Niedokończone domy

DSC01431n

Krajobraz prowincjonalnych miasteczek i wsi upstrzony jest tysiącami niedokończonych domów. Wszystkie są takie same, choć budowane z betonowych pustaków są legalną albo tylko estetyczną anarchią architektoniczną, krwawym wrzodem jątrzącym brzydotę między przedwojennymi kamienicami albo domami z drewna. Nie mają tynku ani balustrad. Ich balkony są złym snem rodziców, których pozostawione bez opieki potomstwa spadają z pierwszego lub drugiego piętra wprost na wylany niedbale podjazd dla samochodu. Azbestowe dachy i stalowe, pordzewiałe rynny, zdradzające tryb ekonomiczny inwestorów, budujących wymarzoną willę dla dwupokoleniowych rodzin. Te nieukończone domy stoją w miejscu po starych, rozebranych, drewnianych domach. Są zdeformowanym, zdegenerowanym, nieudanym symbolem tak zwanej nowoczesności, która sprowadzała się do ścian z betonu, kibla i łazienki i centralnego ogrzewania. Po tych domach nie można chodzić w butach. Pachną grzybem na ścianach, wstydliwie przykrytym tapetą, odlepiającą się pod sklepieniem i nierówno wypoziomowaną ścianą. Górują dumnie nad drewnianymi domostwami naszych babć i prababć, dziadków i pradziadków.

Reklamy

Przełęcz

Przełęcz Dukielska to jeden z najniżej położonych szlaków przecinających linię Karpat. Wygodna droga do przekraczania granicy, dokładnie pół kilometra nad poziomem morza. Od północy bohaterka Stasiukowego poematu o słońcu – miasteczko Dukla z kuriozalnie wielkim ratuszem na wyludnionym rynku. Od północy – Vyšný Komárnik – smutna wieś ze zwróconymi na zachód lufami sowieckich czołgów na betonowych cokołach.

Granicę określa najbardziej światło. Układa ono relacje sąsiedzkie i międzypaństwowe, wyznacza upodobania kulinarne, daje kolor roślinom i dostacza aromatu mięsu. Po obu stronach Karpat wszystko jest inne, a odpowiada za to świało.

Jedziemy na Południe. Dziewiętnastką przez Lubelszczyznę i Podkarpacie. Lipcowa zieleń jest ciężka, mokra i intensywnie ciemna. Jest upalny, letni dzień. Na polach pracują, przy sklepach w takich miejscach, jak Ryboły, Anryjanki, Sokołów Małopolski albo Kock, wszystko wygląda tak samo. Opaleni na brąz, ogorzali, rozebrani do pasa nieogoleni mężczyźni piją piwo kucając przy bielonych ścianach sklepów spożywczych. Tysiące przejeżdżających każdego dnia aut witają spojrzeniem nie zdradzającym ani sympatii, ani gniewu. Chyba jest za gorąco na skrajne emocje.

Nocą przekraczamy umowną granicę. Świt wita nas gdzieś na granicy słowacko-węgierskiej. To nie jest już żadna granica. Po obu stronach łagodne wzgórza Tokaju. Słowackiego, węgierskiego, to bez znaczenia.

Przekroczyliśmy Karpaty. Przejechaliśmy przełęcz. Wystarczyło, aby zmieniło się wszystko. Wszystko, a tak na prawdę jedno. Słońce, które osuszyło ciężką zieleń i dodało jej żółci, fioletów i brązów. Wzdłuż mijanych ulic, wieśniacy piją czerwone wino z grubych szklanek i nie zajmuje ich przesuwający się za plecami sznur samochodów. Interesuje ich rozmowa, błahość, lekkość.

Sprawy, za które my oddawaliśmy życie, dla nich są błahostką. Zabiliby jednak za rzeczy, które są dla nas nieważne. Wszystko tu jest inne. Świeci słońce.

Winorosla Tokaju.