Strach przed miastem bez ludzi

Supraśl przypomina pod tym względem inne podlaskie miasteczka, których świetność jest już przeszłością. Do późnego popołudnia toczy się w nich jeszcze jakiekolwiek życie. Kobiety robią zakupy, mężczyźni przesiadują na gankach domów, a młodzież gromadzi się nad rzeką lub zalewem, słuchając muzyki i pijąc piwo. Kiedy jednak słońce zaczyna niepokojąco zbliżać się do linii puszczańskich drzew na horyzoncie, miasteczko natychmiast pustoszeje. Nawet psy, o ile mają swoich panów, trzymają się granic swoich podwórek.

Dziwnie się spaceruje zmierzchem po takich miejscach, jak Supraśl. Nawet, kiedy jest ciepły wieczór, ciekawe towarzystwo, a komary nad zalewem mniej uciążliwe niż zazwyczaj. Poczucie obcości i odklejenia od doświadczanej rzeczywistości dominuje nad innymi wrażeniami. Jest się bardzo na zewnątrz, bardzo poza tym miasteczkiem. Nie sposób wejść w ten żyjący miejski organizm, bo to ciało jest nieżywe. Strach przed miastem bez ludzi jest jak lęk przed śmiercią.

Reklamy

Majowe summarum

Pisane na wsi. Czterdzieści kilometrów od miasta. W absolutnym spokoju.

Kolejna próba ucieczki przed nieporządkiem. Brak pojęć umożliwiających spokojny ogląd sytuacji. W zróżnicowaniu zajęć, sytuacji, stanów siebie i nastrojów tego upływającego miesiąca nie sposób dostrzec wewnętrznej logiki lub – choćby – klamry spinającej te wydarzenia w spójną całość.

Wyjazdowe spotkanie Klubu Marzyciela w Ośrodku Wypoczynkowym Uniwersytetu w Ploskach, nad Narwią. Gorąca sobota. Leżenie na trawie, nad rzeką. Czytam, zasypiam, budzę się, znowu zasypiam. Niepokój przed bezpośrednim kontaktem z trawą, ziemią, szybko zamienia się w równie niepokojący spokój. Ludzkie ciało leżące na „gołej” ziemi może albo być martwe, albo żyć jeszcze bardziej.

Kawa z ekspresu w Ptasiej Osadzie i przypatrywanie się zachodzącemu słońcu. Odkrywanie zalet nicnierobienia, zalet trwonienia czasu na kawę, gazetę i patrzenie na niebo, drzewa, rzekę.

Marzyciel na drewnianym pomoście Ptasiej Osady. Atmosfera podniosła. Wspaniałe towarzystwo. Inspirująca dyskusja przy kawie i pestkach słonecznikowych. „Klątwa” Wyspiańskiego jako dramat o problemach komunikacyjnych. Trudność wyjścia poza język. Młoda reprezentująca czystą cielesność. Próba przekonania Karola, że miłość dla Wyspiańskiego nie istnieje. Błyskotliwy flow obu Wężów. Przemyślane mówienie Magdy i milczenie Doktora.

Ognisko do czwartej nad ranem. Granie na gitarze, wrzeszczenie, urwana struna. Wreszcie, kiedy już dnieje, zasypianie z podwyższonym tętnem na zapadniętym łóżku domku numer trzydzieści jeden.

Czwartkowe Metro. Gęsta, niezdrowa atmosfera miejsc, gdzie ze zbyt niskiego stropu skapują krople ludzkiego potu. Jest duszno i podziemnie, ale to ostatnie tylko w sensie dosłownym. Stoliki niesamowicie blisko siebie. Brak możliwości nie dotykania, nie ocierania się o kogokolwiek. Nieustający kontakt wzrokowy i cielesny. Brak możliwości ucieczki bez konieczności ponownego kontaktu. Wszechobecna cielesność sprzyja nadawaniu wszelkim kontaktom wymiaru seksualnego. Drum’n’bass przeplatany hitami lat osiemdziesiątych i radzieckimi hitami festiwalowymi. Biełyje rozy. Drażniąca dysproporcja pomiędzy manifestowaną offowością miejsca i ludzi, a efektem, jaki na stępiony alkoholem i legendą miejsca umysł wywołuje piosenka, którą już kiedyś się słyszało. Więc patrzysz i nie wiesz, czy wierzyć tym ludziom i w tych ludzi, skoro tak dużo w nich nieprawdy. Kiedy oszukuję sam siebie, nie mogę oszukać nikogo innego. Bo skąd wtedy wiem, że oszukuję? Kiedy poziom tej dysproporcji zapala alarmową lampkę, nie pozostaje nic innego, jak uciekać. Nocna taksówka spod kebabowni zabiera w bezpieczne miejsce.

