Dziecko na krawędzi schodów

Unikanie wysokich krawędzi, klifów, parapetów, skalnych półek jest kluczowym warunkiem przetrwania. Zdają się jednak nie zdawać z tego sprawy niemowlaki, które na wczesnym etapie rozwoju nie wykazują żadnego strachu przed takimi niebezpieczeństwami.

Zastanawiali się kiedyś Państwo, w jaki sposób wykształca się w nas lęk przed wysokością? Naukowcy z Kalifornii i Japonii twierdzą, że jest to wynik eksploracji otoczenia, którego dokonujemy jeszcze w czasie niemowlęctwa. Artykuł na ten temat można znaleźć w in “Psychological Science”.

Gdy tylko dzieciak nauczy się pełzać lub raczkować, natychmiast ciągnie go do skraju łóżka, tapczanu albo schodów. W artykule można przeczytać, że kiedy umieścimy dziecko w pobliżu pozornego spadku – na przykład stole pokrytym dodatkową warstwą szkła, pod którą jest podłoga – nie dość, że malcy nie odczuwają strachu, ale są wręcz zafascynowani i bez wahania poruszają się po szkle, pod którym jest przepaść.

Lęk pojawia się około 9 miesiąca życia. Nie mają na to – co najciekawsze – wpływu, żadne doświadczenia dzieci z przeszłymi upadkami, jak również nie ma na to wpływu rozwój percepcji przestrzeni.

Psychologowie Audun Dahl, Joseph Campos, David Anderson i Ichiro Uchiyama z University of California i Doshisha University podejrzewają, że największe znaczenie w rozwoju lęku przed wysokością mają doświadczenia związane z przemieszczaniem się.

Aby to sprawdzić, podzielono dzieci na dwie grupy. Istotne, że żadne z nich nie zaczęło jeszcze poruszać się o własnych siłach. Części z nich “zafundowano” możliwość poznawania przestrzeni w formie spacerów w wózeczku dla dzieci (grupa eksperymentalna), podczas gdy pozostałe nie miały takiej możliwości (grupa kontrolna).

Zebrane dane były jednoznaczne: dzieciom, które były wożone w wózeczkach, przyspieszało tętno w momencie zbliżania się do “niebezpiecznych” (zabezpieczonych szkłem) krawędzi, podczas gdy dzieci z grupy kontrolnej pozostawały w takich sytuacjach niewzruszone.

Co mają wspólnego – doświadczenia lokomocyjne i lęk przed wysokością? Badacze twierdzą, że wraz z rozwojem tych doświadczeń, niemowlaki w większym stopniu polegają na informacjach zdobywanych za pomocą wzroku i na tym, że ich poruszanie się w przestrzeni zależy od środowiska, w jakim się znajdują. Znajdując się na krawędzi (schodów, urwiska, na parapecie okna) zasób wiedzy potrzebnej do poruszania się, jest znacznie mniejszy, co skłania dzieci (i oczywiście dorosłych) do zwiększonej uwagi i lęku.

Istotne jest, iż lęk przed wysokością nie wynika – jak pokazuje to badanie – z naśladowania dorosłych, ale z wykształconych na bardzo wczesnym etapie rozwoju doświadczeniach. Dzieci z różnych powodów (neurologicznych, kulturowych, środowiskowych albo medycznych) pozbawione doświadczeń lokomocyjnych, będą również przejawiać opóźniony lub niewykształcony lęk przed wysokością. Lęk, który – zauważmy – jest jednym z istotnych warunków przetrwania.

Z drugiej jednak strony – warto na koniec dodać – okres, w którym nie boimy się wysokości, daje nam możliwość swobodnej eksploracji otoczenia, wytworzenia w sobie strategii przemieszczania sięw przestrzeni i adaptowania świata do naszych potrzeb. Paradoksalnie więc, skłonność do eksploracji ryzykownych miejsc może być jednym z ważnych czynników naszego rozwoju.

