Mike Newell – Książe Persji. Piaski Czasu

Przez grę „Prince of Persia” zmarnowałem któreś dziecięce wakacje nad morzem. Zamiast biegać po lesie, wspinać się po drzewach albo pluskać w morzu, siedziałem w zatęchłym domku, przy pececie z niewyobrażalnymi z dzisiejszego punktu widzenia parametrami i gapiąc się w ekran z grafiką VGA przechodziłem mozolnie kolejne levele tej uzależniającej gry. Zaangażowanie było tak wielkie, że chwilami zapominałem o tym, że jestem na obozie harcerskim nad zimnym Bałtykiem i przenosiłem się do tajemniczego świata bliskowschodnich komnat, korytarzy i labiryntów. Tocząc bezlitosną walkę z czasem, przeskakiwałem kolejne przepaście, pokonywałem w zażartych pojedynkach dziesiątki przeciwników, by w końcu, po przejściu ósmego poziomu, uwolnić księżniczkę z rąk okrutnego Jaffara. Przejście tych trzech ostatnich leveli było moim pierwszym poważnym osiągnięciem życiowym (mam nadzieję, że nie najpoważniejszym).

Film, który właśnie wszedł na ekrany, jest dosyć swobodnym nawiązaniem do gry, z której zaczerpnął tytuł i ogólny kontekst. Rzecz rozgrywa się w VI wieku po Chrystusie. Król Persji Sharaman (Ronald Pickup) wraz z trzema synami: Tusem (Richard Coyle I), Garsivem (Tobby Kebbell) i przyszywanym Dastanem (Jake Gyllenhaal) zdobywają miasto Alamut w „pakiecie” z księżniczką Taminą (Gemma Artenton). Bezpośrednio po zwycięskiej bitwie, w tajemniczych okolicznościach ginie król. O jego śmierć zostaje oskarżony najmłodszy, przygarnięty przez króla Dastan. Ucieka przed żądnymi zemsty braćmi, zabierając ze sobą Taminę. W trakcie okazuje się, że śmierć króla i niesprawiedliwe oskarżenie były częścią misternie utkanej intrygi mającej na celu przejęcie władzy nad Imperium Perskim.

„Książe Persji” wykorzystuje wszystkie znane i sprawdzone chwyty gwarantujące pełne napięcie i zainteresowanie widza od początku do końca. Po pierwsze, zastosowano tu  uniwersalne socjobiologiczne matryce: rywalizacja braci o schedę po ojcu, walka kilku mężczyzn o jedną kobietę, kontrasty pomiędzy nieprzyjazną pustynią i burzami piaskowymi a miastami wokół oaz, motyw utraconego i odzyskiwanego ofiarą zaufania, marzenie o maszynie umożliwiającej podróżowanie w czasie, figura niezniszczalnej jednostki, która ocala świat przed zagładą. Wszystko to oczywiście już było, i to w niezliczonych mutacjach i odmianach, jednak film ten jest nakręcony z taką zręcznością i nasycony tak wieloma drobnymi pomysłami realizatorsko-montażowymi, że ogląda się go z prawdziwą przyjemnością.

Gdyby nie to, że w filmie trup się ściele nieco zbyt gęsto i że nie mam dzieci, pewnie zabrałbym potomstwo na „Księcia Persji”, bo jest to naprawdę ładne, ciekawe, efektowne lecz nie efekciarskie kino przygodowe. W porównaniu z pikselozą gry sprzed 20 lat można się naprawdę zatracić, gdyby nie fakt, że po pewnym czasie zamiast poddać się awanturom, pojedynkom i – ogólnie –  magii kina, zajmujące okazuje się odszyfrowywanie socjobiologicznych matryc nawet w tak dobrym filmie jak „Książe Persji”.

Tadeusz Paradowicz – Fenomen

Jestem tego pewny: jest to najgorszy film, jaki widziałem w moim długim życiu. Nie przesadzam. Trudno mnie nazwać wybrednym, lubię proste kino, rozumiem filmowy kicz, wiem, że czasami jest pure nonsense, ale to, co proponuje się ludziom za te 3 euro nie jest warte Waszej uwagi nawet, gdyby ktoś Wam proponował pieniądze za obejrzenie tego tak zwanego filmu. To coś (bo film to zdecydowanie za dużo), próbuje opowiadać o perypetiach trzech dziewcząt: dwóch potwornie głupich siostrzyczek i jednej – nie wiadomo, czy głupiej, bo potwornie nijakiej gwiazdeczki oper mydlanych, aktualnie na życiowym zakręcie. Z litości i z nadzieją na odbicie się od dna pominę nazwiska aktorek, które wcieliły się w te „postaci”. Ich celem jest odnalezienie tego jednego (fenomenalnego) partnera. W Płocku, nad Wisłą, odbywa się w tym celu casting do męskiej roli w bliżej nieokreślonym filmie. Wszystko kończy się tak, że wszyscy odnajdują swoje fenomeny, czego trudno było się nie domyśleć.

W tak zwanym międzyczasie, czyli przez bite dziewięćdziesiąt minut, nie ma ani jednego dobrego żartu. Co tam, żartu! Żaden dialog nie trzyma się kupy, żadna scena nie jest zrobiona porządnie. Przed widzem przetacza się natomiast galeria postaci kompletnie bez wyrazu, pozbawionych inteligencji ani cienia potencjału, aby sobą widza zainteresować.

