A handshake of carbon monoxide

Zaprawdę powiadam ci: żadnych postanowień. Dużo zaś doświadczeń oraz egotycznych życzeń. Miesiące w szklanym słoiku napełnianym stopniowo wodą. A handshake of carbon monoxide. Uścisk dłoni z tlenkiem węgla, w tej piosence, której płynący przez całą ścieżkę pochód przypomina świąteczną kołysankę. Thom Yorke łapiący resztki powietrza. Wychodzenie na powierzchnię. Kislorod.

Do metalowych kontenerów na śmieci gówniarze wrzucają petardy, a w sklepach hurtowo idą ruskie szampany.

Żadnych niespodzianek, żadnych alarmów, żadnych filmowych historii na siłę, żadnego kiczowatego spektaklu z życiem w roli głównej. Żadnego szafowania emocjami. Wchodzenia w zakręty zgodnie z techniką jazdy: nie na hamulcach, nie na luzie, ale z lekkim przyspieszeniem, na wysokim przełożeniu.

Alunita z Borszy

Wjeżdżaliśmy do Borszy o tej godzinie, która nie jest jeszcze nocą, ale już nie jest dniem. Miasto było zakurzone. Miasto było samym kurzem, w którym ludzie poruszali się jak zjawy z taniego horroru. Pył, piasek, żwir, dym, cały ten samochodowy syf wdzierał się do kabiny auta wszystkimi szczelinami.

Zza szarobrunatnej zasłony widać było zabudowania miasta przypominającego południowoamerykańskie zadupie. Stare, migoczące nieregularnie neony stacji benzynowej, warsztatów samochodowych, barów i sklepów całodobowych – trzydziestotysięczne górskie miasto położone w dolinie u stóp Pietrosul, z jedną dziurawą asfaltową ulicą, na której dzieje się całe życie.

Szukaliśmy miejsca na nocleg. Pola namiotowego, pensjonatu, hotelu albo w ostateczności kawałka ziemi, gdzie moglibyśmy rozbić namiot i się przespać. Zjechaliśmy z głównej drogi i kręciliśmy się wąskimi, wyłożonymi kamieniami pochyłymi uliczkami, mijając o milimetry stare Dacie, wozy ciągnione przez osły i prawie niewidocznych ludzi pojawiających się nagle przed maską, wyłaniających się z tego kurzu jak z mgły. Pytaliśmy tubylców, ale oni uśmiechnięci pokazywali gestami, że nie rozumieją.

Wreszcie znaleźliśmy kawałek trawy na podwórku trzydziestoletniego Rumuna. Nazywał się Mihai, miał piękną żonę i wielkie spracowane ręce. Pracował na budowach we Włoszech, a w Borszy budował dom za zarobione za morzem pieniądze.

Rozbiliśmy namiot. Mihai przyniósł kieliszki i płaty słonego, koziego sera. Wypiliśmy po setce palinki. Wymieniliśmy kilka zdań łamanym angielskim. Mihai mówił o rumuńskiej biedzie, a my mówiliśmy o polskiej biedzie.

Potem Mihai wrócił do żony, M. poszedł spać, a ja wybrałem się na spacer do centrum.

Szedłem nieoświetlonymi uliczkami wzdłuż biedych domów otoczonych gęstymi ogrodami. Omijałem kałuże i próbowałem kierować się w stronę głównej drogi. Przy jednym z rozjazdów usłyszałem dźwięki orkiestry. Z prawej strony szedł w moim kierunku barwny orszak, na czele którego kroczył na oko dziewiętnastoletni mężczyzna ubrany w biały garnitur, pod rękę z matką, trzymającą w rękach przyozdobioną wstążkami świecę. Za nimi szły ubrane również odświętnie kilkuletnie dziewczynki, potem dwóch wąsatych facetów z saksofonami, a w tyle lazła cała kolorowa chmara ludzi w różnym wieku.

Wtedy wyjąłem aparat i zrobiłem jedyną fotografię z tego wieczoru. Na lekko zaszumionym i nieostrym zdjęciu, na tle skleconego chaotycznie drewianego płotu widać tych saksofonistów w ciemnych okularach, przed którymi niepewnie kroczą dziewczynki ze świecami w sukienkach jak z pierwszej komunii. Na płocie siedzą dwaj chłopcy w brudnych koszulkach i patrzą na przetaczający się pochód. Z tyłu, prosto w obiektyw aparatu, spogląda starszy, szczerbaty facet w kapeluszu. Rumunia.

