Codziennik 137 – Chce mi się do Lwowa

Babcia Ania, z domu Linkiewicz, pochodziła ze Stolina, małego miasteczka na Polesiu, przy obecnej granicy z Ukrainą. Dziadek Jurek – jej mąż – urodził się w Białymstoku, do którego z kolei w drugim dziesięcioleciu XX wieku przyjechał jego ojciec – Michał Oryszczyszyn.

Przyjechał spod Lwowa, ale jak pierwszy raz tam jechałem, nie wiedziałem prawie nic o pradziadku. Jechałem w ciemno

Teraz wiem, dlaczego jest to moje absolutnie najukochańsze miasto. Za każdym razem, jak tam jechałem, czułem z tym miejscem i jego mieszkańcami przejmującą więź. Lubię lwowski syf i uliczny chaos. Lubię mechaniczne domofony, otwierane jak przedwojenne walizki. Kocham uliczne jedzenie we Lwowie i kurczaki sprzedawane wprost z trotuaru. Kocham Cofe Bary i te ich ukraińskie tapasy – małe kanapeczki ze skrawkami łososia albo z kawiorem. Kocham lwowskie, napchane ludźmi marszrutki i kocham taksówki z dwumilionowymi przebiegami.

Czuję, że w głębi duszy jestem z Galicji.

Ola ma niedługo przygotować do szkoły wystąpienie o tym, co robiła w wakacje. Zapytałem, o czym opowie kolegom. „Wiadomka, że o Lwowie” – odpowiedziała. Nie powiem łezka poszła.

Chce mi się do Lwowa.

Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla

IMG_20200109_151222.jpg

Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla.

Do miasta-satelity. Do małego miasta obok wielkiej wsi. Do miasta, które zastygło w stuporze słonecznego 22 września 1939 roku i pozostało takie do dziś. Senne, powolne, leniwe i niemrawe jak dziecko, które przewraca się o świcie z boku na bok, aż w końcu zarzuca na głowę kołdrę i odwraca do ściany, bo chce jeszcze trochę pospać i nie chce iść do szkoły.

Do miasta inteligencji, gardzącej robotniczo-chłopskim rodowodem swojego wielkiego sąsiada zza lasu. Do miasta leniwych spacerów bulwarami i wielogodzinnego przesiadywania w nieistniejący Alkierzu między dwoma rzymskimi kościołami, nad pierogiem z kapustą i nalewką z pigwy.

Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla.

Więc jadę. Mimo ponurego dnia i mimo zbliżającej się nocy. Zamiast uciekać przed zmierzchem, jadę mu na przeciw. Przez wysoki sosnowy las, wzdłuż  Ogrodniczek, gdzie w liceum patrzyłem z ukrycia, w platonicznym zachwycie, na blond Olę z pieprzykiem na prawym policzku, jak zjeżdża na sankach stromym zboczem. Z wysokiej estakady patrzę na mityczne, tajemnicze jezioro Komosa z wyspą pośrodku, na której zazdrosny brat zabił brata. Kain zazdrosny nie o Boga, ale o kobietę, zabił Abla na wyspie, do której każdego lata w środku nocy przychodzę pływać. Dawniej z kimś, teraz sam.

Jadę do Supraśla nie wiadomo, po co. Już wiem. Jadę po to, że dobrze jest czasami pojechać do Supraśla. Ewangelicki cmentarz z upiorną, neogotycką kaplicą Buchholtzów. To jedyny ślad po Niemcach. Pamięć o tym, że budowali i Supraśl i Białystok, została zatarta mocniej i skuteczniej, niż pamięć o Żydach. Myślę o zapomnianym cmentarzu niemieckim w Bacieczkach, za żwirownią, na którym straszy pomnik Apolla z urwaną głową.

IMG_20200109_152432_1.jpg

Jadę dalej. Obok stadniny koni. To prawie centrum. W Supraślu wszędzie jest centrum. Miasto otoczone szczelnie gęstym lasem jest wymarzoną scenerią jakiegoś skandynawskiego, zimnego kryminału, w którym wszyscy się znają od podszewki, a i tak nikt nie wie, kto zabił tę małą córkę nauczycielki z ulicy Nowy Świat, która wyszła do lasu po jagody i już nie wróciła.