Więc przyroda i plastik, spokój i niepokój, ład i nieuporządkowanie. Więc pisanie i trwonienie czasu, praca i leń. Więc prawda i kłamstwo, poezja i proza. Więc jest maj i maja nie ma.

Co czytać, Marzycielu?

W sytuacji bez wyjścia, kiedy nie potrafię udzielić odpowiedzi na pytana o zasadniczym życiowym znaczeniu, zwracam się do Ciebie, Marzycielu, z prośbą o radę. Podczas popołudniowo-wieczornej przejażdżki zadałem sobie pytanie, które zadać powinienem sobie już jakiś czas temu. Dzisiaj zadaję je Tobie.

Co czytać? Zapytałem na głos, pytam i Ciebie. Wszystkiego wszak się nie da, choć czyta się wszystko. Kiedy jednak próbuję dokonać świadomego wyboru, dwie rzeczy przychodzą mi do głowy. Czy ograniczenie, kryterium, powinno wynikać ze smutnej świadomości skończonego odcinka czasu na którym Miłosierna Opatrzność nas usadowiła? Czy też – i tutaj na samą myśl o tym przechodzą mnie dreszcze – może czytanie niektórych rzeczy nieść może szkody, powodować regres, siać spustoszenie w tkanej misternie tkance wrażliwości?

Bo choć nawet w najpodlejszej literaturze nie dostrzegam zła i nawet najplugawsze czytanie od nieczytania wyżej cenię, być może się mylę i w pułapki niebezpieczne wpadam, nic o tym nie wiedząc? Być może umysł mój kaleczę, przeskakując z Hayeka do Sierakowskiego, żonglując Dawkinsem na przemian z Tischnerem? Być może, budując dojrzałą strukturę, tworzę chaos? I, być może, stąd ten niepokój?

Nie linia, nie okrąg, lecz łuk

W wypadku przejściowych trudności z zaśnięciem, najlepszym wyjściem wydaje się oddanie rozważaniom nad poezją obłąkanego piechura Hölderlina. Oto krótki epigram pod tytułem Lebenslauf (Bieg życia), który, w przekładzie Antoniego Libery brzmi następująco:

Wysoko duch mój mierzył, ale szybko

Miłość i ból zaczęły go w dół ściągać

Tak życie zatoczyło łuk i oto

Wracam do punktu, z którego wyszedłem

Bieg życia nie jest więc według Poety ani skończoną drogą, z początkiem i końcem, nie jest prostą, bez początku i końca, nie jest również półprostą, z początkiem, acz bez końca. Bieg życia nie jest też Wiecznym Powrotem, jak chciał Nietzsche i inni Mistrzowie Wschodu. Życie nasze jest napiętą cięciwą łuku, która drży naciągana przez ponadczasowe siły. Miłość i Ból, grając ze sobą w nierozstrzygalną grę, raz to wprowadzają ją w drżenie, raz to sprowadzają spokój. Życie jest drżeniem łuku na wszystkich jego fragmentach, przechodzącym z góry na dół, nie dającym spokoju i jednocześnie zachłannie pochłanianym. Metafora życia jako łuku jest bardzo „pociągająca”.

„Zgubiłem dowód i nie roszczę praw”

… pisze Tomasz Różycki w otwierającym tomik „Vaterland” wierszu pod tytułem „Koniec wieków”. Wracam do wierszy, dawkując je ostrożnie. Codziennie jeden obłąkany Hölderlin, ze swoją niechęcią do rozumu i umiłowaniem emocji i poezji. Codziennie jeden Różycki, dla którego zmysłowość jest dostatecznym dowodem na brak stałych struktur we Wszechświecie. Świat komunikuje nam siebie poprzez znaki, które są jak gdyby pomostami pomiędzy myślącym i czującym człowiekiem, a przyrodą, z jej nieubłaganym rytmem, z jej determinizmem, z jej – wreszcie – przerażającym okrucieństwem. Okrucieństwem przejawiającym się przede wszystkim rozkładem. Zardzewiała furtka zostawia wzór na dłoni – i następuje moment zderzenia tego, co ludzkie, tego ludzkiego białka, z bezwzględnością, chropowatością przyrody. Nie da się tego zrozumieć, bo pytania o kompatybilność trafiają w próżnię: Co to wszystko może znaczyć, powiedzcie mi, próbowałem z nim porozmawiać, nocą jest taniej, ale zajęte, zajęte. Adresat nie odpowiada, trzeba więc wracać do życia (otwieram drzwi, otwieram gazetę, otwieram oczy). Pytania pozostają. Nie roszczę sobie praw do odpowiedzi na nie.

