Codziennik czwarty

DSC_2700

„Wrzeszczy jesień, że już jesień”. Nad ranem na ulicę zeszła mgła. Ziemia w doniczkach pelargonii jest wilgotna, choć od kilku dni nie padało. Ranek przywitał mnie zimną i wilgotną trawą, kiedy szedłem po szóstej do auta. Za anteną samochodową umościł się rdzewiejący liść klonu. Gdy kilka godzin później parkowałem w tym miejscu, pomogłem jakiemuś chłopcu zbierać kasztany. Niewiele ich już.

Brzoza mojego syna się trzyma i dzielnie broni się przed jesiennym wiatrem i ma wciąż komplet liści. Sięga już pierwszego piętra. A gdy ją tam sadziłem, nie dosięgała mi do ramion.

Noce i poranki są zimne, ale za dnia było dzisiaj dwadzieścia siedem stopni. Odwiedziłem znajome stragany na giełdzie. U pani z Plosek kupiłem kilka jabłek, cebul i marchewek. Pozałatwiałem sprawy i z ulgą wróciłem do domu, do pisania.

Pojechałem jeszcze na działkę, po resztę jabłek i moje papryczki ze szklarni. To jest ten czas, kiedy zabiera się z ogrodów resztki tego, co się jeszcze może przydać.

Z jabłek zrobię wino. Papryczki zabieram do domu, bo noce są już dla nich zbyt chłodne.

Biorę od mamy półtorej kilograma opieniek, bo biedna nie ma już siły i czasu, aby przerabiać te wszystkie grzyby. Robię z nich sałatkę z papryką, cebulą i sosem pomidorowym, pakuję do słoików i pasteryzuję. Znowu jeden słoik pęka. Sałatka jest ciężka, będzie pasowała do duszonego mięsa ze świni.

Testuję na patelni po raz pierwszy w życiu jakieś pospolite gołąbki (grzyby). Gołąbkiem jest też sławny rydz. Te dzisiejsze smakowały nieźle. Nie mam żadnych rewolucji żołądkowych. Kto nie ryzykuje, ten nie je gołąbków.

Rozlewam do butelek nalewkę na mirabelkach z Górki Miłości na Pietraszach. Powinna być niezła.

Reklamy

Codziennik trzeci

DSC_2081

Lubię przemierzać samochodem ten stary trakt łączący przed wojną Białystok z Warszawą. Jego początek jest w Starosielcach. Omija on Choroszcz od Południa i potem leci prosto aż ku przeprawie na Narwi. Tyle, że mostu tam już nie ma i pewnie nigdy nie będzie.

Przesądni ludzie uważają, że jak odbudują most, to po jedenastu latach przyjdzie III wojna światowa. Bo jak pierwszy raz zbudowali, przyszła pierwsza wojna, a jak pierwszy raz odbudowali, przyszła druga. Według Barejowskiej przepowiedni „przed wojną tyz był węgiel”.

Mostu pod Kruszewem nie ma, ale jest ciągnąca się przez ponad kilometr i kończąca się ślepo grobla z pokrzywą, dzikimi jabłoniami poobrastanymi czerwonymi piłeczkami do ping-ponga, berberysami, dzikimi jeżynami i czarnym bzem.

Właśnie po czarny bez tam dzisiaj pojechałem. Zaraz za miastem, w Krupnikach, wpadł chwilę wcześniej do rowu autobus z dziećmi, więc musiałem zawrócić i pojechać przez Choroszcz. Choroszcz, która niedługo stanie się w końcu normalnym miastem i będzie miała w końcu normalny rynek.

Dojechałem do początku wysypanej piaskiem i gruzem grobli i ruszyłem pieszo, prostą drogą ku urwanemu przęsłu. Minąłem faceta, który klęcząc zbierał dzikie jeżyny na wino. Powiedział, że w zeszłym roku poczęstował nim Króla Wina z Mielnika Rolnika co Szukał Żony.

