Niemowlęta potrafią odczytywać emocje innych ludzi

Wbrew powszechnemu przekonaniu, niemowlęta potrafią odczytywać uczucia innych ludzi, być może nawet dużo lepiej, niż dorośli odgadują uczucia niemowląt. Profesor psychologii Ross Flom udało się udowodnić, że umiejętność ta wykształca się już w wieku pięciu miesięcy. Jak wynika z badań profesor Flom, niemowlęta potrafią odczytywać emocje nie tylko innych ludzi, ale również zwięrząt, takich jak psy albo małpy.

Ponieważ noworodki nie potrafią werbalizować swoich potrzeb (głodu, snu, zmęczenia), pierwotnym sposobem komunikowania ich potrzeb są emocje – twierdzi Flom. Dlatego zmiany nastroju i potrzeb przejawiają się u nich za pomocą umiejętnego wzbudzania uczuć u bliskich. Umiejętność ta pojawia się około szóstego miesiąca życia w przypadku bliskiej rodziny i około siódmego – w przypadku pozostałych dorosłych.

Aby sprawdzić, w jaki sposób niemowlęta odbierają (odczytują) emocje swoich rówieśników, Flom i jej zespół postanowił sprawdzić umiejętność dopasowywania dźwięków wyrażających określone emocje z odpowiadającymi im wyrazami twarzy. Okazało się, że już pięciomiesięczne dzieci potrafią skojarzyć pozytywne i negatywne odgłosy swoich rówieśników z odpowiadającymi im gestami twarzy. Posiadają one tę umiejętność dlatego, że służy im ona do przekazywania i komunikowania ich własnych emocji do innych ludzi.

Jak zrealizowano eksperyment? Dzieci zostały posadzone przed dwoma monitorami. Na jednym wyświetlano film ze śmiejącym się niemowlęciem, a na drugim – z dzieckiem smutnym, niezadowolonym. Kiedy z głośników wydobywał się głos zadowolonego dziecka, niemowlęta przed monitorami skupiały uwagę na nagraniu śmiejącego się szkraba. Zjawisko zachodziło – analogicznie – również w drugą stronę. Ważne, iż nagranie wideo nie było zsynchronizowane z dźwiękiem wydobywającym się z głośnika.

Flom twierdzi, że dzięki temu badaniu potwierdzamy się w przekonaniu, iż nawet bardzo małe dzieci są bardzo uwrażliwione i na pewnym poziomie “świadome” różnego rodzaju emocji. “W pierwszych 2 i pół roku życia uczymy się więcej, niż przez całe nasze życie, dlatego tak ważne jest dbanie o prawidłowy rozwój niemowlaków, gdyż to procentuje przez całe życie”. 

Źródło: Mariana Vaillant-Molina, Lorraine E. Bahrick, Ross Flom.Young Infants Match Facial and Vocal Emotional Expressions of Other Infants. Infancy, 2013;

Marcin Kołodziejczyk – B. Opowieści z planety prowincja

Byłoby niezmiernie przykro, gdyby ta świetna książka przeszła przez polską scenę literacką bez echa, ale kiedy szuka się informacji czy recenzji na jej temat, trudno znaleźć coś wartego uwagi. A szkoda, bo “Opowieści z planety prowincja” to współczesna kontynuacja twórczości piewców polskiej prowincji i przedmieść, takich jak zapomniany Marek Nowakowski.

Echa autora “Benka Kwiaciarza” odnaleźć można w proletariackim języku, na który Kołodziejczyk jest bardzo wyczulony. Krótkie zdania, ubogie słownictwo, bogactwo bluzgów – składają się na te opowiadania, które w większości składają się dialogów-opowieści.

Są to historie o polskiej prowincji, o świecie, z którego istnienia nie zdaje sobie sprawy większość mieszkańcow wielkich miast, przemieszczających się międzi nimi autostradami i pociągami Inter-City. Bohaterowie opowiadań Kołodziejczyka to gastarbaiterzy, robotnicy najemni, bezrobotni, matki na zasiłku z GOPS-u albo zwykli złodzieje. Żyją za kilkaset złotych miesięcznie, z których większość przeznaczają na tanie alkohole, produkty z Lidl’a i Biedronki. Spędzają swoje życie przed telewizorem. Poruszają się kolejkami podmiejskimi albo dwudziestoletnimi autami sprowadzonymi z Niemiec.

