Szorty, letnie wrzosy i starzec w lesie

SONY DSC

Pojechałem dziś do Bielska Podlaskiego – miasta, z którego wyprowadzili się już wszyscy poza starcami i dziewczętami w dżinsowych szortach.

Pozostali zamieszkali na białostockim osiedlu Nowe Miasto, bo „nowocześnie i blisko do centrum”. Zapomnieli, że centrum Polski jest w dziesiątkach takich bielsków podlaskich, a to miejsce, do którego się przenieśli, będzie niebawem miejscem, z którego będą chcieli uciec. Chyba, że nigdy nie dorosną.

Tymczasem przy dziewiętnastce z Białegostoku do Bielska jest miejscowość Ryboły, gdzie każdego lata mieszkańcy wychodzą na szerokie pobocze i sprzedają to, co wykopali z ziemi, opielili, podlali, zerwali z krzaka, albo co spadło z drzewa na trawę. Kobiety w kolorowych chustkach na głowie siedzą na ławeczkach przy płocie i czekają na to, aż ktoś się zatrzyma.

Na bielskim rynku przy Mickiewicza podobni starcy z tych miejscowości, do których dojeżdżają PKS-y z Bielska, handlowali dziś jagodami, grzybem, cukinią, pomidorami, mlekiem, jajkami, bimbrem i rabarbarem. Ostatni raz widziałem taki targ w Syhocie Marmaroskim, na granicy rumuńsko-ukraińskiej w 2007 roku.

Zaraz obok, po bielskim rynku, paradowały wesołe lolitki z lodami Soprano w tych ich delikatnych rączkach. Każda z nich miała na sobie te krótkie szorty. Nie widziałem dziś w Bielsku dziewczyny w czymś innym niż dżinsowe szorty. Cały Bielsk był dzisiaj rajem dla pedofilów i marzeniem domorosłego onanisty.

SONY DSCPo zakupach w Kauflandzie, gdzie ulotkę o promocji wręczyła mi ruda dziewczyna w szortach, a na kasie stała szatynka w szortach, na mięsie stała blondynka w szortach, a sery wykładała brunetka w szortach, przejechałem tory i pojechałem do Augustowa.

W Augustowie nie ma niczego ciekawego, poza pomnikiem jakichś pomordowanych, ale kilkaset metrów za Augustowem jest przy szosie kierunkowskaz z napisem cyrylicą. Cyrylicy nie znam. Dlatego tam skręciłem.

Jedzie się najpierw przez pole, a potem wjeżdża się do lasu. I jedzie tym lasem po wertepach, gdzie o celu informują wyłącznie zrobione z ofoliowanego papieru kierunkowskazy zawieszone na drzewach. Potem się skręca raz i drugi i dojeżdża do metalowego ogrodzenia z pordzewiałą, zieloną bramką.

Zwykły sosnowy las, ścieżka, i po prawej spora polana z wysokim prawosławnym krzyżem i dwoma grobami. Kilka kroków dalej – brzydka, jakby ociosana niedbale przez architekta cerkiewka z ocynkowanym drzwiami.

– Pojechałem za znakami – odpowiedziałem starcowi w starym drelichu z foliową torbą w ręce, który pojawił się ni stąd, ni zowąd, podszedł do mnie i popatrzył tak, że od razu zrozumiałem, czego ode mnie chce.

– Prawdziwki obrodzili. Grzyby zbierać. Tamoj dobry las jest na prawdziwki, za płotem – odpowiedział, a ja szybko i trafnie przetłumaczyłem to na „spierdalaj”.

Był  stary, zmęczony, mały i wysuszony. Miał zapadnięte oczy i dwutygodniowy zarost. Masa i siła przemawiały za mną. Popatrzył jednak na mnie tak, że, nie mówiąc nic, odwróciłem się i spierdalałem.

Spierdalałem spokojnie, spacerkiem, ale zdecydowanie i z determinacją.

SONY DSC

Wsiadłem do auta i wróciłem na główną. Szosy błyszczały tego dnia podgrzaną wielodniowym upałem wodą w koleinach, a asfalt był ciemnoniebieski. Zieleń przełomu lipca i sierpnia miała te ostatnie ślady wiosennej soczystości, które są już śladami, bo sierpień i jesień już blisko, potem święta, jedne, drugie, kolejka do lekarza geriatry i wykup ostatniej kwatery w życiu. Przemijanie.

