Człowiek z liściem na głowie

Pojechałem znowu do lasu. Przerażeniem nastraja mnie ten ciemny już niedługo całkowicie listopad, który zwieńczy wydaje się że wieńczące posiedzenie rejonowego sądu w sprawie moich starań o Niego. Oczywiście – są różne odwołania, apelacje i inne sracje. Jestem już bardzo zmęczony tym prawie sześcioletnim ścieraniem się z ludzką nienawiścią i zazdrością.

Dlatego kiedy mogę, uciekam do lasu. Dzisiaj pojechałem wyjątkowo przez miejscowość, w której mieszka Mały. Tak mi poradziła moja nawigacja, a ja jej zaufałem. Wiążę wiele dobrych wspomnień związanych z tym miejscem, ale znacznie więcej złych. Unikam tego miejsca, bo wiem, jaką wściekłość wzbudziłoby samo pojawienie się tam, choćby przejazdem.

Dlatego skręciłem czym prędzej przy sklepie i stawie z wyspą w prawo. Poleciałem w stronę Zawad.

Myślałem, jak zmieniała się w mojej głowie geografia mojego miasta, w zależności od tego, z kim byłem i kto był dla mnie ważny.

Kiedyś, przez dobrych kilka lat, mój świat umiejscowiony był w centrum, jego biurach, restauracjach i kawiarniach, a jedną ścieżką wychodzącą od niego była trasa taksówki albo mojego auta – wieczorem na Palmową i rano z powrotem do centrum. Przez kilka lat na Dziesięcinach tylko nocowałem.

Potem tą mapą była ulica Wesoła i jej okolice, a jedną cienką ścieżką z niej wychodzącą było osiedle jednorodzinnych domków we wschodniej części miasta i ósme liceum ogólnokształcące.

Teraz, od kilku lat, bliskie są mi dzielnice zachodnie. Nowe Miasto, którego części są mi bliskie rodzinnie i piękne, a inne przerażają prowincjonalnością jego blokowych nowomiejskich nuworyszów. Stamtąd często wyjeżdżam w stronę Łap, w stronę Choroszczy i w stronę Kruszewa. W nadnarwiańskie pola, w te młode lasy sosnowe, w sosnowe lasy.

Na pewno po to, aby być bliżej Syna. Po to, aby spadł mi liść na głowę. Po to, abym się z tego wszystkiego mimo wszystko uśmiechnął.

Cziora – Piekarnia Gruzińska

Jestem taki szczęśliwy! Trzysta metrów od mojego domostwa, w dawnych pawilonach, otworzyła się niedawno gruzińska piekarnia! Te pawilony przy ulicy Białówny mają pecha do nowych biznesów, choć to miejsce z ogromnym potencjałem dla takich małych, oryginalnych biznesów. Kiedyś marzyłem, żeby ktoś zrobił w tym miejscu coś na kształt warszawskich pawilonów na tyłach Nowego Światu. Kilkanaście małych knajpek, każda w innym klimacie. Nikt niestety na razie na to nie wpadł.

Jak na razie piekarni Cziora nie grozi bankructwo, bo kiedy tamtędy codziennie przejeżdżam, do tego małego lokaliku ustawia się kolejka amatorów przede wszystkim fenomenalnego chleba puri. Jest to doskonały w swojej prostocie, drożdżowy wypiek w kształcie płaskiego równoległoboku. Panowie Gruzini pieką te chleby na bieżąco, przez cały dzień, w glinianym piecu nazywanym tam „tone”. Genialne w swojej prostocie, bo składające się tylko z pszennej mąki, drożdży, wody i soli, ciasto, gruzińscy mężczyźni przyklejają do wnętrza pieca i czekają, kiedy odpadnie. Wtedy puri jest gotowe. Gorące, miękkie, puszyste, lekko ciągnące się. Genialne.

Dość powiedzieć, że zdradzam od tygodnia wydawało mi się, że doskonałe, chleby wiejskie z Kraski, dla tych gruzińskich, doskonalszych o stokroć, puri. Jem je zazwyczaj bez niczego, jeszcze w krótkiej drodze do domu. Po prostu odrywam kawałek i wpieprzam. Puri doskonale smakuje też jako dodatek do zup, pasują do niego też pasty w rodzaju ukraińskiego sosu krasnodarskiego lub kaukaskiej adżiki.

Poza chlebami, można przepiękną, miłą, gruzińską ekspedientkę, poprosić oczywiści o chaczapuri z serem, o lobiani z fasolą albo kubdari z mięsem. Można nie mieć dziesięciu czy dwudziestu groszy do rachunku. Można poczuć się jak w Gruzji, ponoć najbardziej gościnnym kraju na tej planecie. To rzeczy, które w takiej prowincjonalnej, gnuśnej mieścinie, jak Białystok, są przez cały czas wyjątkiem, egzotyką, ewenementem. Polecam.

