Codziennik dwudziesty pierwszy – jeżdżenie

jeżdżenie.jpg

Mój pierwszy samochód to była czerwona Toyota Carina Sedan, kupiona za niecałe 20 tysięcy od obecnego burmistrza Zabłudowa. Pięć tysięcy sprezentował mi ojciec, resztę dołożyłem z kasy za jakiś unijny projekt. Dzień przed zakupem, Adam powiedział mi „weź ją sobie na jedną dobę, pojeździj, zobacz, czy ci pasuje to auto”.

Tego wieczora nie wróciłem na noc do domu. Szwędałem się po mieście, po bliższych i dalszych okolicach. Sprawdzałem wszystkie przyciski i pokrętła na masce rozdzielczej. Po kilku przejechanych kilometrach wiedziałem, że muszę ją mieć. Zadzwoniłem do ojca, bo brakowało mi kilku tysięcy. Na niego zawsze mogłem liczyć w takich sprawach. Pięć koła to była dla niego spora kwota – nie byliśmy bogaci – ale jak zwykle mi pomógł.

Dwa dni później jechałem już szosą na Warszawę po moją dziewczynę, by po krótkim noclegu w stolicy ruszyć na Węgry. To była karkołomna wycieczka, bo nigdy wcześniej nie spędziłem za kółkiem tyle czasu. Jakoś dojechaliśmy, chyba tylko dzięki adrenalinie płynącej z przyjemności jazdy, pulsującej mi w głowie. Ta wycieczka była wyjątkowa.

Wtedy zakochałem się w jeżdżeniu samochodem. Wtedy zrozumiałem, o co tak naprawdę chodzi Andrzejowi Stasiukowi i wtedy stał się on moim jeszcze większym mistrzem. A już wtedy był największym.

Kiedy kończyłem pracę, wsiadałem do tej mojej Toyoty i eksplorowałem okolice. Jakiś czas potem ustaliłem, że tym samochodem przejechałem każdy kilometr utwardzonej drogi w województwie podlaskim. Robiłem około 50 tysięcy kilometrów rocznie, czyli ponad 4 tysiące kilometrów na miesiąc. Zdarzało mi się kilka razy wsiąść o świcie do samochodu, pojechać na Hel, popatrzeć na morze przez pięć minut i tego samego dnia wrócić wieczorem do Białegostoku.

Teraz też mam Toyotę, ale – choć mnie nie zawiodła – nie kocham jej tak, jak tamtej Cariny. Podobno pierwsze miłości kocha się zawsze i przez całe życie najmocniej.

Jestem perypatetykiem – nie potrafię myśleć, siedząc na dupie. Myślę tylko wtedy, gdy idę albo gdy jadę. Wtedy przychodzą do głowy najlepsze pomysły, wówczas poplątane myśli się jakoś rozwiązują. Wtedy też potrafię się naprawdę wyciszyć

Kiedy wracają do mnie trudne myśli o tęsknocie za synem, kiedy przypominam sobie nasze wspólne wycieczki i to, że mimo nieustanego dokuczania nam w przeżywaniu naszej wspólnej – synowsko-ojcowskiej przyjemności – czerpaliśmy jednak za tego radość i nawiązywaliśmy więź, wtedy wsiadam w samochód, podłączam radio do Spotify na telefonie, włączam specjalną plejlistę do jazdy samochodem i ruszam.

Najchętniej do Tykocina, bo jest to miasto, które najlepiej nadaje się do samotnego zwiedzania wieczorami, zza szyby samochodu. Zupełnie puste przez cały dzień, a wieczorem wytwarzające coś na kształt próżni sprawiającej, że strach tam nawet otworzyć szybę, aby nie wciągnęła cię jego nieobecność.

Byłem raz z moim Małym w Tykocinie, na pokazie samochodów. Pamiętam, jak zafascynowany patrzył na te wszystkie maszyny, a ja sadzałem go na przednie siedzenia tych, które sobie wybrał. Był dumny, przejęty i bardzo szczęśliwy.

Dzisiaj pojechałem do Tykocina sam, bo mróz trochę zelżał i ta kręta, dziurawa droga, odsłoniła trochę asfaltu. W Tykocinie, jak zwykle, nie było nikogo, a na fotelu pasażera nie było mojego syna. Patrzył tylko dumnie ze zdjęcia przyklejonego nad schowkiem, tak, jak patrzy za każdym razem wsiadam do auta załatwiać ludzkie sprawy.

