Przydworcowe

SONY DSC

Ten niewielki kwartał ograniczony z jednej strony gęstym rzędem zwrotnic i torów kolejowych rozpoczynających swój bieg na Zachód, z kolejnej – długim rzędem blaszanych, rdzewiejących garaży, za którymi jest już Kaufland i dworzec autobusowy, potem ulica Bohaterów Monte Cassino przechodząca płynnie w Łomżyńską, dochodzącej do ulicy Kopernika, gdzie wszystko się zamyka.

To ostatnie takie miejsce w Białymstoku. W mieście, które nigdy nie było Wiedniem, choć z uporem próbuje się z niego robić kolejne niemieckie duchem i wyglądem miasto. Niby polskie, ale tak naprawdę obrzydliwie czyste, straszliwie bezpieczne, przerażająco wygodne i do obrzydzenia, do wyrzygania nudne. Nie znoszę takich miejsc. Każdego dnia w Białymstoku realizuje się koszmar przemiany miasta z krwi, kości, potu i spermy, w miasto sterylności, porządku, nudy, czystości, bezpieczeństwa i rugowania z ludzi wszelkiej spontaniczności i wolności.

Znajomy, który jest drobnym złodziejaszkiem, mówi mi zawsze, żebym nie łaził tam z aparatem na wierzchu, bo mogę wrócić do domu lżejszy o aparat, komórkę i pieniądze w portfelu.

SONY DSC

„Można stracić dyszkę, można i jedynkę” – mówi, a ja właśnie dlatego tam chodzę. Wszystkie domy w tym kwartale pamiętają pewnie co najmniej lata 60-te, a całe to miejsce jest prawie dokładnie tym Białymstokiem, w jakim wychował się mój dziadek i ojciec.

Dziadek dorastał się w drewnianym domu przy ulicy Południowej na Nowym Mieście. Ten dom już nie istnieje, a dookoła stoją już bardzo nowoczesne wille. Dzieciństwo mojego ojca przypadło na lata 60-te XX wieku. Mieszkał z rodzicami w powojskowych barakach na dzisiejszych Piaskach, gdzieś między ulicami Plutonową a Wojskową. Jest tam teraz wielki szpital i bloki.

SONY DSC
Kiedy mimo ostrzeżeń kolegi-złodzieja łażę między tymi na wpół opustoszałymi domami, przy których rosną sady, a przy płotach stoją drewniane kible, kiedy mijam szwendających się w te i we wte bezdomnych z pobliskiej noclegowni, kiedy co chwila wpadam po kostki w zabłocone muldy, kiedy czekam, aż ktoś mnie w końcu zaczepi i zapyta, co tu robię, myślę, że to ostatnie miejsce przypominające miasto mojego dziadka i ojca. Czegoś tu tylko brakuje.

Brakuje mi tych wyrostków stojących na rogu, żądających papierosa za wstęp na dzielnicę. Brakuje mi sąsiadów stojących przy płocie, opowiadających dowcipy o Żydach. Brakuje mi Cyganów chodzących od domu do domu z akordeonem. Brakuje mi rozpijania wódki pod słoninę na okoliczność urodzin jakiegoś Henryka albo Mirosława. Brakuje mi młodocianych podrostków próbujących wyciągnąć portfel z kieszeni przypadkowego przechodnia. Brakuje mi, przyrzekam, że nie kłamię, nawet tych typów z Przydworcowego, przed którymi ostrzega mnie zawsze kolega złodziej, że mnie na pewno skroją.

SONY DSC
To życie można już sobie tylko wyobrażać. Została sceneria, ostatnia ocalała scenografia prawdziwego miasta środkowo-wschodniej Europy. Takiego, w którym mieszkali ludzie różnych religii, narodowości i poglądów politycznych. Czasami się kochali, ale częściej nienawidzili. Kłócili się między sobą, czasami nawet jeden drugiego ciapnął nożem, szydzili z siebie, separowali się i podkreślali różnice między sobą. Kiedy trzeba było załatwić jakiś interes, załatwiali interes. A jak zdarzyła się niefortunnie miłość między Polakiem a Żydówką, próbowali do tego nie dopuścić, a potem, mimo wszystko, odpuszczali.

