Mazowsze Podlaskie

Bogdanki, Baranki, Zimnochy-Susły…

Popołudniami szwendam się po Mazowszu Podlaskim, jak nazywam dla prywatnych potrzeb okolice Suraża, Łap, Sokołów i Tykocina. Wzdłuż Narwi w tej części jej biegu zamieszkuje już ludność mentalnie inna od mentalności leśnych, podlaskich borsuków z Gródka, Michałowa i Knyszyna. Jest to populacja osobników o cechach drobnoszlacheckich, co we współczesnym kontekście oznacza terytorializm, dumę i taką dość zabawną zarozumiałość.

Zawieszeni w Hamletowskim rozdarciu między Łomżą a Białymstokiem, są na drogach województwa prawdziwym utrapieniem. Młodzi chłopcy jeżdżą tymi swoimi starszymi od nich Passatami z kryminalną prędkością, a na siedzeniu pasażera musi być zawsze dziewczyna. Dziewczęta – trzeba przyznać – mają tam śliczne. To już nie zezowata, przygruba, sepleniąca Irmina z Zabłudowa. To złotowłosa, drobna, nieustanie dziewczęca, niebieskooka Ania.

Piękna. A „piękna” znaczy – wymagająca.

Znałem kiedyś taką jedną. Z Szepietowa. Albo z „Mazowiecka” (tak tam mówią na Wysokie Mazowieckie). Blondynka piękna jak modelki z plakatów o traktorzystkach. Jeździłem do niej wieczorami. Siedzieliśmy na ławce przy dworcu kolejowym. Ja opowiadałem jej o moich studiach, a ona opowiadała mi, jaką uczelnię wybierze.

Mówiła całkiem nieźle po polsku. W końcu ją pocałowałem. Odniosłem wrażenie, że całuje się trochę zbyt umiejętnie, jak na 17-latkę.

– No, nareszcie – powiedziała po wszystkim – to teraz muszę przedstawić cię moim rodzicom!

O wielu ważnych rzeczach decyduje się tam grubością portfela, a jednostka walutowa nazywa się tam „1 ha”. Uczestników wesel liczy się w setkach, a mieszkania nowożeńców, zazwyczaj na pierwszym piętrze gierkowskich klocków zamieszkałych przez teściów, koniecznie muszą być urządzone meblem z Ikei. Te zrobione z sosnowych sklejek produkowanych w Orli, meble z Ikei są tam symbolem nowoczesności i miejskości. Takim małym miastem otoczonym gumnem. Świat idealny. Przywieziony z Targówka.

To są prawdziwi „ludzie pogranicza”, jak by powiedział sympatyczny profesor Pawluczuk, wybitny specjalista w tym i we wszystkim.

Lubię się szwendać popołudniami po tych drobnoszlacheckich zagrodach Mazowsza Podlaskiego. Wystarczy dwadzieścia kilometrów, by poczuć egzotykę. Wystarczy tylko wyostrzyć wrażliwość. Obserwować, słuchać, wąchać.

Zimnochy-Susły, Baranki, Bogdanki…

Codziennik osiemdziesiąty trzeci – Myśląc „Ojczyzna”

20191020_141516.jpg

Podobnie jak mój Syn i mój Ojciec, uwielbiam odkrywać nowe smaki. Różni to nas od reszty rodziny, która pod tym względem jest konserwatywna jak Marek Jurek. Od czasu do czasu lubię jednak zjeść coś tradycyjnego.

Utożsamianie potraw z narodami lub regionami jest pięknym przykładem łączenia tego, co przyziemne, biologiczne, materialne, ze sferą symboli.

Szkoda, że nikt nie wpadł na pomysł, aby nadawać ulicom nazwy potraw. Chciałbym mieszkać przy ulicy Pierogowej, Placków Ziemniaczanych, Racuchowej, Konfiturowej… Byłoby i wesoło, i symbolicznie zarazem.

Dla mnie symbolem Polski, nie mniej mocnym emocjonalnie co ten ptak z godła, są kotlety mielone, ziemniaki z wody, buraczki w occie albo marynowane grzyby. Czyli to, co dzisiaj zjadłem na uroczystym niedzielnym obiedzie z rodziną.

Paweł Pawlikowski „Zimna wojna”

zimnawojna

Uważam, że „Zimna Wojna” zasługuje na Oskara, ale uważam, że Oskara „Zimna wojna” nie dostanie. Nie dostanie dlatego, że jest to film zbyt konserwatywny, zbyt osadzony w klasycznych filmowych schematach i kliszach i przez to zbyt przewidywalny, co dla jednych jest wspaniałe, a innych mierzi.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że niczym widza nie zaskakuje poza genialną scenografią, poza wielkimi rolami Joanny Kulig i Tomasza Kota, poza świetną muzyką i pracą kamery. Ot, klasyczny filmowy romans, skuteczny wyciskacz łez, opowieść o dwojgu zakochanych – pojebanej kobiecie i cierpliwym mężczyźnie albo cierpliwej kobiecie i pojebanym mężczyźnie.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że jest jak tocatta i fuga d-mol Bacha wykonana tak, że lepiej już nie można. Znamy każdy kolejny przejrzysty i doskonale zagrany dźwięk, spodziewamy się kolejnego, wiemy, jak się skończy melodia. Jedni z tego powodu płaczą ze wzruszenia, a inni ziewają z nudów.

