Kiedy ból sprawia przyjemność?

Ból nie musi być nieprzyjemny. Bywa, że ból sprawia przyjemność.
Okazuje się, że ludzie, którym dostarcza się bólowych stymulusów, odczuwają przyjemność wtedy, gdy bólowy stymulus jest mniej nieprzyjemny, niż tego oczekiwali.
W marcowym (marzec 2013) wydaniu „Pain„, Siri Leknes z Uniwersytetu w Oslo pisze, że ból jest odczuwany jako mniej dokuczliwy, jeśli jednostka spodziewa się o wiele bardziej bolesnych doznań. Co ciekawsze – czytamy – jest „odkrycie, że ból może być doświadczeniem przyjemnym, jeśli subiektywnie doświadczamy uniknięcia czegoś gorszego„.
Aby sprawdzić, jak ludzie doświadczają bólu, Leknes i jego współpracownicy podłączyli szesnaściorgo badanych do urządzenia, które stymulowało powierzchnię ich rąk zróżnicowanym poziomem gorąca. W tym samym czasie minitorowano aktywność ich mózgów za pomocą rezonansu magnetycznego.
W pierwszej turze eksperymentu badani doświadczyli serii stymulusów bólowych o niskim i średnim natężeniu – porównywalnym z dotknięciem gorącego kubka z kawą.
W drugiej turze, doświadczyli serii stymulusów o średnim lub wysokim natężeniu. Na tym etapie badanym pokazywano na ekranie, bólu o jakiej sile mogą się spodziewać za chwilę.
W pierwszym scenariuszu, badani oceniali umiarkowany ból jako „nieprzyjemny”.
Co ciekawe, w drugim scenariuszu, kiedy wiedzieli, że alternatywą jest silny ból, badani ocenili umiarkowany ból jako „przyjemny”. Na rezonansie magnetycznym zaobserwowano, że podczas umiarkowanego bólu, aktywność ośrodków bólowych mózgu (pień mózgu) była niska, za to aktywne były środkowe fragmenty płata czołowego, odpowiedzialne za uczucie przyjemności.
 Okazuje się więc, że uczucie ulgi związanej z uniknięciem spodziewanego bodźca bólowego jest na tyle silne, by zamienić negatywne doświadczenie w poczucie szczęścia i przyjemności.
Badania norweskich naukowców mogą rzucić nowe światło na to, jak ludzie reagują na ostre potrawy albo seks z użyciem przemocy.

Biegać jak strusie – ewolucja nie dąży do perfekcji, ale do funkcjonalności

 

