Prawdziwa ojczyzna

SONY DSC

To wszystko, co dla mnie najważniejsze, z każdym dniem rozjeżdża się na dwie strony.

To „wszystko” to moja ojczyzna.

Moja ojczyzna jest dla mnie wszystkim.

Nie jest moją ojczyzną państwo polskie, ani żadne inne. Żadnego państwa nigdy nie uznawałem za cokolwiek więcej niż niezależny od mojej woli aparat zapewniania mi różnych rzeczy, z których większość jest mi całkowicie niepotrzebna, aparat zakazujący mi różnych rzeczy, których sam bym sobie zakazał, gdybym uważał, że są dla mnie niepotrzebne.

Nie jest moją ojczyzną ten naród. Coraz bardziej wulgarny, skłócony, egoistyczny i nieskłonny do współpracy. Naród składający się z coraz większej liczby zapatrzonych w siebie cwaniaków, milionów znawców prawa, ekonomii i psychologii. Naród tłamszony całe wieki przez silniejszych, któremu wydaje się, że jest narodem wyjątkowym. Naród, który klęski obraca w zwycięstwa, bo zwycięstw nie osiągnął wiele. Nie jest moją ojczyzną naród złożony z dwóch plemion, dla których zwycięstwem nie jest porozumienie, ale zajebanie wroga i wrzucenie jego szczątków do rzeki.

Dzięki moim rodzicom, lekturom i mądrym nauczycielom zawsze byłem przekonany, że warto być przyzwoitym. Że warto pomagać ludziom w potrzebie, służyć życzliwością i wsparciem każdemu, kto tego oczekuje. Że taka zwyczajna przyzwoitość, szczerość i prawdomówność są jedynymi rozsądnymi rozwiązaniami w sytuacji wyboru.

Przez cały czas tak uważam.

Dlatego moja ojczyzna to nie jest Polska i to nie są Polacy.

Moją ojczyzną jest mój syn. Jestem pozbawiony możliwości towarzyszenia mu w jego codzienności, mimo usilnych starań. Zdobywam jednak z sukcesami kolejne przyczółki w walce o kilka bardzo konkretnych spraw, które na pewno wspólnie załatwimy.

Chcę poznać go w końcu z jego rodziną. Z jego prababcią, babcią, ciocią i siostrą cioteczną. Chcę pokazać mu swoje życie – miejsce, gdzie mieszkam i pracuję, miejsca, gdzie się wychowałem i gdzie się kształtowałem. Chcę pójść z nim na półgodzinny spacer i normalnie z nim porozmawiać. Chcę z nim spędzić normalny dzień, taki jak ojciec i syn powinni spędzać zawsze wtedy, gdy obaj mają na to ochotę.

Chcę go nauczyć, że warto posiadać własne zdanie i się go nie wstydzić. Że czasami warto popełniać błędy, aby potem wyciągać z nich wnioski. Że miarą sukcesu nie jest poklask tłumu i miliony monet na koncie, ale poczucie, że działa się w zgodzie z sobą i bez konfliktu ze swoimi bliskimi.

Moja wymarzona ojczyzna?

Powiem, że jestem w ojczyźnie, kiedy spotkam się z moim dorosłym synem, który będzie pewnym siebie, mądrym i poukładanym człowiekiem, kochającym całą swoją rodzinę i kochanym przez całą swoją rodzinę. Który przez całe swoje dzieciństwo i dojrzewanie będzie miał możliwość czerpania z miłości i doświadczenia wszystkich swoich bliskich. Który zamiast kłamstwa będzie cenił prawdę, a cwaniakom, oszustom i manipulatorom będzie potrafił skutecznie stawić czoła. Czy to nadstawiając drugi policzek, czy też wymierzając sążnistego prawego sierpowego w lewy podbródek.

Moja babcia ma dziewięćdziesiąt lat i dwa marzenia. Odwiedzić Ostrą Bramę w Wilnie i zobaczyć w końcu swojego prawnuka. Jedną z tych spraw na pewno załatwię w najbliższym tygodniu (nie mówcie jej o tym, to ma być niespodzianka!).