SONY DSC

Przy Stołecznej, Grunwaldzkiej i Stołecznej żyją jeszcze jacyś ludzie. Z kominów pyka od czasu do czasu jakiś dym. Sikorki przylatują po zawieszoną na sznurkach słoninę. W oknach niektóre szyby stają się chwilami niebieskie od telewizora. Zastanawiam się, jak oni potrafią żyć w tym mieście, które zmienia się w ponury koszmar zgodny ze standardami Unii Europejskiej. Za każdym razem, kiedy tam jestem, myślę o takiej starej kobiecie, która wyglądała zza okna, gdy robiłem jedno z tych zdjęć. Myślę o tym, jak po rozpaleniu w piecu kaflowym, wychodzi każdego ranka na wyprawę po bułki i salceson do Kauflandu, którego parking graniczy z jej ogrodem obrośniętym agrestami, papierówkami, mirabelkami i węgierkami.

SONY DSC

paint

Reklamy

Codziennik siedemnasty – Miasto wspaniałe, tylko ludzie kurwy

miasto

Lubię to miasto. Ostatnio wyłączyłem się świadomie i rozmysłem z uczestniczenia w jego publicznym nurcie. W rynku byłem ostatnio chyba w lutym. Nie znam tych wszystkich nowych knajp i restauracji. Zaczęło mnie bardziej fascynować jego zaplecze – podwórka i klatki starych kamienic, w których śmierdzi kiszoną kapustą, małe ławki między blokami w centrum, na których latem przesiadują głuche staruszki, stare, drewniane domy na osiedlu Przydworcowe, ślady po dawnych sadach i ziemiankach na Dziesięcinach, zgliszcza po zlikwidowanych ogródkach działkowych przy Ciołkowskiego, piękne, dzikie ogrody na Bojarach, pełne malw obrastających płoty. Lubię klimat giełdy rolnej przy Andersa i podniecony tłum młodzieży z szalikami, maszerujący na stadion przy Słonecznej. Cokolwiek poddawane jest „modernizacji” lub „rewitalizacji” budzi mój wewnętrzny wstręt i obrzydzenie.

Przez wiele miesięcy wymyślałem i proponowałem przeróżne atrakcje dla mojego syna, które mogłyby urozmaicić jego monotonne, nudne życie gdzieś w lesie, bez przyjaciół, znajomych, towarzyszy zabaw, wśród czterech sfrustrowanych, przepełnionych nienawiścią do wszystkiego co związane ze mną i w ogóle z mężczyznami, kobiet.

Zwykła przejażdżka starym gruchotem ojca to była dla niego straszna radość. W niedzielę przyjeżdża do Białegostoku prawdziwy Mikołaj z Laponii. Jest nowy basen na Stromej. Jest Muzeum Motoryzacji, o którym marzył i które mu obiecałem. Co tydzień jest tak wiele rzeczy, które mógłby zobaczyć, które ja mógłbym mu pokazać. Są to starania bezskuteczne, przez co czuję, jak przecieka nam między palcami jego dzieciństwo, które wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Ta bezsilność to bardzo trudne uczucie.

Najstarszy szewc w moim mieście ma 96 lat

20180927_100730.jpg

Byłem dzisiaj u szewca.