Ludzie są gatunkiem, który zdominował inne zwierzęta żyjące na Ziemi, ale nasze ciała wcale nie są tak doskonałe, jak by się mogło wydawać. Wiele adaptacji, które umożliwiły człowiekowi ewolucyjny sukces (wyprostowany chód, wielkie i złożone mózgi), w rzeczywistości powstały w wyniku długotrwałego procesu przekształcania budowy ciała małp człekokształtnych, których naturalnym środowiskiem życia były drzewa.
Ludzka stopa składa się z 26 kości. Ich znaczna liczba wynika z tego, że nasi przodkowie potrzebowali elastycznych stóp do łapania nimi gałęzi drzew. Kiedy już zeszli na ziemię i zaczęli poruszać się na dwóch nogach (co wydarzyło się około 5 milionów lat temu), stopa musiała być bardziej stabilna. Duży palec u nogi przestał być przeciwstawny i „przyłączył” się do pozostałych palców. Za nim wykształciło się podbicie stopy, pełniące rolę amortyzatora. Wszystko po to, aby konstrukcja stopy była bardziej sztywna. Mimo to składa się ona przez cały czas z wielu delikatnych, ruchomych części, podatnych na zwichnięcia, złamania, nadwyrężenia.
Uniknęlibyśmy tych problemów, gdyby nasze stopy były skonstruowane jak u strusia. U tych zwierząt, kostka i kości stopy są zespolone w jedną strukturę, a w szybszym poruszaniu pomaga liczba palców zredukowana do dwóch.
Dlaczego strusie są lepiej od człowieka dostosowane do poruszania się na dwóch nogach? Dlatego, że ich przodkowie robili to już 230 milionów lat temu, w erze dinozaurów, a nasi zaczęli poruszać się w ten sposób ledwie 5 milionów lat wstecz.
Podobnie było z budową kręgosłupa. Powstający na dwie nogi ludzie, podnosili kręgosłup, który wyeluował do wspinania się po drzewach – musiał więc on być elastyczny i obracać się o 90 stopni w każdym kierunku. Musiał też znosić duże przeciążenia wynikające z przemieszczania się po drzewach. Stąd wykrzywienie horyzontalne (lordosis) – nasze kręgosłupy przypominają kształtem literę S, co jest przyczyną wielkiej liczby dyskopatycznych schorzeń współczesnych ludzi. Lekarze zgadzają się, że „zadbany” kręgosłup daje gwarancję bezbolesnego życia tylko przez 40-50 lat. Po tym czasie zazwyczaj pojawiają się problemy.
Proces dostosowywania się ludzkiego ciała do wyprostowanego chodu, a także wzrost objętości mózgu, musiały uwzględniać ograniczenia objętości kanałów rodnych. Kobiety musiały rodzić dzieci coraz większe, w tym z coraz większymi mózgami. Przed nastaniem nowoczesnych metod porodu, śmierć przy urodzeniu dziecka była najczęstszą przyczyną zgonów kobiet w wieku reprodukcyjnych. Objętość ciała ludzkiego niemowlaka do objętości ciała matki wynosi średnio 6,1%, podczas gdy u szympansów – 3,3%, zaś u goryli – 2,7%.
Niezależnie od wysokiego ryzyka śmierci w dzieciństwie, sposobem na podtrzymanie dziecka w zdrowiu było objęcie go intensywnym wsparciem społecznym. Niebagatelną rolę odgrywa też współczesna medycyna, dzięki której radykalnie zminimalizowano śmiertelność wśród noworodków, niemowlaków i małych dzieci.
Jaki wniosek można wysnuć z tych faktów? Ewolucja nie „tworzy” czegokolwiek z niczego. Zmiany oparte na procesach dostosowawczych i mutacjach genetycznych następują bardzo powoli. Ewolucja nie dąży do perfekcji, lecz do funkcjonalności.