Reklamy

Nazywamy się Szypułki i jesteśmy odpadami po truskawkach

SONY DSC

Wiejskie festyny, małomiejskie biesiady, potańcówki w parkach i na placach mówią największą prawdę o tych mieszkańcach Polski, którzy przez cały tydzień szykują się na tę jedyną w roku imprezę. Rozmawiają o tym od poniedziałku do piątku w fabryce, w sklepie mięsnym, w autobusie. Rozmawiają tam, gdzie są wszyscy i rozmawiają tam, gdzie nikt nie widzi. Chłopcy rozmawiają, jak się dobrze najebać, dziewczęta rozmawiają, jak się dobrze ubrać. Wójt wybiera zawsze złą gwiazdę wieczoru, a sprzedawcy miodu z pasieki biją się o miejsce blisko sceny. Czasy są napięte, sytuacja jest niepewna.

Pojechałem dzisiaj na Święto Truskawki do Korycina, bo lubię te wszystkie festyny z jakimś owocem, miodem, smalcem albo wędliną w roli głównej. Truskawek było mało, a te, które były, przyjechały aż z Zielonej Góry. Były wielkie jak jabłka z Kauflandu i nie miały szypułek, jakby dorastały lewitując nad ziemią za pomocą energii ze słońca. Obok otoczonego niczym zalewu rozstawione były karuzele i roller-coastery o skali niespotykanej na innych odwiedzanych przeze mnie imprez w regionalnej skali. Dalej była scena, na której występował akurat zespół lolitek z gitarami prowadzony przez brodacza z Domu Kultury.

– Jak się nazywacie? – zapytał kruczowłosy konferansjer z mikrofonem, gwiazda podlaskich estrad, rudą grubaskę z warkoczykami i w okularach, lokalnego outcasta, obiekt drwin całego gimnazjum?
– Nazywamy się Szypułki i jesteśmy odpadami po truskawkach, specjalności naszej gminy – odpowiedziała dziewczynka i mocno uderzyła po strunach smutnym e-molem.
– A co nam zaśpiewacie, Agatko?
– Chyba Moniko – odbiła piłeczkę Monika
– Tak już mam, że mylę Moniki z Agatami, heheh – odpowiedział obleśnie zmieszany konferansjer – co nam zagracie?
– Piosenkę spod celi „Chryzantemy złociste” – odpowiedziała Monika, odgarniając z piegowatego, pulchnego czoła rude włoski. Tłum odpowiedział szumem podekscytowania i oczekiwania.

Szypułki rozpoczęły występ, a ja poszedłem w stronę straganów. Tłum falował i nucił znaną wszystkim piosenkę o kurwie, która zdradziła mężczyznę i o chryzantemach, których nikt nie podlewa. Szedłem w stronę stoisk z różnymi rzeczami zrobionymi z cukru. Na wielkim na dwadzieścia metrów straganie rozłożone były kształty na patyku, z których każdy przypominał coś innego. Były tam konie z cukru, wieżowce z cukru, cukrowe buraki i cebule z cukru. Obok leżały zegarki z cukru i Zenek Martyniuk z gitarą, której struny były wysypane cukrem pudrem. Wszystko to pachniało ciężarem tej cukrowej masy, a za ladą stał ogorzały Litwin.

– Czy jest tu coś, co nie jest z cukru? – zapytałem.
– Pan poczeka – odpowiedział Litwin, odwrócił się i zaczął grzebać w kartonach. Na zielonych, materiałowych spodniach, wprost na dupie, miał wielką, mokrą plamę, z której ściekał roztopiony cukier. Jak z bałwana.

Postanowiłem szukać prawdziwych truskawek. Obszedłem stragany z serem korycińskim z przeróżnymi dodatkami, widziałem stoisko szmacianych lalek z głowami przyszytymi do łokcia robionych przez głuchonieme dzieci z jakiegoś ośrodka w lesie. Oglądałem się za lokalnymi dziewczętami, ale one wolały stoiska z kebabem i lokalnych chłopaków. Przechadzając się dumnie między straganami z milionem spinnerów i kostek Rubika, nasuwały co chwila te o dwa numery za małe spódnice ku kolanom, ale starczyło ich tylko na kawałek opalonych nad korycińskim zalewem ud. Co raz to ktoś mnie potrącał, jakieś dziecko pojękiwało tęsknie do zagubionych rodziców, jakiś kot w kagańcu i na smyczy, próbował zlizać tłuszcz z pozostawionych w trawie resztek po kebabie.

