Błazny i złodzieje

  • Siedem godzin oczekiwania w przedziale pociągu pośpiesznego relacji Olsztyn-Kraków nie ma w sobie nic z Zen podróży. Jesteśmy w Piasecznie. Siedzący naprzeciw starzec-inwalida I grupy, niedowidzący i z niedowładem stanowczo żąda dalszej jazdy. – Na trakcję spadło drzewo, była wichura – ze spokojem tłumaczy drobna brunetka-konduktorka po ćwiczeniach z asertywności i trudnego klienta. – Nic mnie to nie obchodzi, jako inwalida pierwszej grupy domagam się natychmiastowej jazdy! Ten niedowidzący, siwy pan z irytacją co chwila wciska przycisk swojego telefonu, informujący go, że od ostatniej minuty minęły tylko jedna minuta. Pani obok obawia się o swoją palmę, która już na pewno zmarzła z powodu niedomkniętego balkonu, gdzieś w Jędrzejowie, cholera. Pali papieros za papierosem. Za moimi plecami jest kibel, a za kiblem ostatnie drzwi tego nieruchomego pociągu. Trwa tam Loża Narzekaczy na Polskie Koleje Państwowe. Przy papierosie i zaciśnietych ustach. Piaseczno pełną parą, jak wszystkie te podwarszawskie miejscowości: Skierniewice, Grodzisk, Tłuszcz, Rembertów, pełne są ludzi o zmęczonych twarzach, nieufnych spojrzeniach, pełnych złości i parcia po swoje. Jednodniowi, cykliczni warszawscy emigranci: noc w Warce, dzień w Warszawie, od świtu do nocy, pociągi i puszki z Żubrem. Żeby zasnąć, dotrzeć do domu, położyć się spać i wstać gdzieś o czwartej. Ci ludzie do zajmowania miejsc w kolejce używają łokci, nie chcą się przyznać do „dzień dobry” i „dziękuję”. To dokładnie ci ludzie, którzy już nie raz trącali cię po łydkach koszami na zakupy, kiedy stałeś w kolejce w supermarkecie, a kiedy się odwracałeś, udawali, że nic się nie stało.
  • Kraków między drugą a trzecią nad ranem w środku tygodnia w najbardziej obrzydliwej porze roku. Cała Polska jest teraz pogrążona w mroku, wilgoci i nieświeżym oddechu trawionych przez sen czterech piw Tatra Mocne. A Kraków jest takim niesamowitym mikroświatem. Też mokrym i wilgotnym, ale jednak żywym. Ulubiona krakowska zapiekanka z dziury w ścianie jakiejś kamienicy przy Kanonickiej była spożywana w towarzystwie  mało świadomych tego, co się dzieje wokół nich młodzieńców. Pochodziłem trochę w okolicach Sławkowskiej, św. Tomasza i Stolarskiej. A potem wsiadłem w osobowy do Krosna (4.07), z którego zobaczyłem małopolski świt.
  • W drodze powrotnej z Egeru (moja wycieczka do tego miejsca miała po raz pierwszy charakter zorganizowany, narodowy, imperialistyczno-polski i przez to była – bez przesady – liminalnym doświadczeniem) wysiadam w środku nocy na krośnieńskiej obwodnicy. Nocnych żeglarzy halsujących po ulicach miasta pytam o drogę do dworca. W taki październikowy świt jedynym elementem żywym na takich dworcach są nieliczni taksówkarze, którzy niczym hieny czają