Poczułem głód. Szukałem miejsca, gdzie mogę coś zjeść. Mijałem Wyszki. W oddali górował kościół. Przed znakiem końca miejscowości zauważyłem rdzawoczerwony neon „Restauracja Wrzos”. Jednokondygnacyjny gierkowski klocek z betonu. Weranda i kilka okien. Zatrzymałem się na piaskowym parkingu, założyłem klapki, włożyłem do kieszeni portfel i wysiadłem z auta.

SONY DSC

Aby dostać się do środka, musiałem przedrzeć się przez sięgające mi do czoła krzaki i krzewy porastające posesję. Wszedłem na taras po zmurszałych schodach i otworzyłem drzwi. Przywitał mnie wzrok dwóch łysych, dobrze zbudowanych trzydziestoletnich mężczyzn w kusych podkoszulkach siedzących przy jednym z dwóch stolików. Towarzyszyła im na oko dwudziestolatka, ubrana w szlafrok i klapki, farbowana blondynka z różowymi tipsami, makijażem do snu, przestraszona moją obecnością. Mężczyźni popatrzyli na mnie tak samo, jak ten starzec w lesie. Ich wzrok mówił jasno i wyraźnie: „spierdalaj”.

Usiadłem przy wolnym stoliku. Wszystkie pozostałe były poprzewracane. Na betonowej podłodze walał się gruz, resztki zastawy, kawałki szkła z potłuczonych szyb i resztki plastiku. Mężczyźni wrócili do kłótni między sobą.

– Dzień dobry, co mogę podać? – zapytała na oko sześciolatka, która nagle zjawiła się przy stoliku. Była wysoka jak na swój wiek. Brunetka z nerwowymi, rozbieganymi oczami, w zwykłych dziecięcych dżinsach i różowej bluzie Hello Kitty. Do zostania kelnerką brakowało jej dziesięć lat.

– Ty tu obsługujesz?

– Tata, ale dzisiaj nie może podejść. Źle się czuje. Co panu ugotować? Tutaj jest menu.

Wyjęła z kieszeni złożoną na czworo kartkę, na której nieporadną dziecięcą ręką wypisane były żółtym markerem potrawy i ceny: „frytki – 3 zł, picca – 5 zł, zapiekanka – 4 zł, sos do piccy – 1 zł”.

– To ja się zastanowię – powiedziałem.

Od stolika wstał ten starszy. Podszedł do mnie i powiedział:

– To się nie ma co zastanawiać. Zamykamy lokal. Andżela, jedziemy.

Wsiedli we trójkę do BMW stojącego obok mojego auta i ruszyli z piskiem opon. W restauracji została dwudziestolatka.

– Jej ojciec jest na górze – powiedziała i wybiegła w tym szlafroku na pogrążoną już w wieczornym mroku szosę.

Do miasta wróciłem późnym wieczorem. Białystok nawiedziła burza z piorunami. Wracałem zmęczony i głodny. W Kleosinie przejechałem przez największą kałużę w swoim życiu.

Zapomniałem dodać, że te szorty muszą być tak zrobione, aby wystawały z nich białe komory kieszeni, w których bielskie dziewczęta trzymają swoje różowe telefony.

Mały Polak u stóp Giedymina

DSCF0883

Lubię to zdjęcie sprzed kilku lat, na którym siedzę u stóp monumentalnego pomnika Giedymina na Placu Katedralnym, w najważniejszym miejscu Wilna. Postać Wielkiego Księcia i stojącego za nim konia i wyjącego rysia wykonane są z jakiegoś ciemnego, ponurego żelastwa.

Giedymin wyciągniętym na przód mieczem wskazuje ponoć miejsce, gdzie ma powstać miasto, ale ja zawsze byłem przekonany, że jego ostrze skierowane jest na południowy-zachód, w stronę Lachów.

Mały Polak siedzący u stóp potężnego władcy Wielkiej Litwy. Tak to zawsze widzę.

Tak widzę to zawsze, kiedy wjeżdżam w Litwę tym osieroconym po Schengen przejściem w Ogrodnikach, pełnym opuszczonej, rdzewiejącej infrastruktury granicznej. Tych pootwieranych na oścież szlabanów i pustych budek granicznych z powybijanymi okienkami.

