Codziennik trzydziesty trzeci – liścienie

SONY DSC

Ponad dwa lata temu, we wrześniu, pojechaliśmy z mamą na Święto Ogórka do Kruszewa nad Narwią. Tego dnia miałem się spotkać z Synem, więc kupiłem dla niego kilka tych słynnych ogórków kiszonych stamtąd. Wtedy uwielbiał wszystko, co kwaśne, więc zajadał je z rozkoszą, aż sok ściekał Mu po brodzie. Patrzył przy tym z zadowoleniem raz to na mnie, raz na pozostałych uczestników spotkania, jakby chciał się pochwalić, że ojciec przyniósł mu coś smacznego. Z tamtej strony były tylko skwaśniałe miny polskich Grażyn, które zjadły za dużo ogórków kiszonych, choć tych, które przywiozłem dla Małego, palcem nie ruszyły. Niektórzy mają to skwaszenie i brak entuzjazmu dla entuzjazmu innych wdrukowane gdzieś głęboko i czasami mam wrażenie, że całe ciała i umysły tych ludzi są skwaszone przez całe ich życia.

Dzisiaj wspominam to jedno z wielu podobnych zdarzeń jako zarazem śmieszne i jednocześnie niezmiernie smutne. Staram się zapamiętać tylko to dobre, ale nie jest to łatwe.

Pamiętam, że moja mama przywiozła z tamtego wyjazdu do Kruszewa małą papryczkę chilli w doniczce. Kilkunastocentymetrowej wysokości krzaczek obsypany małymi owocami. Dotrwał do świąt Bożego Narodzenia i umarł śmiercią naturalną. Zebrałem z pomarszczonych i wyschniętych papryczek nasionka, przechowałem przez zimę i wiosną wyhodowałem kilkanaście podobnych krzaczków, które porozdawałem rodzinie i znajomym. Mama urządziła sobie z nich na parapecie paprykowy gaj.

Teraz rozmnażam kolejną generację papryk chilli. To już wnuczki tej, którą mama kupiła w Kruszewie. Z nasion pozostawionych na wilgotnej wacie, po pewnym czasie zaczynają rozwijać się cienkie, jasne korzonki, a ku górze idzie łodyżka, z której wychodzą dwa liścienie. To jeszcze nie liście, ale zalążki liści, z których potem urodzi się zielona roślina, na której znienacka pojawią się zielone owoce, powoli, dzień po dniu przechodzące w czerwień.

Wczoraj tłumaczyłem z angielskiego piękny taoistyczny tekst o umieraniu. Nie wierzę w jakiekolwiek życie po śmierci. Wydaje mi się, że taoiści też w to nie wierzą. Wiem, że jedyne, co po mnie pozostanie, to wspomnienia – te złe, te neutralne, i może kilka dobrych. W końcu nie pozostaną nawet one, bo wspomnienia również w końcu umierają i jest tylko kwestią czasu i pamięci, jak długo będą przekazywane kolejnym pokoleniom.  Dlatego nie potrafię mówić i myśleć źle o tych, którzy odeszli. Bo po co?

Nie przywiązuję też wagi do tego, co się stanie z moim ciałem po śmierci, choć to właśnie ono – w przeciwieństwie do wspomnień – będzie trwało tak długo, jak długo będzie trwał Wszechświat. Po śmierci zamieni się stertę pyłu i wodę, która wyparuje, by powrócić na ziemię w formie deszczu. Pył zjedzą zwierzęta i wchłoną rośliny, które również w końcu zamienią się w parującą wodę i składnik odżywczej gleby. 

Z tej gleby i wody powstaną nowe istnienia. Powstanie z nich – kolejnej wiosny w mieszkaniu przy Piłsudskiego – kolejne pokolenie papryczek chilli i te pra-, pra-, pra-, pra- wnuczki krzaczka kupionego w Kruszewie na Święcie Ogórka będą przypominały o entuzjastycznym skwaszeniu przystojnej buzi mojego Syna, kiedy jadł ogórasa od ojca.

Dlatego właśnie – jak mawiają taoiści – to materia jest wieczna, a nie żadne tam wspomnienia.

SONY DSC

Reklamy

Codziennik dwudziesty – letting go

trapped monkey

Słuchałem wczoraj, jak Cory Muscara opowiadał historyjkę o tym, jak mieszkańcy Indii polowali na młode małpy. Myśliwy brał owoc kokosa, rozcinał w pół, opróżniał z zawartości, a do środka wkładał banana. 

