Zielone

DSC_0468-COLLAGE.jpg

Kiełki papryki, pietruszki, bazylii, oregano, mango, kopru, majeranku i rozmarynu gramolą się niestrudzenie spod wilgotnej ziemi – ku światłu.

Łodyżki pelargonii, skrzydłokwiatów, meksykańskich reo i innych geranium wypuszczają w słoikach korzenie.

Kalanchoe rozprostowuje swoje liście, jakby przeciągało się po długim, zimowym śnie. Grubosz bezczelnie domaga się codziennego odwracania swojej zielonej, tłustej gęby do słońca.

Największa geranium ma już prawie dwa metry, chleje wodę jak lump Amarenę pod Biedronką i nie są to jej ostatnie słowa.

Nasiona owsa dzisiaj ułożyły się wygodnie w wilgotnej ziemi. Kiedy nasiąkną i nabiorą siły tak samo jak wszyscy w tym domu, będą parły niestrudzenie, wbrew przeciwnościom, ku górze, ku słońcu, ku wiośnie.

„Górka”

DSC08612.jpg

W latach osiemdziesiątych największą atrakcją na osiedlu Dziesięciny II była „górka”. Każde blokowisko miało taką górkę, którą usypywano z ziemi z fundamentów bloków i wieżowców. To, co się działo na tych górkach, kiedy tylko spadło trochę śniegu, przerasta wyobrażenia obecnych rodziców o tym, co to znaczy „iść na sanki”.

Na tych górkach przy Gajowej na Dziesięcinach, w parku przy Wierzbowej, na Rzemieślniczej, rodzice nie istnieli. Górki zimą były oblepione dzieciakami z sankami lub bez jak gówno przez muchy w ciepłe lipcowe południe.

Ileż tam wybito zębów, ile rąk złamano, ile tam wtedy było emocji i jak szybko górka pokryta śniegiem zamieniała się w górę pokrytą lodem wyślizganym tysiącem zjazdów i wspinaczek, na którą wspiąć się było trudniej, niż na K2 zimą!

Zauważyłem wczoraj, że na Białostoczku przez cały czas jest ta „górka”. Kiedyś zjazd kończył się majestatycznie w korycie Białki, dzisiaj – w ramach bezpieczeństwa chyba – zbudowano na przeciwko zjazdu z górki – „Orlika”. Więc nie wylądujesz w rzece, ale na atestowanej przez UE siatce. W zasadzie nie wylądujesz nigdzie, bo zimą nie pada tu już śnieg.

Dzieci podobne do swoich ojców i spędzające z nimi dużo czasu są zdrowsze

Czasami wyniki badań naukowych przypominają nam, jak istotny wpływ na nasze decyzje mają czynniki biologiczne. Odkryto na przykład ostatnio, że noworodki podobne do swoich ojców chętniej spędzają z nimi czas. Dodatkowo, ma to wpływ na rozwój dziecka, bo odkrycie wskazuje, że dzieci spędzające dużo czasu z ojcami, rzadziej zapadają na przeróżne choroby. Po prostu są zdrowsze.
Badania opublikowane w Journal of Health Economics objęły 715 rodzin, w których dzieci mieszkały tylko ze swoimi matkami, a ojcowie je odwiedzali. Okazało się, że jednoroczne dzieci, które były podobne do swoich ojców, były zdrowsze od pozostałych. Badacze ustalili również, że wynika to z tego, że ojcowie ci spędzali w miesiącu średnio 2,5 dnia więcej ze swoimi potomkami, od tych ojców, których dzieci nie były do nich podobne
Ten dodatkowy czas skutkuje lepszym zdrowiem, rzadszymi atakami astmy i rzadszą potrzebą wizyt u lekarza. Według Solomona Polachka, profesora ekonomii na Uniwersytecie Binghamton i współautora badań, ojcowie, którzy uważają, że ich dzieci są do nich podobne, są bardziej pewni swojego ojcostwa i w związku z tym spędzają więcej czasu ze swoimi pociechami.
„Tłumaczyć to należy faktem, że częste wizyty ojców dają dzieciom więcej opieki rodzicielskiej, nadzoru nad prawidłowym rozwojem i informacji o potrzebach społecznych, psychicznych i ekonomicznych dziecka. Jak ustaliliśmy z Marlon Tracey, korzyści z tego są ogromne. Zaangażowany ojciec to niezastąpiona pomoc w rozwoju dziecka”.
Wcześniejsze badania potwierdzają teorię, że genetyczni rodzice dzieci są statystycznie rzecz biorąc skłonni inwestować w nie więcej. Na przykład badanie opublikowane w periodyku Evolution and Human Behavior w 2009 roku wykazały, że pasierbowie i dzieci adoptowane częściej bywają zaniedbywane przez swoich przyszywanych rodziców.
Najnowsze badania idą o krok dalej. Wynika z nich, jak ważne jest zachęcanie nieobecnych ojców do spędzania większej ilości czasy ze swoimi dziećmi, począwszy już od okresu niemowlęctwa.
„Trudno nie zgodzić się z faktem, iż rodziny niepełne mają tendencję do spadania na najniższe poziomy drabiny dystrybucji” – piszą badacze. W konsekwencji, dzieci pochodzące z takich rodzin są na z góry gorszej pozycji, co rzutuje na całe ich przyszłe życie”.