Dawanie innym – uniwersalną potrzebą człowieka

Poczucie zadowolenia z możliwości wydawania na kogoś pieniędzy może być cechą charakterystyczną zarówno krajów cierpiących nędzę, jak i tych najzamożniejszych. Do takich wniosków doszli naukowcy z Simon Fraser University in Canada w artykule opublikowanym przez American Psychological Association w Journal of Personality and Social Psychology.
Psychologiczne doświadczenie nagrody wynikające z pomocy innym okazuje się być głęboko wdrukowane w ludzką naturę i niezależne od kulturowego czy ekonomicznego kontekstu. Wyniki, o których piszę, mogą dowodzić, że ekonomiczna koncepcja warm-glow giving Jamesa Andreoniego z 1990 roku ma uniwersalny charakter.
Badacze stwierdzili pozytywną korelację między indywidualnym poczuciem zadowolenia i wydawaniem pieniędzy na innych w 120 ze 136 krajów objętych w latach 2006-2008 sondażem Gallupa. Sondaż obejmował 234 917 respondentów (50% mężczyzn, średnia wieku – 38 lat). Związek między zadowoleniem a wydawaniem pieniędzy na innych był znaczący statystycznie w krajach położonych w każdy regionie świata i nie wynikał z innych zmiennych, takich jak dochód, pomoc społeczna, odczuwane poczucie wolności czy poziom korupcji.
Powyższe obliczenia znalazły potwierdzenie w szeregu eksperymentów przeprowadzonych w skrajnie bogatych i skrajnie biednych krajach. Pierwszy z eksperymentów (wzięli w nim udział mieszkańcy Kanady i Ugandy) polegał na tym, że badani zostali poproszeni o napisanie o tym, jak ostatnio wydawali pieniądze dla innych, a także o tym, kiedy robili zakupy dla siebie. Następnie poproszono ich o napisanie, jak się wtedy czuli, a także, na ile ich wydatki na innych wynikały z potrzeby budowania lub wzmacniania relacji z tymi osobami. Osoby, które pamiętały swoje wydatki na innych, czuły się bardziej szczęśliwe od tych, które lepiej pamiętały wydatki na siebie, nawet po odrzuceniu tych wydatków na innych, które służyły świadomemu budowaniu relacji.
Takie same wyniki dał sondaż internetowy przeprowadzony wśród 101 mieszkańców Indii. Część badanych poproszono o przypomnienie sobie ostatniej sytuacji, gdy wydawali pieniądze na siebie samych lub na innych, zaś drugą część poddano testowi, który mierzył ich poziom szczęśliwości, bez odwoływania się do przeszłych doświadczeń. Ci, którzy pamiętali lepiej sytuacje, gdy wydawali pieniądze na innych, byli bardziej szczęśliwi zarówno od tych, którzy lepiej pamiętali wydatki na siebie, jak i tych, których nie proszono o przywoływanie takich wspomnień.
W jeszcze jednym eksperymencie, przeprowadzonym wśród 207 studentów uniwersytetów z Kanady i Południowej Afryki, zanotowano wyższy poziom samozadowolenia u tych, którzy zakupili paczkę ze słodyczami dla chorego dziecka niż wśród tych, którzy kupili te słodycze dla siebie. 
Wyniki opisane powyżej mają swoje uzasadnienie ewolucyjne. Emocjonalne korzyści uzyskiwane po aktach pomocy innym, służą wzmacnianiu poczucia bezpieczeństwa w długoterminowych strategiach przetrwania.

Aknin, L. B., Barrington-Leigh, C. P., Dunn, E. W., Helliwell, J. F., Burns, J., Biswas-Diener, R., Kemeza, I., Nyende, P., Ashton-James, C. E., & Norton, M. I. Pro-social Spending and Well-Being: Cross-Cultural Evidence for a Psychological Universal. Journal of Personality and Social Psychology, (in press) 2013 DOI: 10.1037/a0031578

Strach? Złość? Ból? Jak rozpoznać, z jakiego powodu płacze twoje dziecko?

