Rytm dnia i nocy całkowicie zwichrowany. Duża część dnia przespana. Cieszy tylko renesans snów, które jednak dużo mówią o sobie. Podczas dzisiejszego przesypiania kolejnej depresyjnej doby obraz kolegi wyrzucającego w obecności osób trzecich moją bezczynność. Rozpaczliwe próby prostowania idą jak w próżnię.
Więc po północy czuję się, jakby była szesnasta. O godzinie zero dwunasta mam ochotę na lunch. To miasto nie oferuje o tej porze nic ponad cztery budy z kebabem. Więc wyjeżdżam na nocny cruising w poszukiwaniu pożywienia. Miasto żyje i pulsuje zwiększonym alkoholem tętnem studentów i licealistów. Śnieg lekko posypuje skulone sylwetki chłopaków w t-shirtach z H&M i levisach. Dziewczęta przed klubami w krótkich spódnicach próbują rozmawiać przez komórki, przerzucając je z ziębniętych prawych rąk do równie zziębniętych lewych. Kolejki przed kanapkarnią na rogu Lipowej i Malmeda. Wszystko to przypominałoby Ibizę o pierwszej nad ranem, gdyby nie te minus dwa stopnie Celsjusza i śnieg. Tłumy przetaczające się z M7 do Loftu, z Yyzzy do Tunelu, z Cabaretu na Strych. Taksówki podjeżdżające pod drzwi klubów na Kilińskiego, usługa dla tych, których ta noc już dostatecznie zmęczyła lub dla tych, którzy osiągnęli, co planowali. O trzeciej, czwartej, w klubach pozostaną ci, którym jest wszystko jedno.
Fotografia przedstawia Lalki w październiku 2005. Nam nie było wszystko jedno. To żart.

Reklamy

Stopień nieuporządkowania i niecierpliwość nie pozwala mi jeszcze na czytanie poezji. Dzisiaj podjąłem pierwszą, z góry skazaną na niepowodzenie próbę. Postanowiłem odczytać raz jeszcze epitafium na grobie Rilke’go:

Rose, oh reiner Widerspruch, Lust,
Niemandes Schlaf zu sein unter soviel
Liedern.

Różo, sprzeczności czysta, pragnienie,
by stać się snem niczyim pod tylu
powiekami.

U Rilkego splatają się w poetycką całość: namiętność i emocje duszy z precyzją i przejrzystością umysłu. Literatura totalna. Jednak nie potrafię tego jeszcze czytać i rozumieć.

Otóż okazuje się, że można się dostać błyskawicznie do lekarza za naprawdę niewygórowane pieniądze. Dzisiaj, około południa, zawiozłem ojca do neurologa. Dopadła go rwa kulszowa, którą uda się wyleczyć za jedyne sześćdziesiąt złotych polskich (w tym czterdzieści to wizyta u lekarza). Gdyby tylko nie ta świadomość, że co miesiąc kilkaset złotych z podatków przeznacza się na nieefektywną i nieosiągalną dla tak niecierpliwej jak ja osoby publiczną służbę zdrowia.

Białystok deszczowy i smutny. Od asfaltów ulic odbijają się światła latarni, reflektorów samochodów, ulicznych witryn neonów. Godziny szczytu. Siedząc w chińskiej knajpie na rogu Warszawskiej i Pałacowej (wieprzowina w sosie czosnkowym, złotych dwanaście) i patrząc na ruchliwe skrzyżowanie mam wrażenie wielkomiejskości – nawet obrzydliwy Hotel Gołębiewski błyszcząc wściekle przypomina Hilton. Przez przypadek zjadam kawałek przeraźliwie ostrej papryki i przez dobre pięć minut umieram. Łzy wypływają strumieniami.

Ten równie brzydki jak hotel po przeciwnej stronie ulicy handlowiec (socjalistyczna wersja galerii handlowych), w którym na najniższej kondygnacji znajduje się ta chińska knajpka, był popularny wśród uczniów III LO, do którego uczęszczałem. Znajdowała się tam cukiernia, w której zaopatrywaliśmy się w ciastka („po lekcjach chodziliśmy tam na kremówki”). Miłośnicy tytoniu przechodzili jeszcze często na drugą stronę Warszawskiej, aby po przejściu takim przesmykiem obok salonu fotograficznego, dostać się na podwórko kamienicy, gdzie odstraszając tamtejszych małolatów okupowali z papierosami huśtawki i piaskownice.

Poniżej zdjęcie z jesieni 2004. Skyline Śródmieścia.

Jesień bardzo zmienna – pogodowo i nastrojowo. Ostatnio gorszy okres, chyba również z powodu przeziębienia i dolegliwości żołądkowych, ale też jakichś podskórnych niesnasków w pracy. Do tego wszystkiego dochodzi takie nieregularne poświęcenie pracy. Pomagają bardzo moje rozbudzone nadzieje związane ze zmianą władzy w Polsce. Bardzo podoba mi się styl uprawiania polityki przez Tuska, nawet jeśli wynika on bardziej z pragmatyki politycznej niż rzeczywistych ideałów.
Ciągle mam nadzieję, że uda się pojechać na Otryt jeszcze w tym roku. Dostałem nieźle płatną chałturę, która mi zajmie na około tydzień, ale tego listopada jeszcze trochę jest.
Dzisiaj po raz pierwszy spadł śnieg. Pojechałem wieczorem do Tesco na zakupy (mój organizm poinformował mnie o braku cytrusów). Miasto było puste i śliskie. Padał deszcz, śnieg i wiał zimny wiatr. I tylko strach przed smutkiem związanym z odmową uniemożliwił mi zabranie grupy zmarzniętych ludzi z przystanku na szosie obwodowej.
Poniżej zdjęcie jesieni poprzedniego roku. Zrobione w okolicach miejscowości Skrybicze, przy drodze do Wojszek.