Poranna publicystyka, puszczańska niewyraźność

Miałem ostatnio wielką przyjemność „zadebiutować” publicystycznie dwoma tekstami w „Kurierze Porannym„. Pierwszy poświęciłem wielkiemu – moim zdaniem – paradoksowi miasta, w którym obecnie mieszkam. W tym mieście, po wojnie, rynek – podobnie jak setki innych rynków w setkach innych miast – został przez komunistów zadrzewiony. Powody można wskazać co najmniej dwa: przerabianie rynków na „skwerki” miało na celu wymazanie miejsca, które zazwyczaj było kojarzone z żydowskim handlem, i które zazwyczaj były opanowane przez Żydów. Drugim powód jest dużo bardziej oczywisty: rynek – marketplace – to symbol i destylat kapitalizmu. Nic więc dziwnego, że przez kilkadziesiąt lat białostocki ratusz otaczał przaśny „skwerek”, heroicznie broniony niedawno przez lokalnych ekologów. Skwerku już nie ma, jest za to plac z knajpą „Esperanto”, deskorolkarzami i żydowską buzą. Po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza powstaje drugi plac, przeznaczony do celów narodowo-religijnych. Przeniósł się tam marszałek Piłsudski, a obok pomnika postawiono biało-czerwony, groteskowy maszt, który jako żywo przypomina mi maszt na środku polany w Poddębiu, gdzie jeździłem na obozy harcerskie. Jestem przekonany, że ten w Poddębiu był wyższy i porządniejszy.

Fakt, iż będziemy mieli miało dwa rynki jest dla mnie symbolicznym dowodem na rozdwojenie tożsamości społecznej tego miejsca, a właściwie dwóch miast: Białegostoku kosmopolitycznego, żydowskiego, wielokulturowego oraz Białegostoku narodowo-katolicko-prawosławnego. Pierwszy tworzony jest tak naprawdę „z zewnątrz”, drugi tworzy ludność przybyła do opustoszałego, spalonego miasta po wojnie. Białystok narodowo-katolicki dokonuje klasycznej operacji wypierania żydowskiej przeszłości miasta, nie jest w stanie zaakceptować jego kosmopolityzmu i dlatego buduje swój własny plac do swoich własnych rytuałów.

Artykuł o dwóch rynkach spotkał się z ciepłym przyjęciem znajomych, jednak wielu czytelnikom artykuł się nie spodobał. Głównym zarzutem było wyolbrzymianie problemu, którego albo nie ma, albo jest mało istotny. Zarzut to poważny i można nań odpowiedzieć albo po Freudowsku, tłumacząc to wypieraniem przez czytelników przykrej prawdy o tym, że są w tym mieście w gruncie rzeczy gośćmi, ukrytym antysemityzmem itd. Jako że psychoanalizy staram się nie traktować poważnie, na zarzut o wyolbrzymianiu odpowiedziałbym hipotezą o pewnej chorobie zawodowej, wyczuleniu na z pozoru mało istotne symbole, które przy określonej wrażliwości urastają do kwestii wartych pogłębionego traktowania.

Tutaj daję link do artykułu „Dwa rynki, dwa miasta”.

Drugi artykuł ukazał się dosłownie wczoraj. Pierwotnie miał dotyczyć migracji białostockich licealistów do Warszawy i innych wielkich miast i zastępowaniu ich młodymi elitami z podbiałostockiej prowincji. Miał to być pretekst do kilku tez o braku kapitału społecznego, a wyszedł tekst o braku elit – trochę z inspiracji redaktorów Kuriera, którzy zaproponowali nieco inny w stosunku do pierwotnego tytuł.

Z pierwszych komentarzy na forum wynika, że ludzie dostrzegają sam problem i jego wagę. Sam artykuł jest krytyczny wobec białostockiej rzeczywistości, a takie autosceptyczne podejście jest w Białymstoku rozumiane i podzielane. Mam nadzieję, że pozytywne przesłanie tekstu – apel do zatrzymywania w mieście młodych i ich energii oraz przyciąganie młodych, którzy przyjadą tu nie z konieczności, ale ze świadomego wyboru, również będzie przez czytelników odczytany i zaakceptowany. Uważam, że jeżeli w Białymstoku powstaną elity, to tylko pod warunkiem wychowania ich w otwartym, nowoczesnym mieście. A jedynym realnym na to sposobem jest prestiżowa, wygodna uczelnia wyższa z wielką biblioteką i najlepszymi naukowcami. Uważam, że taka inwestycja jest w Białymstoku możliwa i bardzo szybko zmieni miasto nie do poznania.

Tutaj daję link do artykułu „Białystok potrzebuje elit”.

Wczoraj krótka wycieczka do Białowieży, przy okazji przewożenia za pieniądze pary niemieckich turystów. Białowieski park oznajmia o nadchodzącej jesieni spadającymi liśćmi. Wczoraj te powoli usychające liście ociekały wodą, wszystko lśniło. Pora roku jest w tym momencie bardzo nieokreślona: już nie lato, jeszcze nie jesień. Wziąłem ze sobą aparat i zrobiłem kilka zdjęć tym aparatem.

Cultureclash

Dla mieszkańca Europy Środkowo-Wschodniej każde przekroczenie granicy na Odrze i Nysie jest szokiem kulturowym i wkroczeniem do świata egzotycznego.

Określenie Europa Środkowo-Wschodnia uważam za trafione choćby dlatego, że propagują je jednocześnie i niezależnie od siebie Miłosz, Kundera i Stasiuk, a to samo w sobie jest wystarczającym argumentem za siłą takiej zbitki. Wszystkich trzech bardzo cenię za postawienie mi symbolicznych milestones. Miłosz zrobił to Doliną Issy, Kundera Żartem, a Stasiuk – Duklą. Zresztą, wszyscy trzej są związani z miejscami położonymi w obrębie mojego terytorium. Z miejscami i – oczywiście – plemionami wyznaczającymi najbardziej głęboki rys na kulturze środkowo-wschodniej Europy. Autor Widzeń nad Zatoką San Francisco (kolejna bardzo ważna lektura, wprowadzenie we wrażliwą percepcję pop-kultury) to dla mnie Jadźwing w czystej postaci: zrównoważony, spokojny, sumienny. Pogodzony z deterministyczną naturą przyrody. Niby wierzący, a tak naprawdę, w głębi serca, religijny poganin. Z kolei Stasiuka zawsze uważałem za zukrainizowanego Poleszuka. Jego przyjaźń z Andruchowyczem jest tylko tego potwierdzeniem. Wystarczy przeczytać Białego kruka, potem Duklę, a następnie znów Jadąc do Babadag aby zrozumieć tkwiącą w nim sprzeczność pomiędzy zasiedziałym poleszuckim Stasiukiem tkwiącym na beskidzkim zadupiu z dala od ludzi, ze Stasiukiem szwędackim, szukającym przygody, zapędzającym się z butelką wina aż po samą Albanię. Ostatni z trzech, Milan Kundera dodaje do tego pierwiastek normański, niesłusznie pomijany w historiografii polskiej. Normanowie, rządzący Europą pod koniec pierwszego tysiąclecia po Chrystusie, nie mogli nie wprowadzić swojej krwi również do żył mieszkańców tego rejonu. Wiedzą o tym już od dawna Rosjanie, przekonują o tym świat badacze skandynawscy, tylko Polacy nie chcą o tym w ogóle słyszeć. A Milan Kundera i Czesi zawsze przypominali mi Skandynawów: kiedy trzeba poważnych, powściągliwych i wyrachowanych, kiedy indziej wylewnych i cynicznych. Łączy ich też pracowitość, swoboda seksualna, jawny ateizm i niechęć do współplemieńców. Szwedzi nie znoszą Norwegów pewnie jeszcze bardziej, niż Czesi – Polaków.

