Codziennik piętnasty – śmiech dziecka

SONY DSC

Od  miesiąca tłumaczę sobie na polski słynne „365 codziennych medytacji Tao” Deng Ming-Dao. Codziennie jeden rozdział, składający się z wiersza i bardzo zgrabnie skonstruowanej formalnie medytacji na kolejny zadany temat. Lekcja jakiejś tam ponadczasowej mądrości, szlifowanie języka i pisania, osobista medytacja i otwarta możliwość wydania tego przez ludzi, którym się te moje interpretacje podobno podobają.

Dzisiaj rano usiadłem nad rozdziałem dwudziestym czwartym, zatytułowanym „Śmiech”. Heh, roześmiałem się, gdy otworzyłem tę stronę o śmiechu, bo kilka godzin wcześniej, gdy kładłem się spać, do poduszki czytałem kolejne zabawne przygody Andrew Clovera pod tytułem „Tata rządzi, czyli 63 zasady szczęśliwego ojca”. Jak łatwo się domyślić, opisuje tam swoje doświadczenia z wychowywania córek. To bardzo zabawna, ale i mądra książka. I to, co przeczytałem w nocy, zrozumiałem porankiem.

Zasada 17 Andrew Clovera mówi: „Pozwól dzieciom bawić się na schodach” i jest o tym, że należy dzieciom próbować doświadczać świata i chronić tylko wtedy, gdy rzeczywiście może wydarzyć się im krzywda. A gdy osiągają sukces własnym trudem okupionym wieloma próbami i porażkami, wtedy szczęście jest największe.

Andrew pewnego dnia budzi dźwięk śpioszków posuwających się po dywanie za drzwiami sypialni. Są tam schody. To jego dwuipółletnia córka Grace wspina się po nich. Ojciec wie, że Grace potrafi się wspinać, ale nie potrafi schodzić. Schody nie są zresztą wysokie. Więc czeka.

Andrew słyszy „dźwięk wydawany przez dziecko, które wspina się po schodach, aby zobaczyć ojca”. Zagląda i widzi, jak córka, z mozołem, wspina się na kolejne stopnie jak jaszczurka.

„Słyyyyyszszszszę cię….. Słyszę, że nadchodzisz” – mówi.

„Słyszę chichot dziecka i jest to najwspanialszy dźwięk na świecie. W końcu na szczycie schodów pojawia się jej ogromna głowa z szerokim uśmiechem na twarzy. Przypomina słońce wschodzące zza widnokręgu, ale jest większa. (…) We własnym umyśle Grace zdobyła Everest od północnej strony. Myśli, że jestem aniołem, którego widzi na szczycie. Jestem jednak czymś lepszym. Jestem tatą”.

20181018_194557.jpg

Piękny fragment. Przypomniałem sobie, kiedy mój syn był już na tyle duży, żeby sam podbiec do okna, gdy usłyszał, jak przyjeżdżam pod jego dom. I kiedy zobaczyłem jego głowę, jak wystaje zza doniczek z kwiatami, jego uśmiech był czystym szczęściem. 

(Potem szybko ukrócono ten oburzający zwyczaj, aby mój dzieciak mógł powitać się z ojcem i uśmiechnąć najpiękniejszym uśmiechem na świecie).

I traf chciał, że dzisiaj o szóstej rano usiadłem do tłumaczenia taoistycznej opowieści o dziecięcym śmiechu. To chyba najlepsza jak do tej pory medytacja w tej książce. Przetłumaczyłem ją – pewnie nieudolnie – tak:

24. Śmiech

Pagórkowate wioski.
Bielone ściany oblane słońcem.
Morze Ceruleańskie.
Śmiech dzieci.

Nieważne, gdzie pojedziesz. Nieważne, w ilu różnych językach będą tam mówili. I nieważne, jak wiele razy cywilizacje i rządy będą upadać i się podnosić.  Śmiech dziecka wszędzie podnosi na duchu. Wesołość dorosłych może wynikać z  różnych rzeczy: z zazdrości, niepokoju, sadyzmu, okrucieństwa lub poczucia  absurdu, ale odgłosy bawiących się dzieci są ideałem najprostszego i czystego  działania. Nie ma w nich symboli ani ideologii – jest tylko niewinna przyjemność  życia.

My, dorośli, zastanawiamy się bez przerwy nad gryzącymi nas kompleksami,  naszym egzystencjalnymi obawami, troskami wynikającymi z rozlicznych  obowiązków. Słysząc dziecięcy śmiech, możemy tylko wzdychać z tęsknotą za  naszym utraconym dzieciństwem. Mimo, że nie możemy wejść w nasze stare  ciuchy i stać się na powrót młodymi, możemy zawsze cieszyć się optymizmem  dzieci. Ich radość może zadowolić każdego.

