Pelargonie

Po powrocie z sądu, gdzie po raz kolejny zderzyłem się z paradoksami biurokracji i bezdusznego traktowania mojego syna i jego życia, wniosłem schorowanego psa sąsiadki na trzecie piętro, a potem wystawiłem na klatkowy parapet kolejną partię pelargonii. Przyglądałem się dzisiaj długo tym kwiatom, które spędzają już trzecią albo czwartą zimę na klatce, by wiosną wrócić na świeże powietrze. Jakże te niepozorne, często przeze mnie zaniedbywane, stworzenia, zmieniają atmosferę, ocieplają klatkowy chłód, stanowią przedsionek domu! Myślę często nieskromnie o tym, ilu sąsiedzkich kłótni, idiosynkrazji i sprzeczek zapobiegły te pelargonie. Pewnie żadnej, ale fajnie jest się w ten sposób mylić. W niedzielę jadę do syna, w sam środek paszczy lwa. Znowu uwierzyłem w dobre deklaracje i obietnice. Naiwność to moje drugie imię.

Stare panny

Najgorsze sąsiadki to te trzydziestoparoletnie, stare panny ze znaczną nadwagą, żyjące ze swoimi matkami. Zazwyczaj mają krótkie włosy i różnorodne wady wzroku. Przechodząc klimakterium, plują jadem w każdym kierunku. Szukają za wszelką cenę konfliktu. Są skłócone z całym światem. Nienawidzą mężczyzn. Staram się unikać takich kobiet.

Najlepsze sąsiadki to dziewczyny na emeryturze, trzymające w domu koty albo psy. Samotne wdowy uprawiające przyblokowe ogródki, pogodzone ze światem, mimo chorób i starości, czerpiące radość z życia. Z tymi dziewczętami się przyjaźnię.

Uwielbiam, jak zapraszają mnie na pączki i herbatę do swoich staroświeckich mieszkań i opowiadają o swoich życiowych tragediach. W zamian za te zwierzenia, kupuję ich licznym kotom drobiowe lub wieprzowe wątroby.

Mieszkam w bloku pełnym starców. Brakuje mi tu tylko dzieci. Tych starych panien jest mało, ale te, które są, wyjątkowo ochoczo się panoszą, zatruwają przestrzeń swoimi obsesjami, nudą, potrzebą konfliktu. Staram się ich za wszelką cenę unikać.

Najgorsza emanacja samotności to właśnie te pretensje o byle bzdurę, to rozpaczliwe poszukiwanie punktów spornych, to narzekanie na wszystko, co się przytrafia. To ta wykrzywiona, polska mina, wyrażająca maksymalne zdegustowanie.

Codziennik 151 – Dom

IMG_20200423_052108-01

Okna sypialni i kuchni są skierowane na wschód. Wychodzące zza kamienicy Rejzli Wajnrach słońce przebija się przez stojące na parapecie kwiaty i budzi mnie brutalnie parę chwil po piątej. Wstaję i przez chwilę patrzę na ten mój ukochany budynek. Patrzę na przekwitającą już mirabelkę po nieistniejącej posiadłości pani Skowrońskiej. Na panią Irenę zamiatającą chodnik. Na niedobitki po weekendowych imprezach dopijających na ławce ostatnie piwo. Słońce jest czerwone jak krew. To będzie piękny dzień.

Po drugiej – zachodniej – stronie, okno i balkon pokoju dziennego wychodzą na ruchliwe skrzyżowanie. Na balkonie projektuję ogród na powierzchni 3 metrów kwadratowych. Są już dwie szklarnie, rozkwitają trzy rodzaje winorośli, a już niebawem – kiedy miną przymrozki, będzie tam prawdziwa oranżeria. Za balkonem panuje wielkomiejski ruch, którego nie zahamowała nawet epidemia. Słyszę rozmowy przechodniów, dźwięki klaksonów, pisk hamujących opon i huk stłuczek.

Spokojny wschód i hałaśliwy zachód. Doskonałość.

Codziennik osiemdziesiąty drugi – syngonium

20191019_105041.jpg

Rosnące na wewnętrznym oknie między kuchnią a łazienką syngonium używam jako narzędzie codziennej, spontanicznej medytacji przy gotowaniu lub zmywaniu naczyń. Rośliny, a jest ich tutaj kilkadziesiąt, są bardzo wdzięcznymi istotami przy treningu uważności.

Polska nazwa syngonium to „zroślicha”. Zrastać. Jednocześnie wrastać w to miejsce, ukorzeniać się w tym miejscu, zrastać się, ale też wyrastać ku światłu, ku temu, co lepsze.

Przypatrywanie się im w skupieniu, obserwowanie ich nieruchomego rozwoju. Jesiennego przygotowywania do hibernacji, wiosennego, gwałtownego rozwoju.

Sąsiedzi, którzy z różnych powodów czasami do mnie zaglądają, prawdopodobnie patrzą na te kwiaty i myślą: „na pewno pedał”. Nie pedał.

Witamy we Lwowie

lwów1

– Trzecie piętro i drzwi po lewo. Witamy we Lwowie.

Domofon działał jak szyfr w starej walizce. Schody śpiewały, skrzypiały, jęczały. Było ciemno, śmierdziało lizolem, kiszoną kapustą i dwudniowym kacem.

Dostałem pokój w kamienicy przy rynku. Spod okna odjechał ostatni tramwaj. Mój pokój był pełen bibelotów i zakurzonych precjozów. Zza ściany słuchać było jakiś kolorowy ruski show.

Poszedłem na spacer po mieście. Kiedy wróciłem, przy moim łóżku stała szklana butelka wody Borżomi i kanapki z łososiem.