Marcin Kołodziejczyk nie wchodzi ani w rolę piewcy polskiej popegeerowskiej prowincji, ani nie jest kolejnym Stasiukiem, czerpiącym z rozpadu, biedy i marazmu powód do ochów i achów. Jest bardzo wnikliwym obserwatorem, wyczulonym na język, rytuały, obyczaje i styl życia tych ludzi. To właśnie człowiek jest w centrum zainteresowania autora. Czy dobry, czy zły, na to pytanie Kołodziejczyk nie odpowiada, pozostawiając to czytelnikom.

Niedokończone domy

DSC01431n

Krajobraz prowincjonalnych miasteczek i wsi upstrzony jest tysiącami niedokończonych domów. Wszystkie są takie same, choć budowane z betonowych pustaków są legalną albo tylko estetyczną anarchią architektoniczną, krwawym wrzodem jątrzącym brzydotę między przedwojennymi kamienicami albo domami z drewna. Nie mają tynku ani balustrad. Ich balkony są złym snem rodziców, których pozostawione bez opieki potomstwa spadają z pierwszego lub drugiego piętra wprost na wylany niedbale podjazd dla samochodu. Azbestowe dachy i stalowe, pordzewiałe rynny, zdradzające tryb ekonomiczny inwestorów, budujących wymarzoną willę dla dwupokoleniowych rodzin. Te nieukończone domy stoją w miejscu po starych, rozebranych, drewnianych domach. Są zdeformowanym, zdegenerowanym, nieudanym symbolem tak zwanej nowoczesności, która sprowadzała się do ścian z betonu, kibla i łazienki i centralnego ogrzewania. Po tych domach nie można chodzić w butach. Pachną grzybem na ścianach, wstydliwie przykrytym tapetą, odlepiającą się pod sklepieniem i nierówno wypoziomowaną ścianą. Górują dumnie nad drewnianymi domostwami naszych babć i prababć, dziadków i pradziadków.

Za późno na dworcu? Odrzucona karta kredytowa? Wszystko to wina nadprecyzji.

Zbyt wielkie przekonanie o precyzji własnych przekonań i przewidywań (overprecision) może mieć poważne konsekwencje w wielu dziedzinach życia: na giełdach akcyjnych, w pracy lekarzy, bukmacherów, pilotów i kierowców. W codziennym życiu może prowadzić do sporów w zwykłych dyskusjach.

Z badań Alberta Mannesa i Dona Moore wynika, że owa “nadprecyzja” jest nie tylko powszechna, ale stanowi ważną część tego, co określamy mianem “przesadnej pewności siebie” (overconfidence). Ta ostatnia wynika z wysokiej skuteczności naszych codziennych przewidywań.

Badanie pokazało, że im bardziej jesteśmy pewni co do przewidywań w warunkach niepewności, w tym mniejszym stopniu jesteśmy skłonni do zmiany naszych przewudywań w momencie zmiany warunków lub zwiększenia kosztów ewentualnego błędu.

Jednym słowem, przeceniamy wartość wiedzy, którą – naszym zdaniem – posiadamy i nie doceniamy wiedzy, której – naszym zdaniem – nie posiadamy.

Wyniki badania opublikowano w Psychological Science, periodyku the Association for Psychological Science.

Zjawisko “nadprecyzji” zazwyczaj bada się za pomocą pytań o oszacowanie, z pewnością np. 90%, pewnej wartości liczbowej, na przykład długości rzeki. Niestety, tego typu metoda nie zawsze jest skuteczna i niekoniecznie odzwierciedla szacowania, których dokonujemy w codziennym życiu. Przybycie na dworzec kolejowy na 15 minut po planowanym odjeździe nie jest tym samym, co przybycie 15 minut wcześniej.

Mannes i Moore stworzyli trzy narzędzia badające asymentryczną naturę codziennych oszacowań. Uczestnicy badania próbowali odgadnąć temperaturę w losowo wybranych dniach, a dokładność przewidywań była nagradzana czymś w rodzaju loterii z nagrodami. W niektórych przypadkach, losy przyznawano tym, którzy odgadli temperaturę dokładnie lub prawie dokładnie. W inych przypadkach tym, którzy trafili, lub wskazali zbyt wysoką wartość. W jeszcze innych tym, którzy trafili, lub wskazali zbyt nisko.

Okazało się, że badani dopasowywali swoje przewidywania do antycypowanej wypłaty po otrzymaniu (lub nie) wygranej. To było do przewidzenia.