Reklamy

Zapiexy

DSCF1430 W Grajewie, przy głównej ulicy miasta, jest Zakład Gastronomiczny “Pizzeria”. W eklektycznym wnętrzu są trzy stoły i trzy wielkie automaty dla powiatowych hazardzistów. Można tam poprosić o piwo z nalewaka za pięć złotych, kwaśny jak licho żurek. Pizzy nie mają, ale za to słynne są ich “zapiexy”. Zapiexy to zwyczajne zapiekanki ubrane w niezwyczajną nazwę.

Zdjęcie przedstawia wejście do Pizzerii w Dukli. Dukla to małe beskidzkie miasto, rozsławiome przez Andrzeja Stasiuka, który poświęcił mu swoją najlepszą książkę. Na samym środku dukielskiego rynku stoi nieproporcjonalnie wielki, barokowy ratusz. Wygląda jak wielki, najedzony, śpiący niedźwiedź otoczony skromną, nieśmiałą architekturą małych kamienic.

Te wszystkie małe miasta powiatowe mają w sobie coś absurdalnego, nie pasującego do reszty, coś nie a propos. Wielkie rondo w Krynkach z jedenastoma odnóżami, bizantyjski ratusz w Michałowie, smutny i opuszczony dworzec kolejowy w Grajewie, transformatorownia w polu pod Knyszynem, wielki, pusty plac w Tykocinie, albo ten równie nieproporcjonalnie wielki dworzec w Bielsku Podlaskim, na którym zawsze wieje wiatr i jest zimno, nawet w środku lata. Na tym dworcu pekaesy zawsze robiły dziesięciominutowe przerwy, podczas których kupowało się zapiekanki z pieczarkami i keczupem w budach, których już nie ma. A jeśli są, to na pewno sprzedają tam zamiast tych zapiekanek kebaby i tortille.

Mógłbym tak wymieniać bez końca. Te urocze próby nadania wielkomiejskości na wszystkich prowincjach świata nie przestają mnie fascynować. W Grajewie, Bielsku Podlaskim, Michałowie, Krynkach albo Tykocinie dzieje się wszystko, co powinno człowieka interesować. Wszystko, co zasługuje na uwagę. Wszystko, nad czym trzeba się pochylić. Wszystko, na co warto patrzyć i czego warto słuchać.

Droga do Tykocina

Kiedy zjeżdżam  w Złotorii z hałaśliwej warszawskiej szosy pełnej międzynarodowej zgrai tirów, kiedy zjeżdżam na szosę prowadzącą do Tykocina, wtedy otwieram na oścież wszystkie okna, podkręcam gałkę radia i wrzucam piąty bieg. Bardzo sobie cenię tę trasę. Jest wąska i kręta, a wiosną, tak jak teraz, bujnie otoczona roślinnością, z której co rusz widać nocą świecące się ślepia drobnych zwierząt. Można się ścigać z małoletnimi w volkswagenach golfach albo dawać się dostojnie wyprzedzać. Ostatnio wybieram to ostatnie.

Nie wiem, czy przypadkiem trasa do Tykocina nie jest mi bliższa niż sam Tykocin: miasto niezmiennie zaspane. Puste o każdej porze roku. Latem tylko dzieciaki łuszczące pestki przy pomniku Czarnieckiego na tym w przerysowany sposób gigantycznym rynku. Wiem, że nigdy bym nie wysiadł w tym Tykocinie w środku nocy – nie z powodu strachu, ale z obawy przez zaburzeniem tego niepokojącego spokoju i pustki, które zawładnęły tym miastem.

Więc wjeżdżam od strony wschodniej, mijam barokowy kościół, patrzę na łuszczących pestki – oni śledzą wzrokiem każde przejeżdżające auto i po kocich brukach przejeżdżam na Kaczorowo, obok synagogi. Jadę przez cały czas prosto, aż do rozjazdu z kapliczką Matki Boskiej. Tam zawracam. Zawsze przed autem przebiegnie jakiś czarny kot. No i wracam – tą samą drogą, w ten sam sposób, z tym samym spokojem.

Najważniejsze składniki tego sosu to: wiosenne albo letnie powietrze, pyłki traw, wilgoć ziemi dopiero co oblanej deszczem, trochę benzyny i co najmniej 90 na liczniku. No i muzyka.