Następnie połówki kokosa na powrót spajał, a w jednej z nich robił otwór tak duży, by małpka mogła do niego włożyć luźno łapkę, ale tak mały, by łapka zaciśnięta na bananie nie dała się wyciągnąć z powrotem. Kokos wieszano na drzewie.

Kiedy małpka próbowała wyciągnąć banana z kokosa, mogła go bez problemu złapać w środku, ale nie mogła wyciągnąć ręki wraz z bananem. Wówczas myśliwy bez trudu zbliżał się do małpki i wsadzał ją do klatki.

Małpka trzymająca banana, którego nie mogła wyciągnąć z kokosa, jest gotowa oddać się do niewoli, niż zrezygnować z nagrody, której i tak nie jest w stanie dostać.

Wierzę, że w ten sposób polowano kiedyś na małpy. Wierzę też, że małpy zachowują się w takiej sytuacji w ten sposób. Wierzę w to, bo sam jestem jak ta małpa.

Rezygnacja z myślenia o przeszłości, a przede wszystkim rezygnacja z ciągłych oczekiwań wobec ludzi, którzy wielokrotnie zawiedli, zdradzili, opuścili lub zwyczajnie skrzywdzili, jest trudna. Trudno zapomnieć o przeszłości, o własnych błędach, pomyłkach, ślepych uliczkach po których się chodziło. I nawet nie chodzi o to, by zapominać lub przekreślać przeszłość grubą kreską.

Jestem durniem, który żyje wspomnieniami, ale który nie potrafi powiedzieć sobie „let it go”!

Nie ma chyba dobrego wyrażenia po polsku, które by oddawało sens tego, co kryje się pod „lettin’ go”. Kiedy słucham medytacji Cory Muscary i innych ludzi, pojawia się ono bardzo często. Zwykle wtedy, gdy koncentrując się na własnym ciele, na oddechu, przychodzą różne myśli ze świata. Problemy, plany, obawy, przeczucia, troski. Wtedy trzeba powiedzieć sobie: „to normalne, że te myśli przychodzą, tak działa umysł, zaakceptuj je, niech sobie przychodzą i odchodzą – „just let them come and let them go”.

„Letting go” nie znaczy „odpuścić”, ale bardziej „przepuścić, pozwolić iść swoją drogą”, zgodnie z taoistyczną zasadą wu wei, zasadą  powstrzymywania się przed działaniem i pozwolenia rzeczom iść swoją drogą, jeśli działanie nie jest konieczne. Uświadomienie, że rzeczy, na które nie mam wpływu, mogą wyłącznie spowodować nieporządek w moim umyśle, a nawet doprowadzić do katastrofy.

Jeśli nie mogę wyciągnąć banana z kokosa, nie powinienem dać się złapać myśliwemu.

Jan Krzysztof Kelus śpiewał kiedyś „Na brzegu siedź i czekaj bez kija i bez wiosła, aż trup twojego wroga w dół rzeka będzie niosła”. 

Pozwolenie, aby rzeczy, które mierzą, bolą, nie pozwalają zasnąć i na które nie ma się wpływu, odchodziły z głowy tak łatwo, jak przychodzą, jest pierwszym krokiem do osiągnięcia najważniejszego celu w moim życiu w ramach wieloletniego projektu o kryptonimie MAŁY.

Rośliny są ciekawsze od ludzi

DSC09002.jpg

Rośliny są o wiele ciekawsze od zwierząt, tym bardziej od ludzi. Niewdzięczny kot mi uciekł, o większości kobiet mam zdanie nie nadające się do podawania dalej, dlatego postanowiłem ostatnio zainteresować się roślinami. Czytam, obserwuję, uprawiam.

Na przykład zimą wziąłem od mamy z parapetu uschnięty krzewik chili. Powyjmowałem z niego ziarenka (około 200 sztuk), a uschnięte skórki zmieliłem w młynku do kawy. Wyszedł proszek piekielnie nabuzowany kapsaicyną, który teraz sobie dodaję do zupy albo mięsa, gdy potrzebuję jakiegoś samosponiewierania. A ziarenka kilka tygodni temu poukładałem na wilgotną ligninę i pod kaloryfer. Po tygodniu korzonki zaczęły się wczepiać w ligninę, a u góry zaczęły pojawiać się pierwsze liścienie. Wtedy powkładałem je po 3-4 do kubeczków napełnionych ziemią i zrobiłem takie mini-szklarnie z folii kuchennej. Niektóre pousychały, ale wczoraj te najsilniejsze i najładniej ukształtowane – te z kilkoma listkami – poprzedkładałem już do oddzielnych kubeczków.

