Jane Fonda

 

Jane_Fonda_1963.jpg

Każdy mężczyzna ma swoją, tylko jedną kobietę, którą nazywa Jane Fonda. Ja też miałem swoją Jane Fonda.

Kiedy ją poznałem, miała nogi jak łania, ubierała się i chodziła jak chłopak. Miała w dupie wszystko dookoła i pozostało jej to chyba do dzisiaj.

Miała chude, szczudłowate nogi, wielkie niebieskie oczy, rzadkie blond włosy i wystające kości policzkowe.

Była jedną chodzącą szyderą. Szydziła z wszystkiego.

Nigdy nie miała na sobie sukienki i nigdy się nie umalowała. Chodziła w spodniach i w cieniach pod oczami.

Jest taki gatunek człowieka, który nazywa się „chuda blondynka”. Była najdoskonalszą chudą blondynką, jaką spotkałem.

Była jak Jane Fonda w „Walk on the Wild Side”

Zaproponowałem jej potem wyjazd w Bieszczady. Którejś wiosny. Bez nadziei, że się zgodzi. Zgodziła się.

Pojechałem po nią autem do jednego z okolicznych miasteczek, gdzie mieszkała z rodzicami. Miała wtedy dwadzieścia lat.

Podjechałem pod gierkowski klocek. Wyszła taszcząc ogromny plecak.

Po drodze trochę gadaliśmy, trochę spała. Nie miałem wobec niej żadnych planów. Obudziłem dziewczynę, trącając niby niedbale jej kolano.

Pobudka!

Potem wspólnie wspinaliśmy się na szczyt. Zewsząd lały się potoki wiosennego deszczu. Trochę się ślizgaliśmy po mokrych kamieniach. Gadaliśmy. Ona się wtedy świetnie znała na muzyce. Śpiewałem jej piosenki Much.

W końcu dotarliśmy. Byliśmy ogromnie zmęczeni. Znaleźliśmy jedną pryczę, na której położyliśmy nasze dwa śpiwory. Poszliśmy na dół jeść i śpiewać.

Wróciliśmy długo po północy.

Wleźliśmy w swoje śpiwory i zaczęliśmy próbować się przytulać. W tych dwóch kokonach, musiało to być nieporadne.

Jakiś człowiek, który spał pryczę nad nami, krzyknął, żebyśmy przestali się oblizywać.

Ona wtedy powiedziała mi coś bardzo miłego. Coś więcej niż zwykłe „kocham Cię”.

Codziennik 128 – Bednarz

beczka.jpg

Bednarz ustawia deski pod odpowiednimi kątami.
Drewniane wióry świecą w popołudniowym słońcu.
Bednarz łączy pachnące drewno,
Dopasowując ramiona, jakby budował łuk.
Aż do złączenia ich opaskami, bez których nie będzie beczki.

Beczka nie będzie istniała, dopóki bednarz jej nie zbuduje. Do tego czasu, są tylko kawałki prostego drewna, wióry, okrągły spód i metalowe opaski, lecz nie ma beczki. Wszystkie elementy są na miejscu, lecz muszą być one poukładane w odpowiedni kształt. To samo dotyczy aspektów naszej osobowości. Dopóki nie są one połączone razem w jedność, nie ma ani kompletności, ani efektywności.

Praktyka duchowa może stanowić zewnętrzny porządek, jakże pożądany przez każdą osobowość. Choć ten porządek może początkowo ograniczać i może być odbierany jako sztuczny w swej arbitralności, jest on absolutnie niezbędny. Jest on środkiem do celu. Być może na końcu nie będziemy potrzebować tej struktury, ale bez niej nie dotrzemy do celu.

Zanim porzucimy metaforę beczki, jest jeszcze jedna rzecz, o której trzeba wspomnieć. Beczka zawiera tylko jedno: pustkę. Tak też jest z nami. Każde cząstki naszej osobowości, nie ważne jak doskonale ukształtowane, kierują nas do pustki w środku nas. Ta pustka to nie nihilizm, ale otwarta możliwość wkroczenia w nią Tao. Tylko dzięki tej przestrzeni, osiągniemy spokój.

Deng Ming-Dao „365 Tao: Daily Meditations. Chapter 132 – Cooper”,
tłum. własne

 

Codziennik 127 – Wspomnienie wigilijne

25626888_10160506347855643_4593730486401462831_o

25 grudnia 2017 r.
Dziś były świąteczna kutia z maku, pszenicy, migdałów, orzechów laskowych, kokosa i miodu oraz szejk z truskawek z Glinnika i mleka kokosowego. No i prezent od Mikołaja, który babcia Terka znalazła dziś pod choinką. Mój syn nie znajduje towarzyszy, poza mną, dla entuzjazmu z wizyt ojca u Niego. Znajdujemy za to hejt, mimo tak wyjątkowego dnia, jakim jest Wigilia. Zostawiliśmy im opłatek i przede wszystkim otwartość na dobre chęci. Przepracowujemy to. Każda minuta wspólnie to krok naprzód.

Codziennik 126 – Kwiaty w sypialni

79541093_10163661785880643_3601516161449066496_o.jpg

Codziennik 125 – Co będzie, czas pokaże

Wczorajsze odkrycie – czterech nastolatków z Suwałk. Zespół The Boars, czyli po polsku Dziki, tworzy muzykę przejmująco niedoskonałą. Bębny grają nierówno, gitary są niedostrojone, czyli tak, jak najbardziej lubię. Dziki śpiewają piosenki naiwne w treści, częstochowskie w rymach, tak jak na przykład ta o tym, że chłopaki chcą mieć tatuaże, nie będąc marynarzem. Chcą z gitarą pójść na plażę, co będzie czas pokaże. Jest to muzyka przepełniona nastoletnimi, rock’n’rollowymi emocjami i energią. Co z nimi będzie, czas pokaże, ale życzę im z całego serca – powodzenia.