Mieszkańcy ostatnich drewnianych domów w mieście

DSC02506

Kilkanaście lat temu całe miasto pełne było jeszcze takich miejsc. Walących się, opuszczonych drewnianych chat. Przy tych chatach były zdziczałe sady: rachityczne, powykręcane na wszystkie strony, chylące się ku ziemi gruszki, jabłka, czasami agrest. Miesca po grządkach, na których uprawiano marchewkę, groszek, sałatę, słodkie truskawki i pomidory, już dawno zarosły, zostały przydeptane i zasikane przez psy i przypadkowych przechodniów.

Porozrzucane w nieładzie deski zdradzały pozostałości po przydomowym chlewiku. Czasami widać jeszcze ślady po ścieżkach prowadzących z domu w różnych kierunkach. Najczęściej pozarastała je wysoka jak zboże trawa, w której połyskują okruchy butelek, papiery, ekskrementy i inne skarby niczyjej przestrzeni.

Niedaleko bloku, w którym mieszkałem, w samym środku osiedla z azbestowych płyt, zachowały się te ogrody i opuszczane z wieloletnim opóźnieniem drewniane domy. Kradliśmy z niepilnowanych przez nikogo sadów zielone jabłka i niedorzałe gruszki. Pamiętam też stojące między tymi blokami amatorskie ziemianki, usypane przed wieloma laty, w któych przechowywano mięso, ziemniaki i przetwory, a potem zamieszkały w nich bezpańskie psy.

Ostatni mieszkańcy tych domów, stare małżeństwa albo wdowy, nie pasowali do atakującej ich z każdej strony nowej przestrzeni i nowych ludzi. Byli mieszkańcami suburbiów, co prawda nie mieszczanami z krwi i kości, ale ludźmi związanymi z krwioobiegiem miasta, sprzedającymi miastu to, co udało mu się wyprodukować, odwiedzający miasto od czasu do czasu. Ich nowymi sąsiadami byli przybysze z prawdziwej, autarkicznej wsi, którzy dokonali największego w ich ograniczonej ambicji awansu społecznego. I teraz patrzyli ze swoich balkonów na chylące się ku upadkowi chaty i ich ostatnich mieszkańców z pogardą i wyższośćią.

Te ostatnie ślady wiejskich Dziesięcin, Białegostoczku, Bojar, Chanajek, Piasków i Nowego Miasta już dawno zniknęły za parawanem nowego budownictwa z cegły i sajdingu. Trawią je przypadkowe pożary, okupują je dzieciaki bawiące się w syryjskie i egipskie powstania i kloszardzi odbywające tam alkoholowe sesje połączone z noclegiem.

Pamiętam, jak mam 10 lat, krótkie spodnie i sandały, a czerwcowa trawa sięga mi do nosa. Przedzieram się przez nią i jak mały odkrywca eksploruję niezbadane obszary tych starych ogrodów, omijając porozrzucane deski z wystającymi, pordzewiałymi gwoźdźmi. Zaglądam w powybijane okna tych domów, gdzie leżą rozprute wersalki i straszą kaflowe piece, wciągam do nosa mieszankę spalenizny i stęchlizny, po drewnianych, skrzypiących schodach wspinam się na poddasze, gdzie w wielkiej zmurszałej skrzyni odkrywam kolekcję przedwojennej literatury rewolucyjnej dla młodych komsomolców.

Osobowość i płodność

Mężczyźni z neurotycznymi cechami osobowości mają mniej potomstwa, czytamy w artykule opublikowanym w European Journal of Personality. Co więcej, trend ten się pogłębia. W badaniu analizowano związki między osobowością a skłonnością do posiadania dzieci. Posłużono się rozbudowanym kwestionariuszem oraz statystycznymi rejestrami urodzin.

Przy okazji odkryto, że mężczyźni, którzy są ekstrawertyczni i otwarci na świat, mają więcej potomstwa, podczas gdy kobiety z cechami takimi jak sumienność, przywiązanie do wykonywania obowiązków, rodzą mniej dzieci, niż pozostałe. W tych przypadkach nie zaobserwowano jednak znaczących zmian w czasie.