– Król Korol powiedział, że „zajebiste” – stwierdził z dumą i podciągnął na do góry czarny dół od dresu.

Poszedłem dalej, a potem zszedłem w dół, ku rzece. Idzie się tam wydeptanymi, wąskimi, podmokłymi ścieżkami, po deskach przerzuconych nad co bardziej podmokłym terenem, a trawa albo trzcina sięga wysoko ponad głowę. Wszędzie latają ważki i motyle. Co chwilę ścieżka się rozgałęzia i tylko po tym, że jest jest ranek, a słońce świeci w plecy, można być pewnym, że idzie się na zachód – ku rzece.

DSC_2112

Byłem tam dziś o dziesiątej – przez kilka minut – małym chłopcem. I to było warto poczuć jeszcze raz po tylu latach.

Potem dochodzi się do brzegu, gdzie jest miejsce po ognisku, niewielkie zejście do wody, a obok kołysze się przywiązana sznurem do brzegu zardzewiała łódka wypełniona do połowy wodą. Jest tak spokojnie i cicho, że chciałoby się tam zostać na cały dzień. A wieczorem rozpalić ognisko i piec kiełbasę zwyczajną na olchowych patykach. Rozstawić namiot, albo siedząc na kawałku konaru drzewa doczekać do rana.

Wracając, nie spotkałem już producenta wina z dzikich jeżyn. Nazrywałem pół torby czarnego bzu z krzewów rosnących przy grobli. Zrobiłem z niego sok. Podobno zdrowy. Na pewno smaczny, bo właśnie to sprawdzam.

DSC_2100

Codziennik drugi

DSC_2021

Wybrałem się dziś znowu do lasu. Nigdy się jakoś szczególnie nie interesowałem przyrodą dopóki, dopóty nie zwróciłem uwagi jak Ola, a potem mój syn, przeżywają i chłoną te wszystkie rodzenia się, wzrastania i umierania roślin i zwierząt, by potem na nowo, z dziecięcą euforią podziwiać, odradzanie się. Dziecko jest częścią przyrody bardziej niż każdy dorosły i najbardziej chce się z przyrodą zaprzyjaźniać. Nie udało mi się niestety przekonać kogo trzeba, aby Mały chodził do Leśnego Przedszkola. Szkoda. Widziałem parę razy, jak te brzdące w pelerynach maszerują przez las, taplają się w kałużach, dłubią palcem w sosnowej żywicy, poznają gatunki leśnych zwierząt i roślin. Widok absolutnie fenomenalny, a przedszkola leśne to świetny pomysł.

Więc dzisiaj pojechałem do lasu. Oficjalnie po grzyby, bo wysypały, ale w rzeczywistości pojechałem po wyciszenie. Mój perypatetyczny umysł myśli tylko wtedy, gdy pracują nogi albo silnik samochodu. Nogi mam słabe, ale chciałem zobaczyć dokładnie jedno miejsce w Puszczy Knyszyńskiej, które kilka razy omijałem.

Znajduje się ono kawałek drogi od szosy łączącej Białystok z Augustowem. Najpierw odkryłem dwa mostki w środku lasu, pod którymi przepływa niepozorny strumyk. Przepływa nie prostym nurtem, ale meandruje, zamienia się co chwila w bagno, potem w małe bajorko, nagle znika pod ziemią, by wypłynąć na powierzchnię kilka metrów dalej. Co chwilę na strumyku leży powalone drzewo, gdzieniegdzie widać przejrzystą toń wody, a za chwilę – samo błoto.

Wokół tych bagien i tego strumyka moja mama zbiera od wielu lat grzyby, a ja jej czasami towarzyszę. Wczoraj zobaczyłem metrową tamę, zbudowaną przez bobry, której tam nie było poprzedniej jesieni.