się na zmęczonych podróżą turystów, aby zaproponować im nieakceptowalne stawki. O piątej trzydzieści otwierają poczekalnię i knajpę w budynku dworca. Knajpa ma więcej klientów. W ponurych, ciemnych wnętrzach zszarzałych dymem papierosowym ci klienci – dwudziestotletni robotnicy na pierwszą zmianę – zamawiają dwie setki i piwo. A ich twarze wyglądają co najmniej na czterdzieści lat. Pierwszą setkę wypijają jeszcze przy barze, kiedy kelnerka leje piwo i drugie sto. Biorą jedno w jedną rękę, drugie w drugą i dosiadają się do codziennych towarzyszy. Piją w milczeniu, co chwila ze znudzeniem zerkając na zawieszony pod sufitem telewizor. Ożywiają się tylko, kiedy dziennikarz mówi o brakach prądu na Podkrapaciu i wsiach odciętych od świata.
  • Wysiąść na samym początku Lutowisk, przy ośrodku zdrowia. Dostać znowu po twarzy tym samym otryckim wiatrem. Popatrzeć przez chwilę na grzbiet pasma, zasłonięty przedpołudniową mgłą. W sklepie zrobić zakupy, osłonić kalosze torebkami firmowymi Delikatesów Centrum, przejść obok szkoły, przystanku i starego cmentarza. Tam rozpocząć marsz pod górę wąską asfaltówką. Przy ostatnich zabudowaniach skręcić w prawo. Wejść w śnieg. Po kilkuset metrach brnięcia po pas poddać się i zawrócić.
  • Otryt o tej porze roku to widok osobliwy. W końcu decyduję się podjechać na drugą stronę, do Dwernika, i spróbować wejść stamtąd. Wejście przetartę przez bohaterską dziesięcioosobową grupę, która tej nocy wdrapywała się prawie na przełaj. Więc duża improwizacja na temat niebieskiego szlaku, wiodącego normalnie na górę. Idę po ich śladach, które czasami odbijają od szlaku nawet na kilkadziesiąt metrów. Droga pozawalana jest konarami drzew. Widok przerażający dla każdego, kto wchodził tam kiedykolwiek o dobrych warunkach. Idzie się wąskim korytarzem śniegu sięgającym chwilami nawet do piersi. Idzie się ciężko, bo śnieg jest mokry. Zwały białych brył leżą na niekiedy jeszcze zielonych liściach drzew i co chwila spadają razem z gałęziami to tu, to tam.
  • W Chacie przewidywalnie i jak zwykle. I dobrze, bo tego „jak zwykle” było mi potrzeba. W lutym znienawidziłem to miejsce i obiecałem sobie, że nigdy tu nie wrócę. Wróciłem szybko i bałem się tego powrotu. A jednak, było wspaniale, choć to jedna z takich rzeczy, których nie da się w dwóch zdaniach opisać ani zrozumieć. To jest chyba to miejsce z pierwszych wersów „All Along the Watchtower”. gdzie spotykają się wszyscy błaźni i złodzieje, którzy nie potrafią nigdzie zaznać ukojenia. Uciekają z zamieszania na dole, bo nie ma tam niczego, czym warto się podniecać. Życie nie jest żartem, ale o tym wie tylko księżniczka na wieży, otoczonej ciemnością. Kiedy siedziałem na werandzie i grałem tę piosenkę do nocy, byłem przekonany, że ta wieża jest właśnie tam.

