Odra skuta

  • Bilet normalny do Opola, klasa druga, pięćdziesiąt sześć zło. Za darmo umarło. Siedem długich godzin w pociągu „Jaćwing” relacji Suwałki-Wrocław umilało przekraczanie skutych lodem rzek. Bugu i Wisły już kompletnie nie widać, a ślady na lodzie wskazują, że albo lód jest już naprawdę gruby albo rozsądek ludzi bardzo cienki. Między Warszawą a Koluszkami obserwuję wojnę kibolskich grafitii. Z każdym kilometrem częstotliwość widzewów rośnie. Cewukaesy ustępują. W Lipcach Rejmonotowskich miga za oblodzoną szybą ulica Boryny.
  • W Opolu jestem w związku z projektem OPSI i mówię dwa razy o kompetencjach cyfrowych mieszkańców Mazowsza. Po pierwszym spotkaniu widzę, jak wiele dzieli ludzi w różnych regionach kraju. Choć mniej się tutaj na wszystko narzeka, to dystans i konwencja są znacznie bardziej widoczne. Są też rzeczy niezmienne, pewnie pod każdą szerokością geograficzną – wieczne tak, jak wieczna jest władza. W im większym stopniu jesteś rolą społeczną, stanowiskiem, nazwiskiem, funkcją, w tym większym stopniu tym prawom podlegasz. Każda wieś ma swojego sołtysa, a mimo to wszędzie sołtys jest taki sam.
  • W Opolu, pomimo krótkiego pobytu, odkrywam miejsca wyjątkowe. Pierwsze z nich to samoobsługowy bar przy rynku, gdzie jedzenie sprzedaje się jak używaną odzież, na wagę. Sto gram żywności kosztuje 2,55 złotych, niezależnie od tego, czy jest to schabowy, surówka z kapusty, kasza czy barszcz ukraiński. Drugim – „Rybex” – bar rybny przy ulicy Krakowskiej, gdzie z kolei – tak jak w barze mlecznym wszystko jest z mleka – wszystko jest z ryby. Trzecim – antykwariat przy rynku. Mają tam też nowe książki, na których fabryczne ceny są pozalepiane cenami o 20% niższymi, a książki stare kosztują albo 5 albo 12 złotych. Kupuję kilka rzeczy, między innymi pięknie wydany wybór z Broniewskiego z 1972 roku z tym niesamowitym zapachem książek wydawanych w tym okresie.

Jacek Borcuch – Wszystko, co kocham

W polskim kinie trwa moda na Polskę Ludową . Tym razem jednak – choć za oknami mróz jak w „Dniu złym”, a w mediach historie raczej „enenowskie”, jeśli nie „rewersowe” – jeden z najbardziej ponurych okresów powojennej Polski zostało pokazany w formie Bildungsroman. „Wszystko, co kocham” to historia dziejąca się pomiędzy majem 1981 a majem 1982 w Gdańsku. Janek (Mateusz Kościukiewicz) jest wokalistą zespołu punkrockowego o łatwej do rozszyfrowania nazwie „WCK” i razem z kolegami planują wyjazd na festiwal rockowy do Koszalina. Janek ma ojca-wojskowego (Andrzej Chyra), dziewczynę Basię (Olga Frycz), przyjaciela Kazika (Jakub Gierszał) i dużo, naprawdę dużo entuzjazmu. Beztroskie dorastanie, bunty, pierwsze miłości, inicjacje seksualne, rozmowy o życiu i wielkie plany zostają jednak brutalnie zdławione przez stan wojenny. Świat dorosłych, polityka i historia wkraczają brutalnie w słoneczny świat Janka i jego przyjaciół i depczą ich marzenia. Kulminacyjnym momentem filmu jest bal maturalny, na którym oczywiście i nie bez przeszkód, występuje WCK, a Janek i jego koledzy dają prztyczka stanowi wojennemu, światowi dorosłych, polityce i historii na raz.

Jak widać, nic w tym wszystkim odkrywczego. Więcej – wygląda to na wielki banał. Jeśli dodamy do tego bardzo naiwną i „naturszczykową” grę głównych aktorów (Kościukiewicz mówi swoje kwestie niewyraźnie, jakby od niechcenia, a Olga Frycz przez cały film wygląda na zawstydzoną faktem, że w ogóle występuje na planie filmowym), to może to wyglądać na kompletną porażkę. I – dla wielu – ten film jest klapą właśnie z powodu naiwności, idealizowania „świata przedstawionego”, pozbawionej aktorskiego sznytu gry najważniejszych aktorów.

W rzeczywistości jednak pomysł Borcucha został zrealizowany bardzo świadomie i z powodzeniem. We „Wszystko, co kocham” chodzi o wyidealizowanie i spłaszczenie świata, który w powszechnie funkcjonującym mniemaniu i według tzw. prawdy historycznej, był zagmatwany, ponury i trudny. Pokolenie, którego reprezentantem jest Borcuch, chce oglądać świat swojego dzieciństwa i młodości tak, jak je zapamiętało. Za dziesięć lat będzie się kręcić filmy idealizujące przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, gotów się jestem o to założyć.

