Kuba Wojewódzki „Nieautoryzowana autobiografia”

wojewódzki

Przy całym swoim narcyzmie, pajacowatości i egocentryzmie, Kuba Wojewódzki to jedna z najbardziej inteligentnych i samoświadomych postaci polskiego szołbiznesu. Postać, która z premedytacją, cierpliwością i uporem stworzyła samą siebie, i która, będąc dziennikarzem Kubą Wojewódzkim postanowiła zarabiać pieniądze i tworzyć fejm jako postać „Kuba Wojewódzki”.

Kuba to nie fejk gwiazda typu Sławomira ani nie uzewnętrzniający bebechy swojej prywatności Czesław Śpiewa. Wojewódzki znalazł w tym zdrowy kompromis i o tym jest ta książka. O tym, jak być gwiazdą nie przestając być sobą. Sam napisał w tej książce, że „chce być jednoosobową subkulturą”

Nie rozumiem ludzi, którzy nienawidzą Wojewódzkiego, a przecież w Polsce jest takich ludzi znakomita większość. Cenię w nim wielką erudycję muzyczną, książkową i filmową. To, że swoją pozycję i majątek zbudował bez dawania dupy, z szacunkiem traktując własną osobę. To, że mimo nikczemnej powierzchowności i sędziwego wieku jest w pierwszej dziesiątce najbardziej pożądanych mężczyzn w tym kraju. To, że ma jasno określony, wyrazisty światopogląd, który jest dość odległy od mojego, co nie przeszkadza mi w szacunku, jeśli wyrażany jest on przez Wojewódzkiego w tak odważny i dowcipny sposób. Cenię również dystans do samego siebie – coś, czego w Polsce już się nie spotyka. Cenię w końcu jego bystrość i wybitne poczucie humoru, którego poziom – mam wrażenie – jest celowo przez Kubę zaniżane w jego programach telewizyjnych do poziomu przeciętego polskiego widza.

W swojej autobiografii Wojewódzki jedzie po wszystkich równo, począwszy od swoich dziadków, rodziców i innych członków rodziny, przez współpracowników, byłe partnerki, gwiazdy i gwiazdki polskich scen, na własnej osobie kończąc. Nie jest to na pewno książka przemyślana, wycyzelowana ani dopieszczona. Jest to raczej dość chaotyczny zbiór wspomnień i anegdot z okresu dzieciństwa i dojrzewania, a potem wartkiej kariery. Jest to dość brutalny rejestr kolejnych partnerek seksualnych autora. Jest w tej biografii nieco uciążliwe przywoływanie co chwila wtrętów z wywiadów Wojewódzkiego prowadzonych w jego programie. Jest to lektura czasami dość ciężka z powodu samouwielbienia autora.

Mimo to, czyta się to świetnie, bo Wojewódzki – przy wielu swoich wadach – jest niesamowicie inteligentny, zaskakująco refleksyjny wobec siebie i swojego życia i sypie co drugi akapit nie tylko plotami i złośliwościami, ale często tylko na pozór prostackimi refleksjami, bon-motami i mądrościami życiowymi. 

Jest też u Wojewódzkiego zręczność literacka, o którą wcześniej go nie podejrzewałem. Szczególnie w pierwszej części tej opowieści o życiu, kiedy barwnie opowiada o swoim dzieciństwie i dojrzewaniu. Jak choćby w tym, jednym z moich ulubionych fragmentów o koledze z sąsiedztwa. W każdym zdaniu złośliwy, celny, obrazowy, roastowy żart:

„Był też Wiesio. Chłopiec o twarzy nietypowej, bo oczy miał rozstawione tak daleko, że wyglądało to, jakby się ze sobą pokłóciły. Miał tak nieokreśloną stylistykę twarzy, że gdyby go położyć w oknie życia, to nikt by go stamtąd nie zabrał. Matka Wiesia zawodowo zajmowała się tym, że grała w totka, i zawsze wiedzieliśmy, kiedy trafiała trójkę. Wiesio miał wtedy na twarzy szarość typową dla człowieka śpiącego na klatce schodowej bez pidżamy”.

Mizoginia przelewająca się przez karty tej książki miesza się z uwielbieniem kobiet nie tylko jako obiektów seksualnej męskiej chuci, ale również źródeł inspiracji i chęci walki, wygrywania i zdobywania. Wojewódzki ma rzadką odwagę, by mówić z otwartą przyłbicą, że głównym motywem, dla którego działają mężczyźni i kobiety, jest seks. Mówi otwarcie, że zdobywanie kobiet jest sensem jego życia. To, co jego wrogowie używają jako pretekst do ataku, on używa jako powodu do dumy z własnych osiągnięć.