Pierwsze ujęcie Pani Wiosny

Jeżdżę często ulicą Ciołkowskiego. Między kampusem uniwersyteckim a ulicą Żwirki i Wigury jest duży obszar nieużytków, zamknięty z jednej strony ulicą Żwirki i Wigury, a z drugiej Lasem Zwierzynieckim. Były tam kiedyś ogródki działkowe, po których pozostały już tylko betonowe podmurówki dacz ukryte w trawie, pokryte rdzą pozostałości metalowych płotów, zwały azbestowych dachówek, drewniane obudowy po telewizorach, miejsca po letnich ogniskach, worki ze śmieciami, opony samochodowe, gumowe świadectwa przelotnych znajomości. A poza tym chaszcze, kępy traw, błoto, szarość i smutek. Byłem tam wczoraj na spacerze z aparatem, bo człowiek szuka w desperacji śladów wiosny gdzie się tylko da. Robiłem zdjęcia kroplom deszczu na zbutwiałych gałęziach starych krzewów owocowych i te zdjęcia na wyświetlaczu też wyglądały smutno. Tylko jedno z nich wyłapało jakimś niewyobrażalnym przypadkiem odrobinę koloru, jakiejś niewidzialnej gołym okiem tęczy.

Marcowe migdały

„Marcowe migdały” to dla mnie najpiękniej opowiedziana historia marca 1968 r. Dzisiaj mija pięćdziesiąt lat od słynnej manifestacji na dziedzińcu UW z Bugajem, Królem, Staniszkis, Toruńczyk i zomowcami w rolach głównych. Jednak Piwowarski pokazał Marzec z ciekawszej strony.

Nikt z polskich reżyserów nie potrafił tak pięknie pokazać polskiej prowincji, jak Radosław Piwowarski. „Yesterday”, „Pociąg do Hollywood” i „Marcowe Migdały” to dla mnie trzy bardzo ważne filmy o dojrzewaniu, które poznałem, gdy miałem kilkanaście lat, które są dla mnie do dzisiaj bardzo ważne i które za każdym razem wzruszają.

W „Marcowych migdałach” ideologia i antysemityzm są jakby obok bohaterów, którzy wiodą normalne życie licealistów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Prywatki, tanie wina, pierwsze pocałunki, szkolne akademie, mokre sny o nauczycielce polskiego, szczęśliwe i nieszczęśliwe miłości

W szczęśliwe życie w ponurej, smutnej rzeczywistości jakiegoś miasteczka przy czechosłowackiej granicy polityka wkracza z siłą buldożera i niszczy wszystko to, co ważne w życiu osiemnastolatka.

Twój najlepszy przyjaciel okazuje się być „Żydem”, ale ani twój przyjaciel „Żyd”, ani ty nie macie pojęcia, o co w tym żydostwie chodzi. I nagle okazuje się, że twój najbliższy przyjaciel jest zdrajcą, a jego ojciec – złodziejem, który musi stracić dyrektorskie stanowisko. Twój przyjaciel musi w ciągu kilku dni wyjechać z kraju, więc daje ci na pamiątkę wszystkie swoje płyty Beatlesów. Ty robisz pożegnalną prywatkę, ale przez cały czas nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi.