Codziennik 160 – Psy 3

CUYk9kpTURBXy85MjljNGRlMTRiMmVkNmM3MGQ2OTE1Y2VmYmY2M2VhNC5qcGeSlQMyAM0DIM0BwpUCzQOdAMPDgqEwAaExAQ

Wiem, za co nie można skrytykować tego filmu. Muzyka i dźwięk są w tym filmie tak dobre, że można by tego słuchać bez patrzenia. I w ogóle fajnie, że Pasikowski nakręcił ten film w klimacie lat 90., bez oglądania się na mody. Przepiękna i genialna jest ta naturszczykowa aktorka bez nazwiska, piękne są elementy obyczajowe, bo sama intryga kryminalna jest raczej chuja warta. Jestem tym filmem oczarowany.

Jorgos Lantimos – „Zabicie świętego jelenia”

killing

Jeszcze nigdy umieszczenie mitologicznej opowieści w realiach współczesnych nie było tak dosłowne, jak w „Zabiciu świętego jelenia”. Jorgos Lantimos, czołowy przedstawiciel nowej fali w greckim kinie, z typową dla siebie dosłownością opowiada historię czerpiącą wprost wręcz z opowieści o Ifigenii, córki  Agamemnona i Klitajmestry, a także ze starotestamentowej opowieści o Hiobie.

Stateczna, angielska rodzina państwa Murphych. Stephen (Colin Farrel) jest uznanym kardiologiem. Anna (Nicole Kidman) – okulistką. Wychowują z troską dwójkę dzieci – czternastoletnią Kim i dziecięcioletniego Boba.

Stephen spotyka się ukradkiem z szesnastoletnim Martinem (genialne objawienie aktorskie – Barry Keoghan). Daje mu pieniądze i drogie prezenty. Ta znajomość od początku budzi napięcie, ma podtekst ni to erotyczny, ni to ojcowski.

Martin wkracza w życie rodziny Murphych. Rozkochuje w sobie córkę Stephena i Anny. Próbuje zawłaszczyć życie Stephena. Z każdym kolejną sceną odkrywane są kolejne cząstki tajemnicy łączącej Stephena i Martina.

Lantimos buduje napięcie, łącząc monumentalizm klasycznej, symfonicznej muzyki, fundamentalne, odwieczne pytania o winę i karę, freudowskie relacje ojciec-syn-matka, szerokie, zimne kadry z dosłownością, a wręcz brutalizmem.

Klasyczna grecka tragedia jest odgrywana w zimnym stylu. Bohaterowie odgrywają dialogi w sposób graniczący z autyzmem. Najbardziej emocjonujące sceny epatują chłodem emocjonalnym bohaterów. To jeszcze bardziej potęguje efektowność całej tej filmowej konstrukcji.

Brodaty Stephen ukrywa emocje za czarnym zarostem. Emocje wyraża tylko oczami. Martin wygląda i zachowuje się jak chłopak spod łomżyńskiego bloku. Nicole Kidman, grająca Ann, w świetnym stylu łączy empatię z dystansem emocjonalnym.

Ten film jest udany, mimo, że zagadka relacji między szesnastolatkiem a czterdziestoletnim lekarzem jest jasna i oczywista zdecydowanie za wcześnie. Potem jest już tylko wszechobecne cierpienie w rytmach Stabat Mater Schuberta.

Paweł Pawlikowski „Zimna wojna”

zimnawojna

Uważam, że „Zimna Wojna” zasługuje na Oskara, ale uważam, że Oskara „Zimna wojna” nie dostanie. Nie dostanie dlatego, że jest to film zbyt konserwatywny, zbyt osadzony w klasycznych filmowych schematach i kliszach i przez to zbyt przewidywalny, co dla jednych jest wspaniałe, a innych mierzi.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że niczym widza nie zaskakuje poza genialną scenografią, poza wielkimi rolami Joanny Kulig i Tomasza Kota, poza świetną muzyką i pracą kamery. Ot, klasyczny filmowy romans, skuteczny wyciskacz łez, opowieść o dwojgu zakochanych – pojebanej kobiecie i cierpliwym mężczyźnie albo cierpliwej kobiecie i pojebanym mężczyźnie.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że jest jak tocatta i fuga d-mol Bacha wykonana tak, że lepiej już nie można. Znamy każdy kolejny przejrzysty i doskonale zagrany dźwięk, spodziewamy się kolejnego, wiemy, jak się skończy melodia. Jedni z tego powodu płaczą ze wzruszenia, a inni ziewają z nudów.

PS. Joanna Kulig jest w tym filmie tym wszystkim, czego oczekuję od genialnej aktorki. Jest jednocześnie piękna i brzydka, młoda i stara, interesująca i nudna, seksowna i odpychająca. Są teraz tylko dwie takie aktorki na świecie. Joanna Kulig i Scarlett Johansson. Kocham je obie taką samą miłością.

Armando Iannucci „Śmierć Stalina”

śmierć stalina

Reżyser Armando Iannucci podjął się karkołomnej próby pokazania śmierci największego zbrodniarza wszechczasów w formie rubasznej angielskiej komedii. Wydaje się to  wyzwaniem niewykonalnym, jednak Włoch wyszedł  z tej trudnego zadania z tarczą w garści.