Cieszę się, że są jeszcze osoby, które potrafią opowiadać o sobie szczerze, złośliwie i z dystansem. Które mogą sobie pozwolić na szczerość w opowiadaniu o innych i dla których nie ma świętości, a we wszystkim można znaleźć powód do śmiechu. Bo, jak powiedział przywoływany w książce Randle Patrick McMurphy, „Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu”.

Reklamy

Codziennik trzydziesty trzeci – liścienie

SONY DSC

Ponad dwa lata temu, we wrześniu, pojechaliśmy z mamą na Święto Ogórka do Kruszewa nad Narwią. Tego dnia miałem się spotkać z Synem, więc kupiłem dla niego kilka tych słynnych ogórków kiszonych stamtąd. Wtedy uwielbiał wszystko, co kwaśne, więc zajadał je z rozkoszą, aż sok ściekał Mu po brodzie. Patrzył przy tym z zadowoleniem raz to na mnie, raz na pozostałych uczestników spotkania, jakby chciał się pochwalić, że ojciec przyniósł mu coś smacznego. Z tamtej strony były tylko skwaśniałe miny polskich Grażyn, które zjadły za dużo ogórków kiszonych, choć tych, które przywiozłem dla Małego, palcem nie ruszyły. Niektórzy mają to skwaszenie i brak entuzjazmu dla entuzjazmu innych wdrukowane gdzieś głęboko i czasami mam wrażenie, że całe ciała i umysły tych ludzi są skwaszone przez całe ich życia.

Dzisiaj wspominam to jedno z wielu podobnych zdarzeń jako zarazem śmieszne i jednocześnie niezmiernie smutne. Staram się zapamiętać tylko to dobre, ale nie jest to łatwe.

Pamiętam, że moja mama przywiozła z tamtego wyjazdu do Kruszewa małą papryczkę chilli w doniczce. Kilkunastocentymetrowej wysokości krzaczek obsypany małymi owocami. Dotrwał do świąt Bożego Narodzenia i umarł śmiercią naturalną. Zebrałem z pomarszczonych i wyschniętych papryczek nasionka, przechowałem przez zimę i wiosną wyhodowałem kilkanaście podobnych krzaczków, które porozdawałem rodzinie i znajomym. Mama urządziła sobie z nich na parapecie paprykowy gaj.

Teraz rozmnażam kolejną generację papryk chilli. To już wnuczki tej, którą mama kupiła w Kruszewie. Z nasion pozostawionych na wilgotnej wacie, po pewnym czasie zaczynają rozwijać się cienkie, jasne korzonki, a ku górze idzie łodyżka, z której wychodzą dwa liścienie. To jeszcze nie liście, ale zalążki liści, z których potem urodzi się zielona roślina, na której znienacka pojawią się zielone owoce, powoli, dzień po dniu przechodzące w czerwień.

Wczoraj tłumaczyłem z angielskiego piękny taoistyczny tekst o umieraniu. Nie wierzę w jakiekolwiek życie po śmierci. Wydaje mi się, że taoiści też w to nie wierzą. Wiem, że jedyne, co po mnie pozostanie, to wspomnienia – te złe, te neutralne, i może kilka dobrych. W końcu nie pozostaną nawet one, bo wspomnienia również w końcu umierają i jest tylko kwestią czasu i pamięci, jak długo będą przekazywane kolejnym pokoleniom.  Dlatego nie potrafię mówić i myśleć źle o tych, którzy odeszli. Bo po co?

Nie przywiązuję też wagi do tego, co się stanie z moim ciałem po śmierci, choć to właśnie ono – w przeciwieństwie do wspomnień – będzie trwało tak długo, jak długo będzie trwał Wszechświat. Po śmierci zamieni się stertę pyłu i wodę, która wyparuje, by powrócić na ziemię w formie deszczu. Pył zjedzą zwierzęta i wchłoną rośliny, które również w końcu zamienią się w parującą wodę i składnik odżywczej gleby. 

Z tej gleby i wody powstaną nowe istnienia. Powstanie z nich – kolejnej wiosny w mieszkaniu przy Piłsudskiego – kolejne pokolenie papryczek chilli i te pra-, pra-, pra-, pra- wnuczki krzaczka kupionego w Kruszewie na Święcie Ogórka będą przypominały o entuzjastycznym skwaszeniu przystojnej buzi mojego Syna, kiedy jadł ogórasa od ojca.

Dlatego właśnie – jak mawiają taoiści – to materia jest wieczna, a nie żadne tam wspomnienia.

SONY DSC

Codziennik dwudziesty – letting go

trapped monkey

Słuchałem wczoraj, jak Cory Muscara opowiadał historyjkę o tym, jak mieszkańcy Indii polowali na młode małpy. Myśliwy brał owoc kokosa, rozcinał w pół, opróżniał z zawartości, a do środka wkładał banana. 

Następnie połówki kokosa na powrót spajał, a w jednej z nich robił otwór tak duży, by małpka mogła do niego włożyć luźno łapkę, ale tak mały, by łapka zaciśnięta na bananie nie dała się wyciągnąć z powrotem. Kokos wieszano na drzewie.

Kiedy małpka próbowała wyciągnąć banana z kokosa, mogła go bez problemu złapać w środku, ale nie mogła wyciągnąć ręki wraz z bananem. Wówczas myśliwy bez trudu zbliżał się do małpki i wsadzał ją do klatki.

Małpka trzymająca banana, którego nie mogła wyciągnąć z kokosa, jest gotowa oddać się do niewoli, niż zrezygnować z nagrody, której i tak nie jest w stanie dostać.

Wierzę, że w ten sposób polowano kiedyś na małpy. Wierzę też, że małpy zachowują się w takiej sytuacji w ten sposób. Wierzę w to, bo sam jestem jak ta małpa.

Rezygnacja z myślenia o przeszłości, a przede wszystkim rezygnacja z ciągłych oczekiwań wobec ludzi, którzy wielokrotnie zawiedli, zdradzili, opuścili lub zwyczajnie skrzywdzili, jest trudna. Trudno zapomnieć o przeszłości, o własnych błędach, pomyłkach, ślepych uliczkach po których się chodziło. I nawet nie chodzi o to, by zapominać lub przekreślać przeszłość grubą kreską.

Jestem durniem, który żyje wspomnieniami, ale który nie potrafi powiedzieć sobie „let it go”!

Nie ma chyba dobrego wyrażenia po polsku, które by oddawało sens tego, co kryje się pod „lettin’ go”. Kiedy słucham medytacji Cory Muscary i innych ludzi, pojawia się ono bardzo często. Zwykle wtedy, gdy koncentrując się na własnym ciele, na oddechu, przychodzą różne myśli ze świata. Problemy, plany, obawy, przeczucia, troski. Wtedy trzeba powiedzieć sobie: „to normalne, że te myśli przychodzą, tak działa umysł, zaakceptuj je, niech sobie przychodzą i odchodzą – „just let them come and let them go”.

„Letting go” nie znaczy „odpuścić”, ale bardziej „przepuścić, pozwolić iść swoją drogą”, zgodnie z taoistyczną zasadą wu wei, zasadą  powstrzymywania się przed działaniem i pozwolenia rzeczom iść swoją drogą, jeśli działanie nie jest konieczne. Uświadomienie, że rzeczy, na które nie mam wpływu, mogą wyłącznie spowodować nieporządek w moim umyśle, a nawet doprowadzić do katastrofy.

Jeśli nie mogę wyciągnąć banana z kokosa, nie powinienem dać się złapać myśliwemu.

Jan Krzysztof Kelus śpiewał kiedyś „Na brzegu siedź i czekaj bez kija i bez wiosła, aż trup twojego wroga w dół rzeka będzie niosła”. 

Pozwolenie, aby rzeczy, które mierzą, bolą, nie pozwalają zasnąć i na które nie ma się wpływu, odchodziły z głowy tak łatwo, jak przychodzą, jest pierwszym krokiem do osiągnięcia najważniejszego celu w moim życiu w ramach wieloletniego projektu o kryptonimie MAŁY.

Rośliny są ciekawsze od ludzi

DSC09002.jpg

Rośliny są o wiele ciekawsze od zwierząt, tym bardziej od ludzi. Niewdzięczny kot mi uciekł, o większości kobiet mam zdanie nie nadające się do podawania dalej, dlatego postanowiłem ostatnio zainteresować się roślinami. Czytam, obserwuję, uprawiam.

