Codziennik dwudziesty trzeci – Mleko Zero Waste

dsc_3634

Dostałem od kuzynów spod Brańska dziesięć litrów świeżego mleka prosto od krowy. Tłusty zapach tego mleka nalewanego do kubka wprost ze stalowej bańki, jeszcze ciepłego, dopiero co przed chwilą ściąganego z wymion krowy, to jedna z najważniejszych magdalenek mojego dzieciństwa i wakacji na wsi.

Poprosiłem ich o mleko, bo zamarzyłem sobie samodzielne zrobienie sera, mniej więcej takiego, jaki robią w Korycinie. Twardego, mlecznego, lekko solonego, z setkami mikrodziurek wytworzonych przez bakterie. Z dziesięciu litrów mleka wyszło mi tego sera mniej, niż się spodziewałem. Ser jest smaczny, ale sporo rzeczy wymaga eksperymentów. Z praktyki wiem, że aby coś zacząć dobrze gotować, trzeba to wcześniej przynajmniej trzy razy spieprzyć.

Gdy tylko udoskonalę swoje umiejętności serowarstwa, podzielę się tu nimi oczywiście.

Produktem ubocznym produkcji sera jest serwatka, czyli w gruncie rzeczy mleko pozbawione tłuszczów, pełne za to wapnia, białka i mikroelementów. Szkoda wylewać do kibla dobre osiem litrów takiego dobra. Z serwatki zrobiłem więc ricottę – delikatny, nietrwały, ale przepyszny kremowy serek, dobry do deserów i innych rzeczy. Żeby zrobić ricottę, wystarczy podgrzać serwatką do 93 stopni, a następnie dolać do niej trochę octu.

Po wyciągnięciu ricotty, pozostaje nam jednak nieco tylko mniej niż osiem litrów serwatki. Tą można zużyć na dwa sposoby. Podzieliłem więc moją serwatkę na dwie porcje. Z sześciu litrów robię właśnie…. podpiwek serwatkowy. Dodaję to niej cukier, trochę rodzynek i drożdże. Po 2-3 dniach powstanie pyszny, zdrowy i orzeźwiający napój musujący.

Co zrobię z resztą serwatki? Ugotuję na niej zupę a’la biały barszcz. Do gotującego się płynu dodam trochę włoszczyzny, ziemniaki, wysuszone szynki i kiełbasy, zaprawię to octem i będzie pyszna zupa.

Filozofia Zero Waste to najwspanialszy wytwór kulinarnego hipsterstwa. Trzeba jednak pamiętać, że jej korzenie tkwią w zwyczajach żywieniowych naszych dziadów, dla których wyrzucanie jedzenia było nie tylko marnotrawstwem, ale i grzechem. Wszechstronność wykorzystania nawet tak powszechnego i dostępnego pożywienia, jakim jest mleko pokazuje, że Zero Waste nie wzięło się znikąd.

Reklamy

Codziennik dwudziesty drugi – co się z nami stało?

Nigdy nie miałem tak wielkiej ochoty wyjazdu z tego kraju (bo ten kraj to już nie jest Polska) jak dzisiaj i gdyby nie mój syn, z którym też z powodu tutejszych patologii mentalnych i systemowych nie mogę się normalnie spotykać i uczestniczyć w jego życiu, to właśnie kupowałbym bilet lotniczy do normalnego świata. Teraz tylko ten mały człowiek trzyma mnie w tym polskim syfie i bardzo żałuję, że będzie musiał dorastać w takich straszliwych okolicznościach Polski XXI wieku.

Nie chodzi tu tylko o politykę i polityków, których Stefan Wilmont jest starannie wychowywanym i pielęgnowanym dzieckiem, idealnym produktem wieloletniego szczucia ludzi nawzajem. Każdy, bez wyjątku każdy polityk w tym kraju, powinien był mieć dzisiaj koszmary i powinien obudzić się z krwią na rękach. Problem z tym krajem jest jednak dużo bardziej głęboki i dotyczy każdej codziennej sytuacji, każdej zgorzkniałej miny i wszystkich krzywych spojrzeń przechodniów.

Problem z Polską to całe to sowieckie cwaniactwo, cała ta nieustanna potrzeba zrobienia bliźniego w chuja na każdym kroku, te wszystkie przejawy wykorzystywania chociaż minimalnej władzy nad człowiekiem przez panią w okienku na poczcie, te wszystkie złośliwości na drodze, to nieustanne wymądrzanie się, ten cały sarmacko-wiecowy krzyk, ta polska buta i zerowy, kompletnie zerowy poziom solidarności. Wydaje nam się, że jesteśmy Europejczykami, ale tak naprawdę jesteśmy narodem barbarzyńców o brudnych ciałach i duszach ubranych w dobre ubrania i popryskanych drogimi perfumami.

W tym kraju (bo na miano Polski trzeba sobie moim zdaniem zasłużyć) tylko dzieci i psy są jeszcze przyzwoite.

 

Codziennik dwudziesty pierwszy – jeżdżenie

jeżdżenie.jpg

Mój pierwszy samochód to była czerwona Toyota Carina Sedan, kupiona za niecałe 20 tysięcy od obecnego burmistrza Zabłudowa. Pięć tysięcy sprezentował mi ojciec, resztę dołożyłem z kasy za jakiś unijny projekt. Dzień przed zakupem, Adam powiedział mi „weź ją sobie na jedną dobę, pojeździj, zobacz, czy ci pasuje to auto”.

Tego wieczora nie wróciłem na noc do domu. Szwędałem się po mieście, po bliższych i dalszych okolicach. Sprawdzałem wszystkie przyciski i pokrętła na masce rozdzielczej. Po kilku przejechanych kilometrach wiedziałem, że muszę ją mieć. Zadzwoniłem do ojca, bo brakowało mi kilku tysięcy. Na niego zawsze mogłem liczyć w takich sprawach. Pięć koła to była dla niego spora kwota – nie byliśmy bogaci – ale jak zwykle mi pomógł.

Dwa dni później jechałem już szosą na Warszawę po moją dziewczynę, by po krótkim noclegu w stolicy ruszyć na Węgry. To była karkołomna wycieczka, bo nigdy wcześniej nie spędziłem za kółkiem tyle czasu. Jakoś dojechaliśmy, chyba tylko dzięki adrenalinie płynącej z przyjemności jazdy, pulsującej mi w głowie. Ta wycieczka była wyjątkowa.

Wtedy zakochałem się w jeżdżeniu samochodem. Wtedy zrozumiałem, o co tak naprawdę chodzi Andrzejowi Stasiukowi i wtedy stał się on moim jeszcze większym mistrzem. A już wtedy był największym.

Kiedy kończyłem pracę, wsiadałem do tej mojej Toyoty i eksplorowałem okolice. Jakiś czas potem ustaliłem, że tym samochodem przejechałem każdy kilometr utwardzonej drogi w województwie podlaskim. Robiłem około 50 tysięcy kilometrów rocznie, czyli ponad 4 tysiące kilometrów na miesiąc. Zdarzało mi się kilka razy wsiąść o świcie do samochodu, pojechać na Hel, popatrzeć na morze przez pięć minut i tego samego dnia wrócić wieczorem do Białegostoku.

Teraz też mam Toyotę, ale – choć mnie nie zawiodła – nie kocham jej tak, jak tamtej Cariny. Podobno pierwsze miłości kocha się zawsze i przez całe życie najmocniej.

Jestem perypatetykiem – nie potrafię myśleć, siedząc na dupie. Myślę tylko wtedy, gdy idę albo gdy jadę. Wtedy przychodzą do głowy najlepsze pomysły, wówczas poplątane myśli się jakoś rozwiązują. Wtedy też potrafię się naprawdę wyciszyć

Kiedy wracają do mnie trudne myśli o tęsknocie za synem, kiedy przypominam sobie nasze wspólne wycieczki i to, że mimo nieustanego dokuczania nam w przeżywaniu naszej wspólnej – synowsko-ojcowskiej przyjemności – czerpaliśmy jednak za tego radość i nawiązywaliśmy więź, wtedy wsiadam w samochód, podłączam radio do Spotify na telefonie, włączam specjalną plejlistę do jazdy samochodem i ruszam.