Hiszpańscy naukowcy postanowili zbadać sprawę intrygującą: w jakim stopniu dorośli potrafią rozpoznawać emocje powodujące płacz małych dzieci? Kluczową rolę w sztuce odgadywania emocji tego typu odgrywają dynamika płaczu i ruch gałek ocznych.
Rodzice, szczególnie początkujący, napotykają zazwyczaj na duże trudności w rozpoznawaniu powodów płaczu swoich dzieci. Mimo, że najczęstsze powody zamykają się w krótkiej liście: głód, ból, złość, strach, dorośli rzadko bez problemu są w stanie określić, która emocja powoduje płacz.
Płacz jest podstawowym sposobem komunikacji negatywnych emocji małego dziecka i w większości przypadków jedynym, którego mogą użyć” – pisze Mariano Chóliz z Uniwersytetu w Valencii.
Chóliz przeprowadził badania na ten temat, przy współpracy specjalistów z Uniwersytetu w Murcii. Udało im się opisać różnice w płaczu na podstawie obserwacji 20 dzieci w wieku od 3 do 18 miesięcy, które płakały z powodu trzech charakterystycznych emocji: strachu, złości i bólu.
Przy okazji zespół badaczy obserwował trafność rozpoznawania powodów płaczu przez dorosłych przebywających przy dzieciach, analizując afektywne reakcje rodziców na łkanie ich potomków.
Wyniki badania opublikowano w ostatnim numerze Spanish Journal of Psychology. Największe różnice manifestowały się w aktywności gałek ocznych i dynamice łkania.
„Kiedy dziecko płacze z powodu złości lub strachu, jego oczy są otwarte. Kiedy zaś płacze z bólu, zamyka oczy” – stwierdzają autorzy artykułu.
Jeśli chodzi o dynamikę płaczu, zarówno gestykulacja, jak i intensywność płaczu wzrastają, gdy dziecko jest zdenerwowane. W przypadku bólu lub strachu gestykulacja jest mniejsza, lecz intensywność płaczu bardzo wysoka.
Dorośli mają największe kłopoty z identyfikacją płaczu spowodowanego złością i strachem. Co ciekawe, „mimo, iż dorośli mają też kłopoty z rozpoznaniem bólu jako przyczyny płaczu dziecka, ich afektywna reakcja na ten rodzaj płaczu jest bardziej intensywna, niż w przypadku złości lub strachu„.
Zdaniem badaczy, fakt, iż to ból jest najłatwiej rozpoznawalną emocją powodującą płacz, może mieć uzasadnienie adaptacyjne. W tym wszak przypadku płacz jest ostrzeżeniem przed realnym zagrożeniem dla zdrowia lub życia i wymaga natychmiastowej reakcji opiekunów.
Kiedy dziecko płacze, aktywność mięśni twarzy charakteryzuje się przede wszystkim naprężeniem mięśni na czole, brwiach i wargach, otwartymi ustami i podniesionymi policzkami. Jednak w zależności od tego, z którą z trzech emocji powodujących płacz mamy do czynienia, reakcja jest inna.
Kiedy dziecko jest zdenerwowane,  jego oczy są tylko częściowo zamknięte, zaś wzrok bądź to skierowany w nieokreśloną stronę, bądź skoncentrowany na ważnym dla dziecka obiekcie. Usta są wtedy również lekko otwarte, a intensywność płaczu rośnie stopniowo.
W przypadku strachu, oczy pozostają otwarte. Co więcej, przestraszone niemowlaki mają penetrujący wzrok i poruszają głową do tyłu. Dynamika płaczu jest inna niż w przypadku zdenerwowania  po krótkim okresie intensyfikacji następuje gwałtowna „eksplozja” płaczu.
I, w końcu, ból przejawia się zamkniętymi oczami, a kiedy dziecko je otwiera, trwa to chwilę, zaś wzrok w tym momencie można nazwać „nieobecnym”. Mięśnie w okolicach oczu są stale napinane, a brwi zmarszczone. Płacz rozpoczyna się nagle, od maksymalnego natężenia, w momencie zaistnienia bodźca powodującego ból.
Mariano Chóliz, Enrique G. Fernández-Abascal, Francisco Martínez-Sánchez. Infant Crying: Pattern of Weeping, Recognition of Emotion and Affective Reactions in Observers. The Spanish Journal of Psychology, 2012; 15 (3) 

Polska dziwny kraj

Mój kraj leży w wyjątkowo niefortunnym miejscu. Morze na północy, a góry na południu. Więc w morzu woda jest zimna, a w górach ze śniegiem jest kiepsko. Po jednej stronie odwieczny wróg, a po drugiej stronie – dla odmiany – odwieczny wróg. Ci na Zachodzie mówią, że jesteśmy na Wschodzie, a ci ze Wschodu uważają nas za Zachód. Za ciepło tu na Północ i za zimno na Południe.

W moim kraju osiągnęliśmy prawdopodobnie mistrzostwo świata w nienawiści do Polaków i wszystkiego, co polskie. Antypolonizm Polaków nie ma sobie równych. Nie przeszkadza to nam kochać Polskę ponad wszystko. Filopolonizm Polaków nie ma sobie równych.

Nienawidzimy naszych wschodnich sąsiadów, choć to z nimi tworzyliśmy przez lata największe mocarstwo Europy. Z fascynacją i podziwem patrzymy za zachodnią granicę, choć to stamtąd otrzymywaliśmy najbardziej bolesne ciosy.

Kochamy naszych wrogów. Nienawidzimy naszych przyjaciół.

