Ostatni miesiąc spędziłem w całości w Białymstoku, całkowicie poświęcając się pracy na uczelni. Oznaczało to sporą zmianę w organizacji swojego czasu, trybu pracy, ale przede wszystkim było związane z trudnościami w przyzwyczajeniu się do innego środowiska. Pracując pół tygodnia w Warszawie, pół w Białymstoku, byłem w sytuacji z jednej strony wyczerpującej fizycznie i psychicznie, z drugiej jednak bardzo komfortowej. Zawieszony pomiędzy wielkim miastem, projektami, anonimowością, szybkością życia Warszawy a prowincjonalnością Białegostoku, tak naprawdę nie byłem zaangażowany całkowicie ani w jedno, ani w drugie. Podczas ostatniego miesiąca odkryłem na nowo szereg zalet pracy z ludźmi, niekoniecznie dla pieniędzy, pracy bardziej skupionej i pracy na wolniejszych obrotach. Negatywnym i budzącym obawy doświadczeniem jest jednak drażniące na każdym kroku białostockie „piekiełko”. Poza wieloma bardzo fajnymi, otwartymi, niezmanierowanymi i odważnymi ludźmi (najwięcej takich osób dostrzegam wśród tzw. „młodzieży”, wśród ludzi przed studiami – mam wrażenie, że na wiele osób studiowanie ma bardzo zły wpływ) dostrzegam wiele osób sfrustrowanych, niezadowolonych z siebie i całego świata, ludzi obawiających się dyskusji, którzy uważają, że najlepszym sposobem rozwiązywania spraw są sposoby ukryte, niewprost, ludzi bojących się podejmować decyzje. Pytaniem, na które nie potrafię jeszcze odpowiedzieć, jest to, czy powinienem stawiać czoło tym frustracjom i tchórzostwom, czy też ich raczej unikać, uznając za niemożliwe do przezwyciężenia.