Do pięćdziesięciu oddzielnych kubeczków. I rosną. Według planu, jeśli wszystko pójdzie dobrze, po jeszcze jednym przesadzeniu za kilka tygodni, w sierpniu-wrześniu będę miał w domu około pięćdziesiąt drzewek chili, z kilkudziesięcioma papryczkami na każdym. Codziennie rano zraszam je wodą i w napięciem patrzę, jak rosną. Tym, które są słabe, pomagam wrócić do pionu. Te które nie dały rady, eliminuję, by nie zabierały światła innym.

Na listkach niektórych z nich uczepione są jeszcze te ziarenka, z których powstały. To fascynujące patrzeć, obserwować, opiekować się, próbować zrozumieć, ale jeśli większość przetrwa i da owoce, to będę miał problem.

DSC09000.jpg

Bo nie wiem, co ja kurwa zrobię z pięćdziesięcioma krzakami chili w moim dwupokojowym mieszkaniu. Będę je podlewał, pielęgnował, robił im fotografie, przechwalał się ogrodem botanicznym w domu, a potem, jesienią, będą powoli usychały, aż w końcu umrą a ja zostanę, lekko licząc z dziesięcioma tysiącami ziarenek i kilogramem tak ostrego proszku, że nikt poza mną nie będzie chciał nawet na niego spojrzeć. Miłość do roślin kończy się równie tragicznie, jak miłość do rzeczy, jak miłość do zwierząt, jak miłość do ludzi.

Prawdziwa ojczyzna

SONY DSC

To wszystko, co dla mnie najważniejsze, z każdym dniem rozjeżdża się na dwie strony.

To „wszystko” to moja ojczyzna.

Moja ojczyzna jest dla mnie wszystkim.

Nie jest moją ojczyzną państwo polskie, ani żadne inne. Żadnego państwa nigdy nie uznawałem za cokolwiek więcej niż niezależny od mojej woli aparat zapewniania mi różnych rzeczy, z których większość jest mi całkowicie niepotrzebna, aparat zakazujący mi różnych rzeczy, których sam bym sobie zakazał, gdybym uważał, że są dla mnie niepotrzebne.

Nie jest moją ojczyzną ten naród. Coraz bardziej wulgarny, skłócony, egoistyczny i nieskłonny do współpracy. Naród składający się z coraz większej liczby zapatrzonych w siebie cwaniaków, milionów znawców prawa, ekonomii i psychologii. Naród tłamszony całe wieki przez silniejszych, któremu wydaje się, że jest narodem wyjątkowym. Naród, który klęski obraca w zwycięstwa, bo zwycięstw nie osiągnął wiele. Nie jest moją ojczyzną naród złożony z dwóch plemion, dla których zwycięstwem nie jest porozumienie, ale zajebanie wroga i wrzucenie jego szczątków do rzeki.

Dzięki moim rodzicom, lekturom i mądrym nauczycielom zawsze byłem przekonany, że warto być przyzwoitym. Że warto pomagać ludziom w potrzebie, służyć życzliwością i wsparciem każdemu, kto tego oczekuje. Że taka zwyczajna przyzwoitość, szczerość i prawdomówność są jedynymi rozsądnymi rozwiązaniami w sytuacji wyboru.

Przez cały czas tak uważam.

Dlatego moja ojczyzna to nie jest Polska i to nie są Polacy.

Moją ojczyzną jest mój syn. Jestem pozbawiony możliwości towarzyszenia mu w jego codzienności, mimo usilnych starań. Zdobywam jednak z sukcesami kolejne przyczółki w walce o kilka bardzo konkretnych spraw, które na pewno wspólnie załatwimy.

Chcę poznać go w końcu z jego rodziną. Z jego prababcią, babcią, ciocią i siostrą cioteczną. Chcę pokazać mu swoje życie – miejsce, gdzie mieszkam i pracuję, miejsca, gdzie się wychowałem i gdzie się kształtowałem. Chcę pójść z nim na półgodzinny spacer i normalnie z nim porozmawiać. Chcę z nim spędzić normalny dzień, taki jak ojciec i syn powinni spędzać zawsze wtedy, gdy obaj mają na to ochotę.