Na Litwie nie można przesadzać z naszym polskim imperializmem, który wyssaliśmy tu z mlekiem matki, a który przecież tej Wielkiej Litwie jako Polacy zawdzięczamy. Więc powstrzymuję złość widząc te wszystkie lechickie bogoojczyźniane pielgrzymki do Ostrej Bramy, pełne alkoholowej wyższości nad litewskim chamem.

To nie merkantylizm ani nie litość powstrzymują Litwinów przed reaktywną agresją wobec panoszących się po ulicach Wilna wycieczek z mnóstwem nacjonalistycznych symboli na piersiach i transparentach. To zwykły bałtyjski spokój, który jest wrodzoną cechą tego ludu. Nieufnego, dosyć ponurego i zamkniętego w sobie. A przez to tak fascynującego i buzującego lechicko-kozackie krwi.

W końcu decyduję się na sześćdziesiątkę piątkę, czyli najlepsza droga na północ

DSCF3141

Najlepsza droga na północ nie wiedzie przez zapchaną tirami ósemkę. Leżące przy ósemce miejscowości są nudne. Korycin, będący hybrydą podlaskiej wioski z pożerającą unijne fundusze wzorcową europejską gminą, mierzi mnie już swoimi truskawkami i serami. Suchowola? Ach, to bogobojne miasto rodzinne księdza Jerzego, którego największą atrakcją nie jest wcale gigantyczny stalowy fragment ołtarza papieskiego stojący przy nudnym rynku, ale restauracja “Hebron” – od imion małżeństwa właścicieli – Henryka i Bronisławy? Nie lubię.

Najlepsza droga na północ to sześćdziesiątka piątka biegnąca z Białegostoku do Ełku i – dalej – Gołdapi. Przejeżdżałem dzisiaj przez Knyszyn i ze współczuciem patrzyłem na auta mieszkańców tego cudownego miejsca, na auta z rejestracjami – ech – BMN. Knyszyn to wielkie miasto z pięknym rynkiem, prawdziwym starym zalewem i dziesiątkami dumnych, drewnianych, mieszczańskich domów. Niestety, pod tymczasową okupacją Moniek. Mońki to położone kilkanaście kilometrów na północ miejsce – największy polski eksperyment urbanistyczno-administracyjno-socjologicznych.

Mońki to miasto zbudowane na polu po ziemniakach. Dosłownie i w przenośni.

A potem Osowiec, z zamkniętym na cztery spusty barem i pozostałościami po twierdzy. Monumentalnymi fortyfikacjami zjadanymi systematycznie przez głęboką zieleń łąk, brąz bagna i błękit Biebrzy.

Zaraz Prostki i Grajewo. Ale Prostki na potem. W Grajewie skręćmy w prawo, w kierunku Augustowa, i na szerokiej jak szosa do Warszawy drodze pomknijmy w kierunku Rajgrodu. Przed samym miastem drogę przecina jezioro, i tam trzeba wjechać w lewo, w leśną drogę, jedną z najpiękniejszych dróg w okolicy, w drogę, która krążąc wokół jezior i pagórków zaprowadzi Cię do Ełku.

Czarna Wieś będzie jeszcze w Litwie, ale za kilka kilometrów to już Księstwo Krzyżackie. Dachy kryte czerwoną cegłą i tunel wąskiej, asfaltowej drogi z sadzonych gęsto, jeden przy drugim, buków, kasztanów i topoli. Po prawej zarośnięta linia ełckiej wąskotorówki, dalej zbocze prawie górskie i w dole jezioro, raz jedno, raz drugie.

Co jakiś czas popegeerowskie bloki wyrastające jak spod ziemii. Tylko tutaj te symbole rozkładu, ze zdewastowanymi obejściami, bielizną na sznurkach, lepionymi z czego się da chlewikami i zardzewiałymi dziesiątkami anten satelitarnych na tych dwupiętrowych klockach, leżą w miejsach, które wyglądają najpiękniej na świecie. Tylko tutaj slumsy mają takie widoki z okien.

A potem jest już Ełk.

