obcym języku, którego nikt już nie potrafi przeczytać? Kim był, co zrobił, kiedy umarł? Czy to ważne?

Droga

img_20140211_122332-1

Szwendanie się. Ulubione i najbardziej inspirujące zajęcie. Sprawdzanie, czy miejsca, które nie zmieniły się od zawsze, przypadkiem się wreszcie zmieniły. Mam w związku z tym, kilka pytań.

Czy na rozwidleniu dróg na Dwernik i Zatwarnicę przez cały czas stoi ta sama blaszana wiata, w której latem wytatuowani punkowcy sprzedają kiełbasę z grilla i piwo bez koncesji, przy dźwiękach KSU? Czy w Gospodzie pod Modrzewiem w Krynkach dają taką samą, jak zawsze, kiszkę ziemniaczaną? Czy w Kaliszu, na rogu Szklarskiej i Grodzkiej działa wciąż fryzjer męski z opcją golenia brzytwą dezynfekowaną spirytusem? Czy w Olecku, w Barze Dajana patrzą na ciebie tym samym złym wzrokiem, smutni Mazurzy, a na zmoczonym letnim deszczem pomoście opony roweru ślizgają się tak, jak kiedyś? Czy Czarny Roman biega wciąż w tym długim płaszczu po Świętokrzyskiej w warszawskim śródmieściu, szepcąc do siebie te złowrogie zaklęcia? Czy w Poddębiu przez cały czas sprzedają najlepsze jagodzianki na świecie, ciepłe i pachnące lasem, tam, obok baru Koga, gdzie twój ojciec zabierał cię jako dziecko na colę z cytryną, a dla siebie brał coś mocniejszego? Czy wiatroloty nad Bałtyckim Morzem fruwają przez cały czas tak pięknie furkocząc? Czy to miejsce, gdzie tory wąskotorowej kolejki między Ełkiem a Rajgrodem przekraczają zepsuty asfalt, jest tak pięknie tajemnicze i opowiadające historię upadłej świetności tych okolic? Czy w tym miejscu przy krętej górzystej drodze między Baia Mare a Szygietem Marmarowskim przez cały czas obozują uśmiechnięci Cyganie?

Tysiące takich miejsc odkrywa się tylko wtedy, gdy ma się odwagę przeciwstawienia nawigacji samochodowej i skręcenia w podporządkowaną. A potem się do nich wraca, z całkowitą pewnością, że pozostały takie same, z całkowitą pewnością, że po raz kolejny odkryje się je na nowo.

Krajowa ósemka

obraz-bez-nazwy

Krajowa ósemka z Białegostoku do Warszawy. Powód wielu wspomnień.

Kiedyś przejeżdżałem tą trasą kilka razy w tygodniu. Do pracy. Do dziewczyny. Na zakupy. Do teatru. Na szlaku dłuższych wyjazdów do Niemiec, Czech, na Słowację albo na Węgry.

Znałem jej każdy wybój, każdy z nielicznych zakrętów, wszystkie stacje benzynowe, postoje dla tirów, miejsca, gdzie stoją prostytutki i miejsca, gdzie sprzedaje się grzyby.

Najpierw Żółtki. Most na Narwi, po którym jest zjazd do Tykocina, zakręt i zjazd w dół obok Gizo, miejsce, które tak bardzo przypominało mi amerykańskie prowincjonalne highways, z tymi wszystkimi krzykliwymi reklamami stacji benzynowych i hoteli dla kierowców, wysięgnikami, tandetnymi bannerami restauracji, sklepów z częściami do aut i burdeli.

Trochę się potem jechało, aby minąć szkaradny kościół przed Jeżewem w kształcie królika, a potem równie szkaradny Hotel Atlanta w Jeżewie.

Długo, długo nic, aż do Mężenina, który przejeżdżało się setką, mimo zabudowanego, bo jakoś nie chciało się wyhamowywać w tak nudnym miejscu, zwieńczonym przejazdem kolejowym, na którym to nikt nigdy nie widział pociągu, więc się nie zwalniało.

Przez Zambrów przejeżdżało się samym centrum. Centrum pełne tej mazowieckiej młodzieży w dresowych ubraniach, wchodzących i wychodzących do nocnego z butelką Łomży Premium w ręku, bo Żubra już tutaj pić nie wypada. Przechodzącej na czerwonym między śmigającymi przez miasto TIR-ami.

Po minięciu stacji benzynowej, wjeżdżało się w ciemność, którą po kilku minutach rozświetlały dyskretne neony najlepszej jadłodajni w tej części Polski. Po prawej stronie drogi stały dziesiątki TIR-ów, a wśród nich, mała buda, gdzie kierowcy tych samochodów spędzali śniadania, obiady, kolacje i noce.

TIR-y na tej trasie mijało się zazwyczaj na trzeciego, bo rosyjscy, polscy, białoruscy i litewscy kierowcy mieli zawsze uprzejmy zwyczaj zjeżdżania na pobocze, kiedy ktoś chciał je wyprzedzić.

Niestety, czasy dobrych manier na drodze bezpowrotnie minęły.

Po Zambrowie wjeżdża się w Mazowieckie i dojeżdża do Ostrowi, miasta, które od zawsze można było ominąć nudną obwodnicą. Rozpędzałem się tam zawsze ile fabryka dała, bo wtedy jeszcze jarały mnie trasy ekspresowe tak bardzo, jak mnie teraz nudzą.

Przy zjeździe z ekspresówki, każdej jesieni, okoliczni mieszkańcy sprzedawali tam jagody, kurki, prawdziwki i inne plony lasu. Kobiety i mężczyźni o ciemnych twarzach siedzieli na samym poboczu na wędkarskich krzesełkach, przy koszykach pełnych grzybów, wdychając spaliny tych wszystkich aut, które w tym miejscu na nowo rozpoczynały ewolucje wyprzedzania na trzeciego.

Przy licznych wjazdach do lasu, towarzyszyły im tam, w swoistej symbiozie, nastoletnie i podstarzałe prostytutki w różowych, fluorescencyjnych miniówach i butelkami PET z wodą, których używały do obmywania swoich łon i ust po wielokrotnych aktach płatnej miłości.

Lubiłem też ten wąski most na Bugu w Wyszkowie, gdzie zawsze robiły się korki. Lubiłem wtedy patrzeć na meandry rzeki, albo na jej skuty lodem powolny nurt.

W Lucynowie przejeżdżało się na ostrym zakręcie przez przejazd kolejowy i do Warszawy dzieliło mnie już tylko 50 kilometrów. Wtedy to była już praktycznie stolica.

Wczoraj przejechałem tę trasę w tę i z powrotem. Zastałem już tylko autostradę lub budowę autostrady. Tak nudne, tak przewidywalne, tak podobne do każdej autostrady w każdym miejscu Europy.