Zakochani mężczyźni chadzają wolniej

Mężczyna zwalnia kroku, kiedy idzie z kobietą, którą kocha. Z reguły bowiem mężczyźni chodzą przeciętnie szybciej niż kobiety. Dzieje się tak dlatego, że szybkość poruszania uzależniona jest od cech fizycznych. Używamy naszych mięśni i stawów w taki sposób, aby zminimalizować wydatki energetyczne. Masa ciała i długość kończyn wpływają na szybkość chodzenia i tak się składa, że zarówno jedno, jak i drugie, jest u mężczyzn większe.

Ciekawe i niejasne jest natomiast to, co się dzieje, kiedy mężczyzna i kobieta idą razem. Kiedy jedno z nich zmienia tempo swojego naturalnego kroku, aby zrównać je z krokiem partnera, które z nich dostosuje się do tempa drugiej osoby? Okazuje się, że mężczyzna.

Aby dojść do tego wniosku, naukowcy z Seattle Pacific University w Waszyngtonie badali tempo kroków jedenastu mężczyzn i kobiet, podążających, kolejno, samotnie, z osobą tej samej płci, z osobą odmiennej płci, z “ważnym innym” trzymając się za ręce i z “ważnym innym” bez trzymania się za ręce.

Udało się zaobserwować, że mężczyźni idący w towarzystwie kobiety, w stopniu znacznym zwalniali tempo swojego kroku, dostosowując się do idącej obo nich kobiety. Działo się tak jednak tylko wtedy, kiedy te kobiety były dla mężczyzn kimś ważnym, gdy istniała między nimi jakaś relacja emocjonalna. Spacer ze zwykłymi znajomymi, niezależnie od ich płci, nie wpływał na tempo kroku, ani mężczyzn, ani kobiet. Kobiety tylko nieznacznie przyspieszały, spacerując ze swoim partnerem. Ich zmiana tempa była jednak nieporównanie mniejsza niż w przypadku mężczyzn. Według autorów badania, dostosowywanie tempa kroku ma miejsce wyłącznie w przypadku partnerów w związku.

Z punktu widzenia biologii zjawisko to da się wytłumaczyć w ten sposób, że mężczyźni w większym stopniu są w stanie zakłócić swoją równowagę energetyczną (w tym przypadku polegającą na zwolnieniu tempa poruszania się), aby zachować przy sobie partnerkę. System reprodukcyjny kobiety jest bowiem znacznie bardziej wrażliwy na zakłócenia energetyczne, niż mężczyzn. W społecznościach łowieckich, gdzie dochodziło do częstego przemieszczania się na bardzo długie dystansem, zbyt wielkie wydatki energetyczne mogłby wpłynąć negatywnie na możliwość zajścia w ciążę.

Na podstawie:http://healthland.time.com/2013/10/23/men-walk-slower-when-theyre-in-love/

Dziecko wie, że ściemniasz

Już półtora roczne dzieci potrafią rozpoznawiać ludzkie emocje i kłamstwa, wykazały badania psychologów z Concordia University opublikowane w Infancy: The Official Journal of the International Society on Infant Studies. Chiarella and Diane Poulin-Dubois pokazują tam, w jaki sposób niemowlęta potrafią wykrywać emocje danej osoby. Oceniają one mianowicie ich zasadność, biorąc pod uwagę kontekst, w jakim dochodzi do obserwacji tych emocji. Badaczki udowadniają, że niemowlęta rozumieją, w jaki sposób znaczenie doświadczenia jest bezpośrednio związane z ekspresją emocji.

Konsekwencje tego odkrycia są poważne, oczywiście w szczególności dla osób opiekującej się niemowlętami. Profesor Poulin-Dubois mówi:

Nasze badanie pokazuje, że małych dzieci nie da się zwieść, wmawiając im, że to, co sprawia ból, jest przyjemne. Dorośli często próbują uchronić niemowlęta przed stresem, uśmiechając się przed dostarczeniem ngatywnego doświadczenia (np. zastrzyku). Dzieci jednak, jeszcze przed ukończeniem 2 lat, potrafią zrozumieć, które emocje odpowiadają tak naprawdę za jakie bodźce”

Badanie przeprowadzono w takie sposób, że po wybraniu 92 niemowlaków w wieku 15 i 18 miesięcy, zainscenizowano przed nimi sytuacje, w których aktor odgrywał kilkanaście scenariuszy. W niektórych emocje aktora odpowiadały odgrywanej w sytuacji, w innych – nie. Na przykład, przedstawieniu pożądanej zabawki towarzyszył smutek. W innym przypadku, skalczeniu palca towarzyszyły emocje typowe dla odczucia bólu.