Szkoda, że głównym bohaterem nie jest w tym filmie muzyka, czego bardzo oczekiwałem. Sceny prób i koncertów WCK są jednymi z najlepszych w filmie (poza bębniarzem, wszyscy aktorzy grający muzyków, specjalnie nauczyli się grać na instrumentach, a do nagrań użyto sprzętu sprzed trzydziestu lat). Warto też podkreślić, że – wbrew wielu opiniom – film nie jest zupełnie oderwany od realiów politycznych i ich złożoności. We „Wszystko, co kocham”, dramat polskich żołnierzy, zmuszonych do patrolowania ulic i egzekwowania postanowień stanu wojennego został przedstawiony bardzo uczciwie (tragiczna postać ojca Janka granego przez Chyrę, żołnierze – rówieśnicy bohaterów filmu).

Bezpośrednio po seansie byłem wkurzony na reżysera za to, że wygładził i uładnił rzeczywistość początku lat osiemdziesiątych w Polsce. Bohaterowie wydawali mi się tak naiwni i bezwarunkowo optymistyczni, że aż głupi. Myliłem się w swojej ocenie i teraz uważam, że jest to bardzo prawdziwy i szczery obraz. Pewnie dlatego, że żyjemy dzisiaj w świecie bardziej user-friendly, a pomimo to nie potrafimy się cieszyć ani morzem, ani majem, ani muzyką, ani oranżadą.

James Cameron – Avatar

James Cameron, twórca „Titanica” (jeśli ktoś nie pamięta – obrazu, w którym rozmach budżetowy szedł w parze z ogromem kiczu), powraca w jeszcze wyższej formie. Na nowy film wydał jeszcze więcej i udało mu się coś, w co niewielu wierzyło – nowy film jest jeszcze bardziej kiczowaty i efekciarski niż poprzedni. Niemożliwe? Za jedyne 30 złotych dostaniecie tyle tandenty, ile całe Hollywood nie produkuje przez rok.

Rzecz dzieje się w XXII wieku na planecie Pandora (sic!). Zamieszkuje ją, podejrzanie i oczywiście całkowicie przypadkowo przypominający Indian, lud Na’avi – szlachetny, uduchowiony, żyjący w zgodzie z fauną i florą. Jest on w niesprawiedliwy i okrutny sposób eksterminowany przez ludzi (w tej roli – tu zaskoczenie – żujący gumę Amerykanie z teksańskim akcentem i o tradycyjnych przekonaniach). Ludzie pozyskują na Pandorze minerał, o którym wiemy tylko tyle, że jest warty 20 mln dolarów za kilogram (kolejne sic!). Główny bohater filmu – Jake – bierze udział w programie Avatar – użycza swojego umysłu ludzko-zwierzęcej hybrydzie (jego umysł – jej ciało). Odbywa się to w praktyce tak: sparaliżowany Jake leży w specjalnej komorze, a niebieski, dwiupółmetrowy humanoid patrzy i czuje jako Jake, ciałem jednak Jakiem nie będąc. Humanoid ów przypomina rdzennych mieszkańców Pandory, ponieważ misją Jake’a jest wniknięcie w społeczność Na’avich. Bohater kontynuuje tradycje Suworowa czy Kuklińskiego. Świat Na’avich, którego miał zadanie nienawidzić, stopniowo go oczarowywuje, aż w końcu Jake przechodzi na stronę wroga, by w ostatecznej rozgrywce stanąć na czele czegoś w rodzaju powstania przeciw ludziom.

Jak widać, fabuła filmu jest przewidywalna i nudna jak flaki z olejem. Jedyną nowością, jaką dostrzegłem w filmie jest przedstawienie naukowców inaczej, niż w stereotypowej roli bezdusznych, pozbawionych sumienia i oderwanych od rzeczywistości sztywniaków. W filmie Camerona pełnią oni rolę pozytywną, co było jedynym zaskoczeniem, jakiego doznałem podczas seansu.

Również tak zwane drugie dno, o którym niektórzy z natchnieniem mówią i piszą, jest oczywiste i płytkie jak dno Balatonu. Film ten ma być zbiorowym rachunkiem sumienia Amerykanów za występki, jakich dopuszczali się wobec Indian lub też dopuszczają się wobec narodów, które okupowali lub okupują. Ta zbiorowa psychoanaliza odbywa się na wyjątkowo wygodnej kozetce, ale lekarz nie ma pacjentowi – poza komfortem – nic do zaoferowania.

Rozumiem zachwyty nad tym filmem – jest pięknie zrobiony. Jednak pod trójwymiarowym szaleństwem, pomieszaniem grafiki komputerowej z pracą żywych aktorów, wartką akcją i pięknie pokazaną planetą Pandora nie kryje się nic godnego uwagi.

