Szpetnej aury czas, czyli szósta piosenka o jesieni

– Czekanie to najbardziej chujowa rzecz, która może cię spotkać w życiu. Wszystko inne jest lepsze od czekania. Chodzi mi o to prawdziwe czekanie – takie, w którym wiesz, że to, na co czekasz, może nadejść, nadejdzie, jeśli będziesz się odpowiednio starał, pracował, dążył, chociaż to wszystko może się okazać na darmo, jeśli jakieś skrzydło motyla na antypodach zniweczy twoje starania.

– Chrześcijaństwo to dla mnie coś absolutnie niezrozumiałego, to czysty masochizm. Miliardy ludzi budujących sens swojego życia na oczekiwaniu, że On przyjdzie – to dla mnie  takie absurdalne! A przecież to takie podobne do tych wszystkich nieprzespanych nocy, dni spędzonych na wegetacji i oczekiwaniu, że Ona przyjdzie, zadzwoni, odezwie się. Oni są szczęśliwi czekając bez jakichkolwiek zapowiedzi, znaków, że On przyjdzie, a twoje nieszczęście polega na tym, że im więcej oznak, że Ona mogłaby wrócić, im więcej zainteresowania powrotem z Jej strony, tym jest trudniej.

Ale może się mylę, może oboje nie wiemy, na co czekamy?

– Pomyliłem się. Od czekania gorszy jest moment, w którym wiesz, że to, na co czekasz, nigdy do ciebie nie przyjdzie. I nawet, kurwa, nie wiesz, jak bardzo boję się tego momentu. Życie w trybie przypuszczającym jest – mimo swojej nierealności – jeszcze jakoś do zniesienia, pozwala na jakąkolwiek, nawet marną, aktywność. Pozwala rano wstawać choćby po to, aby myśleć co było i co mogłoby być. Czym będę bez przyszłości, bez planów, bez nadziei?

Krojenie (cz. II)

[Część I jest tutaj]

Od pewnego czasu K. unikał spotkań z kobietami. Przestało go to bawić, odkąd zorietował się, że randki to dla dziewcząt najczęściej sposób na darmowe żarcie. Tym razem odebrał.

Kobieta siedząca w tym momencie po drugiej stronie ze słuchawką przy uchu miała dwadzieścia lat, długie włosy, brązowe oczy, piękne nogi i skomplikowaną sytuację w domu. Na pytanie, dlaczego tego ranka znalazła w internecie numer do K., a następnie, po wypiciu popołudniowej kawy z jakąś Anką lub Aśką, oszukała je, że wraca do domu i zamiast tego poszła do tej knajpy przy parku, gdzie barman nigdy nie pozwala jej płacić, po wejściu rzuciła zamszową torebkę na drewniany stół przy wielkim oknie i prawie natychmiast, bo musiała na sekundę odsapnąć, zadzwoniła właśnie do niego, nigdy nie poznamy odpowiedzi, bo nie wie tego nawet ona. Zadecydowało o tym coś, co od zawsze pomagało jej podejmować życiowe decyzje: impuls, nagły instynkt, przeczucie, lśnienie serca. Nie tylko ta cecha stanowiła o jej zmysłowej, zwierzęcej osobowości.

Zaczęła mówić pierwsza i ta rozmowa nie trwała długo. K. usłyszał od niej, że koniecznie muszą się spotkać i, choć sytuacja wydała mu się bardzo podejrzana, a nieufność do kobiet rosła potęgowo wraz z kolejnym miłosnym zawodem, tym razem z niepodobną sobie ufnością oznajmił, że zaraz przyjedzie. Ta szybka reakcja zaskoczyła zarówno samego K., jak i kobietę, prawdę mówiąc, spodziewającą się większego oporu ze strony tego nieznajomego mężczyzny. Rozłączyli połączenie.

