Paweł Pawlikowski „Zimna wojna”

zimnawojna

Uważam, że „Zimna Wojna” zasługuje na Oskara, ale uważam, że Oskara „Zimna wojna” nie dostanie. Nie dostanie dlatego, że jest to film zbyt konserwatywny, zbyt osadzony w klasycznych filmowych schematach i kliszach i przez to zbyt przewidywalny, co dla jednych jest wspaniałe, a innych mierzi.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że niczym widza nie zaskakuje poza genialną scenografią, poza wielkimi rolami Joanny Kulig i Tomasza Kota, poza świetną muzyką i pracą kamery. Ot, klasyczny filmowy romans, skuteczny wyciskacz łez, opowieść o dwojgu zakochanych – pojebanej kobiecie i cierpliwym mężczyźnie albo cierpliwej kobiecie i pojebanym mężczyźnie.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że jest jak tocatta i fuga d-mol Bacha wykonana tak, że lepiej już nie można. Znamy każdy kolejny przejrzysty i doskonale zagrany dźwięk, spodziewamy się kolejnego, wiemy, jak się skończy melodia. Jedni z tego powodu płaczą ze wzruszenia, a inni ziewają z nudów.

PS. Joanna Kulig jest w tym filmie tym wszystkim, czego oczekuję od genialnej aktorki. Jest jednocześnie piękna i brzydka, młoda i stara, interesująca i nudna, seksowna i odpychająca. Są teraz tylko dwie takie aktorki na świecie. Joanna Kulig i Scarlett Johansson. Kocham je obie taką samą miłością.

Reklamy

Codziennik trzydziesty drugi – Zimna Wojna

20190222_232141.jpg

Obejrzałem w końcu „Zimną Wojnę” Pawła Pawlikowskiego, leżąc przez półtorej godziny na twardej podłodze i ćwicząc kręgosłup, który ostatnio poważnie nawala od tych wszystkich stresów. Seans dostarczył wielu wzruszeń, ćwiczenia pomogły moim starym kościom.

Uważam, że „Zimna Wojna” zasługuje na Oskara, ale uważam, że Oskara „Zimna wojna” nie dostanie. Nie dostanie dlatego, że jest to film zbyt konserwatywny, zbyt osadzony w klasycznych filmowych schematach i kliszach i przez to zbyt przewidywalny, co dla jednych jest wspaniałe, a innych mierzi.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że niczym widza nie zaskakuje poza genialną scenografią, poza wielkimi rolami Joanny Kulig i Tomasza Kota, poza świetną muzyką i pracą kamery. Ot, klasyczny filmowy romans, skuteczny wyciskacz łez, opowieść o dwojgu zakochanych – pojebanej kobiecie i cierpliwym mężczyźnie albo cierpliwej kobiecie i pojebanym mężczyźnie.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że jest jak tocatta i fuga d-mol Bacha wykonana tak, że lepiej już nie można. Znamy każdy kolejny przejrzysty i doskonale zagrany dźwięk, spodziewamy się kolejnego, wiemy, jak się skończy melodia. Jedni z tego powodu płaczą ze wzruszenia, a inni ziewają z nudów.

PS. Joanna Kulig jest w tym filmie tym wszystkim, czego oczekuję od genialnej aktorki. Jest jednocześnie piękna i brzydka, młoda i stara, interesująca i nudna, seksowna i odpychająca. Są teraz tylko dwie takie aktorki na świecie. Joanna Kulig i Scarlett Johansson. Kocham je obie taką samą miłością.

Codziennik dwudziesty drugi – co się z nami stało?

Nigdy nie miałem tak wielkiej ochoty wyjazdu z tego kraju (bo ten kraj to już nie jest Polska) jak dzisiaj i gdyby nie mój syn, z którym też z powodu tutejszych patologii mentalnych i systemowych nie mogę się normalnie spotykać i uczestniczyć w jego życiu, to właśnie kupowałbym bilet lotniczy do normalnego świata. Teraz tylko ten mały człowiek trzyma mnie w tym polskim syfie i bardzo żałuję, że będzie musiał dorastać w takich straszliwych okolicznościach Polski XXI wieku.