Interesujące było jednak to, że badani dopasowywali swoje przewidywania w stopniu niewspółmiernym do posiadanej przez nich wiedzy o lokalnych temperaturach powietrza, tak, jakby byli zbyt mocno przeświadczeni i swoich możliwościach przewidywania.

Dopiero, gdy badani wprowadzili wygórowany czynnik w postaci dwuipółkrotnego przemnożenia możliwego błędu, zdołali przezwyciężyć skłonność badanych do nadprecyzji.

Zjawisko to tłumaczy wiele sytuacji, w których skłonność do zbytniej wiary do własnych możliwości szacowania prowadzi do mniej lub poważnych problemów. Spóźnień na lotnisko, odrzuconych kart kredytowych i wielu innych sytuacji, kiedy pozostawianie sobie zbyt małej przestrzeni na błąd prowadzi do kłopotów.

A. E. Mannes, D. A. Moore. A Behavioral Demonstration of Overconfidence in Judgment. Psychological Science, 2013; DOI: 10.1177/0956797612470700

Anthony Bourdain – Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego

To, co czytelników książki Tony’ego Bourdaina odstrasza, zniesmacza i nudzi, dla mnie jest największą wartością tej przeszło trzystustronnicowej książki o kulinarnych podróżach znanego kulinarnego celebryty, autora wziętych programów telewizyjnych o gotowaniu. Otóż Bourdain proponuje zgoła nieortodoksyjne podejście do jedzenia i całej związanej z nim otoczki. Sprowadza się ono do kilku bliskich mojemy sercu zasad.

Pierwsza z nich to sprzeciw wobec dominującego (na szczęście coraz słabiej) dyktatu tak zwanej “zdrowej” kuchni: redukującej za wszelką cenę tłuszcz, kalorie i jednolicącej w ten sposób sztukę kulinarną na całym świecie. Bourdaina brzydzi ów dyktat podobnie jak dyktat fast-foodów. Jedzenie nie dzieli się według niego na “zdrowe” i “niezdrowe”, ale na dobre lub złe.

Co jeszcze sprawia, że ta książka może się wydać kontrowersyjna? Z podobną powyższej ostentacyjnością odnosi się Bourdain do zakorzenionego szczególnie na Zachodzie przekonania, że w kuchni za wszelką cenę musi być sterylnie czysto. Otóż – nie musi – by jedzenie sprawiało przyjemność i nie wywoływało rozwolnienia, nawet jeśli jest przyrządzane w warunkach urągających normom SANEPID-u i procedurom HACCP.

Trzecia ważna sprawa, o której musi pamiętać każdy, kto zastanawia się nad lekturą tej książki: dla Bordaina jedzenie i podróżowanie nie są zajęciami naukowymi. Kuchnia to sprawa układu pokarmowego, serca i emocji, a nie szkiełka i oka. Autor lgnie do ludzi, z którymi gotuje i którzy mu gotują, ale nie po to, aby ich antropologicznie badać, ale by dzielić z nimi przyjemne chwile. Dlatego Bourdain nie waha się przed skrajnymi sądami. “Cudowne”, “obrzydliwe”, “najlepsze pod słońcem”, “ohydne”.

Jeśli doczytaliście do tego miejsca, nie zdziwią Was zapewne kierunki Bourdain’owskich podróży. Nie są to nobliwe miejsca Niemiec, Francji, Skandynawii czy Wschodniego Wybrzeża USA. Nie są to najlepsze restauracje, gdzie za obiad płaci się banknotami w setkach dolarów. Nie są to wymyślne potrawy kuchni molekularnej albo fusion.

Autor zakochuje się w Wietnamie i Kambodży, rosyjskiej, amerykańskiej prowincji. Zachwyca go prowincjonalna kuchnia portugalska albo szkocka. Rozsmakowuje się podrobami, surowym sercem kobry, zupą z koziej głowy i owocami morza podawanymi na surowo. Opis rytuału zarzynanej świni w Les Helles w Portugalii, a następnie spożywania tych wieprzowych smakowitości nie ma sobie równych w literaturze.

Bourdain klnie jak szewc, przyznaje się do palenia w kuchni i z szacunkiem wypowiada się o bezwzględnym i brutalnym stylu prowadzenia restauracji przez Gordona Ramsaya. Do jedzenia i gotowania ma stosunek jedyny słuszny: wyluzowany, barbarzyński, pierwotny, niewyublimowany i pogodny, co nie przeszkadza mu kochać ten świat ponad wszystko.