– Dzień dobry panu, przyniosłem buty mojej mamy. Wymieni pan fleki?
– A owszem, kierowniku, a owszem, piętnaście złotych przy odbiorze będzie się należało – mówi, siedząc na starym krzesełku, z igłą szewską i jakimś pantoflem w rękach.
– Myślałem, że już Pan dawno nie pracuje. Z dziesięć lat temu u pana ostatnio byłem.
– A pracuje się, pracuje, kierowniku. Ludzie buty przynoszą, kierowniku. Się pracuje. – spuszcza wzrok.
– To pana świadectwo zawodowe? – pytam, pokazując wielki, przedwojenny dyplom oprawiony w ramę na ścianie, nad wielką szafą pełną starych butów.
– A moje, kierowniku.
– To ile lat pan już robi w zawodzie?
– To już z osiemdziesiąt będzie, kierowniku. W rok przed wojną zacząłem…
– Wypisze mi pan jakiś papier na te buty?
– A po co, kierowniku? Osiemdziesiąt lat jednego sznurowadła nie zgubiłem.

Pan Tadeusz Trypuz urodził się w roku 1922 w Kruszewie. Swój zakład prowadzi od lat 90-tych w pawilonie przy ulicy Bema 11 w Białymstoku, jedynym takim miejscu w całym Białymstoku, przechowalni umierających zawodów: szewców, kaletników, krawcowych, zegarmistrzów i gorseciarek.

Jak by nie liczyć, pan Tadeusz ma już tylko cztery lata do setki i nadal pracuje. Podupadł od naszego poprzedniego spotkania. Skurczył się, zmarniał. Słabo widzi i słyszy, ale dzielnie pracuje. Próbował napisać ołówkiem moje nazwisko na podeszwie buta do oflekowania, ale odwiodłem go od tego pomysłu.

– Proszę nie podpisywać, przecież osiemdziesiąt lat niczego pan nie zgubił.
– No tak, kierowniku, no tak.

Mimo pięknych lat i nieuniknionych z racji wieku ułomności, pan Tadeusz Trypuz jest solidnym fachowcem, a o tych coraz trudniej. Kilka razy robił mi buty i zawsze byłem zadowolony. Dlatego, jeśli będziecie chcieli poczuć zapach setek porozrzucanych w chaosie skórzanych butów z ośmiu dekad, piękne maszyny Singera, a przede wszystkim tego wspaniałego, skromnego człowieka (i chcieli dać mu zarobić parę groszy), koniecznie odwiedźcie ten zakład, póki nie jest za późno. Bema 11 lokal 33, Białystok.

20180927_101038

Wszystkie błędy Katarzyny Bondy – „Florystka”

flor

Przeczytałem „Florystkę” Katarzyny Bondy. Jest to bodaj jedyny na razie kryminał dziejący się w Białymstoku i był to jedyny powód, dla którego zdecydowałem się na lekturę. Jak bowiem wiadomo, tylko jedna kobieta w historii światowej literatury potrafiła pisać kryminały i jej nazwiska nie trzeba wymieniać. Także Polsce była tylko jedna kobieta, której jakoś to wychodziło i jej nazwiska też nie trzeba wymieniać.

„Florystka” to powieść absurdalnie długa i męcząca. Milionowej liczby niepotrzebnych wątków, dygresji i postaci nie sposób niczym wytłumaczyć. Seryjny morderca poszukiwany przez parę kompletnie nudnych i ślamazarnych jak Beata Szydło profilerów jest gdzieś od połowy, czyli około 550 strony książki łatwy do rozszyfrowania.

Jedyne, co ratuje tę książkę przed totalnym potępieniem, to kilkanaście miejsc w Białymstoku i okolicach opisanych przez autorkę.

Dzięki „Florystce” odkryłem „górkę miłości” na Pietraszach, o której wcześniej nie wiedziałem. Główne wydarzenia dzieją się na osiedlu Dziesięciny, gdzie się wychowałem i przeżyłem dwadzieścia kilka lat życia. W zasadzie kluczowe momenty książki: wieżowiec przy Berlinga 19, miejsce zabójstwa Amadeusza i cmentarz „na górce” to miejsca znane mi jak własna kieszeń.