Kiedy ona zastanawiała się, czy na pewno dobrze zrobiła, dzwoniąc do człowieka, o którym słyszała, od osób trzecich, częściej złe niż dobre historie, K. jechał już taksówką w stronę centrum, zagadywany przez śmierdzącego tygodniowym potem, przemądrzałego szofera i, zachowując całkowite milczenie myślał, że najlepiej jest u dentysty, bo tylko tam nie musisz, a właściwie nie możesz odpowiadać na głupie zaczepki człowieka, któremu płaci się za leczenie, a nie gadanie o niczym. Dlatego nienawidził fryzjerów i taksówkarzy.

K. skłamałby, gdyby – przyciśnięty do muru – utrzymywał, że ta dziewczyna, która uśmiechnęła się do niego promiennie i pomachała, gdy przekroczył progi kawiarni i zobaczył ją z kieliszkiem wina, w lekkiej, bawełnianej sukience i białych butach na obcasie, z prostymi włosami do pasa i bez makijażu, K. łgałby okrutnie, gdyby powiedział, że widok ten nie zrobił na nim wrażenia. Było to jednak wrażenie czysto estetyczne. Kobieta była piękna, cała sytuacja natomiast nie tyle piękna, co surrealistyczna. Dlatego, gdyby spytać, co poczuł w tym momencie K., odpowiedziałby on prawdopodobnie: lęk.

Lęk to uczucie, które K. dawno już oswoił i zaakceptował jako immanentną cechę swojej osobowości. Lęk towarzyszył mu, gdy w ramach wykonywania obowiązków służbowych musiał występować przed kilkudziesięcioma, słuchającymi go z różnym skupieniem osobami, przekonując je do wyższości światopoglądu naukowego nad innymi formami poznania. Lęk był przy nim, kiedy musiał wykonywać kłopotliwe czynności podtrzymujące od zawsze wątłe więzi rodzinne, a także gdy wchodził do knajpy pełnej ludzi, bo chciał się napić piwa, ale nie chciał spotkać nikogo. Dlatego unikał jak mógł wystąpień publicznych, kontaktów z rodziną oraz samotnych wyjść do miasta. Sami widzicie, że lęki K. sprawiały, że był on zawsze raczej samotnikiem.

K. wiedział, kim jest kobieta, do której przyjechał i w kierunku której właśnie szedł, mijając porozstawiane w nieładzie krzesła i stoliki. Widział ją kilka razy w różnych miejscach, a może nawet parę razy skomentowali to samo u wspólnego znajomego na fejsbuku.

Podali sobie rękę, powiedzieli sobie „cześć”, a potem ona uśmiechnęła się, łyknęła trochę wina (kropla alkoholu złośliwie wymknęła się z kieliszka i zatrzymała się na bladoczerwonej wardze kobiety) i powiedziała:

– Pewnie zastanawiasz się, dlaczego do ciebie zadzwoniłam.

K. skinął.

– Nie wiem – odpowiedziała.

[c.d.n]

Zapomnij o wszystkim, a będzie romantycznie (od świtu do zmierzchu)

Dwa filmy dokumentalne z cyklu „Od świtu do zmierzchu”, wyświetlone dzisiaj w Kinie Forum, opowiadają o mieszkańcach dwóch fascynujących miast Wschodu – Mińska i Kijowa. Stolica Białorusi, pokazana jest oczami dzieciaków uprawiających parkour. Stolica Ukrainy to jeden dzień uczestników rejsu po Dnieprze.

Oba te filmy zrobiły na mnie ogromne wrażenie, wpisując się w bardzo oczywiście subiektywny sposób w to, co – z jednej strony pokazał Werypajew w „Tlenie”, a z drugiej strony w pewną głęboką prawdę o człowieku wydobytą przez Marka Piwowskiego w „Rejsie”.

W jednej ze scen „mińskiej” części cyklu, laborantka z czułością karmi i poi eksperymentalne szczury, po czym usiłuje z trudem umieścić je w metalowej klatce. Zwierzęta wydają się oszołomione i miałem wrażenie, że ci chłopcy biegający po ulicach Mińska, ci rejsowicze próbujący za wszelką cenę nawiązać prawdziwe relacje, są istotami zagubionymi i przestraszonymi, tak jak te szczury w klatce.

