Być jak Julian Casablancas

Kiedy nie wyobrażałem sobie jeszcze, że można grać fajne piosenki na gitarze bez przesterów, gdzieś na MTV zobaczyłem, jak The Strokes grają „Last Nite” i od tej pory nic już nie było takie samo. Nie zdążyłem zobaczyć nazwy zespołu ani piosenki, ale determinacja, aby zdobyć te nagrania, była wielka. Nie było internetów, był sklep muzyczny na pierwszym piętrze tej lekko orientalnej kamienicy na przeciwko Księgarni Technicznej. Nie wiem, jak to zdołałem wytłumaczyć sprzedawcy, że w końcu wyjął z regału płytę z nagim tyłkiem smaganym dłonią w lateksowej rękawiczce. -Is this it? – zapytał – Yes, that’s it – odpowiedziałem.

W tym zespole twórczo niedopracowane jest wszystko. Podarte dżinsy, wygniecione marynarki i kurtki, podkrążone oczy i w nieładzie ułożone włosy. Wysoko zawieszona gitara Nicka Valensiego, zamknięte oczy Alberta Hammonda. Być może to wszystko wielki rock’n’rollowy szwindel, ale co w popkulturze nie jest oszustwem?

Wolę dobrze podrobioną prostotę niż nadmuchany jak balon artyzm. Wolę, gdy muzycy nazywają siebie piosenkarzami, niż artystami. Wolę źle brzmiący zespół grający piosenki, które da się zagrać przy ognisku na sprzęcie za 1000 złotych niż kolesi, dla których długość i cena kabla łączącego gitarę ze wzmacniaczem ma podstawowe znaczenie.

Nienawidzę Pink Floydów, wolę The Libertines

Nawet koty marzą o lataniu (Das ist für die Katze)

The really great thing about cats is their endless variety. One can pick a cat to fit almost any kind of decor, color, scheme, income, personality, mood. But under the fur, whatever color it may be, there still lies, essentially unchanged, one of the world’s free souls.

Eric Gurney

Z tego, co mi wiadomo, mózg koci bardziej przypomina ludzki, niż psi. Co z tego, skoro z kotem tak ciężko jest się dogadać? Mieszkałem chyba z trzema prawdziwymi kotami i nasze relacje zawsze były bardzo skomplikowane. Być może dlatego, że we mnie różni ludzie odkrywali najczęściej kocie cechy, kocie oczy, kocie wszystko. A koty z kotami dogadują się raczej trudno.

W kocie zawsze fascynowała mnie jego niejednoznaczność. Ambiwalencja polegająca na tym, że z jednej strony wydaje się być kot istotą niezwykle pragmatyczną, by nie rzec – egoistyczną i interesowną. Kot z rzadka zwykł jest robić ci przysługę, jeśli nie ma w tym interesu. Wychodzi kiedy chce, wraca kiedy mu się podoba. Jak jest mu zimno, przytula się do ciebie i mruczy, jak gorąco, po prostu bez patrzenia ci w oczy idzie we własnym kierunku. Kot nie jest zdolny do poświęceń, kota nie da się wychować.

Ale przecież to tylko pół prawdy o kocie. Mimo swej niezależności i tego irytującego niemal zawsze egotyzmu, kot jest chyba najbardziej tajemniczym zwierzęciem, jaki stworzyła ewolucja. Tak jak pies ma wszystkie swoje emocje, całe swoje serce wypisane na pysku, tak kot skrywa zawsze więcej, niż pokazuje. Datego tak trudno go rozumieć, tak trudno z nim żyć.

Więc, mimo iż kot jest zwierzęciem trzymającym się ziemi wszystkimi pazurami i jak próbujesz go od niej oderwać, może cię podrapać, to tak naprawdę uważam, że marzy o lataniu. I trzeba mu na to pozwolić.