Najchętniej do Tykocina, bo jest to miasto, które najlepiej nadaje się do samotnego zwiedzania wieczorami, zza szyby samochodu. Zupełnie puste przez cały dzień, a wieczorem wytwarzające coś na kształt próżni sprawiającej, że strach tam nawet otworzyć szybę, aby nie wciągnęła cię jego nieobecność.

Byłem raz z moim Małym w Tykocinie, na pokazie samochodów. Pamiętam, jak zafascynowany patrzył na te wszystkie maszyny, a ja sadzałem go na przednie siedzenia tych, które sobie wybrał. Był dumny, przejęty i bardzo szczęśliwy.

Dzisiaj pojechałem do Tykocina sam, bo mróz trochę zelżał i ta kręta, dziurawa droga, odsłoniła trochę asfaltu. W Tykocinie, jak zwykle, nie było nikogo, a na fotelu pasażera nie było mojego syna. Patrzył tylko dumnie ze zdjęcia przyklejonego nad schowkiem, tak, jak patrzy za każdym razem wsiadam do auta załatwiać ludzkie sprawy.

Codziennik dwudziesty – letting go

trapped monkey

Słuchałem wczoraj, jak Cory Muscara opowiadał historyjkę o tym, jak mieszkańcy Indii polowali na młode małpy. Myśliwy brał owoc kokosa, rozcinał w pół, opróżniał z zawartości, a do środka wkładał banana. 

Następnie połówki kokosa na powrót spajał, a w jednej z nich robił otwór tak duży, by małpka mogła do niego włożyć luźno łapkę, ale tak mały, by łapka zaciśnięta na bananie nie dała się wyciągnąć z powrotem. Kokos wieszano na drzewie.

Kiedy małpka próbowała wyciągnąć banana z kokosa, mogła go bez problemu złapać w środku, ale nie mogła wyciągnąć ręki wraz z bananem. Wówczas myśliwy bez trudu zbliżał się do małpki i wsadzał ją do klatki.

Małpka trzymająca banana, którego nie mogła wyciągnąć z kokosa, jest gotowa oddać się do niewoli, niż zrezygnować z nagrody, której i tak nie jest w stanie dostać.

Wierzę, że w ten sposób polowano kiedyś na małpy. Wierzę też, że małpy zachowują się w takiej sytuacji w ten sposób. Wierzę w to, bo sam jestem jak ta małpa.

Rezygnacja z myślenia o przeszłości, a przede wszystkim rezygnacja z ciągłych oczekiwań wobec ludzi, którzy wielokrotnie zawiedli, zdradzili, opuścili lub zwyczajnie skrzywdzili, jest trudna. Trudno zapomnieć o przeszłości, o własnych błędach, pomyłkach, ślepych uliczkach po których się chodziło. I nawet nie chodzi o to, by zapominać lub przekreślać przeszłość grubą kreską.

Jestem durniem, który żyje wspomnieniami, ale który nie potrafi powiedzieć sobie „let it go”!

Nie ma chyba dobrego wyrażenia po polsku, które by oddawało sens tego, co kryje się pod „lettin’ go”. Kiedy słucham medytacji Cory Muscary i innych ludzi, pojawia się ono bardzo często. Zwykle wtedy, gdy koncentrując się na własnym ciele, na oddechu, przychodzą różne myśli ze świata. Problemy, plany, obawy, przeczucia, troski. Wtedy trzeba powiedzieć sobie: „to normalne, że te myśli przychodzą, tak działa umysł, zaakceptuj je, niech sobie przychodzą i odchodzą – „just let them come and let them go”.

„Letting go” nie znaczy „odpuścić”, ale bardziej „przepuścić, pozwolić iść swoją drogą”, zgodnie z taoistyczną zasadą wu wei, zasadą  powstrzymywania się przed działaniem i pozwolenia rzeczom iść swoją drogą, jeśli działanie nie jest konieczne. Uświadomienie, że rzeczy, na które nie mam wpływu, mogą wyłącznie spowodować nieporządek w moim umyśle, a nawet doprowadzić do katastrofy.

Jeśli nie mogę wyciągnąć banana z kokosa, nie powinienem dać się złapać myśliwemu.

Jan Krzysztof Kelus śpiewał kiedyś „Na brzegu siedź i czekaj bez kija i bez wiosła, aż trup twojego wroga w dół rzeka będzie niosła”. 