Chcę go nauczyć, że warto posiadać własne zdanie i się go nie wstydzić. Że czasami warto popełniać błędy, aby potem wyciągać z nich wnioski. Że miarą sukcesu nie jest poklask tłumu i miliony monet na koncie, ale poczucie, że działa się w zgodzie z sobą i bez konfliktu ze swoimi bliskimi.

Moja wymarzona ojczyzna?

Powiem, że jestem w ojczyźnie, kiedy spotkam się z moim dorosłym synem, który będzie pewnym siebie, mądrym i poukładanym człowiekiem, kochającym całą swoją rodzinę i kochanym przez całą swoją rodzinę. Który przez całe swoje dzieciństwo i dojrzewanie będzie miał możliwość czerpania z miłości i doświadczenia wszystkich swoich bliskich. Który zamiast kłamstwa będzie cenił prawdę, a cwaniakom, oszustom i manipulatorom będzie potrafił skutecznie stawić czoła. Czy to nadstawiając drugi policzek, czy też wymierzając sążnistego prawego sierpowego w lewy podbródek.

Moja babcia ma dziewięćdziesiąt lat i dwa marzenia. Odwiedzić Ostrą Bramę w Wilnie i zobaczyć w końcu swojego prawnuka. Jedną z tych spraw na pewno załatwię w najbliższym tygodniu (nie mówcie jej o tym, to ma być niespodzianka!).

Wojciech Staszewski – ojciec.prl

56bb8886032df

Jest to książka o dwóch sprawach i właściwie nie wiadomo, która z nich jest ważniejsza. Pierwsza sprawa to ojcostwo, a druga sprawa to PRL. Staszewski chciał, aby jedna z drugą się zgrabnie połączyła, ale mu to nie wyszło. Nie pomniejsza to wartości tej książeczki, która sama w sobie jest wspaniała.

Czytałem tę powieść chcąc nie chcąc przez pryzmat kompletnie nieudanych “Znaków szczególnych”. To, co zupełnie nie udało się Paulinie Wilk i za co z kompletnie dla mnie niezrozumiałych powodów zebrała górę nagród, Staszewski zrobił w ojcu.prl genialnie. I choć chronologicznie bliżej mi do lat osiemdziesiątych opisywanych przez Wilk, to zdecydowanie bliższe mojej wrażliwości są obrazy dojrzewania starszego ode mnie o dekadę Wojtka Staszewskiego. I to jego opowieść kupuję w całości.

Kupuję też pomysł Staszewskiego, który skonstruował swoją opowieść na krótkich impresjach plączących peerelowską przeszłość z teraźniejszością. Powroty do lat 70. kiedy ojciec bohatera zabierał go na piesze wędrówki górskie przeplatają się z mocnie dosłowną relacją z powolnego umierania tegoż taty.

Trzeba tu docenić konsekwencję w unikaniu nostalgii i cukierkowania PRL-u, które często zdarzają się u piszących powieści o dzieciństwie. Staszewski pisze o nim raczej jako o pasmie zmagań z oporną naturą rzeczywistości tych czasów, ale również jako o nieustannym zmaganiu i walce z tymże ojcem, o nagłej śmierci matki, o gospodarce permanentnego niedoboru.

Dzieciństwo w tej Bildungsroman nie jest, na szczęście, usłane z miękkich poduszek. Nigdzie wcześniej nie spotkałem się z tak autentyczną jak u Staszewskiego relacją z dojrzewania seksualnego i tak wprost opowiedzianej monotematyczności świata nastolatka odkrywającego świat płci przeciwnej. W pewnym wieku naprawdę wszystko się kojarzy z seksem i Staszewski jest jednym z niewielu, którzy mają odwagę to powiedzieć.

Z rzeczy ważnych, o których mówi ta książeczka, najważniejszą jest wnikliwe studium relacji ojciec-syn, którą autor bardzo dobrze zrozumiał i opowiedział, zgrabnie balansując miedzy uniwersalnością a autobiograficznością. Nie jest to opowieść uniwersalna – opisuje sytuację rodziny wyjątkowej. Nie jest to też opowieść całkowicie subiektywna – opisuje problemy, które są chyba powszechne w relacjach ojca z synem.

Sprawy z rodzicami są prawie zawsze skomplikowane i chyba nigdy nie oparte na bezwarunkowej miłości i pełnym oddaniu. Staszewski pisze o tym bez udawania, na przykład wtedy, gdy zdaje relację z pielęgnacji zaszczanego i osranego ojca, w pełnej fazie demencji rzucającego bluzgi na swojego syna. Ale również wtedy, gdy ten ojciec, trzydzieści lat wcześniej, ponad obowiązki ojcowskie wybiera romanse i bujne życie towarzyskie.