DSC01743
Ktoś z tłumu zamachał do mnie ręką i przyjaznym gestem dał do zrozumienia, abym się przyłączył. Po chwili szedłem w dół, ku centrum, otoczony uśmiechniętymi ludźmi targającymi kosze pełne kiełbas, serów i wódki. Co chwilę do tego pochodu przyłączali się kolejni ludzie.

Całe miasto spotkało się na głównej ulicy. Z naprzeciwka szedł w naszym kierunku podobny tłum, prowadzony przez pannę młodą i jej ojca. Ona była dość brzydką dziewczyną w pięknej sukience wartej na pierwszy rzut oka kupę kasy. Spotkali się na parkingu wielkiego dyskontu w samym środku miasta.

W tłumie podekscytowanych uczestników ceremonii miotały się konie, ujeżdżane na oklep przez pijanych, śniadych i bosych mężczyzn z wąsami, w kapeluszach, białych koszulach i czarnych garniturowych spodniach. Dosiadali te konie na bosaka i gołymi piętami uderzali je z całych sił po podbrzuszach, a one wierzgały co chwila, unosiły się nad tłumem jak anioły.

Ruch w całym mieście został zatrzymany przez orszak weselny. Tysiące wystrojonych ludzi szło w kierunku rozstawionych za miastem stołów z jedzeniem i piciem.

Zawróciłem do centrum. Gdzieś na moście zaczepiła mnie czterdziestolenia prostytutka w krótkiej różowej spódnicy, takiej, jakie noszą gimnazjalistki na Ukrainie. – Italiano? – Nie, nie italiano. Była wyraźnie zawiedziona, ale szła za mną i mówiła, trochę po angielsku, trochę po rosyjsku, trochę po rumuńsku.

Wszedłem do przypadkowej knajpy i zamówiłem piwo. – Maj nejm is Alunita, du ju łont som fan? Miała sinobladą twarz pomalowaną kruczoczarnym tuszem. Jej usta też były pomalowane jakąś czarną szminką. Usiadła obok mnie przy barze i założyła nogę na nogę. Jej kolana były posiniaczone jak u tanich aktorek porno. Odwróciłem się on niej plecami i pomyślałem, że Alunita to naprawdę piękne imię.

Alunita zrezygnowała ze mnie i przysiadła się do stolika w głębi, przy którym tubylcy pili już swoje szóste lub siódme piwo. Po kilku minutach usłyszałem kobiecy wrzask. Odwróciłem się i patrzyłem, jak jeden z nich, gruby i spocony, ciągnął Alunitę za włosy do wyjścia, a jej posiniaczone kolana obijały się o brudną podłogę.

Posiedziałem tam jeszcze trochę. Patrzyłem na ludzi przechodzących jakby zupełnie bez celu, z jednej strony na drugą. Zatrzymujących się, dyskutujących, kłócących, przepychających na żarty albo na serio. Sznur samochodów odgrywał symfonię klaksonów, gaźników dociskanych do dechy i piszczących z agonii tarcz hamulcowych.

W tym rumuńskim zgiełku wracałem do domu. Zatrzymałem się jeszcze w przydomowym sklepiku na uboczu, pełniącym jednocześnie rolę niewielkiej knajpki. Siedziały tam trzy wielopokoleniowe rodziny. Poczęstowali mnie palinką.

Było już późno. Kupiłem u nich butelkę czerwonego wina i wróciłem do namiotu. Zanim poszedłem spać, siedziałem na mokrej trawie, patrzyłem na oświetlony wielkim księżycem Pietrosul w górze i słuchałem śpiewów pijanych i szczęśliwych ludzi wracających z wesela w Borszy.

Za miastem

Do takich miejscowości docierają tylko podmiejskie pociągi osobowe i zakurzone marszrutki. W głębi sosnowych lasów oddzielonych od świata wysokimi, bielonymi ogrodzeniami, stoją jednokondygnacyjne rozległe domy z szerokimi podjazdami garaży, czerwoną dachówką i zadbanymi ogrodami. Mieszkańcy tych miejscowości wyjeżdżają codziennie o ósmej i o ósmej wracają japońskimi suvami, do miasta i z powrotem. Lekarze, prawnicy, biznesmeni. Inteligencja, dziennikarze, potomkowie drobnej szlachty, trochę nowobogackiego buractwa, ale nie na tyle, aby zabić nobliwy charakter tego miejsca.

Z brudnych marszrutek i ponurej podmiejskiej kolejki korzystają uczniowie kształcący się w ten osobliwy sposób w samodzielości. Z miasta to jedyne trzynaście krótkich minut, dwa przystanki i pociąg zatrzymuje się na długim, opustoszałym peronie. Jeszcze rok temu przy kolejowym przejeździe siedział dróżnik, ale teraz szlabany zamykają się automatycznie.