Wyniki te mogą okazać się wartościowe szczególnie dziś, gdy wskaźniki urodzeń w krajach rozwiniętych są niższe od wskaźników reprodukowalności. Być może jest tak, że psychiczne choroby cywilizacyjne, takie jak depresja, chroniczny stres lub zaburzenia nastroju, ponoszą winę za niskie wskaźniki urodzeń w Europie.

Odpowiednie zdiagnozowanie przyczyn zmian demograficznych jest niezwykle ważne, gdyż związane są z nim globalne zagadnienia związane z produkcją żywności, energetyką, bezpieczeństwem, ochroną zdrowia i wieloma innymi zagadnieniami.

Mężczyźni o osobowości neurotycznej (kapryśni i emocjonalni) rezygnują z posiadania potomstwa, jednak dotyczy to tylko mężczyzn urodzonych po 1957 roku. Jak stwierdza jeden z autorów badania, Vegard Skirbekk, może to wynikać z nowych norm społecznych, które nakazują nie spieszyć się z potomstwem do czasu, kiedy partnerzy będą naprawde pewni, że chcą mieć ze sobą dzieci i że mogą je wspólnie wychować.

Choć w badaniu posłużono się wyłącznie danymi z populacji mieszkańców Norwegii, autorzy badania utrzymują, że można je interpretować szerzej. Tym bardziej, że globalne trendy demograficzne, takie jak wskaźniki rozwodów, mieszkanie “na kocią łapę”, późne małżeństwa, są w Norwegii widoczne w większym stopniu niż gdzie indziej i można podejrzewać, że dosięgną one w przyszłości również inne społeczeństwa.

Źródło: Vegard Skirbekk, Morten Blekesaune. Personality Traits Increasingly Important for Male Fertility: Evidence from Norway. European Journal of Personality, 2013; DOI:10.1002/per.1936

Jan Krasnowolski – Afrykańska elektronika

afrykanska_elektronikaCztery błyskotliwe opowiadania składające się na książkę Jana Krasnowolskiego łączą motywy wydawałoby się odległe. Środowisko polskiej emigracji zarobkowej w Anglii i kult voodoo stanowią lejtmotyw do fantastycznie porywających, zaskakujących, realistyczno-onirycznych historyjek przeznaczonych dla dorosłych chłopaków.

Jan Krasnowolski pisze te swoje bezpretensjonalne, bardzo zręczne literacko opowiadania w wolnych chwilach, resztę dnia pracując na wózku widłowym w Bournemouth. Z osobistych doświadczeń, a także kontaktów z afrykańskimi imigrantami w Wielkiej Brytanii, wynika doskonała wrażliwość na świat taniej siły roboczej na Wyspach. Ale nie tylko, bo otwierające zbiór opowiadanie z równą przenikliwością przenosi czytelnika do solidarnościowo-zomowych potyczek w stanie wojennym.

Krasnowolski ma świetne wyczucie konwencji. Dlatego śmiało przywołuje i rozwija wątek kubański w Hasta siempre, comandante, a w dedykowanej Łukaszowi Orbitowskiemu historyjce Kindoki łączy ze śmiałością i lekkością wątek Holokaustu z antyimigranckimi nastrojami na Wyspach Brytyjskich.

W tytułowej “Afrykańskiej elektronice”, wątek imigracji zarobkowej jest wykorzystany najmocniej. Marnie zarabiający bohater rozwija – pod wpływem przypadku – dochodowy biznes polegający na ściąganiu na brytyjskich drani i rzezimieszków okrutnych klątw. Z kolei Kindoki to burzliwa historia przeprawy promowej polskiego przemytnika Rybki i jego podopiecznego, tajemniczego czarnoskórego chłopca, przez Kanał La Manche.

Wszystkie cztery historie łączy motyw nieuchronnego odkupienia przeszłych win i grzechów, które wracają w postaci okrutnej najczęśniej kary. Fantazja, z jaką Krasnowolski kreśli sceny umierania w męczarniach, jest godna największego szacunku i równie wielkiej zazdrości.