A. Dahl, J. J. Campos, D. I. Anderson, I. Uchiyama, D. C. Witherington, M. Ueno, L. Poutrain-Lejeune, M. Barbu-Roth.The Epigenesis of Wariness of Heights. Psychological Science, 2013; 24 (7):

http://babycenter.berkeley.edu/VideoClips/Baby1-%20Deep.mov.MPG

Z jakichś powodów zajmuje miejsce w jednym z ostatnich przedziałów

Podróż pociągiem ma tylko wtedy ten wspaniały kolejowy zapach, kiedy godzina odjazdu jest latem – wieczorem po ciężkim, gorącym dniu pełnym wrażeń. Tak, wtedy, gdy wielka śmierdząca maszyna wytacza się ze spoconego miasta, rozpędza się, mijając przedmieścia z daczami owiniętymi grilowym dymem i w końcu wbija się w rozpoczynającą się właśnie ciemność lasów i wilgotność podmokłych łąk pachnących trawą, żabami i nadchodzącym mrokiem. Zajmij miejsce w jednym z ostatnich przedziałów, pójdź tam, gdzie jest kibel i patrz na uciekające pod nogami tory. Pokaż konduktorowi swój bilet i miej nadzieję, że koniec podróży nadejdzie jak najpóźniej. Oprzyj się plecami o szybę przedziału i patrz na przesuwające się światła. Na przedmieściach, za garażami, odbywają się sekretne schadzki, obserwowane przez ułamki sekund przez pasażerów pociągów pośpiesznych. Powolny mikroświat Wołomina kontra pasażerowie pośpiesznego do Rybnika. Przełażący przez tory zarośnięte lipcową trawą ludzie zerkający na migające światła lokomotywy prującej w kierunku Pałacu.DSCF1865

Brzydcy ludzie częstszymi ofiarami mobbingu

Wiadomo, że w szkołach każdego szczebla nieaktracyjne fizycznie osoby bywają ofiarami szyderstw lub przemocy, podczas gdy osoby atrrakcyjne są częściej otaczane sympatią. Jak pokazują badania, tego typu przykre zjawiska nie ograniczają się do edukacji. Koledzy z pracy mogą być tak samo okrutni, jak gimnazjaliści.

Badanie profesora zarządzania Timothy’ego Judge’a, z University of Notre Dame’s Mendoza College of Business i Brenta Scotta z Michigan State University jest pod tym względem pionierskie. W artykule opublikowanym w periodyku Human Performance badacze opisują wyniki swoich analiz dotyczących zachowań “kontrproduktywnych” (counterproductive behaviors) i ich wpływ na pracowników. Dowodzą, że atrakcyjność fizyczna odgrywa w tym, jak się traktuje pracownika, taką samą rolę, jak osobowość, umiejętności czy kompetencje.

Badaniem objęto 144 pracowników służby zdrowia. Zapytano ich, jak często w ostatnim czasie spotkali się oni z okrutnym traktowaniem, takim jak obrażanie słowne, niegrzeczne zachowania czy też wyśmiewanie się. Atrakcyjność fizyczna badanych była oceniana przez bezstronne osoby, na podstawie zdjęć.

Okazało się, że osoby ocenione jako nieatrakcyjne fizyczne, znacznie częściej były ofiarami wyzwisk i niegrzecznego, a nawet okrutnego, traktowania.

Wiele analiz ealizowanych w psychologii, marketingu i teorii zarządzania wykazały, że “piękne znaczy dobre” dla wyników rynkowych (zysków, wizerunku, oceny jakości). Piękne osoby są bardziej pewne siebie i mają wyższą ocenę własnej wartości. Przez otoczenie są one odbierane jako inteligentne i uczciwe. Wykazano też, że patrzenie na ładnych ludzi, wprowadza nas w lepszy nastrój.