Jesteśmy honorowi wtedy, gdy powinniśmy być realistami. Stoimy twardo na ziemi, gdy trzeba pokazać honor. Za cenę dumy pozwoliliśmy zniszczyć nasze miasta, wymordować elity i oddać naszych Żydów do kabin krematoryjnych.

Kiedy sześćdziesiąt lat po wymordowaniu naszych elit, w dziwnych okolicznościach historia się powtarza, zapominamy o naszym legendarnym honorze.

Polska dziwny kraj.

polska

Drobne działania podejmowane przez obywateli sposobem na walkę z przestępczością

Nikomu jak do tej pory nie udało się przekonująco wyjaśnić znaczącego spadku przestępczości w Stanach Zjednoczonych na przestrzeni ostatnich 20 lat. Podobne zjawisko można zaobserwować również w Polsce. Kryminolodzy, socjologowie i prawnicy drapią się po głowach, próbując znaleźć wytłumaczenie dla spadku liczby napadów, kradzieży i włamań. Jedno z najnowszych badań wskazuje, że przyczyną spadku przestępczości jest kombinacja mnóstwa małych, niespektakularnych działań, podejmowanych w ostatnich dekadach, podejmowanych przez, zazwyczaj pomijane w oficjalnych analizach, osoby prywatne.
Zdumiewająca zmiana w zakresie zachowań przestępczych dokonała się w przeciągu zaledwie jednej generacji – stwierdza kryminolog Philip J. Cook z Duke University (posiedzenie  American Association for the Advancement of Science, 16 lutego 2013) – jest to dla nas ogromną zagadką, gdyż żaden kryminolog nie jest w stanie stwierdzić z całkowitą pewnością, dlaczego tak się dzieje„.
Odnaleziono jednak trop, który wydaje się obiecujący. Cook i jego współpracownicy zbadali wpływ prywatnych sposobów ochrony osób i mienia w walce z problemem drobnej przestępczości. „W naszym kraju pracuje więcej prywatnych ochroniarzy niż funkcjonariuszy policji – stwierdza Cook – i uważam, że działania podejmowane przez osoby prywatne zasługują na większe uznanie, niż to się działo do tej pory„.
Wzrost ilości prywatnej ochrony w ostatnich latach jest związany przede wszystkim z powstającymi oddolnie inicjatywami przedsiębiorstw lub osiedli mieszkaniowych, które godzą się na dobrowolne opodatkowanie, by miejsce, gdzie pracują, było czystsze i bezpieczniejsze.
Cook i jego zespół badał 30 takich osiedli w Los Angeles na przestrzeni lat 1997-2008. Wykazał, że oddolne działania na rzecz poprawy bezpieczeństwa spowodowały spadek poważnych przestępstw o 28%, zaś przestępstw w ogóle – o 11%.
Każde 10 000 dolarów wydanych na poprawę bezpieczeństwa spowodowało średni spadek liczby przestępstw o 3.4. Osiedla, które przeznaczyły więcej środków na prywatną ochronę, zanotowały większą poprawę bezpieczeństwa.
Zebrane dane wyraźnie wskazują na bezpośredni związek przyczynowy między wydatkami na prywatną ochronę a spadkiem przestępczości.
Nie można jednak zapominać, o czym informuje Cook, że spadek przestępczości wynika również z wielu innych „mikrodziałań”, takich jak coraz powszechniejsze korzystanie z transakcji bezgotówkowych, rozwój technologii zabezpieczających przed kradzieżą aut a także zabezpieczeń telefonów komórkowych i innych prywatnych urządzeń mobilnych.
Innymi mikro-czynnikami, mogącymi wpłynąć na poprawę bezpieczeństwa, są różnego rodzaju programy terapeutyczne skierowane do grup podwyższonego ryzyka. Jens Ludwig z laboratorium kryminalistyki na Uniwersytecie Chicagowskim zrealizował pilotażowy program „Stop, Look and Listen”, który miał na celu powstrzymywanie młodzieży przed zachowaniami automatycznymi za pomocą terapii behawioralno-kognitywnej (cognitive behavioral therapy – CBT). Zauważono bowiem, że wiele drobnych przestępstw jest dokonywanych bezwiednie, z pominięciem planu oraz refleksji nad ewentualnym skutkami. Wśród osób objętych programem zanotowano niewielki, ale znaczący spadek zachowań niezgodnych z prawem.
Jens Ludwig argumentuje, że koszty przestępstw są na tyle wysokie dla społeczeństwa, że nawet działania dające niewielką poprawę, dostarczają ogromnych korzyści i nie należy z nich rezygnować. „Społeczny koszt związany z zabójstwem jednego obywatela to około 10 milionów dolarów. Jednostkowy koszt działań pedagogicznych zapobiegającym tego typu działaniom mieści się w granicach 100-150 dolarów na dziecko, za obniżenie wskaźnika zabójstw o 5%.
Okazuje się, że drobne działania, podejmowane poza obrębem polityk publicznych, mogą przynosić wymierne efekty.