Brak związku między aktywnością półkul mózgowych a typem osobowości

Nie ma dowodów świadczących o tym, że dominacja lewej lub prawej półkuli mózgu ma wpływ na osobowość, wynika z badań naukowców z University of Utah. Teoria o tym, że taki związek istnieje, nigdy nie była udowodniona, co nie przeszkadzało w rozwoju wielu typologii osobowości opartych na tym założeniu.

Powszechnie uważało się, że osoby z dominującą prawą półkulą są bardziej kreatywne, natomiast osoby z dominującą lewą półkulą mózgu – bardziej analityczne, logiczne i uzdolnione językowo.

Badacze z Utah poddali rezonansowi magnetycznemu ponad 1000 ochotników, w wieku od 7 do 29 lat. Nie stwierdzono istotnej dominacji żadnej z półkul. Badanych poproszono o “nie myślenie o niczym” przez 5-10 minut (mózg pozostający w stanie odpoczynku). W tym czasie analizowano aktywność 7266 obszarów mózgu. Jak stwierdził główny autor badania, Jared Nielsen:

Nie dostrzegliśmy, aby w istotnym stopniu lewa półkula dominowała nad prawą, jak również, aby prawa dominowała nad lewą. Wygląda na to, że osobowość nie ma nic wspólnego z aktywnością, siłą, stopniem zsieciowania półkul mózgowych

Oczywiście, niektórzy ludzie są bardziej kreatywni, inni bardziej analityczni. Nie zależy to jednak od aktywności półkul mózgowych

Źródło: Nielsen JA, Zielinski, Ferguson, Lainhart, Anderson. An Evaluation of the Left-Brain vs. Right-Brain Hypothesis with Resting State Functional Connectivity Magnetic Resonance Imaging. PLoS ONE, 2013 DOI:10.1371/journal.pone.0071275

Barbara Kosmowska – Ukrainka

Ukrainka_Barbara_KosmowskaPomysł genialny, więc oczekiwania wobec “Ukrainki” Barbary Kosmowskiej były ogromne. Stolica Polski. Miejsca na mapie Warszawy i bohaterki tej opowieści – gastarbeiterki z Zachodniej Ukrainy. Iwanka Matwijenko i Zofia Wolska wysiadają na Dworcu Centralnym. Każda przyjeżdża w innym celu, ale ich “polskie’” losy się jakoś krzyżują.

Uważam, że świetny temat został przez Kosmowską zmarnowany. Być może to kwestia rozbieżności w rozumieniu tego, w jakim stopniu to zjawisko powinno być opisywane: czy bardziej z perspektywy społecznej, kulturowej, psychologicznej, czy też – schodząc najniżej – na prostym poziomie uczuć.

Autorka wybrała tę ostatnią możliwość, do czego miała oczywiście niezbite prawo. Problem w tym, że emocjonalny, z założenia intymny i niedosłowny sposób kreacji głównych postaci pozostawia wiele do życzenia. Kosmowska nie wykracza poza stereotypowe i uproszczone myślenie o kobietach ze Wschodu. W rezultacie postaci są mdłe, egzaltowane, ekstremalnie, bez granic dobre lub – przeciwnie – absolutnie złe.

Brakuje też w powieści Barbary Kosmowskiej Warszawy, którą obiecuje autora w spisie treści, będącym listą miejsc stolicy Polski. Nie wykorzystano okazji do pokazania różnic kulturowych, a także tych części warszawskiej mapy, w której imigranci ze Wschodu są stałymi uczestnikami życia miasta.

Gdyby jeszcze powieść broniła nieoczywista, wartka i mocna fabuła. Tu również czeka jednak na czytelnika rozczarowanie. Moda na Kosmowską jest widoczna, ale “Ukrainka” to po prostu książka słaba i nudna.

Piotr Zychowicz – Obłęd’44

Druga wojna światowa była pasmem sromotnych klęsk Rzeczpospolitej Polskiej. Przyczyną tych klęsk były błędne decyzje nieudolnych przywódców naszego państwa, a Armia Krajowa od samego początku do końca była marionetką w rękach Związku Sowieckiego.