Tak jak nie da się zrozumieć i opisać tego, co bardzo dobre, podobnie, trudno zrozumieć i opisać to, co straszne i tragiczne. Tą drogą poszedł wtedy Jarek.

Michał Witkowski „Margot”

Leitmotywem nowej książki Witkowskiego jest metamorfoza. Bohaterowie powieści dokonują trangresji, przekraczają samych siebie, tworzą kogoś zupełnie nowego. I tak, niepełnosprawna dziewczynka na wózku powstaje, podróżując po Polsce jako Święta Joanna od Tirowców (stając się współczesną wersją św. Krzysztofa), tytułowej Margot, która z kobiety staje się mężczyzną i rusza w trasę pełną męskich przygód, czy wreszcie Waldka Mandarynki: prostego chłopaka spod Suwałk, błyskotliwie zdobywającego polski szoł-biznes, by w końcu z hukiem z niego wylecieć.

Opowieści o Asi i Margot były nudne jak flaki z olejem. Prawdopodobnie dlatego, że poetyką i narracją niczym się nie różniły od poprzednich powieści Witkowskiego. Co innego Waldek Mandaryna. Nie dość, że Michał Witkowski pokazuje, że potrafi świetnie opowiadać nie tylko o brudnym świecie dziwek, przydrożnych moteli i zajazdów, brudnych i brutalnych mężczyzn w przepoconych podkoszulkach z „siateczką”, ale również o świecie blichtru, drogich perfum, zamkniętych imprez dla VIP-ów i warszawskiego glamour, to historia o tym, jak Waldek Jesionka, przystankers spod Suwałk przeistacza się w gwiazdę estrady i stałego bywalca serwisów plotkarskich jest po prostu bardzo dobrze skonstruowaną opowieścią, posiadającą swój początek, określoną dynamikę i spektakularny koniec. Tego zawsze brakowało mi u Witkowskiego: narracji, która trzymałaby się kupy, zamiast querrowskiego flowu – zabawnego i po mistrzowsku napisanego, ale czasami trudnego do strawienia, jeśli trwa on dwieście stron.

Czytając o Waldku Mandarynie, polskiej wersji mitu „od pucybuta do milionera i z powrotem”, miałem przyjemność obcowania z literaturą opowiadającą o współczesnej Polsce, takiej jak ją znam z gazet i internetu, opowiedzianą w klasycznej (sic!) formie. Choć trudno sobie wyobrazić, by taka była intencja Witkowskiego, który pracuje raczej nad tym, by te wszystkie konwencje łamać, to – w rzeczywistości – tak było. Gdyby nie trzeci rozdział, napisałbym, że Witkowski się wypalił i skończył. Na szczęście tak nie jest. Autor Lubiewa po raz kolejny zachwyca niezwykłym słuchem językowym, wielką intuicją estetyczną i socjologiczną. „Margot” Witkowskiego jest chyba najlepszą do tej pory kroniką Polski lat 90.: kraju, w którym stykają się nierzadko bezpośrednio brudny przystanek PKS, na ktorym pije się tanie wino, podpala rozkłąd jazdy i trwoni czas, z światem torebek od Armaniego, telewizyjnych show i backstage’u sylwestrowych gal na rynku.

Ściany w brokacie

Kiedy szliśmy dzisiaj w Jarocinie ulicą Wrocławską w stronę centrum i kiedy zobaczyliśmy w końcu barokowy ratusz w rynku tak bardzo przypominający ten dukielski, pomyślałem, że takich ziejących chłodem i pustką małomiasteczkowych rynków jednak bardzo nam potrzeba. Jeszcze dwa lata temu, w podobny czwartkowy wieczór, rynek mojego miasta był o tej ósmej czy dziewiątej wieczorem całkowicie pusty. Brak w nim było ludzi, jeśli nie liczyć przekomarzających się podniesionym głosem bezdomnych, toczących debaty o wysokim stopniu emocjonalnego zaangażowania. Świadczył o tym głos niosący się od Fary do Ratusza, od Surażskiej do Spółdzielczej i jeszcze dalej. Te rynki się przechodziło albo obchodziło z dala, bo nic przyjaznego nie mogło cię na nich spotkać. O tych miejscach mówiło się „rynki”, choć rynkami nie były od dawna.

No więc taki był dzisiaj rynek w Jarocinie. A może – nie tyle był jakiś, co nie był taki, jak dziesiątki podobnych miejsc w Polsce. Nie tyle cokolwiek na nim zobaczyłem, co wiele nie udało mi się zobaczyć. Nie widziałem ogródków piwnych z barbie przy kawie (jak u Staszewskiego),  filii banków i Romów o smutnych oczach, nie poczułem zapachu perfum i chłopców na motorach. Nie zobaczyłem tam niczego, co spodziewałem się zobaczyć.

W jarocińskim rynku usłyszałem tych białostockich kloszardów sprzed dwóch lat. Poczułem ten sam wiatr, który prześwistywał od bramy przy Delikatesach do wlotu Spółdzielczej, przefruwając przy okazji przed te krzaki, w których owi kloszardzi pomieszkiwali. Siedząc w jedynej otwartej knajpie, próbując jeść coś, co stanowiło połączenie hamburgera, hot-doga i kebaba i patrząc na ścianę przyozdobioną brokatem, na której wisiał telewizor nadający VIVA Polska i niemieckie teledyski z podpisami po polsku, pomyślałem, że te prowincjonalne miasta, które nie są miastami i te rynki, które nie są rynkami, są jednak na wskroś polskie i dobre. Polskie, bo dobre. Dobre, bo polskie.