No więc takim szokiem kulturowym był nawet tak krótki, ponad tygodniowy wyjazd. Wszystko to jeszcze sobie układam powoli, powyższa dygresja wyczerpała energię przeznaczoną pierwotnie na napisanie o tytułowym cultureclash’u. Miało być o niemieckiej i socjologicznej przewidywalności, o kierowcach międzynarodowych autobusów oferujących przejazd osób, nocnej melachnolii autostrad i dróg ekspresowych, o tym, że Warszawa nawet przejazdem ciąży jak ołów i każe uciekać, oraz o tym, jak dziwne i piękne to wrażenie słuchać Jasmine Girl Ścianki na czterysta którymśtam kilometrze jazdy samochodem, po trzydziestu iluśtam godzinach w podróży, gdzieś między Zambrowem a Białymstokiem na kilka godzin po zmierzchu. Zarejestrowany zaledwie ułamek tego zamieszczam poniżej. Jest tam obraz i muzyka pomieszana z szumem mijanych aut. Nie ma już takiego fajnego zmęczenia, świstu wiatru w uszach i zapachu nocy.

Deszcze i duchoty

Ten klimat jest nieznośny. Noce są co prawda chłodne, ale w dzień nigdy nie wiadomo, co się trafi. Może być duszno, że aż nie ma czym oddychać, może też przez cały dzień padać. Dopiero dzisiaj zrozumiałem, dlaczego pasażerowie autobusu linii 9 łączącej miasto z kampusem uniwersyteckim zakładają rzeczy z długim rękawem, nawet jeśli poranki zwiastują upał. Jezioro Bodeńskie wytwarza mało przewidywalny, kapryśny klimat.

Czasami różne skomplikowane sprawy, złe nastroje, nie pozwalają na uważne czytanie. Niestety, stan uporządkowania jest jeszcze daleko przede mną, albo równie daleko za mną. Szczęśliwie, biblioteka Uniwersytetu w Konstancji oferuje zajęcie również dla osób z takimi przypadłościami. Można zająć się transowym kserowaniem lub równie monotonnym, nie wymagającym myślenia, skanowaniem. To pierwsze kosztuje pięć centów za stronę, więc kiedy skończyły mi się drobne i wypełniłem czerwony plastikowy koszyk trzema książkami Hayeka i dwoma o Hayeku, przeskanowałem jakieś pięćset stron Poppera i o Popperze. Po takiej ogłupiającej pracy jedyną „wartością dodaną” jest to, że już wiesz, jak czuje się robotnik po ośmiu godzinach spędzonych przy taśmie.

Niemieckie mieszczaństwo

Dla kogoś, kto wychował się w mieście, którego mieszczańskie tradycje pojechały bydlęcymi wagonami do malowniczej Treblinki nad Bugiem, wszelkie oznaki mieszczaństwa zachwycają i uwodzą.  W Polsce jedyną warstwą społeczną, która posiada głęboki związek z miejscem swojego zamieszkania, są chłopi. Kiedy kupują  ziemię, nie mówią „kupię”, lecz „przyjmę”. W polskich miastach taki głęboki, wręcz biologiczny związek człowieka z miejscem, praktycznie nie istnieje. Nie mamy burżuazji i jeszcze długo mieć nie będziemy, jesteśmy mieszkańcami miast, lecz na pewno nie mieszczanami.

Najbardziej widoczną i definitywną oznaką mieszczańskiego sposobu życia jest jadanie poza domem. W Konstancji większość sklepów spożywczych jest zamykana przed ósmą, a ostatni dyskont na Zähninger Platz – o dwudziestej drugiej, jednak do późnej nocy pootwierane są większe i mniejsze restauracje, gdzie do późnych godzin można zjeść dobrą kolację. Jest cholernie drogo, ale równie cholernie mieszczańsko. Przesiadują w nich najczęściej starcy i podejrzewam, że kolacje w tych knajpach kosztują ich sporą część ich emerytur. Robią to, bo mieszczaństwo zobowiązuje.

Jakże niepokojąca jest ta nuda

Nigdy nie sądziłem, że nuda może być taka niepokojąca i urzekająca. A taka właśnie jest konstancjańska nuda. Żadnych śmieci na ulicy, żadnych ulicznych opryszków, żadnego napięcia, kiedy wraca się w nocy do domu. Skoro rowery za kilkaset euro porzucane są pod domami, to po co sprawdzać bilety w autobusach i na promach relacji Konstancja-Meersburg? Na tych promach odpływających co kilka minut jest przerażająco przyjaźnie i bezpiecznie, pomimo braku jakichkolwiek zabezpieczeń. Dzieciaki o różnych kolorach skóry skaczą po barierkach, a ich różnokolorowi rodzice nic sobie z tego nie robią. I tak nikomu się nic złego nie stanie, bo tutaj nikomu nic złego się nie dzieje. Bileter nie prosi o bilety – pyta, czy ktoś sobie życzy bilet. I można sobie bilet zażyczyć lub jechać bez biletu.