Katarzyna Bonda włożyła dużo pracy, by szczegółowo pokazać realia Białegostoku. Na przykład szlak autobusowej linii numer 16 przebiega – zgodnie z rzeczywistością – przez wszystkie ważne dla książki miejsca. Jest też w Galerii Alfa kwiaciarnia, w której miała pracować tytułowa florystka (nie ma na tym piętrze natomiast sklepu z elektroniką). Tutaj jednak chciałem skupić się na kilku błędach i ciekawostek, które nie mogłyby umknąć każdemu białostoczaninowi.

Na początek ciekawostka. Jedną z głównych postaci „Florystki”, pojawiającym się już na pierwszych kartach, jest pięćdziesięciokilkuletni komisarz Lech Pilecki „człowiek nie imponującej postury, emanujący siłą i pewnością siebie”. Ciekawe, czy Bonda – tworząc tę postać – świadomie nawiązała do znanego białostockiego biznesmena i filantropa o tym samym imieniu i nazwisku i podobnym wieku? Nie będę sam próbował odpowiadać na to pytanie, ponieważ znanego biznesmena znam i nie chcę tej znajomości popsuć jakimś niepotrzebnym zdaniem lub słowem. A, jak wiadomo, biznesmeni białostoccy są osobami wrażliwymi i czułymi na wszelkie aluzje ich dotyczące.

Wróćmy do książki i pomyłek jej autorki. Druga ważna postać „Florystki”, profilerka Lena Pawłowska – nota bene po kłótni z Pileckim – wybiega z gmachu komendy policji przy ulicy Sienkiewicza i zmierza ku rzece. Białka, nad którą leży Białystok, to niewielki ciek osiągający maksymalnie 2-3 metry szerokości i pewnie najwyżej z pół metra głębokości. Czytamy natomiast: „Lena dopiero teraz dostrzegła w oddali awanturę. Cały czas szła wzdłuż rzeki obstawionej gęsto wędkarzami”.

Wędkarze nad Białką? W Białymstoku? Tutaj pani Bonda srodze przesadziła. Domyślam się, że ci wędkarze kłócili się tam po to, by do i tak napuchniętej od zbędnych wątków i postaci dopisać lokalną dziennikarkę, która z opisu Bondy jak ulał pasuje do jednej z najbardziej aktywnych i przebojowych redaktorów białostockich. „Pulchna”, ale ostra jak brzytwa Teresa Olenderek tak tłumaczy problemy, jakie mają mieszkańcy centrum Białegostoku: „Nie cierpię ich. Te luje anektują każdy skrawek plaży (sic!) (…). Nikt w ich pobliżu nie może korzystać z wody”. Plaża i wędkarze nad Białką? Hmm… Dziwne, że Teresa Olenderek nie przyłapała na wędkowaniu prezydenta z synem.

Przenieśmy się teraz z centrum Białegostoku na osiedle Dziesięciny, a konkretnie na cmentarz św. Rocha. Od strony północnej jest on – tak jak to opisała Bonda – położony na stromym zboczu, po którym idą ważne dla opisywanej historii schodki. Oto, jak opisuje widok stamtąd Bonda: „Kiedy profilerzy wspięli się na samą górę, ich oczom ukazał się wspaniały widok na miasto. Panorama budynków osadzonych w rozłożystej zieleni. Teraz Meyer przekonał się naocznie, że parki, skwery i lasy zajmują wiele miejsca w tym mieście”.

Problem w tym, że z miejsca, które opisuje Bonda, nie można zobaczyć panoramy miasta. Znajduje się ono zbyt daleko od centrum i jest położone zbyt nisko wobec całości miasta, by było to możliwe. Z miejsca, o którym czytamy, roztacza się rzeczywiście szeroka panorama, ale panorama dziesiątek bloków i wieżowców zabetonowanego osiedla Dziesięciny, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest zielone. Ot, zwykła zbieranina chaotycznie poustawianych bloków z lat 70-tych i 80-tych, kiedy nikt nie myślał o zieleni miejskiej (podobnie jak teraz).