[pomyślałem o tym patrząc na moje dwie suki wylegujące się w przedpokoju po rajskim dla nich pobycie na wsi i o tym, że wyłącznie przypadek spowodował, że to je wzięliśmy do siebie, i one z nami zamieszkały, a nie jakiś na pewno przemiły kocur ze schroniska, który tego dnia już czekał na nasz przyjazd]

Systematyczność

Kiedy zbliżała się matura w moim trzecim liceum ogólnokształcącym, wcale nie myślałem o czekających mnie kremówkach ani o wódce parku wypitej, ani o zachodzie słońca. Pragnąłem wyjechać z Białegostoku, chciałem studiować socjologię w Warszawie. Więc wbrew niesprzyjającemu nastrojowi w domu i wbrew hektolitrom wódki przelewających się przez kuchnię tego domu na Dziesięcinach, gdzie wegetował i wegetuje do dziś mój opiekun, codziennie po lekcjach siadałem w czytelni Książnicy Podlaskiej i z maniaka godną konsekwencją opracowywałem wyniki maturalne na wpinanych do skoroszytu fiszkach. Historia, wiedza o kulturze, polski. Nie byłem nigdy dobrym uczniem, a tę systematyczność – chyba wręcz lekko pojechaną – traktowałem też jako odskocznię. Chciałem uciec od ojca, od dziecięcych doświadczeń, od licealnych nieszczęśliwych zauroczeń. Byłem słabym uczniem w liceum, ożywiałem się tylko na języku polskim, kiedy z młodzieńczej przekory nie czytałem zadawanych przez zwariowaną polonistkę lektur, ale czytałem rzeczy, które zawsze robiły na niej wrażenie, choć nie były w kanonie. Pewnie dlatego, że sama ich nie czytała.

Maturę zdałem na same szóstki, najlepszy wynik w tej przecież niezłej wówczas szkole, a nauczyciele, którzy mi te szóstki wstawiali, byli tym faktem lekko zaskoczeni.

Potem było lato, pamiętam, że mój ojciec zostawił mi chleb i miód, które jadłem bez przerwy przez miesiąc. Zapomniał o pieniądzach. I znowu ta systematyczność: codzienne wycieczki dziewiętnastką na Planty i czytanie przez całe popołudnia „W poszukiwaniu straconego czasu” – najnudniejszej, choć wymagającej ogromnego skupienia książki, jaką napisano. A potem pojechałem na egzaminy do Warszawy. I się na tę socjologię dostałem, choć wtedy było tam chyba z piętnaście osób na miejsce. I znowu rozczarowanie, bo okazuje się, że na studia w stolicy nas zwyczajnie nie było stać. Więc na egzaminy ustne do Białegostoku szedłem z nożem wojskowych kamaszy na szyi. Nie służyłem w saperach w Słupsku. Studiowałem pilnie tę socjologię i tylko raz po kolejnym wieczorze w Książnicy koledzy wyciągnęli mnie na wódkę gorzką żołądkową na skwerek za Cristalem.

Pomyślałem, że ta systematyczność, jak niedawne codzienne przejażdżki, aby zawieźć Ją do szkoły, zawsze dostarczały mi dużo spokoju i szczęścia, próbowały się ułożyć samemu z sobą. Brakuje mi tego.

Korespondencja

Psy są szczęśliwe. Żyją prawdziwym, prostym psim życiem. Okazało się, że te bestie są bardziej do mnie przywiązane, niż mi się wydawało. Od czasu do czasu wybiegają na harkawicką łąkę, odbywając rytualne kąsanie się po łydkach, uszach i karkach, poganiają mieszkającego na jednym ze słupów bociana, by po chwili z jęzorami obijającymi się o podłogę wrócić do domu z oczami proszącymi o odrobinę czułości. Jest tu prawdopodobnie bardzo pięknie, nie może być inaczej. Trawa i chwasty pozarastały drewnianą werandę. Gdzieś między zaroślami przemyka się rudy lisi ogon, a jedynym hałasem są przychodzące wieczorem z odległości znajdujących się około kilometra najbliższych gospodarstw odgłosy urządzeń dojących krowy.

Oglądam stare polskie filmy i znowu się wzruszam ich staromodnym patosem. Scena ucieczki Maćka w „Popiole i diamencie” i teatralne umieranie Cybulskiego na czarnym ugorze pełnym śmie(r)ci to jakaś taka przewrotna metafora mojej własnej śmieszności. Utarczki Niemczyka z Malanowiczem nakręcone z typowym dla Polańskiego diabolizmem w „Nożu w wodzie” to w gruncie rzeczy bardzo bezwzględna kpina z tego, czym jest męskość, a Jolanta Umecka jest w tym trójkącie jakimś prawdziwym głosem rozsądku.