15-miesięczne dzieci nie wykazywały znaczącej różnicy w reakcji na różne wydarzenia, okazując na przykład empatię wobec wszystkich smutnych twarzy, jakie widziały, niezależnie od tego, z czego one wynikały. Dowodzi to, że rozumienie związku między ekspresjami mimicznymi wyrażającymi doświadczenia emocjonalne nie jest jeszcze rozwinięte w tym wieku.

18-miesięczne dzieci zachowywały się już inaczej. Z łatwością wykrywały, gdy emocje widoczne na twarzy badacza nie zgadzały się z doświadczeniem. Dużo więcej czasu poświęcały na obserwację zachowań mimicznych, a także – co ciekawe – bardzo często szukały w takich sytuacjach wzrokiem swojego opiekuna, aby potwierdzić wątpliwości co do interpretacji tego, co obserwowały. 18-miesięczne dzieci okazywały współczucie tylko w wypadku, kiedy smutna twarz aktora/badacza była połączona z negatywnym doświadczeniem.

Profesor Chiarella wyjaśnia, że bezkrytyczna empatia wobec wszystkich smutnych twarzy obserwowana wśród młodszych dzieci jest zachowaniem adaptacyjnym. “Umiejętność wykrywania smutku i reakcji nań wynika z ewolucji. Jednakże, aby funkcjonować prawidłowo w społeczeństwie, dzieci muszą rozwinąć umiejętność rozumienia zachowania innych poprzez wchodzenie w interakcje, a to wymaga czasu”.

Badaczki pracują obecnie nad problemem, na ile dzieci postawione przed sytuacją, w której wyrażane emocje nie są adekwatne do zaistniałej sytuacji, są skłonne do pomocy i uczenia się od innych.

Poniżej znajduje się film prezentujący przebieg eksperymentu.

Ciemność podmiejska

Lubię jeździć samochodem w te pierwsze naprawdę chłodne wieczory. Lubię jeździć późnym październikiem po nieoświetlonych ulicach i wyłapywać te wszystkie światła, które jesienna wilgoć odbija i zwielokratnia. Ledwie widoczne cienie przechodniów na poboczach, przebiegające koty i psy, rowerzyści uprawiający miejski survival, których jedynym zabezpieczeniem są czerwone, ledowe lampki migające w różnych sekwencjach.

Zza uchylonego na kilka centymetrów okna wlatuje zimne powietrze, w którym zapach palonych śmieci miesza się z zapachem drewna, spalin i chłodu. Liście. Liście wszędzie. Na masce samochodu, pod kołami, znajduję je pod pedałami, wciskają się do wszystkich szpar i szczelin auta.

Przedwczoraj w Klepaczach, takiej właśne podmiejskiej ciemności z dziurawą nawierzchnią, bez chodników, zasnutej dymem spalanych śmieci, przez którą prują we wszystkich kierunkach małe i duże auta, ktoś potrącił dużego owczarka.

Z obu stron ustał ruch, w samym centrum, oświetlony dziesiątkami reflektorów, ten biedny pies miotał się powłócząc po asfalcie tylnymi łapami. Miał wielkie, zapłakane oczy i pianę na ustach. Próbował gdzieś uciec, ale nie wiedział, gdzie. W ciepłych samochodach z klimatyzacją i wieczornymi dyskusjami w radio patrzyliśmy na tę jesienną niezgodę na umieranie.

Do łóżka!