Z książki „Florystka” dowiedziałem się też, że to „skiny spaliły Kopiluwak”. Mówi o tym młody dresiarz z salonu gier „Vegasso” przy ulicy Gajowej. Hipsterski lokal „Kopiluwak” rzeczywiście działał z powodzeniem około dziesięć lat temu i został zamknięty z powodu pożaru agregatu chłodniczego. O wątku podpalenia nigdy nie słyszałem, ale domyślam się, że autorce chodziło w wplecenie w książkę wątku „nazistowskiego Białegostoku”, po którym biegają ogoleni na łyso chłopcy z zapałkami i podpalają wszystko, co popadnie. W rzeczywistości nikt w Białymstoku nie podejrzewał, że chłodziarkę podpalili skini.

Jeśli znowu jesteśmy w centrum, zwróćmy uwagę na kolejne drobne niedociągnięcie Bondy. Przy opisie Rynku Kościuszki trafiamy na takie oto zdanie: „W oddali majaczył deptak na Lipowej, w środku którego chlupała fontanna”. Fontanna rzeczywiście chlupocze, ale nie na Lipowej, tylko w Rynku Kościuszki, a ulica Lipowa nigdy nie była i nie jest deptakiem. Z ruchu został wyłączony fragment Rynku Kościuszki i tam rzeczywiście mamy coś na kształt deptaku. A po Lipowej samochody – niestety – jeżdżą jak jeździły.

Według autorki „Florystki” Aleja Konstytucji 3 maja jest „przedłużeniem Berlinga w kierunku centrum Białegostoku”. W tym przypadku możemy uznać, że jest to błąd wynikający z częstego wśród kobiet upośledzenia orientacji przestrzennej. Odradzam Bondzie samotne wyprawy do lasu po grzyby. Powiedzmy, że po lasach chodzi dużo skinów.

W książce występuje też szpital psychiatryczny w Choroszczy. I tak, jak opis samego obiektu, jego zaniedbanie i ogólny klimat zostały oddane całkiem realistycznie, to, nie wiadomo dlaczego, autorka zdecydowała, że, cytuję: „szpital psychiatryczny w Choroszczy mieścił się tuż przy rynku miasteczka, oddzielony jedynie murem z czerwonej cegły”. W rzeczywistości szpital ten znajduje się na północnych obrzeżach miasta w miejscu dawnej fabryki sukna.

Jak widać, nawet tak nieudana książka, jak „Florystka” może dostarczyć jakichś inspiracji i dać asumpt do małego „śledztwa” w poszukiwaniu pomyłek popełnionych przez autorkę. Książki zdecydowanie nie polecam, chyba że masz ochotę pobawić się w tropienie innych błędów popełnionych w tym beznadziejnym kryminale….

„Górka”

DSC08612.jpg

W latach osiemdziesiątych największą atrakcją na osiedlu Dziesięciny II była „górka”. Każde blokowisko miało taką górkę, którą usypywano z ziemi z fundamentów bloków i wieżowców. To, co się działo na tych górkach, kiedy tylko spadło trochę śniegu, przerasta wyobrażenia obecnych rodziców o tym, co to znaczy „iść na sanki”.

Na tych górkach przy Gajowej na Dziesięcinach, w parku przy Wierzbowej, na Rzemieślniczej, rodzice nie istnieli. Górki zimą były oblepione dzieciakami z sankami lub bez jak gówno przez muchy w ciepłe lipcowe południe.

Ileż tam wybito zębów, ile rąk złamano, ile tam wtedy było emocji i jak szybko górka pokryta śniegiem zamieniała się w górę pokrytą lodem wyślizganym tysiącem zjazdów i wspinaczek, na którą wspiąć się było trudniej, niż na K2 zimą!