PS. Joanna Kulig jest w tym filmie tym wszystkim, czego oczekuję od genialnej aktorki. Jest jednocześnie piękna i brzydka, młoda i stara, interesująca i nudna, seksowna i odpychająca. Są teraz tylko dwie takie aktorki na świecie. Joanna Kulig i Scarlett Johansson. Kocham je obie taką samą miłością.

Codziennik trzydziesty drugi – Zimna Wojna

20190222_232141.jpg

Obejrzałem w końcu „Zimną Wojnę” Pawła Pawlikowskiego, leżąc przez półtorej godziny na twardej podłodze i ćwicząc kręgosłup, który ostatnio poważnie nawala od tych wszystkich stresów. Seans dostarczył wielu wzruszeń, ćwiczenia pomogły moim starym kościom.

Uważam, że „Zimna Wojna” zasługuje na Oskara, ale uważam, że Oskara „Zimna wojna” nie dostanie. Nie dostanie dlatego, że jest to film zbyt konserwatywny, zbyt osadzony w klasycznych filmowych schematach i kliszach i przez to zbyt przewidywalny, co dla jednych jest wspaniałe, a innych mierzi.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że niczym widza nie zaskakuje poza genialną scenografią, poza wielkimi rolami Joanny Kulig i Tomasza Kota, poza świetną muzyką i pracą kamery. Ot, klasyczny filmowy romans, skuteczny wyciskacz łez, opowieść o dwojgu zakochanych – pojebanej kobiecie i cierpliwym mężczyźnie albo cierpliwej kobiecie i pojebanym mężczyźnie.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że jest jak tocatta i fuga d-mol Bacha wykonana tak, że lepiej już nie można. Znamy każdy kolejny przejrzysty i doskonale zagrany dźwięk, spodziewamy się kolejnego, wiemy, jak się skończy melodia. Jedni z tego powodu płaczą ze wzruszenia, a inni ziewają z nudów.

PS. Joanna Kulig jest w tym filmie tym wszystkim, czego oczekuję od genialnej aktorki. Jest jednocześnie piękna i brzydka, młoda i stara, interesująca i nudna, seksowna i odpychająca. Są teraz tylko dwie takie aktorki na świecie. Joanna Kulig i Scarlett Johansson. Kocham je obie taką samą miłością.

Codziennik dwudziesty drugi – co się z nami stało?

Nigdy nie miałem tak wielkiej ochoty wyjazdu z tego kraju (bo ten kraj to już nie jest Polska) jak dzisiaj i gdyby nie mój syn, z którym też z powodu tutejszych patologii mentalnych i systemowych nie mogę się normalnie spotykać i uczestniczyć w jego życiu, to właśnie kupowałbym bilet lotniczy do normalnego świata. Teraz tylko ten mały człowiek trzyma mnie w tym polskim syfie i bardzo żałuję, że będzie musiał dorastać w takich straszliwych okolicznościach Polski XXI wieku.

Nie chodzi tu tylko o politykę i polityków, których Stefan Wilmont jest starannie wychowywanym i pielęgnowanym dzieckiem, idealnym produktem wieloletniego szczucia ludzi nawzajem. Każdy, bez wyjątku każdy polityk w tym kraju, powinien był mieć dzisiaj koszmary i powinien obudzić się z krwią na rękach. Problem z tym krajem jest jednak dużo bardziej głęboki i dotyczy każdej codziennej sytuacji, każdej zgorzkniałej miny i wszystkich krzywych spojrzeń przechodniów.

Problem z Polską to całe to sowieckie cwaniactwo, cała ta nieustanna potrzeba zrobienia bliźniego w chuja na każdym kroku, te wszystkie przejawy wykorzystywania chociaż minimalnej władzy nad człowiekiem przez panią w okienku na poczcie, te wszystkie złośliwości na drodze, to nieustanne wymądrzanie się, ten cały sarmacko-wiecowy krzyk, ta polska buta i zerowy, kompletnie zerowy poziom solidarności. Wydaje nam się, że jesteśmy Europejczykami, ale tak naprawdę jesteśmy narodem barbarzyńców o brudnych ciałach i duszach ubranych w dobre ubrania i popryskanych drogimi perfumami.

W tym kraju (bo na miano Polski trzeba sobie moim zdaniem zasłużyć) tylko dzieci i psy są jeszcze przyzwoite.