O korzyściach z komunikacji publicznej

Bardzo sobie cenię tę świadomą rezygnację z poruszania się samochodem, na jaką się zdecydowałem w tej śnieżnej zimy. Pomijając szereg niedogodności, takich jak niegrzeczni kierowcy i opryskliwe kasjerki na dworcach, nieumyci współpasażerowie, dzieciaki słuchające hiphopu na „głośnomówiącym”, przepychanie się przy wejściu i wyjściu z pojazdów, zarówno tych miejskich, jak i dalekobieżnych, komunikacja publiczna daje możliwość kontaktu z tym, co socjologowie nazywają „tkanką społeczną”. Nigdy nie sprawdzałem, co to jest ta „tkanka”, ale dla mnie osobiście (i subiektywnie) to przede wszystkim język ulicy, przemiany w kulturze ubioru a także kontakt z grupami społecznymi, które dostrzec zza szyby klimatyzowanego auta jest bardzo trudno.

Trzeba to sobie bowiem jasno powiedzieć: ludzie, z którymi się na co dzień spotykam nie wstają z łóżka wcześniej niż o dziesiątej, a praca na nocną zmianę to dla nich kosmos, co nie przeszkadza wielu z nich ze swadą bronić interesów klasy pracującej. Nie ukrywam, że dla mnie ten świat to kompletna egzotyka.

Cieszę się, że mogę jej doświadczyć od czasu do czasu. Na przykład ostatnio, przedostatniego dnia 2009 roku, kiedy pojechałem rannym PKS-em do Lipska. Po raz trzeci mogłem uczestniczyć w Akademii Rozwoju Regionalnego w Ośrodku Rehabilitacyjno-Szkoleniowym im. Ojca Pio w Kuriance. Ośrodkiem opiekuje się Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych i Gospodarczych im. Zygmunta Augusta w Augustowie. Pisałem o nich już jakiś czas temu na Salonie24. Teraz dodam tylko, że z radością obserwuję, jak dawna szkoła w Kuriance przekształca się w Uniwersytet Ludowy z prawdziwego zdarzenia. Gdzieś na koniec świata przyjeżdżają ludzie z Krakowa czy Warszawy i opowiadają mieszkańcom tej małej wioski różne mądre rzeczy. Budynek się rozwija, są plany zbudowania tu domu spotkań, karczmy, ośrodka rehabilitacyjnego. W samym Stowarzyszeniu działa przedsiębiorstwo społeczne Galeria Smaku, które zatrudnia osoby niepełnosprawne i zajmuje się przygotowywaniem żywności. Ciekawe, że trochę na południe, w Teremiskach,  też działa uniwersytet ludowy. Co prawda na nieco innych zasadach i o kompletnie innym backgroundzie ideologicznym (tu ojciec Pio, tam – Wolny Tybet), ale obie „firmy” robią bardzo podobne, szczytne i szczere rzeczy. Ludzie, którzy rozmawiając o polityce, religii, lustracji, kościele pewnie by się pokłócili, spotkają się – robiąc podobne rzeczy. To, co łączy Kasię i Pawła Winiarskich z panami Anuszkiewiczem i Stachurskim, to jakaś godna pozazdroszczenia naturalność w tym, co robią. Ja bym się pewnie piętnaście razy zastanowił, a im to – mam wrażenie – przychodzi bezwiednie.

Dodatkowe korzyści z wyjazdu do Kurianki to – i tu powrót do wątku, od którego rozpocząłem – podróż tym PKS-em z ludźmi spieszącymi do pracy na siódmą, dojeżdżającymi codziennie z takiej Dąbrowy Białostockiej do Sokółki tymi niedogrzanymi autobusami, w których siedzenia pachną potem lata 1973 roku, a ze szpar w oknach wieje śnieg.

Potem jeszcze świetny, godzinny spacer zawianą śniegiem drogą z Lipska do Kurianki w takiej pięknej, polskiej, otwartej przestrzeni. No i zupełnie niepowtarzalna półgodzinna przesiadka w Dąbrowie Białostockiej, która przez te pół godziny była jak miasteczka z zapomnianych filmów Piwowarskiego. Zaraz obok dworca jest buda z hot-dogami. Dzieciaki, które spacerują po mieście, bo nie mają nic innego do roboty, przychodzą tu się ogrzać i przy okazji zjeść tego hot-doga. W sklepach spożywczych, których w takiej Dąbrowie jest jeden na drugim, i tak sprzedawczynie znają z imienia te wszystkie dzieciaki. One wpadają tam od czasu do czasu, aby kupić prażone pestki słonecznikowe, a potem chuchając w ręce, chodzą wzdłuż tego rynku, z kąta w kąt.

O 17.35 odjeżdża ostatni autobus do Białegostoku, a o 18.00 zamykają budę z hot-dogami.