Polska dziwny kraj

Mój kraj leży w wyjątkowo niefortunnym miejscu. Morze na północy, a góry na południu. Więc w morzu woda jest zimna, a w górach ze śniegiem jest kiepsko. Po jednej stronie odwieczny wróg, a po drugiej stronie – dla odmiany – odwieczny wróg. Ci na Zachodzie mówią, że jesteśmy na Wschodzie, a ci ze Wschodu uważają nas za Zachód. Za ciepło tu na Północ i za zimno na Południe.

W moim kraju osiągnęliśmy prawdopodobnie mistrzostwo świata w nienawiści do Polaków i wszystkiego, co polskie. Antypolonizm Polaków nie ma sobie równych. Nie przeszkadza to nam kochać Polskę ponad wszystko. Filopolonizm Polaków nie ma sobie równych.

Nienawidzimy naszych wschodnich sąsiadów, choć to z nimi tworzyliśmy przez lata największe mocarstwo Europy. Z fascynacją i podziwem patrzymy za zachodnią granicę, choć to stamtąd otrzymywaliśmy najbardziej bolesne ciosy.

Kochamy naszych wrogów. Nienawidzimy naszych przyjaciół.

Jesteśmy honorowi wtedy, gdy powinniśmy być realistami. Stoimy twardo na ziemi, gdy trzeba pokazać honor. Za cenę dumy pozwoliliśmy zniszczyć nasze miasta, wymordować elity i oddać naszych Żydów do kabin krematoryjnych.

Kiedy sześćdziesiąt lat po wymordowaniu naszych elit, w dziwnych okolicznościach historia się powtarza, zapominamy o naszym legendarnym honorze.

Polska dziwny kraj.

polska

Reklamy

Spożywczo-przemysłowy

DSCF1996-001

Tutaj, gdzie mieszkam, wiejski sklep jest zazwyczaj centrum wszystkich zastygłych mikroświatów, w których nic się nigdy nie zmieniło i na pewno nigdy nie zmieni. Spożywczo-przemysłowy. Nabiał, pieczywo, napoje i alkohole. Spożywczo-monopolowy. Piwo, wino, alkohole. Oszoł, Promilek, Na Winklu, Grosik, Groszek, Eden, Dukat, Drobiazg, Kąsek, Łasuch, Poziomka, Regina, Sezam, Tęcza, Wygoda. Albo po prostu: U Basi, U Kasi, u Joli, u Władka, u Henia i tak dalej, ile fabryka fantazji dała. Tysiące blaszanych bud z podbudówką, nijako pomalowanych, ze skrzynką pocztową, oknami z kratą, czasami ławką przy wejściu.

W środku lada w kształcie litery „U”, chłodziarka coca-coli, skrzynki na butelki po piwie, lodówka. Po lewej przemysłowe, po prawej spożywcze, a na środku, za kasą fiskalną, królowa tego cesarstwa, pani sklepowa. Pani, która wie tu wszystko o wszystkich, ale nikt jej nie pyta o zdanie. Bo wiedza to wcale nie władza, to przekleństwo dociekliwych. Sklepowa musi wiedzieć, bo jest sklepową, Sklepowa ma zawsze trwałą albo farbuje. Ma zawsze makijaż i czterdzieści lat.

Przy takim nieistniejącym już sklepie przy drodze na Krynki zatrzymałem się któregoś gorącego lata, aby kupić butelkę mineralnej. Przede mną stały w kolejce dwie osoby, ale czekałem pół godziny. Podsłuchiwałem. Dowiedziałem się wszystkiego o tym miejscu i ludziach, którzy tam mieszkają. W takim sklepie jest wszystko, czego potrzebujesz. Piramida Maslowa: jedzenie, bezpieczeństwo i wszechwiedza o bliźnich sąsiadach.