Zagubionymi nie tylko dlatego, że opowieść toczy się w czasach przełomu, gdy sowiecka rzeczywistość marksistowskiego materializmu zostaje wypierana przez materializm, ale tym razem kapitalistyczny. Białoruscy bohaterowie filmu uciekają w tym kryzysie i szoku w nihilizm, Ukraińcy uciekają w duchowość i cynizm. To wszystko stanowi jednak tylko powierzchnię, zamazuje prawdziwy dramat bohaterów, żywych ludzi pozbawionych miłości.

Nie ma w tym filmie postaci, która potrafiłaby kochać. Nie ma tam ani jednego mężczyzny i ani jednej kobiety, który, która dawałaby chociaż szczątek nadziei na poukładane, świadome życie. Niezależnie od wieku, zajęcia, statusu, zamożności, w tych barwnych opowieściach odnajdujemy tylko cienie ludzi.

Świt jest dla nich nadzieją na miłość i na sens, a zmierzch jest odmowną odpowiedzią na wniosek petenta do urzędu o nazwie „życie”. A sen, który następuje po napisach końcowych, chwilą, w której można o tym na chwilę zapomnieć.

Piąta piosenka o jesieni, czyli Janusz Laskowski Hope Forever

Jedna z miejskich legend głosi, że Janusza Laskowskiego, białostockiego barda wszechczasów, ojca disco-polo, spotkać można przy odpowiednim szczęściu w taksówce. Trudno go przeoczyć, bo do dzisiaj nosi tę ponadczasową fryzurę „długo z tyłu, krótko na przedzie”, którą doprowadzał dziewczęta do wielokrotnych orgazmów. Przyjaciel prowadzący knajpę zdradził mi, że jakiś czas temu pan Janusz wpadł do Labalbalu na kawę i proszę sobie wyobrazić, że zgromadzeni tam dwudziestolatkowie oddali Mistrzowi należny hołd. Były oklaski, ktoś mi mówił, że pociekła niejedna łza.

„Żółty jesienny liść”, „Świat nie wierzy łzom”, „Łaga czigi”. Te i wiele, wiele innych piosenek Laskowskiego sprawiło, że już za życia jest on legendą. Geniuszem, który za pomocą najprostszych możliwych środków wyrazu, trzech prostych dźwięków zaczerpniętych z muzyki żydowskiej, cygańskiej, ludowej, i naiwnych wierszy przesyconych symboliką rodzinnego domu, wspomnienia, matki, ciepłego chleba, żółtego jesiennego liścia spadającego z drzewa, potrafił dotrzeć do wielu serc.

Nie wstydzę się swojej miłości do tej muzyki. Przypomina mi o wielu miejscach na mapie mojego miasta, których już nie ma. Blokowisko, na którym się wychowywałem, powstało na przełomie lat 70. i 80. na miejscu małej wsi. Ślady po niej można było znaleźć jeszcze przez dobre 20 lat. Stara drewniana chata między blokami, pozostałości po sadach owocowych  u zbocza, na którym stała szkoła podstawowa nr 38, kopiec, w którym przechowywano ziemniaki nieopodal zajezdni autobusowej na rogu Jarzębionowej i Gajowej… No i całe Bojary – niby nie wieś, bo już przed wojną dzielnica białostockiej inteligencji, ale miejsce z wyglądu rustykalne. Małe drewniane domki, przy nich sady, gdzieniegdzie studnie, drewniane płoty ze sztachet, brukowane ulice Wiktorii, Poprzeczna, Kraszewskiego na których jest tak spokojnie, że gówniarze na samym środku urządzają regularne rozgrywki piłkarskie.

Zawsze myślałem, że piosenka o żółym jesiennym liściu, jest – jak większość jesiennych piosenek – przepełniona smutkiem, nostalgią i tęsknotą. Wczoraj wydarzyło mi się jednak coś, co przywróciło nadzieję, że ta jesień może być jednak szczęśliwa. Otworzyłem okno, do środka wpadł ciepły, aromatyczny, wilgotny wiatr. Wysłuchałem, co na ten temat ma do powiedzenia Artysta, wysłuchałem tego polskiego fado o nadziei, cierpliwości, potrzebie bycia silnym i wartości czekania i przez chwilę zrobiło się trochę lepiej.