Chociaż zawsze czytam reportaże Staszewskiego w Wyborczej i cenię jego działalność popularyzującą jogging, to jest on dla mnie przede wszystkim niedocenionym autorem genialnych piosenek w duchu Dylanowskim, krążących przez cały czas gdzieś po sieci. Pojawiające się w tej twórczości wątki kolejek podmiejskich, celestynek w koszulkach Nirvany i barów piwnych trafiają wprost do mojego serca. Podobnie trafiły doń reminiscencje Staszewskiego z dojrzewania w socrealizmie zgromadzone w tej skromnej, ale pełnych cudownych magdalenek książeczce.

Heinrich Bernd – Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci

wieczne__ycie

Po tej zakupionej w promocji książce spodziewałem się informacji o tym, jak zwierzęta znoszą śmierć w sensie psychologicznym: czy o niej myślą, jak się do niej przygotowują, na czym polega lęk zwierząt przed umieraniem itp. Sama w sobie kwestia ta jest interesująca. Otrzymałem jednak coś znacznie – jak się okazało – ciekawszego. Książka Bernda opowiada o gniciu, rozkładzie, zjadaniu zwłok, czyli o najistotniejszym w świecie przyrody procesie przemiany martwego w żywe.

Kiedy umiera człowiek, wkładamy go albo do drewnianego pudła albo do gorącego pieca. W pierwszym przypadku, odwieczne procesy zachodzące w przyrodzie są po prostu spowolnione. W przypadku kremacji nie tylko wpuszczamy w środowisko masę szkodliwych substancji, ale dodatkowo pozbawiamy przyrodę jej naturalnego budulcja w postaci zwłok, które mogłyby pożywić miliony innych organizmów zwierzęcych i roślinnych.

Kiedy umiera zwierzę, jego zwłoki stają się prawie natychmiast pożywieniem dla wielu organizmów: od mikroskopijnych bakterii, przez owady, grzyby, chrząszcze, szczury, ptaki, po małe i wielkie drapieżniki. Dla wielu z nich – na przykłąd muchówek – truchła zwierzęce są jedynym miejscem, gdzie mogą one składać jaja.

Zainteresowanie Berndta tym tematem pojawiło się wtedy, gdy jego przyjaciel zażyczył sobie “zielonego pogrzebu”, co sprowadza się do pozostawienia zwłok naturze. Nawiasem mówiąc, praktyki takie są zabronione prawem właściwie wszędzie. Od tej pory autor rozpoczął eksperymenty i obserwacje polegające na szczegółowym badaniu procesów zachodzących w rozkładających się ciałach i gości, którzy wizytują martwe organizmy.

Gdyby nie zjadanie zwłok, życie na Ziemi byłoby niemożliwe. Zwierzęta współpracują ze sobą w tym potrzebnym zadaniu, dzielą się pożywieniem, pomagają sobie nawzajem. Tworzy to fascynujący system, który opisuje Bernd, a Michał Szczubiałka pięknie przełożył.

Autora szczególnie interesuje porządek i celowość tego procesu. Od pierwszych minut po śmierci, kiedy ciało jest jeszcze ciepłe do momentu, gdy pozostaje po nim wyczyszczony do bieli szkielet (a to przecież nie koniec), wszystko odbywa się jakby według ustalonego planu. Berndt z upodobaniem zbiera więc z szosy potrącone przez samochody sarny, szopy, jeże i lisy, wykłada je w spokojnym miejscu, które łatwo obserwować, i opisuje spontaniczną realizację tego idealnie zorganizowanego planu.

Ewa Wanat, Andrzej Depko – Chuć, czyli normalne rozmowy o perwersyjnym seksie

Chuć, czyli normalne rozmowy o perwersyjnym seksieRedaktor Ewa Wanat i profesor Andrzej Depko to para, która zrobiła “na odcinku” świadomości seksuanej Polaków więcej, niż wielu Lwów-Starowiczów razem wziętych. Dobrych kilka lat temu przyjaciółka powiedziała, że w Radio TokFM, w środowe wieczory, można posłuchać cudownie ciekawych i zabawnych rozmów o seksie, w czasie których do studia w Warszawie dzwonią Polacy z różnych części Polski, by dzielić się swoimi rozterkami i problemami seksualnymi.