Sześćset kilometrów na południe, w Lutowiskach, jest taki sklep, przed którym zawsze można spotkać kogoś ciekawego. Wystarczy usiąść, otworzyć konserwę turystyczną. oderwać z bochenka chleba kawałek, zjeść i popatrzeć, jak nad Urzędem Gminy ściele się Otryt, aby zaraz ktoś się przysiadł i nie patrząc nawet na ciebie, zaczął coś opowiadać.

W wiejskich sklepach nad drzwiami wisi krzyż. Jak się wchodzi, zdejmuje się czapkę i mówi dzień dobry.

Gnojek

Przez ostatnie cztery dni dzieliłem szpitalną salę z osiemnastoletnim  gnojkiem z Warszawy.

K. cerpi na wrodzoną łamliwość kości. Takich złamań miał już w życiu trzydzieści. Stoi przy oknie i – trach! – piszczel. Otwiera auto – trach! – ramię. I tak przez całe życie. Zanim zdiagnozowano mu tę łamliwość, K. zdążył już złamać się wielokrotnie. I teraz też się łamie.

To znaczy, właśnie o to chodzi, że się nie łamie.

Obserwowałem tego gnojka przez te kilka dni bardzo uważnie. Przebywając z konieczności dwadzieścia cztery godziny na dobę w jednym pomieszczeniu, musieliśmy ustalić między sobą pewne relacje. Dzięki jego bystrości i czemuś, co  stanowiło niezwykłe połączenie skromności, inteligencji, pokory, ale też takiej gówniarskiej bezczelności, traktowaliśmy się po partnersku, jednocześnie zachowując pewne naturalne dystanse wynikające z różnicy wieku, wykształcenia i doświadczeń. Słuchał mnie z nieudawaną uwagą, kiedy popisywałem się pseudoerudycyjnymi akrobacjami, ale zawsze miał coś do dodania.

K. to – wbrew temu, co piszą gazety – typowy prawicowiec. Prywatne katolickie liceum, rodzina lekarska, kościół co niedziela, prawdopodobnie jakieś szlacheckie rodowody. Mieszka gdzieś pod Warszawą (pewnie domek z ogrodem w jakimś Komorowie, Kostancinie albo Podkowie Leśnej), ale mówi, że nie zna nikogo, kto by głosował na PO. K. stanowi żywy dowód na to, że posiadając mocny kręgosłup moralny, system wartości, fundament poglądów politycznych, można nie popaść w niezdrowy dogmatyzm.

Prowadziłem z tym gnojkiem dyskusje, których nigdy bym się przed nikim nie powstydził. Chujowy interlokutor sprawia, że sam stajesz się chujowym interlokutorem. Dyskusje z K. były inspirujące, twórcze i ciekawe. Otwarty umysł, odważny, ale pozbawiony zacietrzewienia, wyposażony w pewien zasób wiedzy koniecznej, ale pozbawiony tego całego ogromu wiedzy niepotrzebnej.

Nie miałem najmniejszej ochoty zmieniać tego gnojka, bo widziałem, jak rozmawiając z nim, sam się rozwijam.

Chausseestraße 126

Założony pod koniec XVIII wieku Der Friedhof der Dorotheenstädtischen (cmentarz św. Doroty) w samym centrum Berlina należy do największych atrakcji tego miasta. Każdy berlińczyk albo zwykły turysta może tam poczuć fizyczną bliskość ze szczątkami największych postaci niemieckiej cywilizacji. Bo nawet dla kogoś, kto – tak jak ja – użądlenie Heglowskie – spowodować by mogło wyłącznie wysypkę albo rumień, te kilka minut przy grobie wielkiego dialektyka powoduje emocje szczególnego rodzaju. Stoję przy grobie człowieka, którego myśl wywarła bodaj najbardziej zgubne skutki dla ludzi XX wieku. Hegel zmarł podczas epidemii cholery w 1831 roku.