To najważniejsze tezy nowej książki autora bestselleru “Pakt Ribbentrop-Beck”. Książki, która już zaraz po swojej premierze została bezlitośnie i równie bezpodstawnie skrytykowana przez właściwie wszystkie środowiska w Polsce – od lewicy do prawicy.

Nasza historiografia żyje właściwie samymi mitami, których głównymi bohaterami są szlachetni, bohaterscy, honorowi Polacy, od wieków zmuszeni nosić miano “Chrystusa Narodów”. W naszej historii nie ma miejsca na sprawy wstydliwe, niegodne, nie ma miejsca na zdrajców, kapusiów, kanalie, nie ma miejsca na bratobójstwo.

Książka Zychowicza jest o tym, jak nieudolni albo zwerbowani przez sowietów przywódcy państwa i armii podziemnej poprowadzili Polskę ku spektakularnej klęsce: wymordowaniu ponad 6 milionów obywateli, degradacji ekonomicznej, zniszczeniu ogromnej liczby dóbr kultury, łącznie z całymi miastami, i wreszcie utracie niepodległości i blisko połowy terytorium kraju.

Winnych nazywa Zychowicz wprost. Premier rządu na uchodźdztwie, generał Władysław Sikorski, przywódca powstania w Warszawie generał Bór-Komorowski i tego powstania bezpośredni inicjator, generał Leopold Okulicki to najwięksi – jak pisze Zychowicz – “szkodnicy” we współczesnej historii Polski.

Autor reprezentuje bliski mi osoboście realizm polityczny, który każe podejmować decyzje nie sercem, ale klarowną kalkulacją i oceną ryzyka. Jak słusznie zauważa, przywołując słowa generała Pattona, zwycięzcą wojny nie jest ten, kto poświęcił w niej najwięcej ofiar, ale ten, kkto wybił najwięcej głów wroga. A siłę mierzy się nie “moralną” prawością, ale liczbą żołnierzy i realną siłą militarną.

Zychowicz słusznie zauważa, że podczas II wojny światowej, Polacy wszystko robili źle. Od błędnej polityki dyplomatycznej latem 1939 roku, przez dyplomatyczną grę z Wielką Brytanią, aż po Powstanie Warszawskie, które pochłonęło około 150 tys. niewinnych cywilów. Przede wszystkim Polacy źle zidentyfikowali realnego wroga. Nie były nim wojska niemieckie ani armia sowiecka, ponieważ z nimi nasze wojsko nie miało żadnych szans. Prawdziwym wrogiem, który ostatecznie osiągnął zwycięstwo, były sowieckie służby specjalne, które to tak naprawdę rozegrały klęskę Polaków i wzięły nasz kraj bez większych kłopotów na długie dziesięciolecia.

Zdaniem autora “Obłędu’44”, Powstanie Warszawskie było sterowaną przez Sowietów prowokacją, mającą na celu przejęcie władzy w Polsce i zgładzenie mieszkańców stolicy. Bitwą, która nie przyniosła Polsce żadnych korzyści, a która skompromitowała Armię Krajową nawet w oczach mieszkańców Warszawy. Szlachetnym być może, ale w rzeczywistości bezsensownym zrywem, w którym elita narodu polskiego została wyrżnięta przez bandytów, pijaków i rzezimieszków z Niemiec, Białorusi, Rosji i Ukrainy.

Ta, jak mówi się oficjalnie “największa podziemna armia II wojny światowej”, szła na definitywną rzeź, a kiedy była potrzebna do swoich statutowych celów, wówczas próżno było szukać żołnierza z orzełkiem w rogatywce. W obronie 150 tysięcy pomordowanych na Wołyniu nie stanął praktycznie nic, a oferowana od Niemiec pomoc w obronie przez UPA, została przez AK definitywnie odrzucona.