Uwagi o „Klątwie” Stanisława Wyspiańskiego

Pierwszy raz wam to, stare ludzie, że się nie potraficie brać? Krzepcej się ruszcie! – mówi Młoda w jednej z pierwszych scen dramatu określając główną oś problemu. „Klątwa” to opowieść o konflikcie pomiędzy młodością utożsamianą z cielesnością i indywidualizmem, a starością utożsamianą z duchowością i wspólnotowością. A więc z jednej strony nastoletnia, piękna i bezkompromisowa dziewczyna (Młoda), z drugiej zaś stary, zabobonny, ciemny Lud. Postaciami tragicznymi ci, którzy stoją pośrodku: Pustelnik, bliższy Ludowi oraz Ksiądz, bliższy Młodej. Pustelnik jest statyczny, Ksiądz jest w ciągłej nierównowadze, stale ucieka, jest karykaturą duchowości. Na samym środku jest Bóg, skojarzony nie z duchowością, ale z tym, co łączy ciało i umysł: ze Słowem. Stąd ostatnie słowa dramatu: Padajcie o ziem głową!! Bóg mówi – Słowo!!!, po czym rozlegają się pioruny.

Jest to więc wielki dramat antymetafizyczny, ale równocześnie antyhedonistyczny. Bohaterowie opowieści są umiejscowieni na osiach stworzonej przez Wyspiańskiego struktury pojęciowej z matematyczną precyzją. Sam środek tej struktury wydaje się być pusty, pozbawiony postaci centralnej. Wejście Matki wprowadza zamieszanie. Struktura zostaje wstrząśnięta. Następuje próba ponownego ustanowienia postaci centralnej. Nie może tego zrobić niepiśmienna matka, bowiem nie zna Słowa. Stąd też jej odwołania do kary Boskiej nie przekonują nikogo, ani jej syna (Ksiądz), ani Młodej.

Przypomnienie tożsamości Boga i Słowa jest w kontekście tej tragicznej historii przekonujące. I potrzebne, bowiem z dramatu przebija zagubienie bohaterów w świecie, który został im dany. Nie wierzą w moc Słowa, uciekając bądź to w cielesność (samospalenie Młodej i jej dzieci było najbardziej radykalną ucieczką w cielesność), bądź to w prymitywną ludową duchowość.

Obie drogi okazują się błędne, ale na swój sposób bezpieczne, bo dotykające zasadniczego problemu bardzo powierzchownie. Prawdziwe igranie z ogniem uprawiają Pustelnik i Ksiądz. Tylko oni wiedzą naprawdę, gdzie leży tajemnica tej gry. Pustelnik mówi do Księdza: Mówię, że trwogę znasz tajemną ty sam, co igrasz z ludem słowami!. Tak więc zabawa językiem jest największą zbrodnią i za nią tak naprawdę czeka nas klątwa. Większym od grzechu cudzołóstwa jest występek zbrodni na języku, nie tyle samego kłamstwa, ale posługiwania się językiem metafizyki w sprawach przyziemnych. Grzech usprawiedliwiania własnych lub cudzych występków popełnia również Pustelnik, powinien więc czuć się tak samo winny za suszę, co Ksiądz.

Koło się więc zamyka. Nie grzeszą ci, którzy albo nie chcą się posługiwać Słowem, wybierając cielesność (Młoda), albo ci, którzy Słowa nie znają (Lud). Igrający ze Słowem, czyli po prostu posługujący się nim nierozważnie, zsyłają na ziemię klątwę. Klątwę, której ofiarami stają się Młoda i Lud.

Zapach papieru

Bardzo lubię zapach papieru. Pierwsze pismo, które miałem zaprenumerowane – Świat Młodych – było drukowane za moich czasów na takim szeleszczącym i z dzisiejszej perspektywy zapewne śmierdzącym papierze. Dzisiaj od czasu do czasu udaje mi się wywąchać podobny zapach, który jest jak zapach magdalenki. Dzisiaj przyjemności dostarcza zapach codziennej gazety, otwieranej po raz pierwszy rano, przy porannej yerba mate. Dzisiaj satysfakcję dla moich nozdrzy sprawia paczka z Merlina, otwierana z niecierpliwością. Wiem, że znajdę tam papier, którego dotykała jedna, najwyżej dwie osoby i zapach człowieka przegrywa z zapachem papieru. Moje mieszkanie jest zdominowane przez książki, a ich dyskretny zapach zdominował inne. Zapach tysięcy kart papieru, woń celulozy i farby drukarskiej, zapach spoiwa łączącego strony. Czytanie rozpoczynam od przesunięcia palcem po półotwartej książce, aby wiatr wzbudzony przelatującymi stronami powiał nowym zapachem. Poza zapachem papieru, lubię też jego dotyk.