Symboliczną kontrą dla spotkania z Heglem przy Chausseestraße numer 126, jest wizyta przy skromnym, bo ograniczonym do niewielkiego kamienia, nagrobku Bertolda Brechta. Ich groby dzieli kilkadziesiąt metrów. To paradoks, że konserwatywna filozofia Hegla stała się natchnieniem tysięcy rewolucjonistów pragnących spalić świat. Bertold Brecht chciał być buntownikiem, zaczytywał się Marksem i nienawidził mieszczaństwa, a to, co po nim zostało, to kilka dramatów, których nikt teraz nie czyta, poza niektórymi wstrętnymi mieszczanami. Robotnicy, dla których pisał swoje dramaty, mieli go w dupie.  Bertold Brecht zmarł  na atak serca mniej więcej w czasie, kiedy rodzili się moi rodzice. Przed śmiercią poprosił, aby po zgonie w jego sercu umieścić sztylet, a ciało zamknąć w stalowej trumnie, aby nie dostały się do niego robaki.

SONY DSC

 

Pojechać i wrócić

Nadmorski kurort w połowie lutego. Lubię przerażający smutek miejsc tego rodzaju. Wszystko pozamykane na cztery spusty. Okna smażalni „Rekin” zamknięte drewnianą okiennicą. Na sezonowym kinie „Hawaje” resztki śniegu.

Nie dostaniesz flądry ważonej po smażeniu, nie zjesz gofra z bitą śmietaną, nie posmakujesz tatara z łososia. Nikt cię nie oszuka na wadze, nie pomyli się w wydawaniu reszty. Na ulicach tylko pojedynczy nordic-walkerzy jakby uciekają do ciepłych domów. Z nielicznych kominów idzie dym. Nadmorski kurort wygląda, jakby nikt tam nie mieszkał.

Pomimo iż wyżowa pogoda daje soczyście ciepłe niebo nadające wodzie błękit a falom czystą biel, chłód idący od morza jest przenikający do kości. Piasek pod butami jest twardy jak skała a tam, gdzie załamuje się fala, przebiega linia zmrożonej wody. Mewy jakby z ciekawością przyglądają się nielicznym spacerowiczom i są mniej nieśmiałe niż latem. Mróz i wiatr zdają się nie robić na nich żadnego wrażenia. Przez te kilka miesięcy w roku bałtyckie plaże są tylko ich własnością.

 Warto przejechać te dziesięć godzin pośpiesznym z Białegostoku do Koszalina, aby doświadczyć tego fascynującego przeistaczania się jednej formy entropii w drugą. Chaos straganów z materacami, parawanami, wisiorkami i matkami boskimi z bursztynu zastępuje tu chaos miejsca, z którego wycofał się człowiek, w którym nie ma już niczego, z którego można już tylko uciekać. Coś jednak ciągnie nad morze, coś jednak sprawia, że chociaż jeden raz w roku chce się pojechać nad morze i wrócić.

To, co najważniejsze

W drodze ze wsi do miasta (oczywiście koleją) czytanie zaległej prasy. Zebrało się tego sporo, bo najpierw święta katolickie, a potem Nowy Rok, to wysyp magazynów, wydań specjalnych, podwójnych numerów. A w nich pora podsumowań i prognoz. Te pierwsze są raczej zgodne – skończył się ciekawy rok , pełen zaskakujących wydarzeń – i tych smutnych, i szczęśliwych. Przykrył je w Polsce pył smoleńskiej katastrofy – cokolwiek by się nie wydarzyło po 10 kwietnia, było albo rezultatem, albo chociażby naznaczone “Smoleńskiem” (jak widać, również ten tekst pokrywa się, wbrew intencjom autora owym pyłkiem). Katastrofa wywołała  dużo współczucia, solidarności (tak, tej pisanej małą literą, bo ta zaczynająca się wielką, kompletnie się zdewaluowała), ale ogólny bilans był negatywny. Smoleńsk stał się zabawką wykorzystywaną instrumentalnie przez wszystkich, od polityków, przez media, po zwykłych obywateli, od prawicy po lewicę, od rząd po opozycję. Przez jednych, aby przykryć lęk przed reformami, przez drugich, aby przykryć wstyd przed brakiem pomysłu na Polskę.