Na przykład zimą wziąłem od mamy z parapetu uschnięty krzewik chili. Powyjmowałem z niego ziarenka (około 200 sztuk), a uschnięte skórki zmieliłem w młynku do kawy. Wyszedł proszek piekielnie nabuzowany kapsaicyną, który teraz sobie dodaję do zupy albo mięsa, gdy potrzebuję jakiegoś samosponiewierania. A ziarenka kilka tygodni temu poukładałem na wilgotną ligninę i pod kaloryfer. Po tygodniu korzonki zaczęły się wczepiać w ligninę, a u góry zaczęły pojawiać się pierwsze liścienie. Wtedy powkładałem je po 3-4 do kubeczków napełnionych ziemią i zrobiłem takie mini-szklarnie z folii kuchennej. Niektóre pousychały, ale wczoraj te najsilniejsze i najładniej ukształtowane – te z kilkoma listkami – poprzedkładałem już do oddzielnych kubeczków.

Do pięćdziesięciu oddzielnych kubeczków. I rosną. Według planu, jeśli wszystko pójdzie dobrze, po jeszcze jednym przesadzeniu za kilka tygodni, w sierpniu-wrześniu będę miał w domu około pięćdziesiąt drzewek chili, z kilkudziesięcioma papryczkami na każdym. Codziennie rano zraszam je wodą i w napięciem patrzę, jak rosną. Tym, które są słabe, pomagam wrócić do pionu. Te które nie dały rady, eliminuję, by nie zabierały światła innym.

Na listkach niektórych z nich uczepione są jeszcze te ziarenka, z których powstały. To fascynujące patrzeć, obserwować, opiekować się, próbować zrozumieć, ale jeśli większość przetrwa i da owoce, to będę miał problem.

DSC09000.jpg

Bo nie wiem, co ja kurwa zrobię z pięćdziesięcioma krzakami chili w moim dwupokojowym mieszkaniu. Będę je podlewał, pielęgnował, robił im fotografie, przechwalał się ogrodem botanicznym w domu, a potem, jesienią, będą powoli usychały, aż w końcu umrą a ja zostanę, lekko licząc z dziesięcioma tysiącami ziarenek i kilogramem tak ostrego proszku, że nikt poza mną nie będzie chciał nawet na niego spojrzeć. Miłość do roślin kończy się równie tragicznie, jak miłość do rzeczy, jak miłość do zwierząt, jak miłość do ludzi.

Prawdziwa ojczyzna

SONY DSC

To wszystko, co dla mnie najważniejsze, z każdym dniem rozjeżdża się na dwie strony.

To „wszystko” to moja ojczyzna.

Moja ojczyzna jest dla mnie wszystkim.

Nie jest moją ojczyzną państwo polskie, ani żadne inne. Żadnego państwa nigdy nie uznawałem za cokolwiek więcej niż niezależny od mojej woli aparat zapewniania mi różnych rzeczy, z których większość jest mi całkowicie niepotrzebna, aparat zakazujący mi różnych rzeczy, których sam bym sobie zakazał, gdybym uważał, że są dla mnie niepotrzebne.

Nie jest moją ojczyzną ten naród. Coraz bardziej wulgarny, skłócony, egoistyczny i nieskłonny do współpracy. Naród składający się z coraz większej liczby zapatrzonych w siebie cwaniaków, milionów znawców prawa, ekonomii i psychologii. Naród tłamszony całe wieki przez silniejszych, któremu wydaje się, że jest narodem wyjątkowym. Naród, który klęski obraca w zwycięstwa, bo zwycięstw nie osiągnął wiele. Nie jest moją ojczyzną naród złożony z dwóch plemion, dla których zwycięstwem nie jest porozumienie, ale zajebanie wroga i wrzucenie jego szczątków do rzeki.

Dzięki moim rodzicom, lekturom i mądrym nauczycielom zawsze byłem przekonany, że warto być przyzwoitym. Że warto pomagać ludziom w potrzebie, służyć życzliwością i wsparciem każdemu, kto tego oczekuje. Że taka zwyczajna przyzwoitość, szczerość i prawdomówność są jedynymi rozsądnymi rozwiązaniami w sytuacji wyboru.

Przez cały czas tak uważam.

Dlatego moja ojczyzna to nie jest Polska i to nie są Polacy.

Moją ojczyzną jest mój syn. Jestem pozbawiony możliwości towarzyszenia mu w jego codzienności, mimo usilnych starań. Zdobywam jednak z sukcesami kolejne przyczółki w walce o kilka bardzo konkretnych spraw, które na pewno wspólnie załatwimy.

