Dziewczyna z naprzeciwka

Czasami mam niesamowitą pewność, że zasłyszana właśnie w radio piosenka będzie dużym hitem. Tak właśnie było dzisiaj, kiedy jadąc samochodem ulicą Mickiewicza usłyszałem w Trójce „Dziewczynę z naprzeciwka” zespołu Koniec Świata. Jest bardzo mało bezpretensjonalnych, chwytliwych, miłych piosenek o rzeczach prostych i uniwersalnych. A kiedy słucha się tej piosenki, nie sposób się nie uśmiechnąć:

Mam przeczucie, że ten przesympatyczny tekst zyska w kraju zasłużone uznanie:

„ta dziewczyna z naprzeciwka modli się co noc, nie wierzy w nic, w żadną magiczną moc, czerwone w oknach ma firanki jedna na cały blok”.

Poranni podróżnicy

Zawsze fascynowało mnie zjawisko długotrwałych podróży do pracy. Sam przez rok przemierzałem dwa razy w tygodniu trasę Białystok-Warszawa, obserwując na przedmieściach stolicy, ponurych Markach, Targówku i Pradze, w wielokilometrowych korkach zaspane polskie rodziny. Nasz narodowy temperament nie sprzyja wielogodzinnemu tkwieniu w puszce z metalu, wśród spalin i innych, tak samo zniecierpliwionych, spóźnionych i zmęczonych „współkorkowiczów”. Znam też podmiejskie pociągi, widziałem robotników na ostrym kacu, z podkrążonymi oczami, wsiadających w Małkinii, Tłuszczu, Łochowie. W pośpiesznym Jaćwingu łączącym Suwałki z Wrocławiem, na dworcu Warszawa Centralna wsiadają yuppies w garniturach dzierżąc w foliowych reklamówkach puszki z Warką Strong. Upijają się jeszcze przed Skierniewicami, a potem zasypiają i śpią aż do Łodzi Kaliskiej. Są w domach około 22, by następnego dnia dzielnie stawić się na łódzkim dworcu punkt piąta.

Dzisiejsza Wyborcza zamieszcza ciekawy artykuł o podróżujących do pracy. Wprawdzie głębia tego zjawiska wymagałaby głębszego ujęcia, ale i tak polecam, podobnie jak kultowy fragment „Co mi zrobisz, jak mnie złapieszStanisława Barei – prawdziwie harkorowa wersja podmiejskiego pracownika.

IKEA radzi – posprzątaj

Ok, nigdy nie ufałem euro-socjalistom z IKEI, ale tą reklamą mnie przekonali. Warto od czasu do czasu posprzątać, jeśli nie dla siebie samego, to na pewno dla innych….

Rejwonetki

Są ludzie, którzy przespali lata siedemdziesiąte, którzy w czasach triumfu plastikowej dyskoteki przewracali się na drugi bok, a kiedy zdołowany Kurt Cobain we flanelowej koszuli o kilka rozmiarów za dużej, został ogłoszony prorokiem grunge’u, czytali pożółkłe amerykańskie komiksy sprzed czterdziestu lat. Są ludzie, którzy żyją w epoce szkolnych dancingów, dziewcząt w pilsowanych spódnicach i chłopakach z żelem na włosach.

Sharin Foo oraz Sune Rose Wagner, bo o nich mowa grają muzykę tak stylową, że nie sposób ich pomylić z nikim innym. Słodkie, proste melodie połączone ze ścianą gitar, trochę jak Jesus and Mary Chain. Pierwszą płytę, Whip It On (Wychłostaj to?), nagrali trzymając się konsekwentnie dwóch zasad: wszystkie piosenki są w tonacji h-mol i nie trwają dłużej niż trzy minuty. Aha, z filmów na youtube wynika, że są genialni na koncertach, o czym można się przekonać zerkając poniżej.

W aptece

Nerwowe wielkosobotnie popołudnie. Jedna z niewielu całodobowa apteka w centrum miasta. Trzy kasy i jedna, kilkunastoosobowa kolejka. Zniecierpliwienie klientów, kwestionowanie sensu jednej kolejki do trzech kas. Przysadzisty, ubrany w dres nieogolony czterdziestolatek w towarzystwie nastoletniej córki i ciemnowłosej, schludnie ubranej żony (głośno): „To tak, kurwa, po polsku, ta jedna kolejka, po co to?„. Stojąca za mną tleniony blond-czterdziestolatka w gorateksowej kurtce i skóropodobnej torbie przez ramię: „Stoją wszyscy jak do spowiedzi, bez sensu, stanąłby każdy przy innym okienku, lepiej by było„. Starszy pan z teczką, w znoszonym, choć porządnym garniturze, odwraca się i, lekko uśmechając, mówi do pani w gorateksie: „Czy trzy kolejki do każdej z kas będą w sumie krótsze od jednej kolejki do wszystkich kas?„.