Pod powierzchnią tragicznego kwietnia i jego konsekwencji działo się  w mijającym roku sporo. Platforma Obywatelska wprowadza nowy styl uprawiania polityki łącząc skuteczność i poparcie społeczne z unikaniem radykalizmu i uważnym przyglądaniem się sondażom. W ten sposób bierze wszystko wygrywając wybory prezydenckie i samorządowe. Prawo i Sprawiedliwość nie potrafi wydobyć się z żałobnej atmosfery i ostatecznie stacza się na pozycje silnej ale pozbawionej szans na rządzenie opozycji. Janusz Palikot ucieka z Platformy, która okazuje się dla jego happenerskiego stylu zbyt duszna i konserwatywna. Kluzik-Rostkowska i Poncyliusz uciekają z PiS, które okazuje się dla nich zbyt radykalne i wodzowskie. Polska cudem lub przezornością ministra finansów unika globalnego kryzysu. Złoty się umacnia, podobnie frank szwajcarski (pozdrawiam spłacających kredyty), euro i dolar pikują (pozdrawiam przedsiębiorców).

A co w Białymstoku? Miasto się zmienia na  lepsze, co widzą i doceniają mieszkańcy. Choć frekwencja w wyborach samorządowych była raczej marna, to dokonany wybór -jednomyślny. Coraz więcej jest w mieście tych “z ambicjami” niż “tradycyjnych”, co widać i w galeriach (niestety tylko tych handlowych) i na ulicach. Coraz lepiej ubrani, w coraz lepszych autach, coraz częściej na obiadach poza domem. Cóż z tego, że ‘swetr’ w kratę leży na koszuli w paski, włączający się do ruchu rzadko bywa wpuszczany, a spożywanie obiadu samym widelcem nie należy do rzadkości. Na te zmiany potrzeba jeszcze dziesięcioleci i nawet prezydent Truskolaski nam tego nie zmieni.   

Doskonale mijający rok i to, czego oczekiwać w przyszłości, podsumowuje naczelny Wprost Tomasz Lis. “Koniec historii? A skąd! Jazda! Zapinajmy pasy!” Tym bardziej, że skorych do prognoz, przepowiedni i spekulacji jest wielu. Najdalej chyba idzie Daily Telegraph, ostudzając nadzieję tych, którzy sądzą, że prawdopodobny koniec świata rozwiąże ich problemy. Prawdopodobieństwo inwazji kosmitów, uderzenia w Ziemię dziesiątej, nieznanej dotąd planety naszego Układu Słonecznego lub katastrofy słonecznej angielscy dziennikarze oceniają na najwyżej 3%. Dużo bardziej prawdopodobne jest unicestwienie życia na Ziemi przez światową wojnę atomową (15%), masowy atak terrorystyczny (20%), wyczerpanie zasobów ropy naftowej (40%) lub katastrofę ekologiczną (70%). Nie wiem, na czym brytyjscy dziennikarze opierają tak dokładne wyliczenia, ale jedno jest pewne: jeśli koniec świata nastąpi, to prędzej będzie to nasza zasługa, niż kosmitów lub asteroidów. Jest taki satyryczny rysunek statku kosmicznego przelatującego obok naszej stacji benzynowej, gdzie na słupie wywieszono ceny benzyny (w Polsce już przekraczające magiczną granicę 5 złotych). Ze statku wychodzi dymek: “No sign of intelligent life”….

Tutaj z “dobrym proroctwem” przychodzi krakowski filozof Jan Hartman, kończąc swój – mam nadzieję – proroczy felieton w Przekroju słowami: “Rok 2011 – rok zadowolenia i dumy narodowej bez mitomanii, kompleksów i ksenofobii. Pierwszy rok dorosłości nowej, liberalnej Polski: jeszcze protekcjonalne uśmiechy, ale już i męskie rozmowy. Fajnie być Polakiem”.