Polska dziwny kraj

Mój kraj leży w wyjątkowo niefortunnym miejscu. Morze na północy, a góry na południu. Więc w morzu woda jest zimna, a w górach ze śniegiem jest kiepsko. Po jednej stronie odwieczny wróg, a po drugiej stronie – dla odmiany – odwieczny wróg. Ci na Zachodzie mówią, że jesteśmy na Wschodzie, a ci ze Wschodu uważają nas za Zachód. Za ciepło tu na Północ i za zimno na Południe.

W moim kraju osiągnęliśmy prawdopodobnie mistrzostwo świata w nienawiści do Polaków i wszystkiego, co polskie. Antypolonizm Polaków nie ma sobie równych. Nie przeszkadza to nam kochać Polskę ponad wszystko. Filopolonizm Polaków nie ma sobie równych.

Nienawidzimy naszych wschodnich sąsiadów, choć to z nimi tworzyliśmy przez lata największe mocarstwo Europy. Z fascynacją i podziwem patrzymy za zachodnią granicę, choć to stamtąd otrzymywaliśmy najbardziej bolesne ciosy.

Kochamy naszych wrogów. Nienawidzimy naszych przyjaciół.

Jesteśmy honorowi wtedy, gdy powinniśmy być realistami. Stoimy twardo na ziemi, gdy trzeba pokazać honor. Za cenę dumy pozwoliliśmy zniszczyć nasze miasta, wymordować elity i oddać naszych Żydów do kabin krematoryjnych.

Kiedy sześćdziesiąt lat po wymordowaniu naszych elit, w dziwnych okolicznościach historia się powtarza, zapominamy o naszym legendarnym honorze.

Polska dziwny kraj.

polska

Polskie mana

W Polsce człowiek jadący na furmance jest ważniejszy od człowieka idącego pieszo. Tę uwagę, odnoszącą się oczywiście do polskiego fetyszu samochodowego, napisał jakiś czas temu na swoim Twitterze scenarzysta Piotr Wereśniak. Podpisuję się pod nią rękami i nogami. W końcu zrozumiałem, czym jest polskie mana.

Samochód to dla Polaka świętość. Jego podstawowa funkcja – przemieszczanie się z punktu A do punktu B – jest tu praktycznie nieistotna. Samochód to prestiż, symbol wolności, majątku. Marka oznacza przynależność do środowiska i określa całą osobowość użytkownika. Passaty stoją twardo na ziemi i cenią sobie konkret. Golfy to wyższe warstwy miejskich środowisk młodzieżowych. Wiejskim odpowiednikiem są beemwu i hondy civic. Gdzieś blisko, ale bardziej na luzie, są użytkownicy “czinkłaczento”. Polonezy – wiecznie wczorajsi faceci z wąsem i niezdejmowalnym kapeluszem. Mercedesy – taksówkarze i wszyscy przypominający mentalnie taksówkarzy.

Samochody to w Polsce przez cały czas świat zmaskulinizowany. Tutejsi mężczyźni mają fioła na punkcie swoich samochodów. Ich wyglądowi, wyposażeniu i ogólnemu performance poświęcają więcej energii niż swoim kobietom, o mieszkaniach nie wspominając. Na pokładzie polskiego auta musi lśnieć, a wymalowana kobieta na miejscu pasażera jest pożądanym dodatkiem do posrebrzanych felg i spojlera.

Naruszenie nietykalności cielesnej polskiej “fury” jest zbrodnią niewybaczalną. I nie mam tu na myśli poważnych uszkodzeń. Spróbujcie kiedyś, na jakimś zatłoczonym parkingu, trącić lekko drzwiami waszego auta karoserię maszyny z właścicielem na pokładzie. Najlepiej właśnie jakiegoś Golfa albo Poloneza. Obserwujcie reakcję. Na pewno wystąpi. Nie biorę odpowiedzialności za skutki tego eksperymentu, ale polecam, bo powie Wam wiele o Polakach.

Polacy to naród, który swój wolny czas spędza w samochodzie. Popołudniami i wieczorami chłopaki zabierają swoje dziewczyny na rajdy po mieście. Z jednego końca na drugi. Na hamburgery do McDonaldsów, gdzie kolejki do DriveIn’ów są zawsze dłuższe niż te do kas. Na parking przy jeziorze lub rzece, by zza świetnie wymytych płynem do spryskiwaczy szyb, w przyjemnej woni odświeżacza w kształcie choinki patrzeć na te zachody słońca i słuchać ściągniętych z Internetu mp3 z niemieckim techno albo polskim hiphopem. A to techno i ten hiphop muszą dudnieć, by ci w aucie obok widzieli i to moje auto i tę moją dziewczynę.