Dziwna geometria

Tyle miejsc w okolicach alej Piłsudskiego, gdzie stare spotyka się z jeszcze starszym. Dziwna geometria powstała, gdy przedwojenny układ tych żydowskich ulic przecięła brutalnie ówczesna, tzw. „Aleja 1 Maja”. Na wielu budynkach wciąż jeszcze można spotkać tabliczki z tą nazwą, gdzie dodatkowo umieszczono informację o przynależnym posterunku Milicji Obywatelskiej. Przedwojenne budynki są, niemalże dokładnie, ustawione w kierunku północno-zachodnim. Powojenne budynki są ustawione niemalże dokładnie w kierunku wschód-zachód. Dlatego rano, w mojej wschodniej sypialni, budzi mnie wściekłe słońce, powstające nad kamienicą Rejzli Weinrach, a wieczorem, to samo – jak podejrzewam – słońce, żegna mnie nad starą, opuszczoną fabryką produkującą kiedyś papier. Fascynuje mnie ta część mojego miasta, przesmyki między budynkami, ten chaos, te pozostałości starych sadów w samym jego centrum, te mirabelki, papierówki, antonówki, rosnące pod blokami. Każdego dnia wychodzę wieczorem na balkon. Podlewam roślinki i nie mogę się napatrzeć na tę dziwną geometrię mojej dzielnicy.

Gajowa

Ta mała osiedlowa uliczka była w moim dzieciństwie czymś w rodzaju Route 66, była jak przekroczenie granicy państwowej. Przejście przez nią było jak przekroczenie jakiegoś mitycznego hadesu. Przekraczaliśmy ją idąc do szkoły, podstawówki numer trzydzieści osiem. Potem zbudowali nam szkołę po wschodniej stronie i wyprawy do szkoły stały się krótsze. Jednak ulica Gajowa przez cały czas była promenadą naszego świata, Manhattanem naszego życia, z supermarketem Gaj, sklepem przemysłowym Hermes, ludźmi sprzedającymi owoce i warzywa, apteką, siłownią, rzeźnikiem.

Artur

 

 

Artur

Dzisiaj umarł mój sąsiad. Nie był moim przyjacielem. Nie był moim znajomym. Był tylko moim sąsiadem.

Siedziałem wczoraj w nocy i pracowałem. O czwartej rano przejechała mi pod blokiem karetka. Zabiło mi mocniej serce.

Po prostu spotykałem go kiedyś w knajpie, a jego żonę w warzywniaku. Mieszkali dwa bloki ode mnie. Gdzieś tam nad placówką Poczty Polskiej, nad byłą Żabką ekspedientkami z najdłuższymi tipsami na świecie i z warzywnym.

Typowe klimaty ulicy kamienic przy Piłsudskiego. Niby centrum miasta, ale trochę jak Praga.

Żonę miał cudowną i kompletnie się mu nie dziwiłem, że tak ją bez przerwy i do końca kochał. Zawsze mi się słonecznie uśmiechała, kiedy widzieliśmy się w PSS Społem o siódmej rano po bułki, albo w Biedronce na Żabiej, która mogłaby być równie dobrze kolejką do komory w obozie koncentracyjnym.

Artura poznałem, gdy kiedyś chodziłem często na piwo do miasta, a najlepszą knajpą była wtedy Alchemia pod kompletnym władaniem Artura. 

On wtedy nalewał piwo w Alchemii. Strasznie wtedy śmierdziało ze wszystkich stron. Szczególnie z kibla na poziomie -0.

Pamiętam taki wieczór, gdy zasiedzieliśmy się tam z kolegą Tomkiem zbyt długo.

Gadałem wtedy z Arturem o jego życiu, o jego wycieczkach na Wschód. To mnie zawsze fascynowało. Gadał mi o tym, że maluje obrazy i pokazywał mi na jakiejś żenująco słabej Nokii zdjęcia tych swoich obrazów. Obrazy były lepsze niż zdjęcia. Spokojny, bardzo artystyczny, bardzo wrażliwy.

I była jakaś 2 albo 3 w nocy. Weszła brygada takich typowych nazi-bandytów. Nic nie zamówili. Szukali zaczepki. To był jeszcze ten czas, kiedy mogłeś dostać kosę pod żebro za kolczyk w nosie..

Wszyscy zamarliśmy.

Artur wyszedł zza baru.

– Chłopaki, zamawiacie coś? – zapytał swobodnie.

I oni wstali.

I wyszli.