Cały wczorajszy wolny wieczór spędziłem na czytaniu o bobrach. To niezwykle inteligentne, pracowite i wytrwałe zwierzęta. Budują te swoje często kilkusetmetrowe systemy tam i żeremi z fachowością przewyższającą najlepszych techników melioracji. Zabezpieczają się przed niespodziewanymi spadkami lub wzrostami poziomu wody. Potrafią budować systemu tam o przewyższeniach nawet kilkumetrowych. I najważniejsze – w razie, gdy człowiek lub inny naturalny wróg im ten system zniszczy, potrafią w ekspresowym tempie, pieczołowicie go odbudować. Bobry to wspaniałe zwierzęta.

Chłonę i uczę się takich rzeczy, aby zabrać  kiedyś mojego Małego na długą wycieczkę po tym lesie i opowiadać mu o bobrach. Pokazywać mu te tamy i żeremie, które dzisiaj oglądałem, tłumaczyć wszystko na tyle, na ile będę potrafił mu to wszystko wytłumaczyć. Zobaczyć bobra, połazić po tych kałużach w gumowych butach, pozbierać szyszki, dotykać dłońmi miękkiego mchu, zjeść wspólnie soljankę albo grochową w pobliskim barze prowadzonym przez opryskliwą Rosjankę, liczyć tiry śmigające po szosie i notować nazwy ich marek. Tyle fajnych rzeczy można by porobić.

Codziennik pierwszy

DSC_1961Kolejne tygodnie w oczekiwaniu na spotkanie z Małym spędzam na ćwiczeniach spokoju, cierpliwości i skupienia na rutynowych, codziennych czynnościach. Skoro nie mogę z nim w spokoju spędzać czasu tak, jak tego pragnie, przygotowuję się do lepszych dla nas czasów. Narzucam na siebie dużo pracy, lektur, studiowania nowych rzeczy, bo stan bezczynności sprzyja czarnym myślom, złości i złym prognozom.

Poza pisaniem dla Niego listów z Miasta Gapko i innych mniejszych spraw i zleceń, odkrywam fascynujący świat świadomego śnienia. Opowiedziała mi o tych kiedyś taka njuejdżowa koleżanka i teraz wróciłem do tych technik, które w rzeczywistości nie mają nic wspólnego z metafizyką. Opierają się one na naukowej wiedzy o fazach snu i polegają na delikatnym wybudzaniu się podczas snu głębokiego. Używam do tego specjalnej aplikacji w telefonie, która w czasie, gdy mój sen wchodzi w fazę NREM, lekko mnie wybudza. To w podczas NREM śnimy. I właśnie wtedy możliwe jest świadome śnienie – przebywanie w marzeniach sennych tym się różniących od zwykłego snu, że możliwe jest dokonywanie decyzji, świadome znikanie, latanie, świadome rozmowy z bohaterami snów.

Fascynujące to i leczące rany tęsknoty za moim dzieckiem. Bo to z nim spotykam się podczas tych snów najczęściej. To zrozumiałe, gdy większość czasu w ciągu dnia poświęcam rozmyślaniom o nim. O tym, co robi, jak teraz wygląda, czy mnie pamięta po tych kilku miesiącach rozłąki. Mam nadzieję, że dzisiejszej nocy też go spotkam w moim śnie i sobie spokojnie pogadamy jak ojciec z synem.

Ćwiczę spokój i cierpliwość prostymi, codziennymi czynnościami. Jest wrzesień, więc produkuję masowo słoiki z przetworami. Właśnie skończyłem pasteryzowanie jedenastu słoików z papryką w zalewie octowej. Rozdam potem te słoiki rodzinie i znajomym.

Dzisiaj pojawiły się grzyby w ilościach konkretnych. W lesie widziałem potężną tamę zbudowaną przez bobry. I oczywiście – jak zwykle w takich momentach – pojawia się złość i zdumienie, dlaczego nie mogę wziąć go do tego lasu i pokazać mu ten imponujący dowód wytrwałości i pracowitości tych zwierząt. Tak jak nie mogę mu pokazać miliona innych ludzi, rzeczy, smaków i miejsc.

Jak tylko jutro rano odwiozę mamę do pracy, lecę do lasu. Las uczy uważności i przynosi spokój.