IMG_20200109_152147.jpg

Na rondzie w prawo. Tam, trochę poniżej poziomu drogi, drewniany plac zabaw, na którym fikaliśmy kiedyś z synem pod czujnym okiem i nadzorem Wiecznie Podejrzliwej Madki. Skręcam w 3 maja i płaczę nad tym, co okrutnego uczyniono z moim Barem Jarzębinka, w którym były ceraty, plastikowe sztućce, kefir i najlepsza kiszka ziemniaczana na świecie. Teraz się tam zmieniło. Już tam nie chodzę. Nie lubię klimatu Krupówek.

IMG_20200109_151610.jpg

Przy bazarze stoi beczka, z której każdego lata Lech Kruk nalewa z beczki najlepszy ruski kwas chlebowy w Polsce. Lepszy piłem tylko na ulicy Bandery we Lwowie, tuż obok Lwowskiej Politechniki.

Obok – księgarnia. Księgarnia przy rynku powinna być warunkiem nadania praw miejskich. Supraśl jest miastem z krwi i kości.

Mijam szkołę dla artystów, do której przywiozłem kiedyś jedną z jej absolwentek – egzaltowaną, filigranową, czarną, nieśmiałą i oziębłą malarkę Anię. Trzydziestoletnia Ania biegała wtedy wokół kolejnych pracowni, zaglądała do okien i z podniecenia wydawała z siebie takie śmieszne piski. Niestety, nie udało mi się nigdy utrzymać tego podniecenia do czasu, kiedy trzeba było wracać do domu i zaprosić Anię do siebie na wino.

IMG_20200109_151558.jpg

Teraz wracam. Wyjeżdżam na szosę obok nowego mostu. Przejeżdżam jeszcze raz przez rondo i powoli żegnam się z Supraślem.

Wrócę przez Nowodworce z brukowaną ulicą, przy której stoją stare wozy strażackie. Oglądaliśmy je z synem kiedyś, przy czujnej asyście Wiecznie Kontrolującej Madki.

Robi się ciemno. Łąki nad rzeką Supraśl są Iwaszkiewiczowskie. Brązowe, ciemnozielone, znikające we mgle przed nadejściem nocy.

Wasilków jest już cały ciemny.

Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla.

IMG_20200109_151222

Codziennik siedemdziesiąty szósty – New Slang

Kolega przypomniał mi tę piosenkę, która od wieków kojarzy mi się z wakacyjnymi podróżami na południe Europy moją poczciwą, kochaną, Toyotą Cariną. Gadałem z Synem ostatnio o tym. Bardzo chcemy wybrać się razem w taką wycieczkę. Kiedyś to się spełni. Wierzę. Włączę mu wtedy The Shins i powiem, jak bardzo zawsze o tym marzyłem. On otworzy okno i wykrzyczy wszystko to, co mu leży na sercu. Do swojego ojca i do swojej matki. Będzie gorący lipiec, na liczniku będzie sto na godzinę, a w bagażniku namiot, w którym będziemy nocować na dzikim biwaku w Górach Rodniańskich. Zbierzemy drzewo, rozpalimy ognisko i przez całą noc będziemy gadać o wszystkim.

Hala mięsna

bazar.jpg

Do odjazdu zostało mi wtedy kilka godzin. Dworzec we Lwowie był piękny i czysty. Żółty i niebieski. Przeszedłem na przeciwko. Po przejściu szerokiej ulicy, wszedłem na wielki bazar. Najbardziej interesowało mnie mięso. Słonina, kurczęta, gęsi, świńskie łby, ozory i ogony, sprzedawane wprost z ociekających krwią aluminiowych blatów albo po prostu z ziemii, z wczorajszej gazety. Ostry zapach surowego mięsa walczył z wonią środka przeciw molom, śmierdzących kożuchów i spirytusu, rozpijanego zupełnie nie po kryjomu na tych ladach. Cieszyłem się jak dziecko.