Reklamy

Codziennik czternasty – win nastawianie

DSC04164.jpg

Trochę późno zorientowałem się, że uwieńczeniem mojej akademickiej edukacji powinien być jakiś dyplom z enologii. Pospiesznie uzupełniam braki w wykształceniu. Czytam winiarskie blogi, wracam do tych dziesiątek książek o winie, które kiedyś namiętnie czytałem, no i przede wszystkim nastawiam moje pierwsze wina w gąsiorach po ojcu, szkłach liczących bez mała czterdzieści lat. Na pierwszy rzut poszła dzika róża, podobno najszlachetniejszy po winorośli owoc do robienia wina oraz mało popularna w Europie mahonia.

Więc „nastawiam wino ze swoją dziewczyną”. Drożdże już po kilku chwilach od dodania ich do owoców zaczynają pożerać cukry. Jak się przyjrzy bliżej temu zamieszaniu po drugiej stronie szkła, widać tę szaloną ucztę jak na dłoni. Drożdże pierdzą przy jedzeniu jak Chińczycy, z których to piardów robią się bąbelki. Jak już drożdże zjedzą cały cukier, wtedy wino nabierze mocy, ale na powrót zrobi się cierpkie. Wtedy dosypie się im jeszcze cukru do wpieprzania.

Jest to proces przepiękny, magiczny, fascynujący. Jestem nim na tyle zachwycony, że wziąłem sobie te dwa gąsiorki z różą i mahonią do sypialni, postawiłem na biurku z roślinami, służącym mi do pracy bez komputera i internetu (polecam wygospodarowanie sobie takiego miejsca w domu) i kiedy chcę się na chwilę wyciszyć i uspokoić, siadam przy tych moich dzielnych drożdżach, patrzę, jak się tam miotają, jak pracują, przykładam na przemian ucho i nos do rurki fermentacyjnej i słucham, i wciągam nosem te ich mahoniowo-różane popierdywania.

Codziennik trzynasty – zachód słońca w Kruszewie

SONY DSC

Pojechałem dziś nad zerwany most w Kruszewie, bo wymyśliłem sobie wino z czarnego bzu, a tam – przy wschodniej grobli mostu, którego nie ma – rośnie najwięcej tego ścierwa.

Chciałem zdążyć przed zachodem słońca, bo zbieranie czarnego bzu po zmierzchu jest trochę skomplikowane.

Pędziłem jak szalony przez Starosielce, Krupniki, Ruszczany, Rogowo i Pańki. Z każdego płotu patrzyli na pirata z oburzeniem kandydaci na jakichś sołtysów czy na coś tam.

Byłem na moście o 17.30. Tuż przed zachodem słońca.

Czarnego bzu już nie było, ale był za to zachód słońca.

 

 

Codziennik dwunasty – nastawianie wina

DSC04031.jpg

W piwnicy bloku na Palmowej stał przez wiele lat dwudziestolitrowy gąsior z pomarańczową, plastikową siatką ochronną. Od kiedy pamiętam, ojciec nigdy go do niczego nie używał. Dopiero kilka dni temu dowiedziałem się od mamy, że w latach 80-tych Heniek nastawiał w tym gąsiorze wino z jabłek, które Teresa z sąsiadką podpijały, kiedy stary był w pracy a one spotykały się w naszej kuchni na pogaduchy. Jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności, ten gąsior znowu do mnie trafił, już na Piłsudskiego, wzbudziwszy dużo nostalgii, tęsknoty za ojcem i rozmyślań o tym, czy będę mógł być w końcu ojcem dla swojego syna, gdy nikt już nie będzie nam tego uniemożliwiał.

Od kilku dni przygotowuję się do pierwszych prób z winem własnej roboty. Kilka tygodni temu zrobiłem całkiem przyjemny cydr z antonówek przyniesionych z działki pani Gieni. To był wstęp do inauguracji mojej kariery winiarskiej.

Tej jesieni zrobię co najmniej cztery nastawy: z jabłek (na które poluję jeżdżąc po okolicach i wyszukując fajnych sadów), z dzikiej róży (którą dzisiaj obrobiłem i wsadziłem do zamrażarki), z mahonii (którą wczoraj zrywałem na działce) i z dzikiego bzu (po który jadę jutro do Kruszewa). Dzisiaj kupiłem drożdże i dodatkowe rurki fermentacyjne, ale jutro w wolnej chwili pewnie skoczę jeszcze raz do sklepu winiarskiego.