Założę się, że przed wojną, tak jak w „Pożegnaniach” Dygata, zbłądzeni kochankowie zapoznani sobotniej nocy na tańcach w restauracji Astoria mogli w niedzielę, świtem, wsiąść w taki pociąg do takiej miejscowości, by w wybranej na chybił trafił willi otoczonej sosnowym lasem poprosić o dyskretny nocleg, bez zbędnych pytań i niepotrzebnych odpowiedzi.

Zmarznięte plecy

P. stoi za barem tej ponadczasowej knajpki przy teatrze od kiedy zacząłem tam bywać. Na pewno był to jakiś mroźny grudniowy wieczór zasypany śniegiem, dzień taki, jak dzisiaj, na pewno przyprowadził mnie tu ktoś z przyjaciół, na pewno od tego czasu spędziłem tu kilkadziesiąt długich, pamiętnych wieczorów. Sarkastyczno-serdeczny humor P. jest jednym ze znaków rozpoznawczych tego miejsca.

Przez tę knajpę przetoczyły się dziesiątki gorszych i lepszych barmanów, kilka pokoleń uczniów, studentów i aktorów, prowincjonalnych odgrywaczy ról, którzy wpadając na jednego w przerwie między próbami zwykli siadać przy jednoosobowym stoliku przy samym barze, stoliku, za którym oprawione w spróchniałe drewno, oparte o ścianę lustro odbija ciepłe, mroczne, brązowe wnętrze ozdobione monidłami, oświetlone matowymi, pulsującymi mętnym światłem dwudziestkami.

Przestrzeń tego miejsca rozpoczyna drewniany bar, a kończy ogromna szyba wychodząca na park. Kiedy jest zimno, sentymentalnie i kiedy jest się w centrum, nie ma żadnej alternatywy, jeśli celem jest ucieczka przed wszystkim. Dwa ulubione stoliki: pierwszy znajduje się w samym rogu – dwuosobowe miejsce przy ścianie z monidłem, skąd można obserwować wchodzących i wychodzących, jednocześnie pozostając niezauważonym. I miejsce drugie, tam, gdzie kiedyś kończyła się ta knajpa – popisany długopisowymi deklaracjami miłości stolik z dwoma szufladami pełnymi bezwartościowych książek (wczoraj widziałem tam coś Gouldinga), mętnym światłem żółtawej żarówki nad głową, przy pomalowanym brązową farbą olejną kaloryferem, do którego przutula się zmarznięte plecy.

O przewadze wiedzy tłumu nad mądrością ekspertów

 