Piękne są te słowa Hartmana. Podpisuję się pod nimi rękami i nogami. Są jednak rzeczy ważniejsze niż ceny ropy, kryzys, katastrofa smoleńska. Są nawet rzeczy ważniejsze niż Polska (tym narażę się pewnie 4% obywateli skłonnych przedkładać w sondażach Polskę ponad wszystko). To, co najważniejsze, trudno dostrzec w telewizji i internecie. Nie przeczytasz też o tym w prasie. To, co najważniejsze, widać z perspektywy małej wsi gdzieś na południowych krańcach województwa. Myśli się o tych rzeczach siedząc w drewnianym domu, z plecami przyklejonymi do rozgrzanego, kaflowego pieca, obserwując, jak mróz w koalicji z wiatrem rysują na szybie fantazyjne wzory. Wtedy podsumowania i prognozy przestają mieć znaczenie. Liczy się kolejny dzień, z jego praktyczną dosłownością: czy będzie chleb na śniadanie, czy też trzeba będzie po niego pojechać; czy w sieni jest drewno na opał i czy mięso się już uwędziło. I czy najbliżsi dobrze się czują, czy im niczego nie brak. I że to nie Polska, ale Babcia jest najważniejsza.

O mężczyźnie, który zawsze podróżuje pociągiem

W tych trudnych dla polskiego kolejnictwa czasach, w potoku gorzkich, nierzadko żółtych słów pod adresem spółek świadczących nam te usługi trzeba oddać kolei jako takiej, kolei jako najgłębiej zakorzenionemu w europejskiej spuściźnie sposobowi przemieszczania się z punktu A do punktu B, należny jej honor i szacunek.

Spoglądam teraz przez okno i co widzę? Brnące w śniegu na horyzoncie tiry, a  na przyblokowym parkingu dramatyczne próby odkopania się z zasp wyjeżdżających i równie dramatyczne próby zaparkowania przyjeżdżających.

Nie wiem, czy wiedzą Państwo, z czego wynika opryskliwość kolejowego personelu w kasach i podczas sprawdzania biletów. To nie tylko spuścizna PRL. David Ost w książce “Klęska Solidarności” przypomina, że kolejarze uważali się przed wojną za funkcjonariuszy państwowych, gdyż ponowne złączenie rozbitych zaborami części polskiej państwowości odbywało się przede wszystkim poprzez rekonstrukcję sieci kolejowych. Sprawa kolei była sprawą priorytetową dla polskiej państwowości. Dlatego znieważenie konduktora było tym samym, co znieważenie policjanta.

Kolei więc to sprawa poważna, to fundament europejskiej cywilizacji. Tam, gdzie dociera kolej, tam docierały też książki, inwestycje, szeroko rozumiana kultura.

Ale kolej to również pewna niepowtarzalna estetyka, sposób przeżywania podróży, przekraczania granic. Pani Agnieszka Romaszewska z Telewizji BielSat podzieliła się niedawno na Facebooku doskonałym cytatem z Józefa Mackiewicza, najbardziej niedocenionego polskiego pisarza. Proszę się wsłuchać w to słownictwo, w tę dramaturgię, w ten niepowtarzalny klimat podróżowania pociągiem sto lat temu.