Minąłem stoisko z truskawkami, gdzie była największa kolejka. Młodzież, dorośli i starcy chętnie kupowali truskawki z Zielonej Góry wielkości świńskiego kopyta, pozbawione szypułek i autentyczności, jak Radiohead po „OK Computer”. Na samym końcu straganów stał przy starym Passacie, osamotniony facet, uderzająco podobny do mnie, z  wielkim smutkiem w oczach, tak wielkim, że nawet ja się zatrzymałem.

– Skąd te truskawki? – zapytałem.
– O stąd, zza zalewu. – odpowiedział
– Po ile?
– Po tyle, co u nich.
– To dlaczego nikt nie kupuje?
– Bo ja nie sprzedaję na kilogramy, tylko na kobiałki.
– Dlaczego tak? Nie ma pan wagi?
– Mam wagę, ja się po prostu kurwa szanuję.

Do miasta wróciłem spokojny.

Mały Polak u stóp Giedymina

DSCF0883

Lubię to zdjęcie sprzed kilku lat, na którym siedzę u stóp monumentalnego pomnika Giedymina na Placu Katedralnym, w najważniejszym miejscu Wilna. Postać Wielkiego Księcia i stojącego za nim konia i wyjącego rysia wykonane są z jakiegoś ciemnego, ponurego żelastwa.

Giedymin wyciągniętym na przód mieczem wskazuje ponoć miejsce, gdzie ma powstać miasto, ale ja zawsze byłem przekonany, że jego ostrze skierowane jest na południowy-zachód, w stronę Lachów.

Mały Polak siedzący u stóp potężnego władcy Wielkiej Litwy. Tak to zawsze widzę.

Tak widzę to zawsze, kiedy wjeżdżam w Litwę tym osieroconym po Schengen przejściem w Ogrodnikach, pełnym opuszczonej, rdzewiejącej infrastruktury granicznej. Tych pootwieranych na oścież szlabanów i pustych budek granicznych z powybijanymi okienkami.

Na Litwie nie można przesadzać z naszym polskim imperializmem, który wyssaliśmy tu z mlekiem matki, a który przecież tej Wielkiej Litwie jako Polacy zawdzięczamy. Więc powstrzymuję złość widząc te wszystkie lechickie bogoojczyźniane pielgrzymki do Ostrej Bramy, pełne alkoholowej wyższości nad litewskim chamem.

To nie merkantylizm ani nie litość powstrzymują Litwinów przed reaktywną agresją wobec panoszących się po ulicach Wilna wycieczek z mnóstwem nacjonalistycznych symboli na piersiach i transparentach. To zwykły bałtyjski spokój, który jest wrodzoną cechą tego ludu. Nieufnego, dosyć ponurego i zamkniętego w sobie. A przez to tak fascynującego i buzującego lechicko-kozackie krwi.

Szpital

IMG_20130809_153809Szpital jest miejscem, w którym funkcjonują zasady. Zasady dzielą się na te formalne, wynikające ze stosu papierzysk do wglądu, ale obok nich zasady gry ustalają prawa i procedury dekretowane przez poszczególnych uczestników tej gry. Gry, której tylko jednym z celów jest naprawienie zepsutego pacjenta.

Oddział szpitalny to gra wielu interesów, oplatająca hierarchiczną strukturę wielu dążeń, ambicji, resentymentów, marzeń i zgorzknień. Zorganizowany zazwyczaj patriarchalnie, balansuje między formalną władzą faceta Alfa, a całą chmarą kobiecych robotnic, bez których nic by tu nie wyszło. Mężczyźni rządzą, ale to kobiety wiedzą wszystko. Doskonały constans.