Krojenie (cz. I)

K. miał – jak każdy – bardzo dużo dziwnych natręctw, ale bez dwóch zdań najbardziej lubił przyglądać się pracy kucharzy w barach sushi. Tym młodym mężczyznom w białych fartuchach ubrudzonych rybim tłuszczem, pracujących w całkowitym skupieniu, nie podnoszących ani na moment głowy, skoncentrowanych na swojej misternej sztuce. Najwspanialszy moment skomplikowanego procesu łączenia ryżu z fragmentem surowej ryby był dla K. zawsze ten sam. Siedząc przy okrągłym stole, za którym uwijał się kucharz, K. zatrzymywał wtedy oddech, otwierał szeroko oczy i z dziecięcą fascynacją patrzył, jak lśniące ostrze noża wykrawa z dużego płata ryby skrawek, który za chwilę przyklei się do ulepionej zręcznymi ruchami dłoni kulki ryżu.

Najwspanialszy był jednak moment krojenia. Wszystko, co następowało potem, było już tylko dodatkiem. Nawet wtedy, gdy K. wkładał do ust zamoczone w sosie sojowym maki albo doprawioną świeżo startym wasabi porcję nigiri, nic nie było w stanie przebić tej chwili, gdy K. patrzył na ostrze noża przecinające lśniący, czerwony skrawek tuńczyka, łososia, halibuta albo makreli.

Gdyby bliżej zastanowić się, skąd ta dziwna słabość K. do noży wycinających surową rybę, przyczyn można szukać zarówno w kompleksach i traumach z dzieciństwa, na przykład w tym, że rodzice K. nie przejawiali najmniejszych talentów kulinarnych, jak i w przeżyciach późniejszych, dajmy na to, w głęboko skrywanej nienawiści, jaką K. przejawiał wobec tych wszystkich samców, którzy w przeszłości byli reżyserami szeregu jego upokorzeń, oczywiście związanych z szeroko rozumianą sferą uczuciową. I tu chyba trafiliśmy w sedno. Bo choć K., mimo zbliżającej się czwartej dekady swojego życia, nie osiągnął w tej dziedzinie wiele, to listą sercowych porażek mógłby obdarować wielu podobnych mu mężczyzn: inteligentnych, oczytanych i może nawet niebrzydkich, ale na odcinku miłości bez jakichkolwiek znaczących osiągnięć.

K. należał do tego typu facetów, którzy, mimo ogromnych chęci, nigdy nie potrafili doszukać się przyczyn swoich klęsk w rozwiązłości, nieuczciwości, niedojrzałości, głupocie lub zwykłym złu tych kobiet, którym powierzyli kidyś swoje serce. Jako samoświadomy egoistycznej, nastawionej na przetrwanie i reprodukcję natury samców, a ludzkie samce są – jak twierdzi nauka – najokrutniejszymi ze zwierząt, K. dochodził zawsze do wniosku, że dotychczasowe zmagania o partnerkę, która dała by mu satysfakcję intelektualną, jak również seksualną, a w rezultacie wartościowe potomstwo, najzwyczajniej przegrywał. Przegrywał je w walce z innymi mężczyznami, jak i ze swoją niedoskonałością. Czy to świadczy o tym, że K. doceniał kobiet, czy też wręcz przeciwnie, nie potrafię ocenić. Nie znam K. tak dobrze, jak Wy.

Rozumiecie już chyba, dlaczego K. tak uwielbiał obserwować pracę kucharza krojącego rybę do sushi. Nóż przecinający delikatną fakturę miękkiego mięsa, wilgoć krwi spływającej po ostrzu, delikatne, spokojne ruchy palców milimetry od ostrza i skupione, przepełnione stoicką pasją oczy kucharza – scena ta stanowiła dla K. teatr zemsty doskonałej, tym doskonalszej, że symbolicznej, dokonywanej w głowie. Zemsty, która uspokaja.