W bardzo mądrej książce, którą teraz kolejnymi rozdziałami codziennie tłumaczę z angielskiego jest napisane, że trzeba czerpać radość z tego, co jest teraz i być uważnym badaczem codzienności, a to zbuduje naturalną drogę łączącą przeszłość z tym, co będzie. Oczywiście to wszystko jest tam napisane dużo mądrzej i mniej trywialnie, niż tutaj.

Te wszystkie przetwory, nalewki z wielomiesięcznymi terminami kolejnych czynności, te gąsiory, z których wina pić się będzie za trzy albo cztery lata, a najlepiej za pięć, przynoszą wielką satysfakcję nie obietnicą nagrody teraz albo za dziesięć lat, ale przynoszą czystą, codzienną, niewinną przyjemność zbierania, czyszczenia, przygotowywania, kupowania akcesoriów, zalewania, obserwowania tych różnych fascynujących procesów chemicznych, patrzenia na zmianę. Przyjemność tego co dzieje się teraz.

Dzisiaj na przykład, po zrobieniu wszystkiego, co miałem wcześniej w obowiązku zrobić, przesiedziałem dwie godziny nad wiadrem dzikiej róży na wino, owoców zebranych przez mamę i przeze mnie w Narwi ostatniej niedzieli. Przebieranie, oczyszczanie, wyrywanie korzonków. Brudna na pozór robota, ale w swej istocie – bardzo oczyszczająca.

Codziennik jedenasty – przygotowania

DSC03903.jpg

Za każdym razem, kiedy idę do lasu i oglądam drzewa, kolekcjonuję liście, obserwuję wzrastanie mchu i grzybów, nasłuchuję ptactwa, badam tropy zwierząt, robię zdjęcia a potem – już w domu – czytam wszystko, co mi się nawinie pod rękę o roślinach, analizuję zdjęcia, robię notatki – myślę tylko o tym, że gdy następnego lata będziemy już mogli normalnie i w spokoju pójść wędrówkę do puszczy, to na pytanie:

– Tato, co to takiego?

Nie będę musiał odpowiedzieć:

– To tam? To jest drzewo, synku.

Codziennik dziesiąty – o kocie-żebraku

SONY DSC

Przyszło Babie Lato. Zawiozłem dziś mamę na grzyby. Nie mogę teraz zbyt wiele chodzić. Zabrania mi tego noga wchodząca od trzech miesięcy w stan gorączkowy i wylewająca swe żale całymi dniami czymś, co muszę cierpliwie tamować bandażami, opatrunkami, plastrami, a i tak codziennie do prania idą prześcieradło i dwie pary dżinsów. Więc zamiast chodzić po lesie, zadowalam się kąpielami w ostatnich ciepłych promieniach słońca, lekturą na łonie natury, ulubioną a kawą mojego Syna ze starodawnego termosu i wafelkami Prince-Polo.

Na szczęście noga – choć siąpi – to nie boli, więc wywózki mamy na te jej ukochane grzyby wykorzystuję na cieszenie się Babim Latem i na studia w plenerze. Ostatnio połykam wszystko, co do tej pory napisano o neandertalczykach. Sięgnąłem nawet po zalegającą latami na regale dużego pokoju przy Palmowej pięknie wydaną jak na koniec lat 70. „Skąd pochodzisz, Adamie” Józefa Kleiba. Więc czytam, notuję, rozmyślam, bo wczoraj dostałem zamówienie na tekst o tych małpoludach.

No i dzisiaj, kiedy rozłożyłem się ze swoim notesikiem Moleskine i ołówkiem o ulubionej miękkości B3, kiedy już zjadłem pierwszy batonik Prince Polo, popity kawką zbożową Anatol, którą mój Syn tak bardzo lubi,  kiedy już rozsiadłem się wygodnie na drewnianej ławie przy „Barze na Składnicy”, i kiedy złożył mi już kurtuazyjną wizytę wielki, długowłosy bernardyn pilnujący tamtejszego dobytku, kiedy rozpocząłem lekturę z przygotowanym na wszelkie okoliczności, zatemperowanym starannie żyletką w domu, ołóweczkiem B3, wtedy wlazł mi na stół on….

Biały kot – żebrak. Przedmiot irytacji wszystkich gości Baru na Składnicy. Czekający, aż klienci dostaną zamówione jedzenie. Podchodzący na tyle blisko, by wzbudzać litość i na tyle daleko, by nie pozwolić dać się wypędzić kopniakiem w podbrzusze. Miałczący tak przeraźliwie, jak dziecko, któremu odmówiono świeżaka w Biedronce. Patrzący tymi rumuńskimi oczami na Bogu ducha winnych ludzi zajadających te średniej jakości pożywienie serwowane w tym dziwnym miejscu. Zło wcielone jednym słowem.

