Codziennik 176 – Podlaskie Defto

Byłem dzisiaj tuż przy ruskiej granicy na pogrzebie mojego nieco starszego znajomego, który stworzył pismo literackie, które ukształtowało mój gust literacki. Trzymałem się z boku, bo za dużo tam było żyjących jeszcze znajomych, a znajomi to są ostatnie osoby, z którymi chce mi się rozmawiać i spotykać. Nie miałem żadnych głębszych emocji związanych z pogrzebem. Miałem natomiast głębokie i ekscytujące emocje podczas podróży powrotnej, gdy patrzyłem, jak pięknie jest za oknem. I przypomniał mi się ten teledysk o tych okolicach. I zapragnąłem zabrać Ivy na taką podróż, jak na tym absolutnie oszałamiającym teledysku. I jestem pewny, że Ivy poczuje klimat podlaskiego defto.

Codziennik 175 – Ogródek

W ubiegłym roku moje mozolne próby założenia przyblokowego ogródka były co dwa tygodnie ukrócane piłą elektryczną przez okrutnych, debilnych kosiarzy trawy. W tym roku w końcu dopadłem jednego z tych typów i najzwyczajniej, dosłownie, nie w przenośni, zbiegłem i dałem mu sążnistego kopa w dupę oraz przekazałem kilka karalnych prawdopodobnie gróźb (powiedziałem grzecznie, że jeśli jeszcze raz zniszczy moją pracę i moich sąsiadów, to mu łeb rozpierdolę) . Chyba przemówiłem do jego skromnego rozsądku, bo już nie zbliża się ze swoją maszyną do mojego ogródka. A ogródek rośnie i zielenieje. Jeszcze nie kwitnie, ale na to przyjdzie czas.

Gajowa

Ta mała osiedlowa uliczka była w moim dzieciństwie czymś w rodzaju Route 66, była jak przekroczenie granicy państwowej. Przejście przez nią było jak przekroczenie jakiegoś mitycznego hadesu. Przekraczaliśmy ją idąc do szkoły, podstawówki numer trzydzieści osiem. Potem zbudowali nam szkołę po wschodniej stronie i wyprawy do szkoły stały się krótsze. Jednak ulica Gajowa przez cały czas była promenadą naszego świata, Manhattanem naszego życia, z supermarketem Gaj, sklepem przemysłowym Hermes, ludźmi sprzedającymi owoce i warzywa, apteką, siłownią, rzeźnikiem.

Codziennik 174 – Syrop z pędów młodej sosny

Po rozprawie sądowej wybrałem się do lasu, aby w końcu nazbierać trochę tych pędów sosny, z których robi się cudowny syrop. Pinia jest fascynującym drzewem, z którym wiążę wiele dziecięcych wspomnień. Polana, na której moja mama rozbijała co roku harcerskie obozy, była w całości sosnowa. Ten suchy, nadmorski las, często wraca do mnie w snach. Wspinałem się na te sosny, a moje ręce oblepiała żywica. Spadałem z nich, ratując się i łapiąc przelatujące obok głowy gałęzie. A potem znowu się wspinałem. Podziwiałem świat z wysokości kilku metrów i myślałem, że jestem władcą wszystkiego, co widoczne. Mam plan, aby zabrać syna nad morze, do takiego sosnowego lasu, rozpalić ognisko i pogadać jak mężczyzna z mężczyzną.