Ciemność podmiejska

Lubię jeździć samochodem w te pierwsze naprawdę chłodne wieczory. Lubię jeździć późnym październikiem po nieoświetlonych ulicach i wyłapywać te wszystkie światła, które jesienna wilgoć odbija i zwielokratnia. Ledwie widoczne cienie przechodniów na poboczach, przebiegające koty i psy, rowerzyści uprawiający miejski survival, których jedynym zabezpieczeniem są czerwone, ledowe lampki migające w różnych sekwencjach.

Zza uchylonego na kilka centymetrów okna wlatuje zimne powietrze, w którym zapach palonych śmieci miesza się z zapachem drewna, spalin i chłodu. Liście. Liście wszędzie. Na masce samochodu, pod kołami, znajduję je pod pedałami, wciskają się do wszystkich szpar i szczelin auta.

Przedwczoraj w Klepaczach, takiej właśne podmiejskiej ciemności z dziurawą nawierzchnią, bez chodników, zasnutej dymem spalanych śmieci, przez którą prują we wszystkich kierunkach małe i duże auta, ktoś potrącił dużego owczarka.

Z obu stron ustał ruch, w samym centrum, oświetlony dziesiątkami reflektorów, ten biedny pies miotał się powłócząc po asfalcie tylnymi łapami. Miał wielkie, zapłakane oczy i pianę na ustach. Próbował gdzieś uciec, ale nie wiedział, gdzie. W ciepłych samochodach z klimatyzacją i wieczornymi dyskusjami w radio patrzyliśmy na tę jesienną niezgodę na umieranie.

Jurowiecka

Genialny proces likwidacji przestrzeni wolnego handlu w samym centrum Białegostoku obserwuję z ambiwalentnymi uczuciami fascynacji i nostalgii. Pamiętam tę przestrzeń między ulicami Piłsudskiego i Jurowiecką jako dziką dżunglę składanych domowniczo straganów, budek, stoisk z pieczywem, warzywami, mięsem, nabiałem, mydłem i powidłem. Dżunglę, w którą – gdy w nią wszedłeś – to potem nie wiedziałeś, gdzie wyjdziesz – czy gdzieś w okolicach Sex Shopu na Jurowieckiej, czy przy przystanku na Piłsudskiego, czy przy obitych srebrnym materiałem rurach ciepłowniczych, po których można było wejść bez biletu na mecz Jagiellonii.

Teraz szczątkowe pozostałości handlarzy gnieżdżą się gdzieś przy domorosłym biurowcu Gazety Wyborczej. Musi ci wystarczyć te kilkadziesiąt kroków, aby poczuć klimat tamtego targu w samym centrum miasta. Kupujesz czosnek, grzyby, cebulę albo domowy chrzan i z niepokojem patrzysz na buldożery i dźwigi siedleckiego konsorcjum, robiącego z Jurowieckiej białostocki down-town.

DSC02593

Mały Polak u stóp Giedymina

DSCF0883

Lubię to zdjęcie sprzed kilku lat, na którym siedzę u stóp monumentalnego pomnika Giedymina na Placu Katedralnym, w najważniejszym miejscu Wilna. Postać Wielkiego Księcia i stojącego za nim konia i wyjącego rysia wykonane są z jakiegoś ciemnego, ponurego żelastwa.

Giedymin wyciągniętym na przód mieczem wskazuje ponoć miejsce, gdzie ma powstać miasto, ale ja zawsze byłem przekonany, że jego ostrze skierowane jest na południowy-zachód, w stronę Lachów.

Mały Polak siedzący u stóp potężnego władcy Wielkiej Litwy. Tak to zawsze widzę.

Tak widzę to zawsze, kiedy wjeżdżam w Litwę tym osieroconym po Schengen przejściem w Ogrodnikach, pełnym opuszczonej, rdzewiejącej infrastruktury granicznej. Tych pootwieranych na oścież szlabanów i pustych budek granicznych z powybijanymi okienkami.

Na Litwie nie można przesadzać z naszym polskim imperializmem, który wyssaliśmy tu z mlekiem matki, a który przecież tej Wielkiej Litwie jako Polacy zawdzięczamy. Więc powstrzymuję złość widząc te wszystkie lechickie bogoojczyźniane pielgrzymki do Ostrej Bramy, pełne alkoholowej wyższości nad litewskim chamem.

To nie merkantylizm ani nie litość powstrzymują Litwinów przed reaktywną agresją wobec panoszących się po ulicach Wilna wycieczek z mnóstwem nacjonalistycznych symboli na piersiach i transparentach. To zwykły bałtyjski spokój, który jest wrodzoną cechą tego ludu. Nieufnego, dosyć ponurego i zamkniętego w sobie. A przez to tak fascynującego i buzującego lechicko-kozackie krwi.