Nocne knajpy tętnią życiem starców, którzy przepuszczają w nich emerytury na reńskie wina i syte kolacje. Nie widziałem jak do tej pory w żadnej restauracji nikogo przed trzydziestką, oczywiście poza uprzejmymi kelnerkami o wybitnie mało nordyckich rysach twarzy. Na promenadzie w Meersburgu, w natłoku włoskich restauracji i kawiarń, pod prawdziwymi palmami, króluje wino, rozcieńczane z wodą, zgodnie z antycznym obyczajem. Nikt nie nadużywa alkoholu – jedyną pijaną osobą, którą widziałem, był właściciel bardzo „niszowej” knajpy położonej pod mostem na Renie, który moją prośbę o jedno piwo, wypowiedzianą nieporadnym, ale zrozumiałym niemieckim, skwitował rubasznym, zgoła bawarskim śmiechem. Piwo w końcu dostałem, ale w zamian zaserwowano mi coś w rodzaju niemieckiego disco-polo, co potraktowałem jako kolejną próbę Kulturkampf na bohaterskim narodzie polskim.

Jedynym, co łączy te dwa tak niesamowicie odmienne narody, jest miłość do ogrodowych krasnali. Spodziewałem się, że polska miłość do tych stworzeń jest tylko ślepą projekcją, że wielka niemiecka kultura nie pozwoliłaby sobie na coś takiego. Jednak Niemcy, przy całej swojej powściągliwością i wyniosłości, przy całkowitym zrównoważeniu i smaku, stawiają ogrodowe krasnale przed swoimi domami. Myślę, że ambasadorami tej skomplikowanej więzi między naszymi narodami, rzecznikami  tej trudnej miłości pomieszanej z nienawiścią, są te ogrodowe krasnale, te nieżywe postaci z gatunku tych, o których nie da się powiedzieć, czy przyszły z horroru, czy wieczornej bajki dla dzieci.

To, co Państwo widzą na obrazku po prawej to nie fabryka plastiku, która całkowicie nieoficjalnie zaopatrywała armię w materiały wybuchowe. Choć z daleka wygląda to jak kombinat przemysłowy, jest to coś kombinatem, ale kombinatem edukacyjnym. Tak jak niemiecka młodzież nie przykłada absolutnie żadnej wagi do stroju, stawiając na wygodę, tak Uniwersytet w Konstancji powstał nie z myślą o zaspokojeniu gustów urbanistów i architektów, ale po to, aby było sprawnie, wygodnie i efektywnie. Poruszanie się po bibliotece liczącej ponad dwa miliony woluminów nie nastręcza żadnych trudności, choć ma się czasami wrażenie, że jest się w tymczasowym, plastikowym budynku, który już dawno powinien się rozlecieć. A jednak, wszystko stoi, przechowuje megatony wiedzy, a człowieka, który tam wchodzi, ogarnia jedna, wielka, bardzo nieprzyjemna i natrętna myśl: „dlaczego ja nigdy nie przeczytam nawet jednej miliardowej części tego, co tutaj jest?”.

Przybysz ze Wschodu, taki jak ja, ma w takim miejscu dwa wyjścia. Może, tak jak ci gastarbeiterzy, poddać się urokowi niemieckiej kultury, za co płaci się koniecznością pogardy dla kultury własnej, ślepemu poddaniu się niemieckiej stateczności i nudzie. Może też za wszelką cenę, jak wyrzucona na brzeg ryba wierzgająca ogonem z nadzieją na powrót do wody, poszukiwać śladów, okruchów, pierwiastków rozkładu, który jest przecież wszędzie, ale w tym kraju jest go naprawdę bardzo mało. Nawet starcy ubierają się w ubrania Zary z kolekcji „Młodzież” i są nieautentycznie uśmiechnięci jak na ludzi, którym do okien puka śmierć.