Zauważyłem wczoraj, że na Białostoczku przez cały czas jest ta „górka”. Kiedyś zjazd kończył się majestatycznie w korycie Białki, dzisiaj – w ramach bezpieczeństwa chyba – zbudowano na przeciwko zjazdu z górki – „Orlika”. Więc nie wylądujesz w rzece, ale na atestowanej przez UE siatce. W zasadzie nie wylądujesz nigdzie, bo zimą nie pada tu już śnieg.

Pani Ela Etcetera

DSC_0077

Twierdzi, że kruki żyją do pięciuset lat, koty dożywają setki i lubią czekoladę, a nawigacją GPS w samochodach sterują amerykańscy kosmonauci w statkach krążących po orbicie. Jest fanatyczką radzieckiej literatury pięknej i filozofii, a także niekonwencjonalnych metod leczenia. Pani Ela Etcetera (imię i nazwisko zmienione) jest jedną z tych starszych pań sprzedających pod sklepami rachityczny aloes w plastikowych doniczkach, ser domowej roboty, pigwę w plastikowych pojemnikach po lodach i świeże mleko od krowy w butelkach PET. Poznaliśmy się na jednym z takich bazarów, jak po Opałkiem albo przy ulicy Jurowieckiej.

Zaprosiła mnie do domu z obietnicą pokazania mi jej kolekcji kwiatów doniczkowych, jednak to, co zobaczyłem, przerosło moje wszystkie oczekiwania. Pani Ela Etcetera mieszka sama w trzykondygnacyjnym budynku na jednym z białostockich osiedli domów jednorodzinnych. Mieszka w urządzonej staromodnie, lekko zakurzonej przestrzeni pełnej nie tylko wydrukowanych po rosyjsku książek i stert radzieckich czasopism, ale przede wszystkim setkami kwiatów. Kwiaty są wszędzie – każdy centymetr wolnej płaskiej przestrzeni okupują kwiaty – dziesiątki begonii, wilczomleczy, paproci, hoi, pelargonii, zwartnic, żyworódek, gruboszy, platyceriumów, psianek, kalatei, rosiczek, sitniczek, krotonów, szefler, juk, dracen, eszeferii w plastikowych doniczkach, w każdym pomieszczeniu. A wokół domu ogród też pełen kwiatów, warzyw, owoców. A obok kurnik. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego.

Kupuję od pani Eli Etcetery kwiaty, jednak w praktyce wygląda to tak, że dając jej 20 złotych wychodzę z dziesiątką doniczek. Zabieramy ją czasami na grzyby i zawsze podczas tych wycieczek dowiaduję się masy ciekawych rzeczy, bo pani Ela Etcetera jest bardzo zażywną i uwielbiającą mówić kobietą, nadużywającą słowa „etcetera” jak mechanik słowa „kurwa mać”, kochającą dzielić się swoją wiedzą o zdrowiu („do poduszki włożyć trochę liści paproci – sen się poprawi”), historii najnowszej (połączenie radykalnego rusofilstwa z antysemityzmem), kulinariach („hubę z lasu do wody włożyć i gotować dwie godziny, smakuje jak karkówka”) i literaturą (uwielbienie dla sowieckiej literatury lat 60. XX wieku), ale w tym całym swoim szaleństwie i gadulstwie jest na swój sposób urocza. Zaś przede wszystkim jest w niej taki ogromny entuzjazm do świata i radość ze wszystkiego, na co się co się natyka. Tego jej zazdroszczę. Z tych wyjazdów przywozi, poza torbą pełną muchomorów i innych blaszkowców, których bałbym się dotknąć przez rękawiczkę, wiadra pełne mchów, traw, kamieni i innych darów lasu, które potem sadzi i układa w swoim ogrodzie.