Żyjemy w czasach, gdy ostatecznej wiedzy i interpretacji o docierających do nas faktach dostarczają osoby określanie zbiorowym mianem „ekspertów”. Kiedy tylko wydarzy się coś niespodziewanego, trudnego do zrozumienia, tragicznego, na ekranach telewizorów widzimy specjalistów różnych dziedzin tłumaczących – najczęściej post factum – zaistniałe zdarzenia. Powołuje się zespoły ekspertów do zbadania afer gospodarczych, katastrof, nieszczęśliwych wypadków itd.
Zadajmy sobie pytanie, na które odpowiedź tylko pozornie jest oczywista. Na ile wiedza dostarczana przez jednostkowych lub zgromadzonych w niewielkich grupach ekspertów jest bardziej wartościowa od wiedzy, którą tworzą duże zbiorowości jednostek, spośród których zdecydowana większość nie jest w żadnym stopniu ekspertem z danej dziedziny, w sytuacji, w której głos każdej z nich waży dokładnie tyle samo?
Odpowiedź na to pytanie może być zaskakująca. Oto kilka przykładów udowadniających, że tłum czasami wie lepiej niż niejeden ekspert.
Pamiętają Państwo na pewno prowadzony przez Huberta Urbańskiego program „Milionerzy”. Uczestnik tego show, w sytuacji, gdy nie potrafił sam udzielić prawidłowej odpowiedzi na pytanie, mógł skorzystać z „kół ratunkowych”. Poza zredukowaniem możliwych opcji wyboru, pretendent do miliona mógł poprosić o pomoc publiczność złożoną z przypadkowych osób, głosujących na prawidłową, według nich, odpowiedź. Mógł też zadzwonić do osoby, którą uważał za „eksperta” w danej dziedzinie. Co się okazało? „Eksperci” odpowiadali całkiem nieźle. W amerykańskiej wersji „Milionerów” odsetek prawidłowych odpowiedzi „ekspertów” wyniósł 66%. Wynik ten blednie jednak, gdy porówna się go z trafnością odpowiedzi publiczności – 91%.
„Milionerzy” nie spełniają jednak szeregu metodologicznych kryteriów pozwalających uznać ten wynik za dowód na przewagę tłumu nad ekspertami. Aby to sprawdzić, Scott Page z Uniwersytetu w Michigan przeprowadził eksperyment mający na celu zbadanie, na ile różnorodność grupy postawionej przed rozwiązaniem jakiegoś problemu ma wpływ na powodzenie tego zadania. Po porównaniu szeregu grup liczących od 10 do 20 członków, grup różnych pod względem homogenicznności, od tych, które złożone były z samych „bystrzaków”, przez grupy dobrane całkowicie losowo, po te złożone z samych „tępaków”, okazało się, że najlepiej radziły sobie te grupy, w których zróżnicowanie było największe. Wniosek – aby stworzyć zespół sprawnie rozwiązujący dany problem – zgromadźmy w nim przypadkowe jednostki. To nie „eksperckość”, ale różnorodność jest wartością.
Dlaczego tak się dzieje? Moim zdaniem w grę wchodzi kilka czynników. Po pierwsze w zróżnicowanej grupie lepiej działa konkurencja między poszczególnymi jednostkami, ponieważ rozpiętość aspiracji jest wyższa niż w grupach homogenicznych. Po drugie, celowy dobór „ekspertów” zakłada, że domyślamy się, jakie cechy osobnicze mogą być przydatne w rozwiązaniu problemu, co nie zawsze jest trafne. Lepiej więc dobrać różnych „specjalistów” z różnych dziedzin, bo wtedy szansa, że któryś trafi na rozwiązanie, jest lepsza. Grupy heterogeniczne łatwiej też organizują się w struktury ułatwiające samoorganizację, łatwiej wybierają liderów i wykonawców. Działają sprawniej niż zespoły ekspertów.
Na koniec historia z 28 stycznia 1986 roku, gdy o godzinie 11.38 amerykański wahadłowiec „Challenger”, po wzniesieniu się na wysokość 16 kilometrów, na 74 sekundy po starcie, niespodziewanie eksplodował. Wyjaśnianie przyczyn tej tragedii przez grupy specjalistów trwało miesiącami. Jednak informacja, kto jest winny katastrofy, pojawiła się tak naprawdę w ciągu niespełna doby. Jak to możliwe?
Przy produkcji „Challengera” brali udział trzej wielcy kontrahenci: Rockwell International (zbudował wahadłowiec i jego silniki), Martin Marietta (zewnętrzny zbiornik paliwa) oraz Morton Thiokol (budowa rakiety nośnej na paliwo stałe). Wszystkie z tych firm były notowane na giełdzie. Natychmiast po katastrofie kursy wszystkich spadły, jednak największy spadek zanotowały akcje Morton Thiokol – aż o 12%. Giełda wskazała tę firmę, jako głównego winowajcę katastrofy, mimo że przez pierwszą dobę nie upubliczniano żadnych informacji o prawdopodobnych przyczynach katastrofy. Dopiero po pół roku specjalna ekspercka komisja orzekła, że zawiodły uszczelki o-ring w rakietach produkowanych przez Morton Thiokol… Tysiące indywidualnych graczy giełdowych, dysponujących rozproszoną, pokawałkowaną wiedzą i przeczuciami, rozwiązały zagadkę natychmiast, podczas gdy eksperci potrzebowali do tego pół roku….

 

Homo gen to bzdura, ale co z tego?