“W piątek 6 marca 1903 roku, po trasie kolejowej Petersburg – Ługa – Psków – Dźwińsk Wilno biegł ekspres zwany “Nord” gdyż w odróżnieniu od Sud -Expressu, który dalej przez Białystok – Warszawę – granice austriacką, przez Wiedeń – Mediolan – Genuę, utrzymywał bezpośrednie połączenie Petersburg – Riwiera francuska, “Nord Express” skręcał w Landwarowie pod Wilnem na Kowno , granicę pruska w Wierzbołowi i stąd przez Berlin podążął do Paryża. Biegł on z szybkością dużą, która na odcinkach prostych dochodziła do 80 km na godzinę. Tak że w zimowe miesiące (gdy spora ilość bogatych i uprzywilejowanych ludzi zwykła wyjeżdżać dla wydania peniędzy za granicą) lokomotywa na trasie Petersburg -Wilno wpadał na stacje niby oszronione widmo. Zaś wagony, koła, osie, okna, wszystko buchające para i mrozem jednocześnie, zalepione stwardniałym śniegiem świadczyło o walce toczonej pomiędzy ciepłem wewnętrznym a zimnem zewnętrznym…”

Lubię podróżować pociągiem mimo śpóźnień, niedogrzanych przedziałów i brudnych toalet. Są to koszty, które wynagradza wiele korzyści. Po pierwsze romantyzm polskich dworców kolejowych. Każdy jest inny i w każdym jest coś godnego uwagi. Pamiętam doskonale, jak dzisiaj, któryś poranek na dworcu w Kutnie, gdzie “jest tak brudno i szaro, że pękają oczy”, gdzie było dokładnie tak, jak to opisywał Kazik, a Polska objawiła się w swoich najczystszym surogacie. Jest fascynujący, dwudziestoczterogodzinny mikroświat Dworca Centralnego w Warszawie, który żyje własnym życiem, ma własnych bohaterów i własne opowieści i narracje. Jest Dworzec Wschodni, który rzeczywiście wieje betonowym, sowieckim wschodem. Jest dworzec w Grodnie, gdzie w hali głównej wisi największy żyrandol, jaki widziałem w życiu. Jest piękny, błękitno-złoty, ultraczysty dworzec we Lwowie. Na peronie trzecim dworca we Wrocławiu myślę zwykle o tragicznej pogoni za uciekającym pociągiem Zbigniewa Cybulskiego, a na dworcu w Białymstoku o tym, że dzięki poprowadzeniu przez to miasto sto pięćdziesiąt lat temu kolei z Warszawy  do Petersburga wyrosło ono na duży ośrodek przemysłowy.

W pociągu nikt Cię nie przeszukuje ani nie prześwietla. Swój bagaż masz przez cały czas pod ręką. Jeśli przedział jest pusty, możesz się nawet położyć. A w nowym Warsie karmią sto razy lepiej niż w samolotach. W pociągu podróżujesz od ścisłego centrum do ścisłego centrum. Dobry pociąg jest sto razy lepszy od samolotu.

Moje marzenie o szybkiej kolei z Białegostoku do Warszawy, która kursowałaby co godzinę w ciągu dnia i co dwie w nocy i przemierzałaby ten odcinek w ciągu godziny są o wiele bardziej realne od wciskanym nam od lat przez polityków farmazonach o cywilizacyjnej szansie, jaką dałoby nam lotnisko (no i opera, bo co to za lotnisko bez opery).

Wsiąść w pociąg, po drodze przeczytać gazetę i napić się kawy. Popatrzeć na rozlewiska Narwi i piękny Bug za Małkinią. W stolicy zrobić to, co porządny człowiek z prowincji może zrobić w stolicy: muzeum, teatr, ewentualnie zakupy. A jeśli warszawskie teatry i muzea albo butiki z odzieżą są niesatysfakcjonujące, zatkać nos przed dymem i smrodem tego miasta, i polecieć do muzeum w Paryżu czy sklepu w Mediolanie. I wrócić do Białegostoku przed północą.

Dla dumnego prowincjusza, takiego jak ja, kolej jest rozwiązaniem najlepszym z możliwych. Jest zdrowym kompromisem między samochodem, który dla Polaków jest wyrazem statusu społecznego, zastąpieniem bryczki, przed którą wszyscy we wsi muszą ustępować, a samolotem – w większości przypadków nieekonomicznym, długotrwałym i niewygodnym sposobem przemieszczania się.