Po tamtej stronie – Tykocin

Po załatwianiu ubezpieczeń i nalepek zastępczych w miejskich urzędach, gdzie urzędniczki nie są miłe, chociaż biją się o tytuł Uprzejmej Pieczątki 2009, po jak zwykle sympatycznych (co tego roku jest raczej regułą i przyjemnym zaskoczeniem) zajęciach ze studentami, nocne szwędanie się samochodem po już czerwcowych, więc prawie letnich, białostockich dalszych i bliższych suburbiach.

W końcu, już raczej bliżej niż dalej północy, ląduję w ulubionym Tykocinie. Małoszlachecko-zaściankowi lokalni „chuligani” na rynku obok pomnika Czarneckiego oglądają się podejrzliwie za każdym przejeżdżającym samochodem, jakby mieli jakieś sprawy do ukrycia, ale tak naprawdę to ich podejrzliwe oglądanie się jest trochę jak obwąchiwanie swojego terenu w obawie przed obcym.

Całe miasto już śpi, szczególnie na Kaczorowie, za rzeką, kiedy minąwszy synagogę po prawej, wjeżdża się w starą żydowską dzielnicę. Tylko psy wściekle ujadają, a po brukowanej ulicy przemykają się w te i we wte czarne kocury. A po tej wąskiej, otoczonej bujną zielenią drodze do Białegostoku, przez Siekierki i Złotorię, przechadzają się jeże, przeskakują zające i co rusz jakieś oczy świecą w oddali w trawie.

Można zminimalizować ryzyko morderstwa i jechać samym środkiem, bo mało kto o tej porze jeździ tą drogą. Można otworzyć okna na oścież, aby do środka dostawał się zapach tych wszystkich traw, liści, krzewów i zbóż, bo przecież to jedna z pierwszych czerwcowych nocy. Można zapalić radio i włączyć je naprawdę głośno, bo nikt nie słyszy. Kiedy wjeżdżałem do Tykocina, grał akurat David Gray.

Allium i Dianthus

dscf09831W takiej porze, jak ta i w takim miejscu naprawdę ryzykowne jest zbyt długie przesiadywanie nocą przy książce, filmie czy komputerze. Dzień jest naprawdę bardzo krótki, a jeśli się budzisz po dwunastej, zostają ci tylko trzy godziny słońca. Na taką porę roku zaleca się dużo spacerów, mało ciężkiego jedzenia i picia i minimum stresów. Goździki pod język i dużo czosnku w każdej postaci. Ten pierwszy znakomicie odświeża oddech, a drugi najlepiej smakuje spożywany na dwa sposoby: albo na kanapce z chlebem i masłem, koniecznie posypanej solą, albo – a to już prawdziwa uczta – w liczbie trzech ząbków wciśniętych do greckiego, ciężkiego i gęstego jogurtu, rozrzedzonego dobrą oliwą z oliwek. W nocy przetrawiony czosnek ucieka wszystkimi porami w skórze, ale to pora dobra na przetaczanie czosnku przez pory. Podobne, antyseptyczne działanie mają żute bez pośpiechu suszone pączki goździkowca korzennego. Czosnek i goździk to bardzo jesienne smaki i zapachy.

dscf09981Jak pisze Poeta, „potwierdziły się plotki o nadejściu jesieni„, dlatego warto te trzy godziny promieni słonecznych dziennie kierować na ładne i ciekawe miejsca. Spacer nad rzekę jest świetnym pomysłem, jeśli niepokoi Was odchodzące w przeszłość lato. Wtedy najlepiej założyć na uszy słuchawki i zapętlić najważniejszą jesienną piosenkę, jaka powstała:

dscf0953A jeśli niepokoi Was trochę bardziej odległa przeszłość i jako starsi bracia w wierze macie się nieźle na białostockich uczelniach wyższych, prasie, telewizji i muzeach, konieczne odwieźcie jeszcze tej jesieni żydowski cmentarz na ulicy Wschodniej w Białymstoku. Cmentarze żydowskie na Podlasiu mają to do siebie, że nie są złowrogie i niepokojące. Tak jak nie sposób nie chodzić obojętnie po żydowskich kwartałach Tykocina czy Krynek, tak cmentarze w tych miastach, tak jak cmentarz w Białymstoku, pozostawiają gościa całkowicie obojętnym. Dlaczego? Być może dlatego, że ci na cmentarzach umarli w spokoju i spełnieniu, natomiast ostatni żydowscy mieszkańcy miasta nie mają swoich mogił przykrytych kamieniem. Dlatego może wydaje się, że krążą nad miastem i dlatego na cmentarzu jest dużo spokojniej niż w krynieckim Zaułku Szkolnym czy na tykocińskiej Koziej.