Poszukiwania „genu homoseksualizmu” trwały od wielu lat. Wygląda na to, że – wbrew nadziejom niektórych środowisk – taki gen nie istnieje. William Rice z Uniwersytetu Kalifornijskiego i Urban Friberg z Uniwersytetu Upsalla w Szwecji opublikowali niedawno w „Quarterly Review of Biology” pracę, w której stwierdzają, że orientacja seksualna nie jest sprawą genetyki, ale epigenetyki, czyli pozagenowych procesów dziedziczenia cech osobniczych. Procesy te mogą odbywać się w różnych środowiskach. W przypadku homoseksualizmu środowiskiem tym jest łono matki.
Procesy epigenetyczne nie wpływają na samą sekwencję DNA, lecz regulują stopień aktywacji poszczególnych genów, co ma szczególne znaczenie w trakcie życia płodowego człowieka. Organizm kobiety w ciąży jest narażony na duże wahania hormonów. Znaczniki epigenetyczne (epi-marks) reagują na te wahania. Jeśli nie działają prawidłowo, a organizm matki wydziela zbyt wiele hormonów kobiecych, wówczas ryzyko/szansa na urodzenie osoby homoseksualnej jest wyższa.
Może też być tak, że sam mechanizm epigenetyczny dziecka szwankuje, odrzucając znaczniki epigenetyczne któregoś z rodziców bądź też nie potrafiąc likwidować znaczników pochodzących od ojca lub matki. Dziewczynka, która przejmuje epi-marks ojca, będzie zachowywała się bardziej „męsko” od swoich koleżanek.
Tłumaczy to fakt, że choć udowodniono dziedziczny charakter zachowań homoseksualnych, to nie znajduje on potwierdzenia w genetyce. Odpowiedzialne są za to znaczniki epigenetyczne, swoistego rodzaju „aktywatory” poszczególnych sekwencji DNA.
Rice i Friberg stworzyli na podstawie tego odkrycia model opisujący rolę epigenetyki w kształtowaniu orientacji homoseksualnej, posługując się przy tym najnowszymi odkryciami z zakresu molekularnych regulatorów aktywowania genów i roli adrogenów w rozwoju seksualnym zwierząt. Połączyli to z ostatnimi wynikami badań nad epigenetyczną kontrolą aktywacji genów. Stworzony przez nich model z powodzeniem opisuje i przewiduje ewolucję zachowań homoseksualnych obu płci.
Wnioski z tych badań na pewno bardziej zmartwią niż ucieszą zwolenników genetycznego determinizmu orientacji homoseksualnej. Z drugiej jednak strony nie jest prawdą, że homoseksualizm jest postawą nabytą kulturowo lub egzogenicznym zaburzeniem psychicznym, jak chcieliby sądzić ci przekonani o możliwości jego leczenia.
Cały artykuł można przeczytać w The Quarterly Review of Biology: „Homosexuality as a consequence of epigenetically canalized sexual development.”

Benh Zeitlin – Bestie z południowych krain

hushpuppy

Benhowi Zeitlionowi udało się z powodzeniem połączyć nasączony magią świat widziany oczami dziecka z okrutnym realizmem życia ludzi znajdujących się na kompletnych obrzeżach cywilizowanego świata. Niektórzy krytycy nazywają ten efekt magicznym realizmem, ale „Bestie z południowych krain” to zdecydowanie coś więcej niż zręczne manipulowanie brzydotą i upokorzeniem underclass tak, aby pokazać jej ukryte piękno. To film o upokorzeniu, nędzy, brudzie, chorobach, smrodzie i śmierci, tyle, że pokazany oczami dziecka, które widzi rzeczy zupełnie inaczej.

Absolutnie fenomenalna mała aktorka Quvenzhané Wallis jest tutaj kilkuletnią dziewczyną wychowywaną przez samotnego ojca w slumsach położonych na obrzeżach jakiejś wielkiej metropolii. Życie, którego główną funkcją jest przetrwanie, a najważniejszym zajęciem zdobycie pożywienia, jest jej środowiskiem naturalnym. Żyją na skraju wielkiej zapory, chroniącej miasto przed powodzią. Powódź nadchodzi. Osiedle slamsów spływa w dół rzeki. Ci, ktorzy ocaleli, w w tym Hushpuppy z ojcem ruszają w dół rzeki, aby przetrwać.

Bestie z południowych krain” to nie tylko, a może w żadnym stopniu  film społeczny. Świat cywilizacji, ciepłych mieszkań, sklepów spożywczych i szpitali, gdzie ludzi podłącza się do ściany, jest światem odległym i nienaturalnym. Mała Hushpuppy żyje w świecie przypominającym czasy pierwotne, choć chronologicznie umiejscowionym tu i teraz. W świecie, gdzie ludzie i zwierzęta współpracują ze sobą, dostarczając nawzajem przetrwania i pożywienia, gdzie drugimu po prostu się pomaga, bez względu na to, czy jest twoim wrogiem czy przyjacielem. Zezwierzęcenie bohaterów, doprawione tanim alkoholem, jest bardzo, bardzo ludzkie, a cały film wypełniony jest miłością do człowieka.

W jednej z najbardziej wzruszających scen filmu kilkuletnie osierocone dziewczynki trafiają przypadkiem do obskórnego domu publicznego, gdzie znajdują ukojenie i spokój w objęciach portowych kurew. Bardzo pragnęły ciepła, znalazły je tam, gdzie najmniej można się go było spodziewać.