Rośliny są ciekawsze od ludzi

DSC09002.jpg

Rośliny są o wiele ciekawsze od zwierząt, tym bardziej od ludzi. Niewdzięczny kot mi uciekł, o większości kobiet mam zdanie nie nadające się do podawania dalej, dlatego postanowiłem ostatnio zainteresować się roślinami. Czytam, obserwuję, uprawiam.

Na przykład zimą wziąłem od mamy z parapetu uschnięty krzewik chili. Powyjmowałem z niego ziarenka (około 200 sztuk), a uschnięte skórki zmieliłem w młynku do kawy. Wyszedł proszek piekielnie nabuzowany kapsaicyną, który teraz sobie dodaję do zupy albo mięsa, gdy potrzebuję jakiegoś samosponiewierania. A ziarenka kilka tygodni temu poukładałem na wilgotną ligninę i pod kaloryfer. Po tygodniu korzonki zaczęły się wczepiać w ligninę, a u góry zaczęły pojawiać się pierwsze liścienie. Wtedy powkładałem je po 3-4 do kubeczków napełnionych ziemią i zrobiłem takie mini-szklarnie z folii kuchennej. Niektóre pousychały, ale wczoraj te najsilniejsze i najładniej ukształtowane – te z kilkoma listkami – poprzedkładałem już do oddzielnych kubeczków.

Do pięćdziesięciu oddzielnych kubeczków. I rosną. Według planu, jeśli wszystko pójdzie dobrze, po jeszcze jednym przesadzeniu za kilka tygodni, w sierpniu-wrześniu będę miał w domu około pięćdziesiąt drzewek chili, z kilkudziesięcioma papryczkami na każdym. Codziennie rano zraszam je wodą i w napięciem patrzę, jak rosną. Tym, które są słabe, pomagam wrócić do pionu. Te które nie dały rady, eliminuję, by nie zabierały światła innym.

Na listkach niektórych z nich uczepione są jeszcze te ziarenka, z których powstały. To fascynujące patrzeć, obserwować, opiekować się, próbować zrozumieć, ale jeśli większość przetrwa i da owoce, to będę miał problem.

DSC09000.jpg

Bo nie wiem, co ja kurwa zrobię z pięćdziesięcioma krzakami chili w moim dwupokojowym mieszkaniu. Będę je podlewał, pielęgnował, robił im fotografie, przechwalał się ogrodem botanicznym w domu, a potem, jesienią, będą powoli usychały, aż w końcu umrą a ja zostanę, lekko licząc z dziesięcioma tysiącami ziarenek i kilogramem tak ostrego proszku, że nikt poza mną nie będzie chciał nawet na niego spojrzeć. Miłość do roślin kończy się równie tragicznie, jak miłość do rzeczy, jak miłość do zwierząt, jak miłość do ludzi.

Reklamy

Prawdziwa ojczyzna

SONY DSC

To wszystko, co dla mnie najważniejsze, z każdym dniem rozjeżdża się na dwie strony.

To „wszystko” to moja ojczyzna.

Moja ojczyzna jest dla mnie wszystkim.

Nie jest moją ojczyzną państwo polskie, ani żadne inne. Żadnego państwa nigdy nie uznawałem za cokolwiek więcej niż niezależny od mojej woli aparat zapewniania mi różnych rzeczy, z których większość jest mi całkowicie niepotrzebna, aparat zakazujący mi różnych rzeczy, których sam bym sobie zakazał, gdybym uważał, że są dla mnie niepotrzebne.

Nie jest moją ojczyzną ten naród. Coraz bardziej wulgarny, skłócony, egoistyczny i nieskłonny do współpracy. Naród składający się z coraz większej liczby zapatrzonych w siebie cwaniaków, milionów znawców prawa, ekonomii i psychologii. Naród tłamszony całe wieki przez silniejszych, któremu wydaje się, że jest narodem wyjątkowym. Naród, który klęski obraca w zwycięstwa, bo zwycięstw nie osiągnął wiele. Nie jest moją ojczyzną naród złożony z dwóch plemion, dla których zwycięstwem nie jest porozumienie, ale zajebanie wroga i wrzucenie jego szczątków do rzeki.

Dzięki moim rodzicom, lekturom i mądrym nauczycielom zawsze byłem przekonany, że warto być przyzwoitym. Że warto pomagać ludziom w potrzebie, służyć życzliwością i wsparciem każdemu, kto tego oczekuje. Że taka zwyczajna przyzwoitość, szczerość i prawdomówność są jedynymi rozsądnymi rozwiązaniami w sytuacji wyboru.

Przez cały czas tak uważam.

Dlatego moja ojczyzna to nie jest Polska i to nie są Polacy.

Moją ojczyzną jest mój syn. Jestem pozbawiony możliwości towarzyszenia mu w jego codzienności, mimo usilnych starań. Zdobywam jednak z sukcesami kolejne przyczółki w walce o kilka bardzo konkretnych spraw, które na pewno wspólnie załatwimy.