Marek Raczkowski – Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki

raczkowskiMarek Raczkowski jest jak pasta Marmite – można go albo kochać, albo nienawidzić. Należę do tej pierwszej połowy ludzkości, dlatego bez większych wahań dołożyłem się do narkotyków i dziwek dla rysownika „Przekroju”. W przygotowaniu książki-cegiełki na tę zbiórkę pomagała Raczkowskiemu jego przyjaciółka Magda Żakowska. Formuła wywiadu-rzeki sprawdziła się znakomicie. Rysownik okazuje się świetnym, błyskotliwym i zaskakującym co chwila rozmówcą. A przede wszystkim – mistrzem autokreacji.

Nie pokocha i nie zrozumie Raczkowskiego ten, kto potraktuje go poważnie. Przypominasz sobie ten happening z przyozdabianiem psiego łajna flagą narodową, który rysownik odstawił w programie Kuby Wojewódzkiego? Jeśli byłeś oburzony i zdumiony, najprawdopodobniej padłeś ofiarą pułapki zastawionej przez tego sprytnego, hiperinteligentnego mistrza autokreacji. Jeśli byłeś tą akcją zachwycony, nie myśl, że Raczkowskiego to ucieszyło. Narodowa wściekłość była jego celem. Nie bez przyczyny bliskim przyjacielem Raczkowskiego jest Jerzy Urban – człowiek, który z nienawiści pod swoim adresem uczynił sposób na zarabianie pieniędzy. Bohater książki, którą niedawno skończyłem czytać, również jest wirtuozem kreowania miłości i nienawiści, a pomaga mu w tym genialna wrażliwość na Polskę i Polaków. Nie ma wielu, którzy rozumieliby ten kraj tak dobrze, jak on.

Opowieść Raczkowskiego o swoim życiu jest w zasadzie zapętloną narracją wokół trzech pojęć. Polska, seks i Kościół Katolicki to tematy, które powracają co chwila w różnych konfiguracjach. Zręczność manipulacji Czytelnikiem, jaką posiada Raczkowski, polega na bardzo wyrafinowanym, subtelnym wręcz wodzeniu za nos: pokazywaniu „ludzkiej” twarzy rysownika (kocham ten kraj, nie jestem wcale lubieżny, byłem bardzo religijny), by za chwilę przywalić w potylicę ostrą satyrą na Prawicę, wyznaniem o upodobaniu do uwodzenia chudych nastolatek albo żartem o proboszczu-pedofilu.

Nie będziesz się dobrze bawił, jeśli potraktujesz tę rozmowę na serio. Tutaj chodzi o to, byś się oburzał, a jednocześnie brnął dalej w mitomańskie zwierzenia Marka Raczkowskiego. Bo jest to książka lekka, ale wyrafinowana w swoich socjotechnicznych intencjach. W rzeczywistości Raczkowski nie jest tym, o którym tutaj opowiada. Jest znacznie lepszy, lub…. o wiele gorszy.