Pacjent jest niewątpliwie najistotniejszym elementem tego łańcucha, ale cały personel, od ordynatora po salową, nie może za nic zdradzić pacjentowi tej tajemnicy. Blizny lepiej się leczą, kiedy nie wydaje się im, że są najważniejsze na świecie.

O sprawy fomalne, wymagające podpisu, pytaj lekarza. O wszystko inne – pielęgniarkę lub salową. One wiedzą wszystko. Są dla nas macochami w te sieroce szpitalne dni. Podłączają kroplówki, podają śniadania, a jak się ładnie uśmiechniesz, to czasem dostaniesz coś na ból.

W szpitalu jest dużo czasu, a czas ten jest dobrze zorganizowany. O 7 badania i kroplówki, o 8 obchód, o 12 obiad dwudaniowy, w międzyczasie rehab, o 5 kolacja, o 8 obchód, o 22 nieprzestrzegana cisza nocna.

Czytanie książek, pisanie dziennika, wyciszanie serca i umysłu. Smyrganie sinusoidów nastroju

Niedokończone domy

DSC01431n

Krajobraz prowincjonalnych miasteczek i wsi upstrzony jest tysiącami niedokończonych domów. Wszystkie są takie same, choć budowane z betonowych pustaków są legalną albo tylko estetyczną anarchią architektoniczną, krwawym wrzodem jątrzącym brzydotę między przedwojennymi kamienicami albo domami z drewna. Nie mają tynku ani balustrad. Ich balkony są złym snem rodziców, których pozostawione bez opieki potomstwa spadają z pierwszego lub drugiego piętra wprost na wylany niedbale podjazd dla samochodu. Azbestowe dachy i stalowe, pordzewiałe rynny, zdradzające tryb ekonomiczny inwestorów, budujących wymarzoną willę dla dwupokoleniowych rodzin. Te nieukończone domy stoją w miejscu po starych, rozebranych, drewnianych domach. Są zdeformowanym, zdegenerowanym, nieudanym symbolem tak zwanej nowoczesności, która sprowadzała się do ścian z betonu, kibla i łazienki i centralnego ogrzewania. Po tych domach nie można chodzić w butach. Pachną grzybem na ścianach, wstydliwie przykrytym tapetą, odlepiającą się pod sklepieniem i nierówno wypoziomowaną ścianą. Górują dumnie nad drewnianymi domostwami naszych babć i prababć, dziadków i pradziadków.

Hotel Katowice

Śląsk jest brudny. Oblepiony tonami kurzu, pyłu, ciemnych mazi, szarych chmur wiszących gdzieś bardzo nisko, tam na wysokości gardła. Blokuje dopływ powietrza, przytłacza, dusi, zamyka w jednokierunkowej, ciemnej drodze bez wyjścia. Kilkanaście kilometrów od centrum tego zlepka ponakładanych na siebie miast, miasteczek, suburbii, dzielnic i osiedli można jeszcze zobaczyć kawałek przestrzeni bez domów z czerwonej cegły, bez placów i magazynów, bez kominów. A potem wjeżdżasz w tę czarną maź i poruszasz w jej wnętrzu jak paproch wciśnięty przypadkowo w tłoki szesnastocylindrowego silnika smarowanego syntetycznym 15w40.

Katowicki dworzec kolejowy. Przez lata najbardziej przerażające miejsce na podróżniczej mapie Polski. Dom heroinistów, schizofreników, butapreniarzy, gdzie potykając się o zbrązowiałe strzykawki za każdym razem przeżywało się najbardziej ponurą przygodę życia. Dworzec zburzono i odbudowano, ale przejście podziemne łączące dwie podzielone torami częsci miasta pozostało takie samo. Zawsze widzę tam ubranych na czarno metalowców, wypiercingowanych punków zbierających na wino i jakiegoś uciekiniera z wczesnych dziewięćdziesiątych, grającego na rozstrojonym ponad wszystko pudle „Wehikuł czasu”.

