Człowiek z liściem na głowie

Pojechałem znowu do lasu. Przerażeniem nastraja mnie ten ciemny już niedługo całkowicie listopad, który zwieńczy wydaje się że wieńczące posiedzenie rejonowego sądu w sprawie moich starań o Niego. Oczywiście – są różne odwołania, apelacje i inne sracje. Jestem już bardzo zmęczony tym prawie sześcioletnim ścieraniem się z ludzką nienawiścią i zazdrością.

Dlatego kiedy mogę, uciekam do lasu. Dzisiaj pojechałem wyjątkowo przez miejscowość, w której mieszka Mały. Tak mi poradziła moja nawigacja, a ja jej zaufałem. Wiążę wiele dobrych wspomnień związanych z tym miejscem, ale znacznie więcej złych. Unikam tego miejsca, bo wiem, jaką wściekłość wzbudziłoby samo pojawienie się tam, choćby przejazdem.

Dlatego skręciłem czym prędzej przy sklepie i stawie z wyspą w prawo. Poleciałem w stronę Zawad.

Myślałem, jak zmieniała się w mojej głowie geografia mojego miasta, w zależności od tego, z kim byłem i kto był dla mnie ważny.

Kiedyś, przez dobrych kilka lat, mój świat umiejscowiony był w centrum, jego biurach, restauracjach i kawiarniach, a jedną ścieżką wychodzącą od niego była trasa taksówki albo mojego auta – wieczorem na Palmową i rano z powrotem do centrum. Przez kilka lat na Dziesięcinach tylko nocowałem.

Potem tą mapą była ulica Wesoła i jej okolice, a jedną cienką ścieżką z niej wychodzącą było osiedle jednorodzinnych domków we wschodniej części miasta i ósme liceum ogólnokształcące.

Teraz, od kilku lat, bliskie są mi dzielnice zachodnie. Nowe Miasto, którego części są mi bliskie rodzinnie i piękne, a inne przerażają prowincjonalnością jego blokowych nowomiejskich nuworyszów. Stamtąd często wyjeżdżam w stronę Łap, w stronę Choroszczy i w stronę Kruszewa. W nadnarwiańskie pola, w te młode lasy sosnowe, w sosnowe lasy.

Na pewno po to, aby być bliżej Syna. Po to, aby spadł mi liść na głowę. Po to, abym się z tego wszystkiego mimo wszystko uśmiechnął.

Codziennik 166 – Lewickie Stacja

FIMO_1589901180846

Te wszystkie martwe stacje kolejowe, na których nie zatrzymuje się żaden pociąg, wzbudzają we mnie uczucie głębokiego smutku i zachwytu. Odnawiane co dziesięć lat, przez dziesiątki lat pozostają puste i smutne. Zardzewiałe torowiska odbijają czerwienie i brązy. Zmurszałe rampy, podziurawione chodniki, hałdy piachu, pozostawione na zniszczenie pojazdy niewiadomego przeznaczenia, przypominają mi postsowiecki krajobraz sprzed czterdziestu lat, gdy brzydota, rozpad i degradacja określały całą przestrzeń, w której dorastałem. Tory kolejowe, pociągi towarowe, pośpieszne i osobowe, lokomotywy spalinowe, onieśmielały swoją monumentalnością, a ich szorstka, zardzewiała brutalności, wzbudzała zachwyt. Zachwycaliśmy się tym, co brzydkie, hałaśliwe i zardzewiałe. Teraz się nad tym smucimy i ten smutek, jak Harrego Hallera, jakoś nas zachwyca.