Badania te są w miarę powszechnie zaakceptowane przez społeczeństwo. Przyznajemy, że ładni są traktowani dobrze. Trudniej nam przyznać, że wobec brzydkich bywamy okrutni tylko dlatego, że są nieatrakcyjni. Jak przyznają autorzy artykułu, przełamanie tego zjawiska jest bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe

Brent A. Scott, Timothy A. Judge. Beauty, Personality, and Affect as Antecedents of Counterproductive Work Behavior Receipt. Human Performance, 2013; 26 (2)

Sacha Gervasi – Hitchcock

Hitchcock (2012)Film Sachy Gercasiego opowiada o tym momencie kariery Hitchcocka, w której – mimo sześćdziesiątki na karku – decyduje się on na ryzykowny zwrot w swojej twórczości. Po sukcesie sensacyjnego “Północ, północny zachód” decyduje się na nakręcenie szokującego – jak na te czasy – horroru, ekranizację powieści “Psychoza” Roberta Blocha. Tak, to ten film ze słynną “sceną pod prysznicem”.

Mamy więc przełom lat 50. i 60. i słoneczną Kalifornię. Gercasimu udało się odtworzyć klimat wielkich fabryk filmowych i dostatnich przedmieść. W jednym z nich mieszka Hitchcock (Anthony Hopkins). Widz jednak szybko przekonuje się, że ten pełen dziwactw, słabości i codziennych fochów sześćdziesięciolatek, wcale nie jest kowalem swojego losu i swojej kariery. Nad wszystkim czuwa cierpliwa, inteligentna i zapobiegliwa pani Hitchcockowa (Helen Mirren).

To nie znakomity reżyser, ale ich małżeństwo jest głównym tematem filmu. Wielu osobom prawdopodobnie spodoba się feministyczny wydźwięk tej opowieści: oto niedojrzałymi, nieodpowiedzialnymi, pełnymi nieposkromionych pragnień mężczyznami rządzą dojrzałe, inteligentne i przezorne kobiety. I to właściwie dzięki kobietom to wszystko idzie do przodu, choć śmietankę w postaci sławy, zaszczytów i pieniędzy zbierają oczywiście samce.

Tyle o ideoogii, która – jak widać – musi wciskać się nawet w biograficzne opowieści o latach 60. ubiegłego wieku. Uważam, że błędem było obsadzenie w roli Hitchcocka Anthonego Hopkinsa. Choć pierwsze sceny robią wrażenie, szybko okazuje się, że aktor jest zbyt charakterystyczny, zbyt wsobny i za mocny aktorsko, by “oddać” się odgrywnej przez siebie postaci. Miny, za pomocą próbuje naśladować słynnego reżysera, są – niestety – minami Hopkinsa. W rezultacie jest śmiesznie tam, gdzie nie powinno.

Nie uważam, aby miało sens rozpływanie się nad kreacją Helen Mirel w roli żony Hitchcocka, jak to czyni wielu piszących o filmie. Natomiast Scarlett Johansson jako “dziewczyna spod prysznica” jest naprawdę świetna. Szczególnie moment, w którym widzimy nagrywanie owej słynnej sceny, należy do znakomitych.

Przyjemność oglądania tego filmu to przede wszystkim radość estetyczna. Wszystko tam jest ładne i ze smakiem. Wartość biograficzną trudno mi ocenić, ale przychylam się do zdania, że to raczej karykatura Hitchcocka w wykonaniu Hopkinsa niż prawdziwy autor “Ptaków”.

W końcu decyduję się na sześćdziesiątkę piątkę, czyli najlepsza droga na północ

DSCF3141

Najlepsza droga na północ nie wiedzie przez zapchaną tirami ósemkę. Leżące przy ósemce miejscowości są nudne. Korycin, będący hybrydą podlaskiej wioski z pożerającą unijne fundusze wzorcową europejską gminą, mierzi mnie już swoimi truskawkami i serami. Suchowola? Ach, to bogobojne miasto rodzinne księdza Jerzego, którego największą atrakcją nie jest wcale gigantyczny stalowy fragment ołtarza papieskiego stojący przy nudnym rynku, ale restauracja “Hebron” – od imion małżeństwa właścicieli – Henryka i Bronisławy? Nie lubię.

Najlepsza droga na północ to sześćdziesiątka piątka biegnąca z Białegostoku do Ełku i – dalej – Gołdapi. Przejeżdżałem dzisiaj przez Knyszyn i ze współczuciem patrzyłem na auta mieszkańców tego cudownego miejsca, na auta z rejestracjami – ech – BMN. Knyszyn to wielkie miasto z pięknym rynkiem, prawdziwym starym zalewem i dziesiątkami dumnych, drewnianych, mieszczańskich domów. Niestety, pod tymczasową okupacją Moniek. Mońki to położone kilkanaście kilometrów na północ miejsce – największy polski eksperyment urbanistyczno-administracyjno-socjologicznych.

Mońki to miasto zbudowane na polu po ziemniakach. Dosłownie i w przenośni.

A potem Osowiec, z zamkniętym na cztery spusty barem i pozostałościami po twierdzy. Monumentalnymi fortyfikacjami zjadanymi systematycznie przez głęboką zieleń łąk, brąz bagna i błękit Biebrzy.

Zaraz Prostki i Grajewo. Ale Prostki na potem. W Grajewie skręćmy w prawo, w kierunku Augustowa, i na szerokiej jak szosa do Warszawy drodze pomknijmy w kierunku Rajgrodu. Przed samym miastem drogę przecina jezioro, i tam trzeba wjechać w lewo, w leśną drogę, jedną z najpiękniejszych dróg w okolicy, w drogę, która krążąc wokół jezior i pagórków zaprowadzi Cię do Ełku.

Czarna Wieś będzie jeszcze w Litwie, ale za kilka kilometrów to już Księstwo Krzyżackie. Dachy kryte czerwoną cegłą i tunel wąskiej, asfaltowej drogi z sadzonych gęsto, jeden przy drugim, buków, kasztanów i topoli. Po prawej zarośnięta linia ełckiej wąskotorówki, dalej zbocze prawie górskie i w dole jezioro, raz jedno, raz drugie.

Co jakiś czas popegeerowskie bloki wyrastające jak spod ziemii. Tylko tutaj te symbole rozkładu, ze zdewastowanymi obejściami, bielizną na sznurkach, lepionymi z czego się da chlewikami i zardzewiałymi dziesiątkami anten satelitarnych na tych dwupiętrowych klockach, leżą w miejsach, które wyglądają najpiękniej na świecie. Tylko tutaj slumsy mają takie widoki z okien.

A potem jest już Ełk.

Reinhold Vetter – Jak Lech Wałęsa przechytrzył komunistów

Jak Lech Wałęsa przechytrzył komunistówŁadunek naiwności, jaką przesycona jest ta książka, odpowiada proporcjonalnie jej siedmiusetstronnicowej objętości. Natłok biografii Lecha Wałęsy udowadnia, że każda ideologia, każde państwo, każdy obserwator polityki, musi pochwalić się własną interpretacją życia i wyborów pierwszego przywódcy “Solidarności”. Książka, o której tu mowa, jest hagiograficzną opowieścią o Wałęsie z perspektywy niemieckiej.

Historia skromnego, polskiego robotnika z Gdańska, który “przechytrzył komunistów” jest – jak już wspomniałem – dla polskiego czytelnika tak naiwna, że aż irytująca. Co prawda Vettel, który ponoć zbierał materiały do swojego dzieła latami, nie unika wspominania o tych bardziej kontrowersyjnych fragmentach życia Wałęsy, to już ich obiektywną interpretację, czy choćby naświetlenie wyborów bohatera z wielu stron, skrzętnie pomija.

Polski czytelnik natychmiast wyczuje w tej opowieści fałsz, chyba że – podobnie jak autor biografii – jest bezkrytycznym wyznawcą Wałęsy – nieomylnego bohatera. Dla niemieckiego czytelnika będzie to lektura o romantycznym zrywie polskich robotników z przebiegłym, sprytnym wąsaczem na czele, który co rusz wodzi za nos naiwnych komunistów.

Z wymuszoną ironią pisze Vettel o słabościach Wałęsy, do których nie zalicza mataczenia we własnej sprawie, które mógł sobie darować w wolnej Polsce. Woli pisać o przekornej pyszałkowatości, czy przerośniętym nieco ego Lecha, wszystko to jednak w kontekście delikatnego żartu z bohatera – nawet tak wielcy ludzie, jak Wałęsa, miewają niekiedy drobne słabostki, zdaje się dawać nam do zrozumienia Vettel.