Nieregularne pory snu, deregulując naturalny rytm organizmu, nie tylko wpływają na niską jakość snu wśród dzieci, ale mogą leżeć u podstaw zaburzeń w rozwoju mózgu oraz umiejętności regulacji niektórych zachowań. Autorka badań opublikowanych w periodyku “Pediatrics”, profesor Yvonne Kelly, stwierdza:

Nieustalone pory snu, ciągłe zmiany pory kładzenia się i wstawania z łóżka, powodują stan umysłu i ciała, przypominający ‘jet lag’ i wpływają nehatywnie na zdrowy rozwój dziecka i normalne funkcjonowanie w ciągu dnia. Wiemy, że wczesny rozwój dziecka ma przemożny wpływ na jego zdrowie i dobrostan w ciągu całego życia. W naszym badaniu staraliśmy się wykazać, jak istotne są w tym kontekście zaburzenia rytmu snu, szczególnie w wieku niemowlęcym.

W badaniu przeanalizowano dane od ponad 10000 dzieci, pochodzące z UK Millennium Cohort Study. Wzięto pod uwagę pory snu osób w wieku trzech, pięciu i siedmiu lat, a także dołączone do tego raporty rodziców i nauczycieli o problemach wychowawczych z tymi dziećmi.

Udało się ustalić istotną statystycznie zależność między regularnością pór snu a ich problemami behawioralnymi. Przyczyna tkwi najprawdopodobniej w zaburzeniach rytmu okołodobowego, prowadzącego do deprywacji snu i w rezultacie zaburzeń w rozwoju mózgu.

Dzieci, które we wczesnym dzieciństwie nie chodzą regularnie spać, osiągają niższe niż przeciętne wyniki w testach behawioralnych: są nadpobudliwe, sprawiają problemy wychowawcze, nie dogadują się z rówieśnikami i mają kłopoty emocjonalne. Wprowadzenie regularnych pór chodzenia spać może w pewnym stopniu odwrócić te niepożądane procesy.

Nieregularne pory chodzenia spać są najbardziej powszechne w wieku trzech lat, kiedy to około 25% maluchów zasypia o różnych porach. Natomiast już wśród siedmiolatków około połowa chodzi spać regularnie między 19.30 a 20.30. Dzieci, które chodzą spać o nieregularnych porach albo kładą się po 21, pochodzą często ze środowisk dysfunkcyjnych społecznie, co zostało wzięte pod uwagę w analizie.

Na szczęście, jak wspomniałem, wyniki badania pokazują, że negatywne skutki nieregularnego snu są do pewnego stopnia odwracalne. Który to wniosek obecnym i przyszłym mam i tatom dedykuję.

Źródło: http://www.ucl.ac.uk/news/news-articles/1310/141013-bedtimes-linked-to-behavioral-problems-in-children

Jurowiecka

Genialny proces likwidacji przestrzeni wolnego handlu w samym centrum Białegostoku obserwuję z ambiwalentnymi uczuciami fascynacji i nostalgii. Pamiętam tę przestrzeń między ulicami Piłsudskiego i Jurowiecką jako dziką dżunglę składanych domowniczo straganów, budek, stoisk z pieczywem, warzywami, mięsem, nabiałem, mydłem i powidłem. Dżunglę, w którą – gdy w nią wszedłeś – to potem nie wiedziałeś, gdzie wyjdziesz – czy gdzieś w okolicach Sex Shopu na Jurowieckiej, czy przy przystanku na Piłsudskiego, czy przy obitych srebrnym materiałem rurach ciepłowniczych, po których można było wejść bez biletu na mecz Jagiellonii.

Teraz szczątkowe pozostałości handlarzy gnieżdżą się gdzieś przy domorosłym biurowcu Gazety Wyborczej. Musi ci wystarczyć te kilkadziesiąt kroków, aby poczuć klimat tamtego targu w samym centrum miasta. Kupujesz czosnek, grzyby, cebulę albo domowy chrzan i z niepokojem patrzysz na buldożery i dźwigi siedleckiego konsorcjum, robiącego z Jurowieckiej białostocki down-town.

DSC02593

Mały Polak u stóp Giedymina

DSCF0883

Lubię to zdjęcie sprzed kilku lat, na którym siedzę u stóp monumentalnego pomnika Giedymina na Placu Katedralnym, w najważniejszym miejscu Wilna. Postać Wielkiego Księcia i stojącego za nim konia i wyjącego rysia wykonane są z jakiegoś ciemnego, ponurego żelastwa.