Zastanawialiście się kiedyś, gdzie się podziewa białostocka młodzież w słoneczne niedzielne popołudnia, jak choćby to wczorajsze? Jeśli tak, to odwiedźcie któregoś razu dojlidzkie Krywlany. Oni wszyscy są właśnie tam. W tych swoich samochodach prosto z myjni, ustawiają się w wielkim kręgu. Wyprowadzają z nich swoje kobiety i pozwalają im opierać się na maskach tych samochodów. Prezentują innym mężczyznom dwie podstawowe oznaki statusu: swoje auto i swoją kobietę. Kobieta musi mieć ładne paznokcie i nogi, a samochód powinien kręcić kółka przed zgromadzoną publicznością. Tyle wystarczy, aby zwyciężyć.

Kiedy podczas spaceru przypadkowo wyszedłem na płytę lotniska i zafascynowany zobaczyłem ten rytuał, zrozumiałem, co mógł poczuć Bronisław Malinowski, kiedy podczas obserwacji krajowców na Triobrandach pojął funkcję pojęcia mana. Jest to kluczowa kategoria w życiu Triobrandczyków, pojęcie trudne do sprecyzowania, a jednocześnie o potężnej sile, symbolice i roli w życiu codziennym. Czyli dokładnie to, czym w Polsce są samochody.

Kiedy Polska staje ością w gardle

Kiedy Polska staje ością w gardle i już wiadomo, że nic dobrego nie da się zrobić, a wszelkie dobre uczynki są odbierane na opak, pojawia się bardzo trudna do przezwyciężenia, osobista potrzeba ucieczki. Stąd te obiady w Krynkach, te kawy w Tykocinie, te popołudnia nad rzeką w Ploskach. Oby nie pośród tej nienawistnej, pseudonarodowej wrzawy, oby jak najdalej od tych „za” i „przeciw”. Byle z dala od tych wszystkich mądrali, którzy wiedzą najlepiej, byle jak najdalej od miejsc, gdzie ilość osób jest niższa od ilości poglądów. Mam niespotykane szczęście być synem narodu, który wszystko wie najlepiej, na wszystko ma pogląd. Drugi Wielki Naród Mędrców.

Dość kpin. Od żółci ważniejsza jest zieleń. W „Karmazynowym poemacie” Lechoń pisał: „a wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę” (Tajna Polska ten cytat bystrze przypomina na FB). Taka też intencja przyświecała ostatniej wycieczce na północ, wycieczce służbowo-regeneracyjno-sentymentalnej. Więc najpierw droga do Lipska, przez Sokółkę i Dąbrowę Białostocką. Od tej ostatniej mam tylko dziesięć kilometrów do Lipska i czternaście do Kurianki. Jest dziesiąta rano, w sklepach wokół rynku kolejki i przedpołudniowy gwar. Poranne sprawunki, dostawy, rozmowy klientów z ekspedientkami toczone w pięknym polskim języku, bez białoruskich naleciałości. Nie wiem dlaczego, ale w Sokółce już się tak nie mówi. W Dąbrowie Białostockiej i Lipsku ludzie mówią chyba najczystszym polskim jaki słyszałem.

W Kuriance koło Lipska jest ośrodek dla osób upośledzonych umysłowo urządzony w pięknym budynku dawnej szkoły. Przeprowadzam tam wywiad z p. Krystyną, kierowniczką i trzema uczestnikami tamtejszych działań: Agnieszką, Klaudią i Krzysztofem. Ośrodek jest wyjątkowy, ponieważ uczestnicy wspólnie z personelem pracują przy renowacji budynku i poszerzaniu jego funkcjonalności. Relacje są bardzo partnerskie. Trudno się zorientować, kto jest opiekunem, a kto wychowankiem. Po wywiadach zapraszają mnie na śniadanie „na trawie”. Posiłek na świeżym powietrzu smakuje kompletnie inaczej.