Chcę poznać go w końcu z jego rodziną. Z jego prababcią, babcią, ciocią i siostrą cioteczną. Chcę pokazać mu swoje życie – miejsce, gdzie mieszkam i pracuję, miejsca, gdzie się wychowałem i gdzie się kształtowałem. Chcę pójść z nim na półgodzinny spacer i normalnie z nim porozmawiać. Chcę z nim spędzić normalny dzień, taki jak ojciec i syn powinni spędzać zawsze wtedy, gdy obaj mają na to ochotę.

Chcę go nauczyć, że warto posiadać własne zdanie i się go nie wstydzić. Że czasami warto popełniać błędy, aby potem wyciągać z nich wnioski. Że miarą sukcesu nie jest poklask tłumu i miliony monet na koncie, ale poczucie, że działa się w zgodzie z sobą i bez konfliktu ze swoimi bliskimi.

Moja wymarzona ojczyzna?

Powiem, że jestem w ojczyźnie, kiedy spotkam się z moim dorosłym synem, który będzie pewnym siebie, mądrym i poukładanym człowiekiem, kochającym całą swoją rodzinę i kochanym przez całą swoją rodzinę. Który przez całe swoje dzieciństwo i dojrzewanie będzie miał możliwość czerpania z miłości i doświadczenia wszystkich swoich bliskich. Który zamiast kłamstwa będzie cenił prawdę, a cwaniakom, oszustom i manipulatorom będzie potrafił skutecznie stawić czoła. Czy to nadstawiając drugi policzek, czy też wymierzając sążnistego prawego sierpowego w lewy podbródek.

Moja babcia ma dziewięćdziesiąt lat i dwa marzenia. Odwiedzić Ostrą Bramę w Wilnie i zobaczyć w końcu swojego prawnuka. Jedną z tych spraw na pewno załatwię w najbliższym tygodniu (nie mówcie jej o tym, to ma być niespodzianka!).

Wojciech Staszewski – ojciec.prl

56bb8886032df

Jest to książka o dwóch sprawach i właściwie nie wiadomo, która z nich jest ważniejsza. Pierwsza sprawa to ojcostwo, a druga sprawa to PRL. Staszewski chciał, aby jedna z drugą się zgrabnie połączyła, ale mu to nie wyszło. Nie pomniejsza to wartości tej książeczki, która sama w sobie jest wspaniała.

Czytałem tę powieść chcąc nie chcąc przez pryzmat kompletnie nieudanych “Znaków szczególnych”. To, co zupełnie nie udało się Paulinie Wilk i za co z kompletnie dla mnie niezrozumiałych powodów zebrała górę nagród, Staszewski zrobił w ojcu.prl genialnie. I choć chronologicznie bliżej mi do lat osiemdziesiątych opisywanych przez Wilk, to zdecydowanie bliższe mojej wrażliwości są obrazy dojrzewania starszego ode mnie o dekadę Wojtka Staszewskiego. I to jego opowieść kupuję w całości.

Kupuję też pomysł Staszewskiego, który skonstruował swoją opowieść na krótkich impresjach plączących peerelowską przeszłość z teraźniejszością. Powroty do lat 70. kiedy ojciec bohatera zabierał go na piesze wędrówki górskie przeplatają się z mocnie dosłowną relacją z powolnego umierania tegoż taty.

Trzeba tu docenić konsekwencję w unikaniu nostalgii i cukierkowania PRL-u, które często zdarzają się u piszących powieści o dzieciństwie. Staszewski pisze o nim raczej jako o pasmie zmagań z oporną naturą rzeczywistości tych czasów, ale również jako o nieustannym zmaganiu i walce z tymże ojcem, o nagłej śmierci matki, o gospodarce permanentnego niedoboru.

Dzieciństwo w tej Bildungsroman nie jest, na szczęście, usłane z miękkich poduszek. Nigdzie wcześniej nie spotkałem się z tak autentyczną jak u Staszewskiego relacją z dojrzewania seksualnego i tak wprost opowiedzianej monotematyczności świata nastolatka odkrywającego świat płci przeciwnej. W pewnym wieku naprawdę wszystko się kojarzy z seksem i Staszewski jest jednym z niewielu, którzy mają odwagę to powiedzieć.