Giedymin wyciągniętym na przód mieczem wskazuje ponoć miejsce, gdzie ma powstać miasto, ale ja zawsze byłem przekonany, że jego ostrze skierowane jest na południowy-zachód, w stronę Lachów.

Mały Polak siedzący u stóp potężnego władcy Wielkiej Litwy. Tak to zawsze widzę.

Tak widzę to zawsze, kiedy wjeżdżam w Litwę tym osieroconym po Schengen przejściem w Ogrodnikach, pełnym opuszczonej, rdzewiejącej infrastruktury granicznej. Tych pootwieranych na oścież szlabanów i pustych budek granicznych z powybijanymi okienkami.

Na Litwie nie można przesadzać z naszym polskim imperializmem, który wyssaliśmy tu z mlekiem matki, a który przecież tej Wielkiej Litwie jako Polacy zawdzięczamy. Więc powstrzymuję złość widząc te wszystkie lechickie bogoojczyźniane pielgrzymki do Ostrej Bramy, pełne alkoholowej wyższości nad litewskim chamem.

To nie merkantylizm ani nie litość powstrzymują Litwinów przed reaktywną agresją wobec panoszących się po ulicach Wilna wycieczek z mnóstwem nacjonalistycznych symboli na piersiach i transparentach. To zwykły bałtyjski spokój, który jest wrodzoną cechą tego ludu. Nieufnego, dosyć ponurego i zamkniętego w sobie. A przez to tak fascynującego i buzującego lechicko-kozackie krwi.

Ryszard Ćwirlej – Mocne uderzenie

Książka Ćwirleja jest klasycznym w konstrukcji kryminałem, którego fabuła rozgrywa się w końcu lat 80., u schyłku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, na ziemiach Wielkopolski. Na polu namiotowym jarocińskiego festiwalu zostaje zamordowana, oczywiście w niewyjaśnionych okolicznościach, dziewiętnastoletnia miłośniczka muzyki. Do wyścigu za tajemniczym mordercą używającym do swojego zajęcia młotka rusza cały zastęp milicjantów powiatowych i wojewódzkich, esbeków, dzielnicowych i ormowców. Uganiają się za kolorową młodzieżą jarocińską, w tym punkami, skinami, poppersami i hipisami, a także wielkopolską, mniejszą i większą bandyterką i żulerstwem.

Galeria ludzkich typów jest przez Ćwirleja namalowana z rozmachem. Jednocześnie dbałość o szczegóły, o wszystkie te nawet nadrobniejsze elementy rzeczywistości tamtych lat, jest godna największego podziwu.

W książce Ćwirleja sama fabuła nie jest ważna. Dość powiedzieć, że fabuła jest najsłabszą stroną tej świetniej książki. Kryminalna intryga, wokół której kręci się opowieść, jest nieco zbyt zagmatwana, liczba bohaterów przesadzona, a rozwiązanie zagadki – przewidywalne. Nie zmienia to faktu, że „Mocne uderzenie” to najlepszy polski kryminał współczesny od czasu „Uwikłania” Zygmunta Miłoszewskiego. Bohaterem tej książki nie jest żaden z odgrywających główne role milicjantów, żaden z przedstawicieli poznańskiego półświatka, ani też żaden hipis, pank czy skin, choć każda z tych grup pojawia się licznie na kartach opowieści.

Bohaterem tej książki jest siermiężna rzeczywistość Polski lat 80. ubiegłego wieku. Ćwirlej po mistrzowsku wyłapuje i przypomina wszystkie elementy codzienności późnego PRL-u, patrząc na nią z perspektywy ulicy. Kryzys, ogólny marazm i brak perspektyw, kontrkultura, opozycja i milicja, zakupy na kartki, marzenie o kapitalizmie – wszystko to jest w „Mocnym uderzeniu” pokazane gęsto, bez popadania ani w nostalgię, ani przesadne kombatanctwo.

Świetna literatura, przywodząca na myśl „Złego” Tyrmanda.