Poczucie self-esteemu niskie i nic nie wskazuje na to, aby w najbliższej przyszłości miało się to jakoś zmienić. Więc to też okazja do medytacji nad własnymi ułomnściami, słabościami, nad tym wszystkim, co sprawia, że ranię innych, że nie jestem tym, za kogo mnie wszyscy uważają. Że nie potrafię powiedzieć sam do siebie: „ale tutaj pięknie, dobrze i bezpiecznie”, choć w gruncie wiem, że to najpiękniejsze, najbezpieczniejsze i najlepsze miejsce, w jakim mogę się teraz znajdować. Ale nie przychodzi to do mnie samo.

I straszna potrzeba, żeby dzielić się tymi emocjami z tą osobą, która jest Najważniejsza.

Rynek w Krynkach, gdzie przyjeżdżam po zakupy (dieta prosta – makaron ze szprotkami, ziemniaki ze śledziem w oleju), taki sam jak zwykle. To takie dziwne, że miejsce, które jest w oczach statystycznego mieszczucha dupą świata, po przyjeździe z Harkawicz wygląda jak centrum świata. Dzieciaki w czystych podkoszulkach, zakupy kartą kredytową, antykwariat, Gospoda „Pod Modrzewiem”.

Najgorsze są te godziny piąte nad ranem, kiedy budzisz się z poczuciem absolutnej, wszechogarniającej pustki i rozpaczy. Kiedy czujesz, że jesteś w dupie.

Roman Polański – Gorzkie Gody

Trudno nazwać recenzją pisanie o filmie tak kompletnym i doskonałym jak „Gorzkie Gody” Romana Polańskiego. Jest to opowieść o tym, jak gwałtowna, uzależniająca i nie dająca oddechu miłość szybko przeradza się śmierć. Nigel (Hugh Grant) i Fiona (Kristin Scott Thomas), stateczne brytyjskie małżeństwo z dziesięcioletnim stażem, wybiera się statkiem w podróż do Indii. Na pokładzie spotykają osobliwą parę, wybierającą się w podróż poślubną. Poruszającemu się na wózku inwalidzkim podstarzałemu pisarzowi Oskarowi (Peter Coyote), towarzyszy diaboliczna piękność Mimi (Emmanuelle Seigner). Jadą w swoją podróż poślubną.

Śliczna Mimi próbuje uwieść ułożonego Nigela, czemu z wyraźnym rozbawieniem przygląda się rozpity i zgorzkniały Oskar. Zaprasza Nigela do swojej obstawionej butelkami kabiny i opowiada o tym, jak poznał piękną Mimi. Rzecz się działa w Paryżu, ona miała dwadzieścia lat, a on – kilkanaście lat od niej starszy – próbował pisać powieść inspirując się tym miastem. Początki tej miłości są bardzo romantyczne – kolacje przy świecach, spacery nocnym miastem, subtelna miłość przy rozżarzonym kominku. Widać że to wielkie uczucie z obu stron. Tak wielkie, że po pewnym czasie przeradza się ono w obsesję. Bycie w swoim towarzystwie staje się jedynym sposobem na życie, seks przybiera coraz bardziej wyrafinowane formy, aż w końcu nawet te najbardziej pokręcone przestają bawić. Rozpoczyna się proces psychicznego wyniszczania.

Jak to się kończy, łatwo się domyślać. Łatwo też, szczególnie znając Polańskiego, odgadnąć, w jak wyrafinowany sposób buduje on relacje między uczestnikami tego czworokąta. Jak stopniowo zagęszcza się atmosfera i jak wybuchowy jest tego wszystkiego finał.

Wymowa tego filmu może być odbierana dwojako. Z jednej strony jest to psychologiczny film o relacjach między mężczyzną i kobietą – tych, w których w grę wchodzą niekoniecznie zdrowe emocje. W tym pierwszym sensie „Gorzkie gody” można traktować jako wysublimowany poradnik małżeński. Jednak w drugim wymiarze, jest to opowieść o dobru i złu. Poza wymienioną czwórką bohaterów mamy w „Gorzkich godach” dwie ważne postaci, które moim zdaniem symbolizują walkę Anioła z Diabłem. Pierwszym jest podróżujący z córką Hindus, który pokazuje swoją opiekuńczością wobec nieznanych mu osób siłę tego uniwersalnego Dobra. Drugą – pojawiający się przy każdej pokusie zdrady pokładowy żygolak, symbolizujący Zło.