Mówiła mi znajoma, że film się podoba i młodzież wychodzi zadowolona. Że są tacy, którzy twierdzą, że jest to śmieszna komedia o Polsce. Jeśli tak, to film ten mówi coś bardzo tragicznego o polskim widzu, o polskiej młodzieży, o Polakach i Polsce w ogóle.

Rildey Scott – Robin Hood

Szedłem na ten film pewien obaw, wyszedłem uspokojony. Bałem się, że po raz kolejny dostanę naiwne utopistyczne idealizowanie szlachetnego rzezimieszka i przestępcy, łupiącego głupich, próżnych bogaczy i rozdającego owoce tych kradzieży i rozbojom biednym. W rzeczy samej, nowa ekranizacja przygód Robin Hooda jest pierwszym presequelem tej sagi. Nie opowiada o „szlachetnej” działalności Robina w lasach Sherwood, ale o tym, co go do tego doprowadziło. I okazało się, że zamiast wykreowanego w mojej głowie Robina – XIII wiecznego Che Guevary – dla wszystkich zwolenników tzw. sprawiedliwości społecznej – zobaczyłem Robina – prekursora obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec opresywnej bestii państwowej. Robina socjalistę zastąpił Robin – liberał.

Akcja rozpoczyna się od służby Robina w armii króla Ryszarda Lwie Serce, toczącego wojnę z Francją. Po śmierci króla Robin udaje się do Nottingham, podupadłego miasta wyniszczonego nieustannie podnoszącymi podatkami. Przy okazji wplątuje się w aferę, która zagraża stabilności królestwa. Pojawiają się ludzie, którym istnienie Robina nie jest na rękę. Jego walka i – ostatecznie – chwała – nie wynika z jakiejkolwiek misji, przeznaczenia, charyzmy. Jest raczej walką osoby zmuszonej przez okoliczności i poczucie przyzwoitości do obrony spraw oczywistych i podstawowych – wolności, wspólnoty, prawdy, rozsądku.

Postać stworzona tu przez Russella Crowe’a bardzo przypomina „Gladiatora”. Bohater nie jest charyzmatyczny w potocznym sensie tego słowa.  Nie wzbudza zachwytu jego powierzchowność, nie potrafi przemawiać, nie uśmiecha się ładnie. Ridley Scott polemizuje z wizerunkiem Robin Hooda stworzonym w poprzednich ekranizacjach przygód szlachetnego zbója  z Sherwood. Podoba mi się ten nowy Robin Hood – już nie piękny socjalista, ale przyzwoity liberał.

Podobno…

…nie ma już Francji. To tytuł nowego singla zespołu, do którego mam ewidentną, poddawaną częstokroć krytyce słabość. Jednak powodów tej słabości można wskazać szereg. Po pierwsze, lubię język tej ich nowej piosenki. Gdzieś wyczytałem, że słowa podyktował podobno braciom Holakom Michał Wiraszko z Much. Coś musi być na rzeczy. Wyrzucili z zespołu bębniarza, podobno dlatego, że nie wyglądał dość fajnie. Bardzo świadomie, podobno z inspiracji taty, próbują z nastoletniego Mateusza Holaka zrobić głos pokolenia. Teksty mają kompletnie bez sensu, ale w tym chaosie jest podobno metoda. Chórki w tej piosence są jak z lat siedemdziesiątych, a trąbki jak z późnych Beatlesów. Podobno na co dzień mówią, że byli „w radiu”, ale ktoś im podpowiedział, że „w radio” będzie lepiej.

Samosy, gulab jamun, dahi bhat

Samosy

Za pomocą całkowicie amatorskiej, nie wspartej żadnym naukowym czy filozoficznym backgroundem klasyfikacji dzielę ludzi na dwie grupy. Tych, którzy przykładają wagę do jedzenia i całej otoczki z nim związanej i ci, którzy jedzenie traktują wyłącznie jako czynność fizjologiczną, przykry, ale konieczny warunek trwania. Sam oczywiście zaliczam się do pierwszej grupy i staram się otaczać osobami, które jedzenie traktują z należną mu powagą.

Gulab Jamun

Sam nie potrafię gotować, ale mam szczęście do kilku znajomych, którzy tę piękną i pożyteczną sztukę opanowali w stopniu mistrzowskim. U M. próbowałem ostatnio trzech przysmaków kuchni indyjskiej. Samosy ceniłem i znałem z nieodżałowanego, zlikwidowanego  Gopalu na tyłach Surażskiej. Jest to danie bardzo pracochłonne. Do prostego ciasta z mąki, wody, masła i soli nakłada się ostro przyprawione warzywa z kminkiem, zawija w pierogi wielkości małej pięści i smaży na głębokim tłuszczu. Do samos podano dahi bhat, czyli ryż z mlekiem, jogurtem i papryką, wszystko równie ostre, jak samosy. Prawdziwym przebojem był jednak gulab jamun. Jest to coś w rodzaju naszych pączków (kulek z ciasta opartego na mleku i mące), pływających w supersłodkim syropie przyprawionym kardamonem. Prawdziwa słodycz i bomba kaloryczna, a jednocześnie czysta przyjemność miękkiej substancji rozpływającej się po podniebieniu.