Na pewno pomyśleliście sobie teraz, że K. jest tym występującym często w kinematografii typem ukrytego pod płaszczykiem skromnego, ułożonego, schludnie ubranego i z reguły uprzejmego inteligenta, skrzętnie skrywającym swą czerń psychopatą, tylko czekającym na okazję, by któregoś słonecznego ranka rzeźnickim nożem poprzecinać gardła tych wszystkich mądrzejszych i piękniejszych od niego mężczyzn, a na twarze kobiet, które go nie chciały, wylać siarkowy kwas. Bo niby skąd to upodobanie K. do noży krojących żywą tkankę?

Niech za dowód tego, że K. jest pod tym względem całkowicie normalny, świadczy to, co rozpoczęło się pewnego lipcowego popołudnia, dokładnie rok wstecz od chwili, kiedy to czytacie. Popołudnia, które, korzystając z przysługującego mu ustawowo dwutygodniowego urlopu wypoczynkowego, K., nie posiadając jakichkolwiek planów na wieczór, spędzał leżąc na materacu w swoim przestronnym, choć niewielkim mieszkaniu, czytając książkę, której tytuł i autor nic Wam nie powiedzą, a tak naprawdę, to sam już zapomniałem, co to była za książka. Nie wiem też, czy to, co czytał K., w ogóle go interesowało, być może po prostu wodził po tekście oczami, myśląc o czymś innym, jak mu się to często zdarzało. Wszystko to jest nieważne wobec tego, co miało się wydarzyć za chwilę. A właściwie nie tyle wydarzyć, co uruchomić lawinę zdarzeń, które tego wieczora wyjaśniły zarówno mi, jak i samemu K., i mam nadzieję, że wyjaśnią również Wam, dlaczego nasz bohater tak bardzo lubił teatralizować sobie w głowie zemstę za wymyślone krzywdy, bo, przyznacie, wygląda to na pierwszy rzut oka bardzo dziecinnie.

Najpierw zadzwonił telefon, a potem K. nerwowo przerzucając sterty gazet i książek porozrzucanych wokół materaca, szukał źródła irytującego dzwonka. Jeszcze bardziej zirytował się, gdy po chwili poszukiwań spojrzał na wyświetlony na ekranie numer. Dziewięć migających cyfr nie mówiło mu absolutnie nic. Owszem, w przypływie złości lub żalu zdarzyło mu się skasować ze swojej skrzynki numery osób (powiedzmy to sobie wprost – kobiet), co do których nie chciał żywić czegokolwiek. Te skasowane w złości numery niestety jednak pamiętał. Numer, który niepokojąco wibrował na ekranie komórki, nie układał się w jakiekolwiek wspomnienie.

Z reguły, w takich sytuacjach (był przecież urlop), K. nie odbiera takich połączeń, bowiem z natury jest mężczyzną bojaźliwym, choć woli tę cechę swojego charakteru nazywać ostrożnością. Tym razem odebrał. Usłyszał głos kobiety.

[Część II jest tutaj]

Kraków

Lśniący wieczorną mgłą i tłuszczem z kebabów bruk Floriańskiej kilka godzin po zmierzchu. Tam, gdzie kiedyś była „Święta Krowa”, ta mała indyjska knajpka, w której zamiast stolików i krzeseł były same łóżka wyściełane orientalnymi kocami, rzyga łysy Angol w koszulce Arsenalu. Widocznie sushi nie smakowało.

Nie znam tego miasta. Nie jeżdżę jego tramwajami, nie korzystam z jego taksówek. Nie znam jego przedmieść, a tylko przedmieścia mówią o miejscu całą prawdę. Mieszkam zawsze w jednym z dwóch tanich moteli, gdzie za stówę jest jedynka ze śniadaniem. Słowackiego albo Szlak, bo blisko do dworca i blisko do Rynku. Jestem tu zawsze na chwilę, na kilka godzin, najwyżej na 2 dni. Dłużej i tak bym nie wytrzymał. Tutaj jest za duszno, tutaj zawsze w ciągu jednego wieczoru spotyka mnie tyle, co przez pół roku w mieście, gdzie żyję na co dzień. W drodze z gór do domu, coś mnie zawsze skłania, aby tu pobyć na chwilę, ale jak tylko wychodzę z dworca i schodzę szerokim pasażem w to hałaśliwe, tandetne, brudne i niebezpieczne przejście podziemne między Basztową a Lubicz, cuchnące chińskimi ciuchami i oscypkiem, od razu chce mi się uciekać z powrotem.

