Wielki Pitagoras twierdził, że dusze ludzkie, po śmierci otaczającego je ciała, przekształcają się w bób. Dlatego w chwili zagrożenia ze strony goniących go wrogów, wolał dać się pojmać, niż wejść w pole obsiane bobem. Swoim uczniom odradzał jedzenie bobu, ponieważ powoduje wzdęcia i przez to mąci spokój poszukiwacza Prawdy. Oto swoista reinkarnacja (po raz pierwszy spotkałem się z wiarą w przeistaczanie się duszy ludzkiej w rośliny) łączy się z praktycznymi radami żywieniowymi. Wiara potrzebuje uzasadnienia, nawet odwołującego się do wstydliwych fizjologicznych czynności. Bo przecież to oczywiste – dusze naszych przodków zamieszkujących spokojnie w zielonych, ciężkich i oleistych strąkach, uciekają przez odbyty, co powoduje wstyd wynikający z trudnych do opanowania kłopotliwych dźwięków i brzydkich zapachów. Spójrzmy tylko na bohatera obrazu Carracciego – w jego oczach kryje się strach przed karą. Jednocześnie ręka trzymająca łyżkę pełną ugotowanego, oblanego masłem i oliwą bobu, nieuchronnie zmierza ku ustom, zdradzając apetyt. Gotowany bób – ta prosta plebejska potrawa nierozłącznie, od wieków, połączona jest z grzechem i pogrążaniem się w doczesności.

Annibale Carracci, The Bean Eater

Aby unicestwić w ciągu pół godziny dusze kilkudziesięciu przodków, a potem – koniecznie w samotności – konsumować ten zbiorowy pogrom radosnym poprykiwaniem, należy zakupić na najbliższym targu opakowanie bobu (jeden kilogram kosztuje tego lata ok. 8 złotych). Po zagotowaniu wody dodajmy do niej odrobinę masła. Wrzucamy umyty bób, a następnie dorzucamy trochę pieprzu, bazylii, tymianku i czego tam jeszcze dusza zapragnie. Czekamy, aż bób zmięknie. W ostatniej chwili dosypujemy sól (powinno być jej sporo, ale zdrowiej jest nie dawać jej zbyt wiele). Odsączamy bób, wykładamy do miski lub talerza, a następnie roztapiamy nań trochę masła i polewamy oliwą z oliwek. Po spożyciu oczekujemy na pierwsze dusze odlatujące w nicość.

Dzień spędzony w drodze powinien się liczyć podwójnie. Po bardzo przewidywalnej komisji (jedynym zaskoczeniem była gburliwa postawa R.) i miłym obiadem w Gopalu w towarzystwie, poza R., M., Ma., J., sprzątam wyszorowany na myjni samochód, biorę szybki prysznic i wyruszam w drogę. Lubię jednak tę trasę warszawską: jej monotonność i prostota połączona z nieprzewidywalnością zachowań uczestników ruchu sprzyja filozoficznym refleksjom. Zresztą – zawód kierowcy to wręcz wymarzone stanowisko dla filozofa. Warszawa wita korkiem za Wyszkowem, na szczęście tylko w przeciwnym kierunku, dlatego dosyć szybko docieram w okolice Freta. Pakujemy bagaże D. i szybko ruszamy w dalszą podróż. Na drodze w kierunku Wrocławia zaskakuje nas burza z piorunami i przepiękna tęcza. D. mówi, że już dawno nie widziała tęczy. Zjeżdżamy z autostrady w drogę na Bełchatów, posilamy się w „Karczmie Jędrzejówka” (zalewajka z grzybami, kwaśnica i pierogi z jagodami). Próbujemy zatankować, ale cały region bełchatowski pozbawiony jest prądu przez wichury. Wreszcie, w okolicach Łasku, tankujemy u pijanego w sztok człowieka. Po 11 docieramy do Kalisza. Razem 450 kilometrów.

W Newsweeku najnowszym czytam ciekawy wywiad z byłym prezydentem Kwaśniewskim. Czy to ciągle daleko posunięty pragmatyzm i udawane umiarkowanie, wstrzemięźliwość, czy też rzeczywiście – po pewnym czasie – człowiek jest w stanie zmienić poglądy i wyznawane poglądy, stać się po prostu rozumnym, racjonalnym politykiem? Bo mówienie Kwaśniewskiego bardzo mi się podoba – gdyby mówił to ktoś z inną niż on przeszłością, byłbym wręcz zachwycony. Powiedziałbym: oto facet, jakiego nam trzeba: myślący perspektywicznie, mierzący siły na zamiary, odnoszący się z szacunkiem nawet do swoich wrogów. Bo taki się rysuje Olek w tym wywiadzie. Boję się, że to znowu kameleonizm lewicy polskiej, wielka podpucha, ponure oszustwo, żart z Polaków, miazga.

Wczorajszy wieczór i dzisiejszy ranek spędziłem w Jurowlanach, u M. i M. To już moja trzecia wizyta na ich niesamowicie zielonej, pachnącej latem i cichej posiadłości tuż przy białoruskiej granicy. Przy ognisku rozmowa o antysemityzmie, a raczej pamięcią o żydowskiej przeszłości – krucho z nią. Małe ognisko rozpalone na niewielkiej górce, dookoła ciemności, tylko w oddali światła domu. Potem z M. przenosimy się do domu, M. jeszcze na chwilę zostaje, śpiewa leżąc przy ognisku. Pijemy po dwa kieliszki ukraińskiej brzozowej wódki Nemiroff. Trochę rozmów z M. o różnych towarzyskich „niesnaskach”. Za mało chyba ostatnio rozmawiam z ludźmi, bo z trudem przychodzi formułowanie własnych myśli, a jak już je formułuję, wydają się bardzo marne. Budzę się rześki, czytam Bocheńskiego, schodzę, trochę rozmawiamy, jemy śniadanie. Rozpędzam auto i pędem wracam do gorącego, przegrzanego B-stoku.
Najlepsza chyba scena właśnie obejrzanego filmu „Lot 93” o 11 września’01: w przejętym przez zamachowców samolocie porwani modlą się tą samą modlitwą co porywacze. Te same słowa, bo modlitwa jest o to samo. Strach w oczach porywacza za sterami samolotu, który za chwilę ma się rozbić o ziemię.

W czwartek wycieczka do Suchowoli, gdzie studenci socjologii odbywają praktyki. Głównym tematem rozmów i wykładów – pamięć zbiorowa. Przekonuje mnie Szacka, która mówi, że pamięć zbiorowa nie ma nic wspólnego z pamięcią historyczną. Nie możemy o tej pierwszej mówić w kategoriach obiektywności ani nawet poprawności jakiejkolwiek.
Podczas wykładów M. przekonuje mnie o wszechobecnych „niesnaskach”, co ma mieć związek z jego obecnością. Niezdrowe sytuacje między Doktorem a M. i R. Te ich wzajemne napięcia wydają mi się trochę dziecinne, ale być może jest dokładnie przeciwnie – może świadczą o poważnej wadze nadawanej tym znajomościom (przyjaźniom?). Wieczorem jeszcze wizyta u M. i M. (jest też J.), kolacja, żarty. Odwożę jeszcze R., którego staram się przekonywać, że powinien bardziej aktywnie reagować na specyficzne, paranoidalne zaloty studentki P.