Z Kurianki jadę na zachód, w kierunku Augustowa. Parę kilometrów przed miastem zza lasu wyłania się jezioro Białe. Chwila w Augustowie i już zaraz mknę na północny wschód, szosą do Sejn, pięknym sosonowo-piaszczystym lasem. W Gibach skręcam w prawo, w drogę wzdłuż jeziora Pomorze (cudowne wakacje w ośrodku Teatru Dramatycznego), w kierunku Berżnik. To krajobraz genialny. Wąska szosa kręci się wzdłuż i wszerz mniejszych i większych pagórków, zieleń przebija się jeszcze nieśmiale, rolnicy przygotowują pola do wiosennych zasiewów. W Berżnikach – jak zwykle – atmosfera dużej miejscowości zamkniętej między trzema jeziorami o kompletnie nieprawdopodobnych nazwach: na południe Iłgielk, na zachód Gajlik, na północ Pilwie. Jadę w kierunku granicy, szutrową drogą przez las. Ostatnie zabudowania – domy w środku lasu. Jeszcze kilka kilometrów i przekraczam granicę: pod podniesionym niedbale na pół wysokości szlabanem, po wyboistym, pełnym kałuż pasie granicznym. Brzmiące egzotycznie, a jednocześnie blisko i przyjaźnie nazwy miejscowości: Kalediskiai, Klepociai. I moje ulubione jezioro wśród lasów: Kaunoris Juodas. W niedoległym Kalviai jeziora ma się po obu stronach drogi i jest to widok oraz miejsce absolutnie wyjątkowe. Podróż po tym litewskim końcu świata, kiedy jeszcze rano było się w centrum śmierdzącego świata, śmierdzącej polityki, cuchnących spraw.

Dojeżdżam w końcu do Kopciowa (Kapciamestis), skręcam w lewo w drogę sto trzydzieści cztery, przejeżdżam przez Wiejsieje (Veisiejai), jadę w kierunku największego miasteczka przy granicy z Polską – Łoździei (Lazdijai). Wzruszają flagi narodowej przyozdobione kirem na dziewięćdziesięciu procentach domóstw. Zakupy – jak zwykle – gruzińska woda mineralna, sękacz, suszone ryby. Wracam systematycznie rozbieranym byłym przejściem granicznym w Ogrodnikach. Jeszcze Sejny – to grzech być tak blisko i nie odwiedzić Sejn, jeszcze trochę błądzę w okolicach Daniłowców i Jeziora Białego, jeszcze przejeżdżam Mostową w Augustowie, by jeszcze raz zerknąć na to miasto poza sezonem, jeszcze próbuje przejechać ze Sztabina do Dolistowa piękną nadbiebrzańską piaszczystą drogą i drewianym mostem. Tylko to ostanie mi się nie udaje. Jest za mokro, kałuże są za głębokie. Około szóstej jestem z powrotem.

Odpowiadam na zaległe e-maile, sprawdzam RSS-y, loguję się na FaceBooka. Jem suszone rybki, wracam do Polski.

Rymkiewicz, Varga, Kuroń

W weekendowej „Wyborczej” trzy teksty godne zestawienia. Pierwszy to mini-felieton Waldemara Kumóra o dyskusji toczącej się od dwóch tygodni na łamach Newsweeka. Rozpoczął ją poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, stwierdzając w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem, iż:

„S” to była wielka rzecz. Ale dla naszego samoczpoczucia może byłoby lepiej, gdyby w stanie wojennym ówczesne podziemie miało też bardziej radykalne skrzydło. Gdyby rzucono parę bomb, spalono komitet. Pewnie byłyby potem wyroki śmierci, nawet szubienice na stokach cytadeli. Ale przecież nasze narodowe szubienice to nie znaki hańby, lecz pomniki chwały.

Na te odważne słowa Rymkiewicza tydzień później odpowiada Krzysztof Siemieński – drukarz podziemnej NOW. Kiedy studiował filozofię na UJ, wspólnie z kolegami wpadli na pomysł „likwidacji” Wojciecha Jaruzelskiego. Projekt był na zaawansowanym etapie realizacji. Na szczęście znalazł się ktoś, kto przekonał narwanych studentów, że – po pierwsze – oznacza to wyrok śmierci, nawet w przypadku niepowodzenia, a – po drugie – władze właśnie na takich szaleńców oczekują. Pomysły Rymkiewicza Siemieński kwituje następująco:

…w Polsce nigdy nie brakowało narwanych idiotów, którym sam byłem.