W historii Lecha Wałęsy nakreślonej piórem Reinholda Vettera, najnowsza historia Polski zdaje się być prosta, romantyczna, pozbawiona odcieni szarości. Z jednej strony – bohaterscy robotnicy z Wałęsą na czele walczący o wolność i lepsze warunki życia. Z drugiej strony – przebrzydli komuniści otoczeni armią brutalnych esbeków. W takim kontekście Wałęsa jest bohaterem, a czy jest nim rzeczywiście – to sprawa o wiele bardziej skomplikowana, o czym nie dowiedzą się Państwo z tej książki.

Czy związki “na odległość” są skazane na niepowodzenie?

“Związki na odległość” są zazwyczaj skazywane na niepowodzenie, choć ludzie zawiązują je od wieków. Czy rzeczywiście więzi tego typu są słabsze od tych, jakie tworzą pary mieszkające blisko siebie? Okazuje się, że niekoniecznie, co wykazały badania opublikowane niedawno “Journal of Communication”. Ludzie pozostający w związkach na odległość bardzo często tworzą relacje silniejsze, bardziej stałe i głębsze niż tzw. “normalne” związki.
Badania przeprowadzili Crystal Jiang z City University of Hong Kong i Jeffrey Hancock z Cornell University. Poprosili oni osoby pozostające w dalekich i bliskich geograficznie związkach o dostęp do ich codziennych interakcji: face-to-face, telefonicznie, przez czat, sms-owo, przez komunikator lub za pomocą poczty elektronicznej. Następnie, po tygodniu, zbadano, do jakiego stopnia partnerzy zwierzali się z intymnych spraw i problemów, jak również, jak często okazywało się, że wykonują oni jednocześnie te same lub podobne czynności. Porównując “związki na odległość” z “normalnymi”, okazało się, że w przypadku tych pierwszych pary czuły większą więź, zaufanie, a interakcje były bardziej intymne. Osoby związane “na odległość” bardziej odkrywały się przed partnerem/partnerką, a także – co ciekawe – w więkzym stopniu idealizowały drugą połówkę. Oba te zachowania pojawiały się częściej wtedy, gdy partnerzy komunikowali się za pomocą mediów opartych na pisaniu, asynchronicznych i mobilnych.
Niewiele jest badań poświęconych związkom “na odległość”, prawdopodobnie dlatego, że powszechnie uważa się je za rzadkie i nietypowe. Można znaleźć badania poświęcone temu, w jaki sposób takie pary rozwiązują problemy takie jak zazdrość lub stres. Jiang i Hancock próbują dowieść, że tego typu relacje nie zawsze są problematyczne. Niektóre badania dowodzą wręcz, że związki “na odległość” cechuje taka sama lub nawet wyższa “jakość uczuć”, od związków, w których partnerzy mieszkają ze sobą lub blisko siebie.
W związku z rozwojem techniki, związki “na odległość” są coraz bardziej powszechne. Pary nie mieszkają w tym samym miejscu z wielu różnych powodów i komunikują się korzystając z coraz to nowych technologii. Na przykład w samych Stanach Zjednoczonych w ten sposób żyje około 3 milionów par, i nawet do 50% studentów.
Jak piszą autorzy badania, “nasza kultura preferuje częstą bliskość fizyczną i regularne kontakty face-to face, a związki <> odstają od tej normy. Jak się jednak okazuje, z tego typu relacjami nie jest tak źle, jak by można przypuszczać. Partnerzy w takich parach muszą starać się bardziej podtrzymywać uczucie, niż w normalnych związkach, i dzięki temu relacje są bliższe, bardziej intymne”
Źródło: L. Crystal Jiang, Jeffrey T. Hancock. Absence Makes the Communication Grow Fonder: Geographic Separation, Interpersonal Media, and Intimacy in Dating Relationships. Journal of Communication, 2013; 63 (3): 556