Samosy, gulab jamun, dahi bhat

Samosy

Za pomocą całkowicie amatorskiej, nie wspartej żadnym naukowym czy filozoficznym backgroundem klasyfikacji dzielę ludzi na dwie grupy. Tych, którzy przykładają wagę do jedzenia i całej otoczki z nim związanej i ci, którzy jedzenie traktują wyłącznie jako czynność fizjologiczną, przykry, ale konieczny warunek trwania. Sam oczywiście zaliczam się do pierwszej grupy i staram się otaczać osobami, które jedzenie traktują z należną mu powagą.

Gulab Jamun

Sam nie potrafię gotować, ale mam szczęście do kilku znajomych, którzy tę piękną i pożyteczną sztukę opanowali w stopniu mistrzowskim. U M. próbowałem ostatnio trzech przysmaków kuchni indyjskiej. Samosy ceniłem i znałem z nieodżałowanego, zlikwidowanego  Gopalu na tyłach Surażskiej. Jest to danie bardzo pracochłonne. Do prostego ciasta z mąki, wody, masła i soli nakłada się ostro przyprawione warzywa z kminkiem, zawija w pierogi wielkości małej pięści i smaży na głębokim tłuszczu. Do samos podano dahi bhat, czyli ryż z mlekiem, jogurtem i papryką, wszystko równie ostre, jak samosy. Prawdziwym przebojem był jednak gulab jamun. Jest to coś w rodzaju naszych pączków (kulek z ciasta opartego na mleku i mące), pływających w supersłodkim syropie przyprawionym kardamonem. Prawdziwa słodycz i bomba kaloryczna, a jednocześnie czysta przyjemność miękkiej substancji rozpływającej się po podniebieniu.