Słuchałem tych audycji z wypiekami na twarzy. Większość problemów, z którymi zgłaszali się słuchacze, była dla mnie co prawda raczej zabawna lub – w najlepszym przypadku – oczywista. Małżeństwo po sześćdziesiątce, które może i chce uprawiać seks, ale obawia się, czy to jest normalne. Szesnastolatka przestraszona, że w trakcie seksu oralnego mogło dojść do zapłodnienia. Chłopiec masturbujący się kilkanaście razy dziennie przed ekranem komputera. Facet w sile wieku, którego podniecają kobiety w ortalionowych płaszczykach. Nauczycielka geografii marząca o seksie z grupą czarnoskórych mężczyzn z Senegalu. Urzędniczka, która marzy, by na nią nakrzyczeć i pociągnąć za włosy. I tak dalej, i tak dalej. Wszystko mieszczące się w granicach wyobrażeń, wiedzy wyniosłej ze szkoły, lektur mniej lub bardziej potajemnych, rozmów z kolegami ze szkoły i wojska, magazynów dla panów i źródeł innych. Czasami śmiesznie, czasami strasznie.

W książce, którą pragnę Państwu polecić, znajdziecie oczywiście te i podobne historie. Jest ona zapisem rozmowy między panią redaktor a panem profesorem o specjalności seksuologia. Rozmowy nawiązującej do tych nocnych audycji, w których oboje – niskimi, aksamitnymi głosami – otwierali kolejne czakry polskich wyparć i zahamowań seksualnych. Bez skrępowania obalali kolejne tabu, być może aż zbyt postępowo, właściwie potępiając tylko te zachowania i potrzeby, które zakazuje polski kodeks karny.

Tematyka oscyluje wokół problemu granic normy i patologii w postawach i zachowaniach seksualnych. Dyskutanci konsekwentnie dowodzą, że granicą normy i patologii jest to, czy określone zachowanie, po pierwsze, nie jest zastępnikiem aktów seksualnych, po drugie zaś, nie czyni krzywdy uczestnikowi bądź uczestnikom takiego zachowania.

Przegląd różnych sposobów, w jaki ludzie robią sobie dobrze, jest z jednej strony podróżą zabawną, kolorową i zajmującą. Podglądanie w kilkudziesięciu wariantach, seks grupowy, seks w sieci, wymiana różnego rodzaju płynów, seks w nietypowych miejscach, setki zabawek, przebieranie, inscenizowanie i tak dalej i tak dalej. Można czytać i przebierać.

Dużo ciekawsze są jednak rozdziały poświęcone problemom, w których sfera seksualności nie jest źródłem szczęścia czy przyjemności, ale prowadzi do różnego rodzaju problemów: karnych, biologicznych czy obyczajowych. Rozmówcy rozprawiają się odważnie z mitem potwora-pedofila, któremu jedyne, co się należy, to stryczek. Oczywiście, osoby takie wymagają izolacji, ale sytuacja, w której się znajdują, jest sytuacją chorobową. Depko przywołuje przykłady osób, które zdają sobie sprawę ze swojego problemu i poszukują pomocy. Rysuje on ów problem w całej swojej złożoności. Ta lektura przydałaby się wielu w naszym kraju.

Podobnym problemem, chyba najbardziej poruszającym emocjonalnie, są historie osób blisko spokrewnionych (najczęściej rodzeństwa), które pozostają ze sobą w bliskim związku miłosnym. Stres spowodowany społecznym tabu wobec związków kazirodczych każe im ukrywać swoje uczucia przed otoczeniem. Według profesora Depko, skłonności takie są całkowicie naturalne, a objęcie ich społecznym zakazem wynika wyłącznie z tego, iż potomstwo zrodzone z takiego związku jest bardziej podatne na choroby genetyczne. Społeczeństwo w wielu pokoleniach broniło się przed tym, zakazując kazirodztwa.

Na koniec autorzy książki podejmują problematykę osób mających problemy z własną tożsamością płciową. Opowiadają o różnych rodzajach tego typu zjawisk, a następnie, z pełną premedytacją, w iście techniczny sposób, profesor Depko, opowiada o przebiegu wieloetapowej operacji zmiany płci.

Książka potrzebna i ważna. Chciałoby się ją czytać w formie zwykłej popularnonaukowej narracji, a nie – łatwiejszej do przeprowadzenia, ale uboższej w fakty – rozmowy. Tych nie zastąpią audycje radiowe Wanat i Depko, których już – niestety – nie mogę nigdzie znaleźć w eterze.