Jest rok 1953. Przenosimy się do ogarniętej terrorem Moskwy.  Codziennie z domów wyciągani są ludzie wpisani do przygotowywanych w tempie taśmowym listach Berii. Tysiące osób ginie codziennie bez śladu, bez procesów, a ich ciała zasypywane są w dołach z palonym wapnem. Wszyscy są podejrzani. Dzieci donoszą na własnych rodziców.

Wtem, nagle, umiera Stalin. Umiera w groteskowych okolicznościach. Nad jego zasikanym ciałem zbierają się najbliżsi towarzysze: Beria, Chruszczow, Mołotow i Malenkov. Każda z tych postaci – bez wyjątku genialnie zagranych – przedstawia głęboką przepaść między nieograniczonym ogromem władzy a osobistą pustką i małostkowością. Ludzie trzymający w rękach życie lub śmierć milionów osób są małymi, przebiegłymi i tchórzliwymi szczurkami kombinującymi, aby jak najwięcej ugrać po śmierci wodza, a przy okazji nie utracić życia.

Dla widza z kraju byłego bloku sowieckiego groteskowość tej walki o schedę po Stalinie może być oburzająca. Stalinizm kojarzymy z okresem mroku, terroru i ciągłego strachu, a stalinowskie czystki to najgorszy bodaj okres w powojennej historii Polski.

Iannucci pokazuje totalitaryzm jako ustrój, w którym nie rządzą wyrafinowani, inteligentni, zimni psychopaci. Stalin i jego otoczenie to według jego pomysłu, grupa mało rozgarniętych, chaotycznych, głupkowatych i strachliwych przygłupów. Przy takim podejściu totalitaryzm sowiecki staje się, paradoksalnie, jeszcze bardziej przerażający. Nie ma w nim jakiejkolwiek ideologii (choćby i najbardziej głupiej z możliwych), nie ma tam żadnej logiki, żadnej politycznej strategii. Śmierć Stalina obnaża banalność i pustkę tego ustroju, a to stawia jego okrucieństwo i zbrodnie w jeszcze bardziej przerażającym świetle.

Wspomniałem już o genialnym aktorstwie praktycznie wszystkich męskich odtwórców głównych ról. Szczególne wyraziste postaci stworzyli Armando Iannucci (Chruszczow) i Simon Beale (Beria). To właśnie ich, ale również pozostałych członków Komitetu Politycznego, dyskusje i sprzeczki toczone nienagannym, wyspiarskim angielskim, dodają atmosferze filmu nie tylko groteskowości, ale też uniwersalizmu.

Sowieccy komisariusze i generałowie ubrani, poruszający się i dyskutujący według europejskich manier to świetny zabieg reżysera udowadniający, że nie jest to film tylko o Stalinie. Nie jest to też film o totalitaryzmie sowieckim ani żadnym innym. Jest to bardzo uniwersalny film o władzy – pokusach z niej wynikających, ale głównie o tym, jak pod pod potężną realną władzą mogą się skrywać mali, żałośni i śmieszni ludzie.

Radosław Piwowarski „Marcowe migdały”

„Marcowe migdały” to dla mnie najpiękniej opowiedziana historia marca 1968 r. Dzisiaj mija pięćdziesiąt lat od słynnej manifestacji na dziedzińcu UW z Bugajem, Królem, Staniszkis, Toruńczyk i zomowcami w rolach głównych. Jednak Piwowarski pokazał Marzec z ciekawszej strony.

Nikt z polskich reżyserów nie potrafił tak pięknie pokazać polskiej prowincji, jak Radosław Piwowarski. „Yesterday”, „Pociąg do Hollywood” i „Marcowe Migdały” to dla mnie trzy bardzo ważne filmy o dojrzewaniu, które poznałem, gdy miałem kilkanaście lat, które są dla mnie do dzisiaj bardzo ważne i które za każdym razem wzruszają.

W „Marcowych migdałach” ideologia i antysemityzm są jakby obok bohaterów, którzy wiodą normalne życie licealistów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Prywatki, tanie wina, pierwsze pocałunki, szkolne akademie, mokre sny o nauczycielce polskiego, szczęśliwe i nieszczęśliwe miłości

W szczęśliwe życie w ponurej, smutnej rzeczywistości jakiegoś miasteczka przy czechosłowackiej granicy polityka wkracza z siłą buldożera i niszczy wszystko to, co ważne w życiu osiemnastolatka.

Twój najlepszy przyjaciel okazuje się być „Żydem”, ale ani twój przyjaciel „Żyd”, ani ty nie macie pojęcia, o co w tym żydostwie chodzi. I nagle okazuje się, że twój najbliższy przyjaciel jest zdrajcą, a jego ojciec – złodziejem, który musi stracić dyrektorskie stanowisko. Twój przyjaciel musi w ciągu kilku dni wyjechać z kraju, więc daje ci na pamiątkę wszystkie swoje płyty Beatlesów. Ty robisz pożegnalną prywatkę, ale przez cały czas nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi.