Nagrobków sprzątanie

Jestem już jednym z tych smutnych starców, którzy jesienne przedpołudnia spędzają na szorowaniu nagrobków swoich nieżyjących bliskich. Odkryłem, że zielona ławeczka przy grobie mojej prababci Anny Oryszczyszyn (zmarła w wieku lat 30 w latach trzydziestych ubiegłego wieku) i jej córki, ciotki Irki, na cmentarzu Farnym jest genialnym miejscem na czytanie i medytację). Będę to miejsce odwiedzał zapewne częściej).

23 sierpnia 2017

Mimo przeciwności, o których nie mówimy: mój syn wpieprza konfiturę i mus, które mu przywiozłem, czytamy razem książki i zdjęcia aut na tablecie, jest zachwycony karetką z otwieranymi drzwiami, które ma od jego siostry Oli, pamięta o babci Terce z Białegostoku, mimo tego, że nie może się z nią zobaczyć. Jak mamy chwilę dla siebie, to działamy jak dwóch mądrych facetów.

Jurek

Jak by powiedział leżący tam metr pod ziemią dziadek Jurek, „lśni się jak psu jajca”. Szorowałem wczoraj ten jego, jego żony i syna grób i wspominałem jego robotniczy, mieszczański sznyt, zaprawiony lwowskim akcentem jego ojca. Był hydraulikiem w białostockim szpitalu wojewódzkim. Cieszył się wielkim poważaniem. Zacząłem go poznawać, gdy był już po sześćdziesiątce i na emeryturze, ale nawet wtedy, gdy szybko umierał na raka wszystkiego, odkrywałem jego cwaniacką, zaczepną naturę białostockiego chłopaka z dzielnicy. Zawsze podobała mi się jego fryzura. Po bokach podgolone, góra do tyłu. Był przystojny. Mam zdjęcie z około 1960 roku, jak kuca z synem przy sztucznym niedźwiedziu, pewnie w którymś z białostockich parków. Nie wzdychał, kiedy umierał. Nie miał pretensji. Po prostu się udusił.

Dzień kieszonek

Dzień, jak to mawia Ola, „kieszonek”. Dzisiaj poszła na kiszeniową rzeź rzodkiewka, osobno, z kiełkami i z liśćmi (w Japonii to przysmak). Następnie kiszona papryka i kiszona kalarepa. Jutro na kiszenie pójdą pomidory i marchewka z Plosek.

Wzmacniamy odporność.

Nigdy nie byłem na koncercie Maanamu

Nigdy nie byłem na koncercie Maanamu. Najbliżej bycia na koncercie Maanamu byłem gdzieś koło przełomu wieków, gdy wystąpili na dziedzińcu białostockiego Pałacu. Moi koledzy i koleżanki z liceum albo już ze studiów tam byli. Zadeptali tego wieczoru piękne, różane klomby rosnące wokół Pałacu.

Nigdy nie byłem na koncercie Maanamu i bardzo dzisiaj tego żałuję. W latach 90-tych artystowska wrażliwość Kory Jackowskiej mnie drażniła. Dzisiaj odbieram ją bardzo emocjonalnie i osobiście. Ten zespół był wtedy kompletny. Kora łączyła w sobie kobiecą delikatność i kobiecy pazur. Rock’n’rolle Marka Jackowskiego zawsze brzmiały jak klasyki.

Maanam bardzo cenił mój ojciec. Szczególnie te szybkie kawałki, jak „Cykady na cykladach” albo „Szare miraże”. Miał niesamowite wyczucie tego rockowego „pierdolnięcia”, które jest istotą muzyki. Wykrywał je zarówno u Szopena, Bacha, jak i u Beatlesów. W Maanamie też to pierdolnięcie wykrywał. Dostałem to od niego jak szósty zmysł.

Nigdy nie byłem na koncercie Maanamu. Nie chcę do tego wracać. Szkoda mi było strasznie, jak umarła Kora Jackowska. To był piękny człowiek, piękna kobieta. Podobno wytwarzała wokół siebie niezwykłą aurę. Gdy pojawiała się w towarzystwie, nie musiała mówić – wszyscy mężczyźni kulili ogony i stawali się tymi piętnastoletnimi chłopcami, którzy na ulicy widzą Klaudię Schiffer.

Nigdy nie byłem na koncercie Maanamu, więc oglądam na Youtube ich występy na żywo. Widzę Korę z tym jej charakterystycznym wyprostowaniu, z tym jej dumnym kroczeniu po scenie, z tymi jej przeciwsłonecznymi okularami, z tymi jej ustami pomalowanymi czerwoną szminką. Z tym jej entuzjastycznym i jednocześnie sarkastycznym uśmiechem.

Kora była kobietą, która nigdy się nie zestarzała. Zawsze była tą dziewczyną, która jest jednocześnie dziecinna i słodka, ale zarazem dumna i silna. Dziewczyną, która ominęły prawie wszystkie defekty starości. Dopadła ją tylko choroba. Jestem pewny, że umierała godnie.