 

Codziennik dwudziesty piąty – patriotyzm

stasiuk
„To podstawa patriotyzmu: żeby można było wyjechać w każdej chwili i z oddali patrzeć na cień ojczyzny. Jak się wznosi nad krajem i rozpościera niczym atomowy grzyb. Patrzeć na to z oddali i wiedzieć, że tam jest. Że będzie, kiedy wrócisz. Te wszystkie zapachy, zgęstniałe wonie, stężałe wyziewy ziemi i rzeczy od samego dzieciństwa, od narodzin, gdy się pierwszy raz tym zaciągnąłeś. Grochów, Mazowsze i Podlasie. Sztach. Między Małkinią a Bosforem. Przez przełęcz Dujawa w dół, ku śródziemnomorskiemu zlewisku, dalej od lesistego, omszałego, zatęchłego cienia północy. Żeby patrzeć z oddali i sprawdzać, jak daleko sięga. Mój kraj. Mój biedny, opuszczony kraj. Wszystkie kraje są opuszczone, ale mój najbardziej. Jadę na południe, by widzieć to tak wyraziście jak w proroczym śnie. Z Preszowa, z Miszkolca, z Budapesztu, z Belgradu patrzeć, jak na północnym horyzontem podnosi się gigantyczny majak kraju. Niczym Godzilla. W koronie, w płaszczu purpurowym, w złotych butach na obcasie. Im dalej, tym, tym większy i starszy. Przedwieczny kłębiasty stwór. Po to się jedzie jak najdalej. Na koniec kontynentu, na skraj lądu, na brzeg wód, żeby patrzeć jak cię ściga cień. Na Bałkany. Do krainy śmierci, żeby wspominać niewinność ojczyzny, żeby wspominać jej dziewictwo.”

Pani Jekaterina ze Lwowa

jekaterina

Pani Jekatierina, która kiedyś była piękną kobietą, mieszka ze swoim dorosłym synem w kamienicy Rynek 3, w samym lwowskim rynku. Do dwupokojowego mieszkania śmierdzącego kurzem wchodzi się po drewnianych, skrzypiących schodach. W dużym przedpokoju leżą, poukładane w stosach, stare obrazy i książki.

Pani Jekaterina wynajmowała mi kiedyś pokój, kiedy chciałem zobaczyć, jak Ukraińcy świętują Nowy Rok. Stara, trzeszcząca wersalka, regał pełen bibelotów, mnóstwo kurzu i okno wychodzące na lwowski rynek. Budził mnie codziennie hałas tramwaju przejeżdżającego pod samym oknem i syn Jekateriny, budzący się z alkoholowego ciągu. Wysoki, przystojny mężczyzna z czarnymi oczami pełnymi szaleństwa i nienawiści do Lachów.

W oszklonym regale, obok porcelanowej zastawy, znalazłem zdjęcie dwudziestoletniej Jekateriny. Potem poszedłem świętować Nowy Rok.

Kiedy wróciłem nad ranem, już 1 stycznia, z Prospektu Szewczenki, przy moim łóżku czekały na mnie kanapki z kawiorem, łososiem i tuńczykiem i lampka ruskiego szampana. W ten sposób pani Jekaterina złożyła mi noworoczne życzenia.

Ryboły

SONY DSC
SONY DS

Ryboły to taka rumuńska wioska na Podlasiu. Każdej wiosny, lata i jesieni ludzie wynoszą przed swoje drewniane domy z pomalowanymi w ruskie napisy okiennicami to, co udało im się wyhodować w żyznych ogródkach nawożonych końskim łajnem, schodzących łagodnie ku dolinie Narwi.

Stare i trochę młodsze kobiety w kolorowych chustkach na głowie, pachnące jak przedwczoraj, z ciemnoglebem za paznokciami i złotymi zębami poblaskującymi w słońcu, z promienistym uśmiechem sprzedadzą ci za śmieszne pieniądze to, co zaraz po tym, jak zapiał kogut, udało im się wygrzebać rękoma z ziemi.

Lubię tam pojechać, choć to kilkanaście kilometrów od domu. Choćby po warkocz cebuli, główkę czosnku, albo – jak dzisiaj – po kilka wczesnych papryk pomidorowych. A jeśli skądś wieczorem wracam przez Ryboły, kupuję zawsze od pani spod numeru 177 butelkę jeszcze ciepłego, pachnącego wołowymi wymionami i mokrą słomą mleka od krowy. Krowy, która nie ma pojęcia o analizie zagrożeń i krytycznych punktach kontroli (HACCP).