Nie chodzi tu tylko o politykę i polityków, których Stefan Wilmont jest starannie wychowywanym i pielęgnowanym dzieckiem, idealnym produktem wieloletniego szczucia ludzi nawzajem. Każdy, bez wyjątku każdy polityk w tym kraju, powinien był mieć dzisiaj koszmary i powinien obudzić się z krwią na rękach. Problem z tym krajem jest jednak dużo bardziej głęboki i dotyczy każdej codziennej sytuacji, każdej zgorzkniałej miny i wszystkich krzywych spojrzeń przechodniów.

Problem z Polską to całe to sowieckie cwaniactwo, cała ta nieustanna potrzeba zrobienia bliźniego w chuja na każdym kroku, te wszystkie przejawy wykorzystywania chociaż minimalnej władzy nad człowiekiem przez panią w okienku na poczcie, te wszystkie złośliwości na drodze, to nieustanne wymądrzanie się, ten cały sarmacko-wiecowy krzyk, ta polska buta i zerowy, kompletnie zerowy poziom solidarności. Wydaje nam się, że jesteśmy Europejczykami, ale tak naprawdę jesteśmy narodem barbarzyńców o brudnych ciałach i duszach ubranych w dobre ubrania i popryskanych drogimi perfumami.

W tym kraju (bo na miano Polski trzeba sobie moim zdaniem zasłużyć) tylko dzieci i psy są jeszcze przyzwoite.

 

Szorty, letnie wrzosy i starzec w lesie

SONY DSC

Pojechałem dziś do Bielska Podlaskiego – miasta, z którego wyprowadzili się już wszyscy poza starcami i dziewczętami w dżinsowych szortach.

Pozostali zamieszkali na białostockim osiedlu Nowe Miasto, bo „nowocześnie i blisko do centrum”. Zapomnieli, że centrum Polski jest w dziesiątkach takich bielsków podlaskich, a to miejsce, do którego się przenieśli, będzie niebawem miejscem, z którego będą chcieli uciec. Chyba, że nigdy nie dorosną.

Tymczasem przy dziewiętnastce z Białegostoku do Bielska jest miejscowość Ryboły, gdzie każdego lata mieszkańcy wychodzą na szerokie pobocze i sprzedają to, co wykopali z ziemi, opielili, podlali, zerwali z krzaka, albo co spadło z drzewa na trawę. Kobiety w kolorowych chustkach na głowie siedzą na ławeczkach przy płocie i czekają na to, aż ktoś się zatrzyma.

Na bielskim rynku przy Mickiewicza podobni starcy z tych miejscowości, do których dojeżdżają PKS-y z Bielska, handlowali dziś jagodami, grzybem, cukinią, pomidorami, mlekiem, jajkami, bimbrem i rabarbarem. Ostatni raz widziałem taki targ w Syhocie Marmaroskim, na granicy rumuńsko-ukraińskiej w 2007 roku.

Zaraz obok, po bielskim rynku, paradowały wesołe lolitki z lodami Soprano w tych ich delikatnych rączkach. Każda z nich miała na sobie te krótkie szorty. Nie widziałem dziś w Bielsku dziewczyny w czymś innym niż dżinsowe szorty. Cały Bielsk był dzisiaj rajem dla pedofilów i marzeniem domorosłego onanisty.

SONY DSCPo zakupach w Kauflandzie, gdzie ulotkę o promocji wręczyła mi ruda dziewczyna w szortach, a na kasie stała szatynka w szortach, na mięsie stała blondynka w szortach, a sery wykładała brunetka w szortach, przejechałem tory i pojechałem do Augustowa.

W Augustowie nie ma niczego ciekawego, poza pomnikiem jakichś pomordowanych, ale kilkaset metrów za Augustowem jest przy szosie kierunkowskaz z napisem cyrylicą. Cyrylicy nie znam. Dlatego tam skręciłem.