W stolicy mojego kraju, w samym jej centrum pachnącym dobrą wodą toaletową, w centrum ze stali i szkła, mieszkają ludzie brudni od wewnątrz. Śląsk jest obrzydliwie brudny i zimny, ale jego mieszkańcy są ciepli i piękni. Wszyscy mają na bladych i szarych twarzach pryszcze, a na ustach zajady. Ubierają się niedbale, buty mają utytłane w błocie, nienawidzą Zagłębia, ale ich serca są zawsze na zewnątrz. Nigdzie w Polsce nie spotkałem tak miłych ekspedientek i kelnerek, nigdzie nie wskazywano mi drogi z takim zaangażowaniem, nigdzie przypadkowy kontakt z przypadkowym człowiekiem na przypadkowej ulicy nie był tak intensywny.

Po mokrych od topniejącego śniegu chodnikach na Kościuszki biegają watahy kajtków w różnym wieku. Rzucają szarymi śnieżkami, podszczypują się nawzajem, zaglądają w witryny sklepów, opuszczone bramy kamienic, prowokują śmiałymi zaczepkami ludzi wracających z pracy. Biednie ubrane, z archaicznymi, sztywnymi tornistrami na plecach, przemoczonymi podróbkami adidasów i dżinsów za trzydzieści złotych od pary.

Przy samym wejściu do Bistro „Parkowa” siedzą od lat ci sami, sześćdziesięcioletni emeryci. Grają w karty, piją piwo i kłócą – od lat o to samo. Bez żadnych pomysłów, co zrobić z tłustą górniczą emeryturą, przeznaczają ją na męskie rozrywki w męskim gronie. Ci sarkastyczni, zmęczeni życiem, ale uśmiechnięci panowie z wąsem, to nie tylko koledzy od kieliszka, ale prawdziwi przyjaciele. Patrzyłem na nich znad golonki z kapustą i pyrami, siedząc godzinami w głębi tego bistro w kształcie długiej, ciemnej rury.

Spróbuj wyjść z dworca i podejść kawałek w kierunku Spodka, by zgwałcił cię estetycznie obrzydliwy, sowiecki, szary gmach Hotelu Katowice. Ten Śląsk się nie zmienił i chyba nigdy nie zmieni. Chyba dlatego, choć wszystkie zmysły krzyczą, bym stamtąd uciekał, zupełnie bez jakichkolwiek podstaw czekam, aż znowu idąc Aleją Korfantego, zobaczę ten okropny Hotel Katowice i wreszcie wrócę na Śląsk.

Polska dziwny kraj

Mój kraj leży w wyjątkowo niefortunnym miejscu. Morze na północy, a góry na południu. Więc w morzu woda jest zimna, a w górach ze śniegiem jest kiepsko. Po jednej stronie odwieczny wróg, a po drugiej stronie – dla odmiany – odwieczny wróg. Ci na Zachodzie mówią, że jesteśmy na Wschodzie, a ci ze Wschodu uważają nas za Zachód. Za ciepło tu na Północ i za zimno na Południe.

W moim kraju osiągnęliśmy prawdopodobnie mistrzostwo świata w nienawiści do Polaków i wszystkiego, co polskie. Antypolonizm Polaków nie ma sobie równych. Nie przeszkadza to nam kochać Polskę ponad wszystko. Filopolonizm Polaków nie ma sobie równych.

Nienawidzimy naszych wschodnich sąsiadów, choć to z nimi tworzyliśmy przez lata największe mocarstwo Europy. Z fascynacją i podziwem patrzymy za zachodnią granicę, choć to stamtąd otrzymywaliśmy najbardziej bolesne ciosy.

Kochamy naszych wrogów. Nienawidzimy naszych przyjaciół.

Jesteśmy honorowi wtedy, gdy powinniśmy być realistami. Stoimy twardo na ziemi, gdy trzeba pokazać honor. Za cenę dumy pozwoliliśmy zniszczyć nasze miasta, wymordować elity i oddać naszych Żydów do kabin krematoryjnych.

Kiedy sześćdziesiąt lat po wymordowaniu naszych elit, w dziwnych okolicznościach historia się powtarza, zapominamy o naszym legendarnym honorze.

Polska dziwny kraj.

polska