Pani Ela Etcetera jest bardzo wdzięczna za to, że zabieramy ją na te grzyby. Czasami, nienachalnie i z wyczuciem dzwoni do mnie z pytaniem, co słychać, co u mojej mamy. Nie pytam za wiele o jej przeszłość, ale wyczuwam, że sporo w życiu przeszła, a teraz doskwiera jej samotność. Dlatego tak chętnie dzieli się tymi kwiatami i z tak wielką, godną pozazdroszczenia radością, przyjmuje zaproszenie na grzyby.

Jak będziecie przechodzić obok tych starszych kobiet, sprzedających aloes w doniczkach za 5 złotych, kupcie tę jedną doniczkę (sok aloesu świetnie goi rany) i pogadajcie z nimi przez chwilę o jakichś bzdurach. Zapytajcie, jak zrobić nalewkę z pigwy albo gdzie znalazły takie ładne zielonki. Sprawicie im w ten sposób ogromną radość, bo samotność to straszna sprawa.

Dzisiaj pani Ela Etcetera dała mi dziesięć doniczek kwiatów, które wsadziłem do doniczek po letnich ziołach. Moje mieszkanie nie dorównuje pod względem zieloności domowi pani Etcetery, ale dzięki takim ludziom i ich pozytywnym osobowościom staje się coraz bardziej zielone i nie tak puste, mimo, że bez Syna.

Malwy białostockie

SONY DSC

Szorstkość i zimna woń liści pelargonii rosnących na parapecie południowego okna w mieszkaniu moich dziadków przy Broniewskiego 8c jest moim najgłębszym wspomnieniem tego miejsca. Pelargonie rosły w donicach przy wyjściu na balkon. Pod parapetem babcia trzymała plastikowe baniaki na wodę. Pod parapetem chodziły też mrówki, które babcia tępiła octem wymieszanym z wodą.

Oślepiający blask słońca docierającego przez zasłonę i firankę do tego pokoju z balkonem, w którym zawsze było gorąco i duszno, gdzie były dywany z wizerunkiem Jezusa zawieszone na ścianach i gdzie był telewizor Rubin na honorowym miejscu wielkiej meblościanki wypełnionej zastawą i kryształami, z szufladą pełną smakołyków zamykaną na klucz, to moje najważniejsze wspomnienie mieszkania dziadków w bloku przy Broniewskiego 8c.

Z balkonu tego mieszkania można było po metalowych schodkach zejść do ogrodu, w którym babcia pielęgnowała ogórki, pomidory, koper, cebulę i pietruszkę. Przy płocie zawsze było miejsce na rabarbar i malwy. Zapach tych pelargonii, tego ogródka z wielkimi krzakami kopru, tych malw przerastających mnie o kilka głów i kwaśny smak tych zielonych truskawek ubabranych w piachu, które jadłem potajemnie w połowie czerwca to równie ważny, jeden z niewielu, przebłysków mojego dzieciństwa.

Moja druga babcia, mieszkająca na podlaskiej wsi, też ma przy płocie malwy. Malwy są przy prawie wszystkich podlaskich płotach. Malwy są przy wszystkich płotach domostw, w których mieszkają babcie.

SONY DSC

Te malwy zobaczyłem przejeżdżając przez Rybaki. Wieś ma kilkanaście domostw i leży kilka metrów od wielkiej tamy na Zalewie Siemianówka, który zbudowano 40 lat temu, zalewając kilka innych podobnych wsi z drewnianymi chatami i malwami przy płotach. Rybaki ocalały i teraz witają przypadkowych gości tymi obłędnymi malwami. Przypadkowych, bo nikt tam nie przyjeżdża, a jedyna droga kończy się ślepo przy tamie.

„Malwy białostockie” wymyślił poeta Stefan Kubiak, a rozsławił Czesław Niemen śpiewając wyjątkową piosenkę o Polsce. W zgiełku awantur, intryg, oszustw i niesprawiedliwości, tych wyłącznie moich i tych, o których wszyscy mówią na ulicy, najpiękniejszą Polską jest kraj begonii na balkonach, pelargonii w kolorowych ogrodach działkowych i malw przy wiejskich płotach.