Jedzie się najpierw przez pole, a potem wjeżdża się do lasu. I jedzie tym lasem po wertepach, gdzie o celu informują wyłącznie zrobione z ofoliowanego papieru kierunkowskazy zawieszone na drzewach. Potem się skręca raz i drugi i dojeżdża do metalowego ogrodzenia z pordzewiałą, zieloną bramką.

Zwykły sosnowy las, ścieżka, i po prawej spora polana z wysokim prawosławnym krzyżem i dwoma grobami. Kilka kroków dalej – brzydka, jakby ociosana niedbale przez architekta cerkiewka z ocynkowanym drzwiami.

– Pojechałem za znakami – odpowiedziałem starcowi w starym drelichu z foliową torbą w ręce, który pojawił się ni stąd, ni zowąd, podszedł do mnie i popatrzył tak, że od razu zrozumiałem, czego ode mnie chce.

– Prawdziwki obrodzili. Grzyby zbierać. Tamoj dobry las jest na prawdziwki, za płotem – odpowiedział, a ja szybko i trafnie przetłumaczyłem to na „spierdalaj”.

Był  stary, zmęczony, mały i wysuszony. Miał zapadnięte oczy i dwutygodniowy zarost. Masa i siła przemawiały za mną. Popatrzył jednak na mnie tak, że, nie mówiąc nic, odwróciłem się i spierdalałem.

Spierdalałem spokojnie, spacerkiem, ale zdecydowanie i z determinacją.

SONY DSC

Wsiadłem do auta i wróciłem na główną. Szosy błyszczały tego dnia podgrzaną wielodniowym upałem wodą w koleinach, a asfalt był ciemnoniebieski. Zieleń przełomu lipca i sierpnia miała te ostatnie ślady wiosennej soczystości, które są już śladami, bo sierpień i jesień już blisko, potem święta, jedne, drugie, kolejka do lekarza geriatry i wykup ostatniej kwatery w życiu. Przemijanie.

Poczułem głód. Szukałem miejsca, gdzie mogę coś zjeść. Mijałem Wyszki. W oddali górował kościół. Przed znakiem końca miejscowości zauważyłem rdzawoczerwony neon „Restauracja Wrzos”. Jednokondygnacyjny gierkowski klocek z betonu. Weranda i kilka okien. Zatrzymałem się na piaskowym parkingu, założyłem klapki, włożyłem do kieszeni portfel i wysiadłem z auta.

SONY DSC

Aby dostać się do środka, musiałem przedrzeć się przez sięgające mi do czoła krzaki i krzewy porastające posesję. Wszedłem na taras po zmurszałych schodach i otworzyłem drzwi. Przywitał mnie wzrok dwóch łysych, dobrze zbudowanych trzydziestoletnich mężczyzn w kusych podkoszulkach siedzących przy jednym z dwóch stolików. Towarzyszyła im na oko dwudziestolatka, ubrana w szlafrok i klapki, farbowana blondynka z różowymi tipsami, makijażem do snu, przestraszona moją obecnością. Mężczyźni popatrzyli na mnie tak samo, jak ten starzec w lesie. Ich wzrok mówił jasno i wyraźnie: „spierdalaj”.

Usiadłem przy wolnym stoliku. Wszystkie pozostałe były poprzewracane. Na betonowej podłodze walał się gruz, resztki zastawy, kawałki szkła z potłuczonych szyb i resztki plastiku. Mężczyźni wrócili do kłótni między sobą.

– Dzień dobry, co mogę podać? – zapytała na oko sześciolatka, która nagle zjawiła się przy stoliku. Była wysoka jak na swój wiek. Brunetka z nerwowymi, rozbieganymi oczami, w zwykłych dziecięcych dżinsach i różowej bluzie Hello Kitty. Do zostania kelnerką brakowało jej dziesięć lat.

– Ty tu obsługujesz?

– Tata, ale dzisiaj nie może podejść. Źle się czuje. Co panu ugotować? Tutaj jest menu.

Wyjęła z kieszeni złożoną na czworo kartkę, na której nieporadną dziecięcą ręką wypisane były żółtym markerem potrawy i ceny: „frytki – 3 zł, picca – 5 zł, zapiekanka – 4 zł, sos do piccy – 1 zł”.