“Obłęd’44” to niezwykle ważna i odważna książka. Nie tylko o historii Polski, ale także o polskich mitach i polskim charakterze, dla którego te mity są od lat znakomitą pożywką.

Inteligencja i rasizm – czy idą w parze?

Osoby z wysoką inteligencją wcale nie są mniejszymi rasistami niż reszta społeczeństwa – wynika z badań przeprowadzonych na University of Michigan. Inteligentni potrafią jednak lepiej ukrywać swoje uprzedzenia przed innymi – lepiej zdają sobie oni sprawę z obowiązujących norm społecznych, a w związku z tym mniej chętnie mówią o sprawach różnic rasowych, chętniej zaś o tym, że popierają integrację i równouprawnienie.

W ramach badania porównywano postawy ponad 20000 białych respondentów, zaczerpnięte z bazy danych amerykańskiego odpowiednika naszej Diagnozy Społecznej (General Social Survey). Wyniki analiz przedstawiono na 108 Zjedździe Amerykańskiego Towarzystwa Socjologicznego. Wzięto pod uwagę umiejętności poznawcze badanych (mierzone szeregiem testów na inteligencję werbalną) i skorelowano je z postawami respondentów wobec Afroamerykanów i różnymi formami walki z segregacją rasową oraz dyskryminacją.

Średnia wieku badanych wyniosła 47 lat. Średni czas edukacji – 12,9 lat. Odpowiedzieli oni poprawnie średnio na 6 spośród 10 pytań badających kompetencje poznawcze.

Analiza statystyczna wykazała, że osoby z wyższymi kompetencjami poznawczymi były bardziej skłonne do odrzucania segregacji mieszkaniowego i wspierania integracji rasowej w szkołach. Częściej niż pozostali przyznawały one, że spotkały się z dyskryminacją rasową w miejcu pracy. W popieraniu konkretnych programów wprowadzających równość rasową różnice między osobami o wysokiej inteligencji a tymi o niższej były nie znaczące statystycznie. W niektórych przypadkach, bardziej inteligentni okazali się mniej skłonni do wspierania takich działań. Na przykład, program integracyjnych gimbusów poparło 27 procent osób o niższym wspaźniku kompetencji poznawczych i 23 procent osób – o wyższym.

Różnica leży więc nie w praktycznym nastawieniu do kwestii rasowych, lecz w lepszym wyczuciu “poprawnego” społecznie deklarowania indywidualnych poglądów. Osoby o wyższych kompetencjach poznawczych udzielają bardziej “oświeconych” odpowiedzi, lecz w przypadku pytań o konkretne działania instytucji publicznych lub rządu, wykazują taki sam poziom „rasizmu”, co pozostali biali mieszkańcy USA. Przykład? Prawie wszystkie osoby o wyższej inteligencji zgodziły się ze stwierdzeniem, iż “biali nie mają prawa do odgradzania się od swoich ‘kolorowych’ sąsiadów”. Równocześnie, prawie połowa tych osób nie zgłasza sprzeciwu wobec praktyk wielu agencji nieruchomości, które różnicują swoją ofertę w zależności od koloru skóry klientów.

Rasizm i uprzedzenia rasowe nie muszą więc wcale wynikać z wyższych lub niższych zdolności umysłowych lub różnic w socjalizacji. Są one raczej rezultatem dążenia do legitymizacji władzy ze strony grup dominujących w społeczeństwie i zabezpieczenia ich uprzywilejowanej pozycji w procesie dystrybucji zasobów. Ci bardziej inteligentni lepiej niż pozostali potrafią zadbać o te interesy. We współczesnych Stanach Zjednoczonych, gdzie Afroamerykanie są zmoblizowani do walki o swoje interesy, inteligentni przedstawiciele białej społeczności przyznają werbalnie czarnym pełen spektrum praw (co sprzyja stabilności społecznej), lecz w praktyce nie robią – zgodnie ze swoim interesem – nic, aby wyeliminować przywileje, z których przecież sami korzystają.

Źródło: American Sociological Association. „Intelligence is not a remedy for racism.” Medical News Today. MediLexicon, Intl., 13 Aug. 2013.