Kilka stron dalej, Marek Radziwon prezentuje zgłoszoną do nagrody Nike książkę Krzysztofa Vargi „Gulasz z turula”. Ta gorzka i ironiczna książka napisana przez Vargę, zakochanego w Węgrzech, okazuje się w takim samym stopniu książką o Polakach.

Opowieść o kompleksach małego kraju, o imperialnych pretensjach, które obracają się w groteskę, o hurrapatriotycznych pretensjach, o pamięci krwawych klęsk, które urastają do rangi najwspanialszych symboli narodowej historii, to także – jak w lustrze – opowieść o Polsce i naszych wysokich, a czasem po prostu śmiesznych wyobrażeniach o sobie samych

Czytałem tę książkę Vargi i mogę potwierdzić spostrzeżenia Radziwona. Książka Vargi jest książką tak samo o Węgrzech, jak i o Polsce. Niedawna rocznica wyborów kontraktowych ’89 roku przez jednych obchodzona jest jako zwycięstwo, inni zaś z poobną fetą i gatunkową ciężkością traktują ten moment jako kolejną, po Powstaniu, Czerwcu’56, Grudniach’70 i ’81 „piękną porażkę”. Żal tylko – jak mówi Rymkiewicz – że Klęska’89 nie przyniosła krwi na ulicach i męczenników za wolność. Byłoby kogo czcić… A może za takich męczenników uznać uczestników spotkań w Magdalence, cierpiących na „syndrom dnia następnego„?

Trzecim ważnym tekstem w dzisiejszej GW jest wywiad-wspomnienie z Karolem Modzelewskim o zmarłym 5 lat temu Jacku Kuroniu. Moja sympatia do Kuronia nie wynikała nigdy ze wspólnoty poglądów czy wartości, ale z pewnej meta-postawy, którą miał wobec siebie i innych ludzi. Modzelewski pięknie opowiada o wewnętrznym konflikcie, jaki zachodził w Kuroniu, kiedy uczestniczył w rządzie Mazowieckiego jako minister pracy. Choć potem odstąpił od tego stanowiska, to mam wrażenie, że miał rację, mówiąc, iż aby zbudować socjaldemokrację, należy najpierw zbudować kapitalizm. Z tym stanowiskiem zgodziliby się zarówno liberałowie, jak i socjaliści. Pierwsi mieliby oczywiście wątpliwości, czy jest sens trwonić zgromadzone bogactwo, drudzy rzekliby – po co tworzyć bogactwo, skoro możemy zrobić deficyt budżetowy? W każdym razie, myśl ta świetnie wyraża to meta-nastawienie Kuronia: konsyliacyjne, otwarte i ugodowe. Uważam, że na początku lat 90. tacy ludzie byli Polsce bardzo potrzebni, nawet jeśli w rezultacie ponieśli porażkę.

Wracając zaś do nawoływań Rymkiewicza o potrzebie krwi, wydaje się, że nieco innego rodzaju ofiar potrzebuje to społeczeństwo. Od butelek z benzyną, palonych opon i ran ciętych, kłutych i postrzałowych, potrzeba nam jednej z trzech rzeczy, o kórych mówił kilkadziesiąt lat temu Churchill. Nie krwi nam potrzeba, ani łez – potrzeba nam natomiast dużo potu, toczonego ciężką, codzienną pracą. To jest zresztą ofiara, którą składają codziennie miliony ludzi w Polsce. Niektórzy wyśmiewają się pracujących od 8 do 20 pracowników korporacji, pojawiają się wręcz pomysły, aby zakazać zbyt długiej pracy nawet tym, którzy się na to dobrowolnie godzą. Jednak, jeśli popatrzeć bez uprzedzeń, to właśnie ci wszyscy pracownicy sklepów całodobowych, uczestnicy tzw. „wyścigu szczurów” z wielkich korporacji, studenci ślęczący nad książkami całe noce, wszyscy ci, dla których dzień zaczyna się o 6 a kończy o 2 nad ranem, oddają temu społeczeństwu największą ofiarę, czyli pracę.