Chcę poznać go w końcu z jego rodziną. Z jego prababcią, babcią, ciocią i siostrą cioteczną. Chcę pokazać mu swoje życie – miejsce, gdzie mieszkam i pracuję, miejsca, gdzie się wychowałem i gdzie się kształtowałem. Chcę pójść z nim na półgodzinny spacer i normalnie z nim porozmawiać. Chcę z nim spędzić normalny dzień, taki jak ojciec i syn powinni spędzać zawsze wtedy, gdy obaj mają na to ochotę.

Chcę go nauczyć, że warto posiadać własne zdanie i się go nie wstydzić. Że czasami warto popełniać błędy, aby potem wyciągać z nich wnioski. Że miarą sukcesu nie jest poklask tłumu i miliony monet na koncie, ale poczucie, że działa się w zgodzie z sobą i bez konfliktu ze swoimi bliskimi.

Moja wymarzona ojczyzna?

Powiem, że jestem w ojczyźnie, kiedy spotkam się z moim dorosłym synem, który będzie pewnym siebie, mądrym i poukładanym człowiekiem, kochającym całą swoją rodzinę i kochanym przez całą swoją rodzinę. Który przez całe swoje dzieciństwo i dojrzewanie będzie miał możliwość czerpania z miłości i doświadczenia wszystkich swoich bliskich. Który zamiast kłamstwa będzie cenił prawdę, a cwaniakom, oszustom i manipulatorom będzie potrafił skutecznie stawić czoła. Czy to nadstawiając drugi policzek, czy też wymierzając sążnistego prawego sierpowego w lewy podbródek.

Moja babcia ma dziewięćdziesiąt lat i dwa marzenia. Odwiedzić Ostrą Bramę w Wilnie i zobaczyć w końcu swojego prawnuka. Jedną z tych spraw na pewno załatwię w najbliższym tygodniu (nie mówcie jej o tym, to ma być niespodzianka!).

Pochwała pigułek

Zaprawdę, powiadam wam, żyjemy w pięknych czasach. Lekarze bezinteresownie wypisują ludziom recepty na narkotyki. Mówisz i masz. Pesel, adres zamieszkania i biegniesz do apteki. Pigułki każdego rodzaju, neuroleptyki, opioidy, enylopiperydyny, benzodiazepiny. Na sen imidazopirydyny, kwetiapina, jednak najlepsza dla bezsennych dusz znużonych halucynogennymi krótkotrwałymi tripami, tym, którym zależy na spokojnym, głębokim śnie, jest promazyna – euroleptyczny lek psychotropowy, bliska siostra fenotiazyny.

Strach przed tabletkami jest bezzasadny. Czasy są takie, że to farmaceutyka podąża za coraz bardziej wysublimowanymi potrzebami zmęczonych życiem, znerwicowanych, złych na świat trzydziestoletnich starców. Należy więc korzystać ile wlezie z dobrodziejstw medycyny, chyba że najlepszym lekarstwem na bóle i smutki ma być butelka wódki, ewentualnie mocny sznur powieszony w piwnicy peerelowskiego bloku.

Wybierzmy więc życie, wybierzmy więc pigułki. Rano jedna na depresję, jedna na lęki, wieczorem jedna na sen. Ta drobna inwestycja zwróci się kolejnymi trzydziestoma latami w umiarkowanym smutki i melancholii, które przecież są w sumie najbardziej twórczymi nastrojami, jakie może sobie wymarzyć każdy artysta.

Spacer po linie

Jak całe twoje dziesięciolecie i nastolatkie życie opiera się na bezkontrolowanym locie ćmy do światła, to zarówo ryzyko popażenia, jak i pełnego zjarania się w ogniu czterdziestowatówki powieszonej gdzieś nad biukiem gazet, książek, niedopitych kieliszków z Sofią Charrdonay są ogromne. Tak, jedzie się po bandzie. I czyta, i ogląda, i słucha, tych wszystkich hemingrayowskich bohaterów komtemplujących z naturą, balansujących między pełnym wyborem bolesnych śmierci dostępnych na rynku. Spacer po linie, czy uliczna bójka? Awantura w pochodzie czy dostatecznie mocna lina? Heroina czy dziewczyna?

Wybór jest ogromny. Żyjemy w czasach, gdy lekarze dobrowolnie przepisują nam na receptach z refundacją narkotyki. Oni chyba wiedzaą lepiej, do czego to zmierza. Szybkość świata, jego brak umiaru i niedobór stabilności, jego niekonsekwetne stawianie postualtów moralnych, wysyłanie ludzi z flagami na jakieś zgromadzenia, wigilie i święta, które w pojedynku z rzeczywistością nie wytrzymują nawet pierwszej rundzie. Wszyscy poddaliśmy się rzeczywistości, a życie, ta wstrętna dziwka, kawałek po kawałku obgryza nas z tego, co jeszcze zostało. Z tych kilku ludzi, z którymi da się przebywać, z tych kilku opowiadań Czechowa i Hłaski, paru wierszy, kilku naprawdę dobrych filmów, kilku widoków, kótóre się przeżyło, tych dwóch zapachów, ktore się wąchało. I z tej jednej miłości, którą będzie się miało zawsze.