Feliks Falk „Enen”

Obejrzałem ostatnio po raz kolejny „Wodzireja”. Na dzisiejszym seansie, chociaż na ekranie widziałem nie Stuhra, lecz Szyca, wydawało mi się, że oglądam ten sam film. Choć wydarzenia przedstawione w „Wodzireju” dzieli z akcją „Enen” dwadzieścia lat, to pewien ogólny nastrój, sposób budowania emocji i pokazywania polskiej rzeczywistości pozostał u Falka taki sam. I to powinno się reżyserowi chwalić, bo film trzyma w napięciu, jest efektowny, a jednocześnie na wskroś polski.

Głównym bohaterem filmu „Enen” jest doktor Konstanty Grot (w tej roli Borys Szyc) – dwudziestodziewięcioletni (mój rówieśnik) lekarz psychiatra, który zupełnie przypadkowo trafia na pacjenta bez życiorysu (znakomita rola Krzysztofa Wolfa). Z mężczyzną tym nie ma prawie żadnego kontaktu, wiadomo tylko, że nazywa się Paweł Płocki. Nikt nie wie, kiedy znalazł się w szpitalu, z jakiego powodu, ktoi go leczył i w jaki sposób. Prawdopodobieństwa historii dodaje umiejscowienie fabuły we Wrocławiu, bezpośrednio po wielkiej powodzi w 1997 roku. Jest więc zamieszanie, szpitale były ewakuowane, akta mogły więc gdzieś zaginąć.

Grotowi milczący pacjent nie daje spokoju. Rozpoczyna więc prywatne śledztwo, podczas którego – poza kłopotami rodzinnymi – odkrywa, że pozornie prosta zagadka okazuje się dużo bardziej skomplikowana. Znany z „Wodzireja” problem godzenia pasji zawodowych z życiem rodzinnym pojawia się i tu, dużo jednak ciekawsze są kolejne etapy śledztwa prowadzonego przez Grota, szczególnie zaś postać Ambroziaka, w którą w sposób mistrzowski wcielił się Krzysztof Stroiński. Kolejne postaci dostarczają psychiatrze-detektywowi kolejnych elementów układanki, która w finale układa się w aż do końca bardzo trudny do przewidzenia obraz.

Jest to bardzo dobry film, choć niektóre rzeczy mogły razić. Po pierwsze, kreacja Borysa Szyca mogła być, biorąc pod uwagę ciężar moralny i aktualność problematyki, rolą pokoleniową, a jest niestety tylko dobrze zagraną rolą dobrego aktora. Szyc gra psychiatrę, ale ani przez moment nie byłem przekonany do tego, że widzę na ekranie psychiatrę. Aktor nie stworzył w tym filmie ważnej postaci, choć sam scenariusz i pomysł na film były tego warte. Po drugie, raziły mnie trochę niespójności w fabule. Chociażby epizodyczna postać przechodnia, który chce pomóc Grotowi w śledztwie. Ten nie ma akurat czasu i bierze od człowieka numer telefonu, na który ani razu później nie dzwoni. Zupełnie nie pasowało to do tego śledztwa, w którym psychiatra-detektyw chwytał się wszystkich możliwych tropów. Ten – nie wiadomo dlaczego – pominął. Trzecim słabym ogniwem były dialogi, zupełnie nie pasujące do naturalistycznego stylu Falka: miejscami wręcz wydukiwane, szczególnie przez Szyca.

Niemniej te wszystkie ułomności nie wpływają na to, że film jest naprawdę bardzo mocnym kawałkiem kina. Szczególnie ze względu na zakończenie. Ostatnie pięć minut, kręcone w deszczu, parę miesięcy po powodzi, kiedy wszystko się wyjaśnia i staje na głowie, a wszelkie podejrzenia co do tego, jak to się może skończyć i kim jest „enen” Paweł Płocki, zostają zastąpione prawdą, która nie jest ani dobra, ani zła, ani oczyszczająca, ani konfudująca, to wszystko sprawia, że ten film jest wyjątkowy i dla mnie osobiście bardzo ważny.