Z rzeczy ważnych, o których mówi ta książeczka, najważniejszą jest wnikliwe studium relacji ojciec-syn, którą autor bardzo dobrze zrozumiał i opowiedział, zgrabnie balansując miedzy uniwersalnością a autobiograficznością. Nie jest to opowieść uniwersalna – opisuje sytuację rodziny wyjątkowej. Nie jest to też opowieść całkowicie subiektywna – opisuje problemy, które są chyba powszechne w relacjach ojca z synem.

Sprawy z rodzicami są prawie zawsze skomplikowane i chyba nigdy nie oparte na bezwarunkowej miłości i pełnym oddaniu. Staszewski pisze o tym bez udawania, na przykład wtedy, gdy zdaje relację z pielęgnacji zaszczanego i osranego ojca, w pełnej fazie demencji rzucającego bluzgi na swojego syna. Ale również wtedy, gdy ten ojciec, trzydzieści lat wcześniej, ponad obowiązki ojcowskie wybiera romanse i bujne życie towarzyskie.

Chociaż zawsze czytam reportaże Staszewskiego w Wyborczej i cenię jego działalność popularyzującą jogging, to jest on dla mnie przede wszystkim niedocenionym autorem genialnych piosenek w duchu Dylanowskim, krążących przez cały czas gdzieś po sieci. Pojawiające się w tej twórczości wątki kolejek podmiejskich, celestynek w koszulkach Nirvany i barów piwnych trafiają wprost do mojego serca. Podobnie trafiły doń reminiscencje Staszewskiego z dojrzewania w socrealizmie zgromadzone w tej skromnej, ale pełnych cudownych magdalenek książeczce.

Heinrich Bernd – Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci

wieczne__ycie

Po tej zakupionej w promocji książce spodziewałem się informacji o tym, jak zwierzęta znoszą śmierć w sensie psychologicznym: czy o niej myślą, jak się do niej przygotowują, na czym polega lęk zwierząt przed umieraniem itp. Sama w sobie kwestia ta jest interesująca. Otrzymałem jednak coś znacznie – jak się okazało – ciekawszego. Książka Bernda opowiada o gniciu, rozkładzie, zjadaniu zwłok, czyli o najistotniejszym w świecie przyrody procesie przemiany martwego w żywe.

Kiedy umiera człowiek, wkładamy go albo do drewnianego pudła albo do gorącego pieca. W pierwszym przypadku, odwieczne procesy zachodzące w przyrodzie są po prostu spowolnione. W przypadku kremacji nie tylko wpuszczamy w środowisko masę szkodliwych substancji, ale dodatkowo pozbawiamy przyrodę jej naturalnego budulcja w postaci zwłok, które mogłyby pożywić miliony innych organizmów zwierzęcych i roślinnych.

Kiedy umiera zwierzę, jego zwłoki stają się prawie natychmiast pożywieniem dla wielu organizmów: od mikroskopijnych bakterii, przez owady, grzyby, chrząszcze, szczury, ptaki, po małe i wielkie drapieżniki. Dla wielu z nich – na przykłąd muchówek – truchła zwierzęce są jedynym miejscem, gdzie mogą one składać jaja.

Zainteresowanie Berndta tym tematem pojawiło się wtedy, gdy jego przyjaciel zażyczył sobie “zielonego pogrzebu”, co sprowadza się do pozostawienia zwłok naturze. Nawiasem mówiąc, praktyki takie są zabronione prawem właściwie wszędzie. Od tej pory autor rozpoczął eksperymenty i obserwacje polegające na szczegółowym badaniu procesów zachodzących w rozkładających się ciałach i gości, którzy wizytują martwe organizmy.

Gdyby nie zjadanie zwłok, życie na Ziemi byłoby niemożliwe. Zwierzęta współpracują ze sobą w tym potrzebnym zadaniu, dzielą się pożywieniem, pomagają sobie nawzajem. Tworzy to fascynujący system, który opisuje Bernd, a Michał Szczubiałka pięknie przełożył.

Autora szczególnie interesuje porządek i celowość tego procesu. Od pierwszych minut po śmierci, kiedy ciało jest jeszcze ciepłe do momentu, gdy pozostaje po nim wyczyszczony do bieli szkielet (a to przecież nie koniec), wszystko odbywa się jakby według ustalonego planu. Berndt z upodobaniem zbiera więc z szosy potrącone przez samochody sarny, szopy, jeże i lisy, wykłada je w spokojnym miejscu, które łatwo obserwować, i opisuje spontaniczną realizację tego idealnie zorganizowanego planu.