Pooddawał wszystkie książki o Bogu…

Pooddawał wszystkie swoje książki religijne rudej koleżance, dla której stanowi to wszystko rodzaj drogowskazu. Tischner, Levinas, Halik, Wojtyła, Katechizm Kościoła Katolickiego i kieszonkowe wydanie Biblii w skóropodobnej okładce, które zabierał we wszystkie podróże po Polsce. Gdzieś w środku studiów socjologicznych ateistyczna profesor filozofii podrzuciła mu coś Tischnera, potem Levinasa i przez te dwa, trzy lata, dawał Jezusowi szansę. Chodził do kościoła, słuchał kazań, próbował podchodzić do sprawy z różnych stron, a to mistyka, a to rozum. Na marne.

To już nawet nie jest kwestia wiary, bo uwierzyć można w cokolwiek i w ten sposób skutecznie usprawiedliwiać swoje dobre lub złe zachowania. Nie ma podstaw, aby sądzić, że człowiek ma niematerialną duszę, że istnieje cokolwiek po śmierci, że jest jakaś posiadająca cechy osoby istota, która nas stworzyła i w jakiś sposób wpływa na nasze życie. Owszem, dla wielu osób stanowi to rodzaj uzasadnienia i instrukcji obsługi życia, ale – niestety – jednocześnie często bywa wytrychem i usprawiedliwieniem własnych słabości.

Dlatego podziwiam ludzi, którzy radzą sobie bez wiary w cokolwiek i jednocześnie zachowują twardy kręgosłup moralny. Są dobrzy nie dlatego, że wierzą, że należy być dobrym, ale wiedzą, że trzeba być dobrym. Wiedza przewyższa wiarę. Jesteśmy zwierzętami i prawdziwa siła polega na tym, żeby wiedzieć, że czeka nas jeszcze te 30-40 lat życia, które trzeba spędzić w zgodzie z samym sobą, godnie, dając szczęście tym, których się kocha. Bo potem – na szczęście – nie ma już nic – więc żyj.

Uspokoić się, poukładać, zasnąć

Wieczór w Labalbal w otoczeniu znajomych. To ważne, aby mieć takie miejsce, w którym się czujemy bezpiecznie i przewidywalnie. Wieczór dedykowany pestkom słonecznikowym i ich łuskaniu. Fenomen Wschodu, o czym mówi Doktor na tym wspaniałym filmie. Ważna, integrująca, kompulsywna czynność, jak rozgniatanie tych torebek złożonych z dziesiątek małych pojemników z powietrzem. Cała podłoga obrzucona łupinami po tych pestkach, a my rozmawiamy o grach komputerowych w latach 80-tych, napojach z warzywniaka pakowanych w foliowe torebki, gumach Turbo i plakatach z Sabriną. W ciągu ostatniego półrocza wszystko gwałtownie przyspieszyło: przeprowadzka, rozstanie i spotkanie. Wszystko ważne i mocne na tyle, by rozregulować, rozproszyć, sprawić, że dużo rzeczy zostało zaniedbanych, dużo zawalonych, dużo zwyczajnie spieprzonych. Ale z drugiej strony – to, co bliskie i intymne, to co naprawdę ważne, to, co będzie najważniejsze nawet jak wszystko inne się załamie, jest pielęgnowane i pilnowane z uwagą. Pół roku chodzenia po krawędzi dobiegło końca. Jest spokój i bezpieczeństwo. I wszystko się układa. Tylko jeszcze trzeba to przyjąć do wiadomości i zasnąć ze spokojem. In my baby’s arms najlepiej.

„Moje serce płonie jak ogień, ale moje oczy są chłodne jak prochy zmarłych”

Soyen Shaku był pierwszym mistrzem buddyzmu Zen nauczającym w Stanach Zjednoczonych i stał się wiodącym nauczycielem Zen na Zachodzie. Już w 1893 roku nauczał o powstrzymywaniu się od przemocy, pacyfizmie i tolerancji religijnej. Prowadził swoje życie w zgodzie z dziesięcioma prostymi zasadami.

1. Po przebudzeniu, opuść zdecydowanie swoje łoże, tak jakbyś wyrzucał bezużyteczną parę butów.

2. Rankiem, przed założeniem ubrań, zapal kadzidło i medytuj

3. Posiłki spożywaj w regularnych odstępach i tylko do momentu, aż zaspokoisz głód

4. Udawaj się na odpoczynek o regularnych porach

5. Przyjmuj gości tak, jakbyś przebywał sam. Bądź sam tak, jakbyś przyjmował gości.

6. Uważaj na to, co mówisz. Mówi tylko to, co chcesz powiedzieć.

7. Nie odmawiaj sobie okazji, jednakże zawsze pomyśl dwa razy.

8. Nie żałuj przeszłości, zamiast tego patrz w przyszłość.

9. Miej niezłomne serce wojownika i miłujące serce dziecka

10. Kiedy udajesz się na odpoczynek rób to tak, jakby to była twoja ostatnia noc.