Pozwolenie, aby rzeczy, które mierzą, bolą, nie pozwalają zasnąć i na które nie ma się wpływu, odchodziły z głowy tak łatwo, jak przychodzą, jest pierwszym krokiem do osiągnięcia najważniejszego celu w moim życiu w ramach wieloletniego projektu o kryptonimie MAŁY.

Codziennik dziewiętnasty – Hi mom, what’s up?

„Hi mom, what’s up?” – powiedziałem przedwczoraj do słuchawki, kiedy zadzwoniła do mnie mama w jakiejś sprawie.

Od kilku tygodni rozmawiam codziennie przez kilka godzin po angielsku. I prawie w ogóle po polsku.

Jestem zrozpaczony moim mówionym angielskim. Rozmawiam jak ten Krystian z Siemiatycz, który pierwszy raz pojechał do pracy w Londynie. Dukam, plączę się, mylę słowa, co chwilę nie mogę sobie czegoś przypomnieć. Mimo mrozów pocę się przy tym i męczę. Koszmarne doświadczenie, przez które muszę przechodzić dla mieniących się tam gdzieś na wschodzie promyków spokoju i szczęścia.

Ból mojego koszmarnego mówienia po angielsku jest o tyle bardziej dotkliwy, że nigdy nie miałem problemów z tym językiem. Czytam bez żadnego problemu w tym języku – zasadzie poza literaturą, wolę czytać po angielsku, niż po polsku. Przetłumaczyłem kilka rzeczy z angielskiego, teraz tłumaczę na zamówienie, ale i dla przyjemności gęsty i stary tekst – sprawia mi to radość.

Podejrzewam, że mówienie, czytanie i pisanie – choć łączy je ten sam system lingwistyczny – to z punktu widzenia mózgu zupełnie inne czynności, obsługiwane przez kompletnie inne rejony umysłu. A może to jakaś wewnętrzna blokada przed mówieniem w ogóle, zamknięcie się w sobie, strach przed kontaktami z ludźmi?

Codziennik osiemnasty – piosenka

 

Codziennik siedemnasty – Miasto wspaniałe, tylko ludzie kurwy

miasto

Lubię to miasto. Ostatnio wyłączyłem się świadomie i rozmysłem z uczestniczenia w jego publicznym nurcie. W rynku byłem ostatnio chyba w lutym. Nie znam tych wszystkich nowych knajp i restauracji. Zaczęło mnie bardziej fascynować jego zaplecze – podwórka i klatki starych kamienic, w których śmierdzi kiszoną kapustą, małe ławki między blokami w centrum, na których latem przesiadują głuche staruszki, stare, drewniane domy na osiedlu Przydworcowe, ślady po dawnych sadach i ziemiankach na Dziesięcinach, zgliszcza po zlikwidowanych ogródkach działkowych przy Ciołkowskiego, piękne, dzikie ogrody na Bojarach, pełne malw obrastających płoty. Lubię klimat giełdy rolnej przy Andersa i podniecony tłum młodzieży z szalikami, maszerujący na stadion przy Słonecznej. Cokolwiek poddawane jest „modernizacji” lub „rewitalizacji” budzi mój wewnętrzny wstręt i obrzydzenie.

Przez wiele miesięcy wymyślałem i proponowałem przeróżne atrakcje dla mojego syna, które mogłyby urozmaicić jego monotonne, nudne życie gdzieś w lesie, bez przyjaciół, znajomych, towarzyszy zabaw, wśród czterech sfrustrowanych, przepełnionych nienawiścią do wszystkiego co związane ze mną i w ogóle z mężczyznami, kobiet.

Zwykła przejażdżka starym gruchotem ojca to była dla niego straszna radość. W niedzielę przyjeżdża do Białegostoku prawdziwy Mikołaj z Laponii. Jest nowy basen na Stromej. Jest Muzeum Motoryzacji, o którym marzył i które mu obiecałem. Co tydzień jest tak wiele rzeczy, które mógłby zobaczyć, które ja mógłbym mu pokazać. Są to starania bezskuteczne, przez co czuję, jak przecieka nam między palcami jego dzieciństwo, które wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Ta bezsilność to bardzo trudne uczucie.