– To ja się zastanowię – powiedziałem.

Od stolika wstał ten starszy. Podszedł do mnie i powiedział:

– To się nie ma co zastanawiać. Zamykamy lokal. Andżela, jedziemy.

Wsiedli we trójkę do BMW stojącego obok mojego auta i ruszyli z piskiem opon. W restauracji została dwudziestolatka.

– Jej ojciec jest na górze – powiedziała i wybiegła w tym szlafroku na pogrążoną już w wieczornym mroku szosę.

Do miasta wróciłem późnym wieczorem. Białystok nawiedziła burza z piorunami. Wracałem zmęczony i głodny. W Kleosinie przejechałem przez największą kałużę w swoim życiu.

Zapomniałem dodać, że te szorty muszą być tak zrobione, aby wystawały z nich białe komory kieszeni, w których bielskie dziewczęta trzymają swoje różowe telefony.

Mały Polak u stóp Giedymina

DSCF0883

Lubię to zdjęcie sprzed kilku lat, na którym siedzę u stóp monumentalnego pomnika Giedymina na Placu Katedralnym, w najważniejszym miejscu Wilna. Postać Wielkiego Księcia i stojącego za nim konia i wyjącego rysia wykonane są z jakiegoś ciemnego, ponurego żelastwa.

Giedymin wyciągniętym na przód mieczem wskazuje ponoć miejsce, gdzie ma powstać miasto, ale ja zawsze byłem przekonany, że jego ostrze skierowane jest na południowy-zachód, w stronę Lachów.

Mały Polak siedzący u stóp potężnego władcy Wielkiej Litwy. Tak to zawsze widzę.

Tak widzę to zawsze, kiedy wjeżdżam w Litwę tym osieroconym po Schengen przejściem w Ogrodnikach, pełnym opuszczonej, rdzewiejącej infrastruktury granicznej. Tych pootwieranych na oścież szlabanów i pustych budek granicznych z powybijanymi okienkami.

Na Litwie nie można przesadzać z naszym polskim imperializmem, który wyssaliśmy tu z mlekiem matki, a który przecież tej Wielkiej Litwie jako Polacy zawdzięczamy. Więc powstrzymuję złość widząc te wszystkie lechickie bogoojczyźniane pielgrzymki do Ostrej Bramy, pełne alkoholowej wyższości nad litewskim chamem.

To nie merkantylizm ani nie litość powstrzymują Litwinów przed reaktywną agresją wobec panoszących się po ulicach Wilna wycieczek z mnóstwem nacjonalistycznych symboli na piersiach i transparentach. To zwykły bałtyjski spokój, który jest wrodzoną cechą tego ludu. Nieufnego, dosyć ponurego i zamkniętego w sobie. A przez to tak fascynującego i buzującego lechicko-kozackie krwi.

W końcu decyduję się na sześćdziesiątkę piątkę, czyli najlepsza droga na północ

DSCF3141

Najlepsza droga na północ nie wiedzie przez zapchaną tirami ósemkę. Leżące przy ósemce miejscowości są nudne. Korycin, będący hybrydą podlaskiej wioski z pożerającą unijne fundusze wzorcową europejską gminą, mierzi mnie już swoimi truskawkami i serami. Suchowola? Ach, to bogobojne miasto rodzinne księdza Jerzego, którego największą atrakcją nie jest wcale gigantyczny stalowy fragment ołtarza papieskiego stojący przy nudnym rynku, ale restauracja “Hebron” – od imion małżeństwa właścicieli – Henryka i Bronisławy? Nie lubię.

Najlepsza droga na północ to sześćdziesiątka piątka biegnąca z Białegostoku do Ełku i – dalej – Gołdapi. Przejeżdżałem dzisiaj przez Knyszyn i ze współczuciem patrzyłem na auta mieszkańców tego cudownego miejsca, na auta z rejestracjami – ech – BMN. Knyszyn to wielkie miasto z pięknym rynkiem, prawdziwym starym zalewem i dziesiątkami dumnych, drewnianych, mieszczańskich domów. Niestety, pod tymczasową okupacją Moniek. Mońki to położone kilkanaście kilometrów na północ miejsce – największy polski eksperyment urbanistyczno-administracyjno-socjologicznych.