Nie mogę wrócić, bo przyjechałem tu po to, aby uciec. Nie ma odwrotu od tego zaklętego kręgu „Rynek, Szewska, Planty”. Wyłączam telefon, nie sprawdzam poczty, nie wchodzę na fejsbuka. O kolejny rok starszy, odwiedzam te kilka znanych miejsc: antykwariat przy Szpitalnej, w którym rządzi wielki, gruby biały kocur, most Powstańców Śląskich z widokiem na piękne Pogórze, „Zwis” w Rynku Głównym, gdzie mimo upływających lat zawsze jestem najmłodszym klientem i „Piękny Pies” na Stolarskiej, gdzie można siedzieć do rana. A następnego dnia śniadanie na Brackiej i internet u Księdza.

A potem wsiadam w ekspres do Warszawy i kiedy mijam Tunel, wtedy ziemia staje się znowu zupełnie płaska.

Ulubione miejsce, do którego nie powinienem przyjeżdżać

Olecko. Surogat małego miasteczka. Miejsce, gdzie mieszkańcy ubierają się w sklepach z używaną odzieżą, gdzie na spacery chodzi się z nudy, a nie z przyjemności, a taksówki kosztują sześć pięćdziesiąt, niezależnie od długości kursu. Jedno Tesco, jedna Biedronka – wszystko, czego do szczęścia potrzeba. Zniszczony, zabity deskami dworzec kolejowy, z którego ostatni pociąg odjechał z dziesięć lat temu.

Dwa bezpośrednie kursy do Białegostoku przywożą i zabierają codziennie kilkoro pasażerów, a jak wysiadłem dzisiaj z autobusu, cały prowizoryczny dworzec spojrzał na mnie takim wzorkiem, jakim patrzy się na przybysza.

W drodze z dworca do Rynku obrośnięty trawą i pokrzywą ewangelicki cmentarz, pełen butelek po alkoholach, zużytych prezerwatyw, opakowań po chipsach. Między powalonymi, obsikanymi i obsranymi nagrobkami z ledwie widocznymi gotyckimi napisami, spacerują miejscowi z psami. Jedna z niewielu pamiątek po Margrabowej.

W wielkim rynku – gotycki kościół ze strzelistymi wykończeniami, a przy nim drewniany krzyż broczący krwią Chrystusa. Wokoło rynku socrealistyczne kamienice, a w ich parterach kilkanaście sklepów z belgijskimi ciuchami, równie tyle aptek, lombardy, szybkie pożyczki, poczta, banki, dwa kebaby z wieprzowiny i kurczaka.

Tutaj każdy wygląda jak uczeń zawodówki, bezrobotny albo emeryt.

Pusta ścieżka wzdłuż jeziora, przycumowane do drewnianych pomostów łódki i żaglówki obsypały już pierwsze liście. Podłużne, rynnowe Jezioro Oleckie jest piękne i jednocześnie niezmiernie smutne. Nie dopłyniesz do niego z Ełku. Olecko jest takim mazurskim Tykocinem – fascynującym miejscem bez mieszkańców, bez turystów, bez historii, bez siebie.

Do baru Koala, na rogu Rynku i Jeziornej, przychodzą od wcżesnego popołudnia ludzie, którym trudno wysiedzieć z domu. Niektórzy biorą flaki albo schabowego z frytkami, bo jak weźmiesz sielawę, to mogą cię wziąć za turystę. Ale tylko niektórzy coś zamawiają. Większość siada jak najbliżej okna, podpiera ręką brodę i zza tandetnych plastikowych ozdób i sztucznych kwiatów patrzy na przejeżdżające auta. Aby minęła kolejna godzina, aby skończył się kolejny dzień.
Olecko to jedno z moichnulubionych miejsc, ale nie powinienem przyjeżdżać tu właśnie teraz.