Biały kot – żebrak – tym razem nie żebrał, bo nie miał o co. Obszedł dwa razy ostrożnie mój stolik, po czym bezceremonialnie wpieprzył się między otwartą książkę o małpoludach a opakowanie po Prince-Polo. Obwąchał to wszystko, popatrzył na faceta, który siedział lekko zdezorientowany, przestraszony tą obcesowością, po czym wlazł mu na kolana, wymościł mi wytarte dżinsy, położył się i po chwili, drapany pod uchem i po brzuchu, zapadł w sen.

SONY DSC

Trochę poczytałem, a potem kot-żebrak się obudził. Resztę oczekiwania na mamę spędziłem na zabawach z wrednym kotem żebrakiem. Tego przedpołudnia, pierwszego przedpołudnia w Babie Lato 2018 nie dowiedziałem się niczego nowego o neandertalczykach.

Codziennik dziewiąty – o kibicowaniu Dawidom

daily mirror
z: Daily Mirror

Oglądałem triumf polskich siatkarzy nad Brazylią. Trzeci złoty medal Polaków w historii, obrona tytułu zdobytego cztery lata temu. A wszystko to zrobiła drużyna, na którą nikt w tym turnieju nie stawiał. W meczu półfinałowym – z USA – i tym wczorajszym – o złoto – polscy siatkarze do ostatniego gwizdka wyglądali, jakby ktoś w nich wyłączył emocje magicznym przyciskiem gdzieś z tyłu głowy. Każdy zdobyty i stracony punkt przyjmowali z podobnym spokojem, jakby nie miało żadnego znaczenia, czy skończą porażką, czy zwycięstwem. Jakby najważniejsza była dla nich sama gra.

Od początku tej edycji Ligii Mistrzów kibicuję zespołowi z Hoffenheim. Ta Hoffenheim to licząca około 3000 mieszkańców wieś położona przy trasie nr 45 łączącej Neckargemünd z Sinsheim. W trzydziestotysięcznym miasteczku Sinsheim piłkarze Hoffenheim rozgrywają swoje mecze. W poprzednim sezonie wywalczyli w Bundeslidze sensacyjne czwarte miejsce i teraz grają w Lidze Mistrzów. W pierwszym meczu pechowo zremisowali z Szachtarem Donieck 2:2, prowadząc dwa razy w ciągu meczu i oddając więcej celnych strzałów. A wczoraj, w paszczy lwa, na stadionie Manchesteru City, Hoffenheim straciło gola w ostatnich minutach walcząc z faworytem tych rozgrywek jak równy z równym. Przegrali 1:2.

W rywalizacji słabszych z silniejszymi zazwyczaj trzymam stronę Dawidów. Tomasz Wołek, wielbiciel południowoamerykańskiej piłki napisał kiedyś długi tekst o podobieństwach między chrześcijaństwem i futbolem. Piłka nożna cieszy się według niego taką popularnością wśród chrześcijan, a szczególnie katolików, że powiela i pielęgnuje wiele chrześcijańskich mitów. Na przykład ten o człowieku ze stajni dla zwierząt, który wzniósł się ku boskości. Ale także ten, że „ostatni będą pierwszymi” i że Dawid w końcu może pokonać Goliata. To w piłce nożnej najczęściej spośród popularnych sportów dochodzi do niespodzianek (wynika to z małej liczby zdobywanych punktów), a chrześcijanie chętnie określają takie sytuacje w kategoriach cudów.

W sporcie kibicuję Dawidom nie z potrzeby przeżywania cudów w rozumieniu religijnym. Dużo większe wrażenie „cudowności” przynosi doświadczanie solidności, wytrwałości, starań i powstrzymywanie na wodzy skrajnych emocji przez ludzi, którzy do czegoś dążą. Podziwiam godne ponoszenie porażek, jak i zwycięstw. Kto wie, może zwycięstwa jest trudniej przeżywać godnie, niż przeżywa się porażki? Sport jest świetnym poligonem obserwacyjnym mistrzów i przegranych. Niemcy z Hoffenheim godnie przeżyli swoją walkę i  swoją porażkę. Polscy siatkarze godnie przeżywali ich walkę i ich zwycięstwo. W tych triumfach i upadkach nie ma niczego cudownego. Cudowna jest sama walka.