Mońki to miasto zbudowane na polu po ziemniakach. Dosłownie i w przenośni.

A potem Osowiec, z zamkniętym na cztery spusty barem i pozostałościami po twierdzy. Monumentalnymi fortyfikacjami zjadanymi systematycznie przez głęboką zieleń łąk, brąz bagna i błękit Biebrzy.

Zaraz Prostki i Grajewo. Ale Prostki na potem. W Grajewie skręćmy w prawo, w kierunku Augustowa, i na szerokiej jak szosa do Warszawy drodze pomknijmy w kierunku Rajgrodu. Przed samym miastem drogę przecina jezioro, i tam trzeba wjechać w lewo, w leśną drogę, jedną z najpiękniejszych dróg w okolicy, w drogę, która krążąc wokół jezior i pagórków zaprowadzi Cię do Ełku.

Czarna Wieś będzie jeszcze w Litwie, ale za kilka kilometrów to już Księstwo Krzyżackie. Dachy kryte czerwoną cegłą i tunel wąskiej, asfaltowej drogi z sadzonych gęsto, jeden przy drugim, buków, kasztanów i topoli. Po prawej zarośnięta linia ełckiej wąskotorówki, dalej zbocze prawie górskie i w dole jezioro, raz jedno, raz drugie.

Co jakiś czas popegeerowskie bloki wyrastające jak spod ziemii. Tylko tutaj te symbole rozkładu, ze zdewastowanymi obejściami, bielizną na sznurkach, lepionymi z czego się da chlewikami i zardzewiałymi dziesiątkami anten satelitarnych na tych dwupiętrowych klockach, leżą w miejsach, które wyglądają najpiękniej na świecie. Tylko tutaj slumsy mają takie widoki z okien.

A potem jest już Ełk.

Marcin Kołodziejczyk – B. Opowieści z planety prowincja

Byłoby niezmiernie przykro, gdyby ta świetna książka przeszła przez polską scenę literacką bez echa, ale kiedy szuka się informacji czy recenzji na jej temat, trudno znaleźć coś wartego uwagi. A szkoda, bo “Opowieści z planety prowincja” to współczesna kontynuacja twórczości piewców polskiej prowincji i przedmieść, takich jak zapomniany Marek Nowakowski.

Echa autora “Benka Kwiaciarza” odnaleźć można w proletariackim języku, na który Kołodziejczyk jest bardzo wyczulony. Krótkie zdania, ubogie słownictwo, bogactwo bluzgów – składają się na te opowiadania, które w większości składają się dialogów-opowieści.

Są to historie o polskiej prowincji, o świecie, z którego istnienia nie zdaje sobie sprawy większość mieszkańcow wielkich miast, przemieszczających się międzi nimi autostradami i pociągami Inter-City. Bohaterowie opowiadań Kołodziejczyka to gastarbaiterzy, robotnicy najemni, bezrobotni, matki na zasiłku z GOPS-u albo zwykli złodzieje. Żyją za kilkaset złotych miesięcznie, z których większość przeznaczają na tanie alkohole, produkty z Lidl’a i Biedronki. Spędzają swoje życie przed telewizorem. Poruszają się kolejkami podmiejskimi albo dwudziestoletnimi autami sprowadzonymi z Niemiec.

Marcin Kołodziejczyk nie wchodzi ani w rolę piewcy polskiej popegeerowskiej prowincji, ani nie jest kolejnym Stasiukiem, czerpiącym z rozpadu, biedy i marazmu powód do ochów i achów. Jest bardzo wnikliwym obserwatorem, wyczulonym na język, rytuały, obyczaje i styl życia tych ludzi. To właśnie człowiek jest w centrum zainteresowania autora. Czy dobry, czy zły, na to pytanie Kołodziejczyk nie odpowiada, pozostawiając to czytelnikom.