Najpiękniejszy ogród w mieście

SONY DSC

Taki mój kolega Marcin, co się zawsze myli w sprawach polityki i ideologii, wykazując na tych obszarach radykalną, przerażającą naiwność, na pewno się nie pomylił, nazywając posesję na rogu Kraszewskiego i Sinej na Bojarach „magicznym ogrodem”. Być może po raz pierwszy w życiu, Marcin tym razem się nie pomylił.

Byłem tam dzisiaj.

Jest to w mojej ocenie najpiękniejszy ogród w Białymstoku, choć na pewno wymyka się to miejsce obowiązującym w naszej współczesnej kulturze i estetyce wyobrażeniom o pięknym ogrodzie. Nie uświadczysz tam iglaków, oczek wodnych czy symetrycznie wytyczonych ścieżek wysypanych biało-czarnym grysikiem. Całość, podzielona na dwie części betonową ścieżką wiodącą do murowanego domu, jest chaotyczna, nieuporządkowana, spontaniczna, a jej kształt zależy od aktualnej wizji Gospodyni Magicznego Ogrodu.

SONY DSC

Przechodząc obok płotu, zauważyłem Gospodynię, wyraziłem swoje uznanie dla piękna tego miejsca i już po chwili byłem w środku. Sympatyczna pięćdziesięciolatka w spodniach-dzwonach, hipisowskiej koszuli w kwiaty, okularach i petem w ustach pobieżnie i niedbale wyrywała chwasty i opowiadała o tym, co tam u niej rośnie. A ja robiłem zdjęcia.

Prawdziwy polski ogród – taki jak ten – nie ma wysiewanej, stadionowej, wiecznie zielonej trawy z supermarketu. Rolę trawy pełnią w nim stokrotki, rumianki, mech i spontanicznie rosnącej trawy, której nasiona przyleciały z sąsiedztwa. W takim ogrodzie nie ma iglaków, ale drzewa i krzewy owocowe: antonówki, papierówki, kosztele, renety, żeleźniaki, grusze, agresty, boby… To wszystko jest w Magicznym Ogrodzie na rogu Kraszewskiego i Sinej. Kwiaty i zioła przenikają się wzajemnie, walczą o przestrzeń, a ponad pozostałe wyrastają te najpiękniejsze, zgarniając dla siebie słońce na własność.

SONY DSC

Tak sobie wyobrażam te wszystkie białostockie ogrody, których już nie ma. Pełne pięknego chaosu malw, agrestów, rabarbarów, fiołków, małych poletek kartoflanych, sałat, bobów, pietruszek, kapust, fasoli, buraków, maciejek, komos, bodziszek, chabrów, lilii, maków, piwonii, forsycji, kalin…

Najważniejszy czas w moim życiu spędziłem na Dziesięcinach

SONY DSC

Kiedy wracam skądś do centrum zawsze, o ile to możliwe, zahaczam o Dziesięciny. To takie białostockie Bałuty, Wola i Nowa Huta w jednym. Zbudowane w końcu epoki Gierka, wchłaniały tysiące mieszkańców pobliskich wsi i miasteczek. Kiedy się urodziłem, mieszkanie w bloku z wielkiej płyty było szczytem marzeń, również dla mojej, inteligenckiej w pierwszym pokoleniu rodziny 2+2. Wprowadziliśmy się tam, jak miałem 3 lata. Wyprowadziłem, jak miałem 29 lat. Dziesięciny i te bloki były całym moim życiem.

Z okna na parterze bloku, w którym mieszkałem prawie 30 lat, widać było kiedyś pasące się krowy, a gospodarze pobliskich łąk sprzedawali nam świeże mleko. Wystarczyło przebiec przez ulicę, przemknąć przez blaszane garaże, by zanurzyć w się zbożu, bobie, pszenicy, kukurydzy. Bawiliśmy się tam w chowanego albo podglądaliśmy amatorów seksu na świeżym powietrzu.

SONY DSC

Plac zabaw przy bloku obok to była konstrukcja z metalowych rurek – coś jakby trzepak wersja 2.0.

Tam, gdzie teraz jest parking, wtedy było 30-metrowe boisko – wydeptany milionami rajdów, wślizgów i upadków prostokąt ograniczony z jednej strony piaskownicą, a z drugiej ulicą, gdzie przeżywaliśmy swoje pierwsze emocje sportowe. Każdy bramkarz chciał być Mojsiuszką, ale nikt nie chciał być bramkarzem, więc na bramce stawał najgrubszy. Wszyscy pozostali chcieli być Jackiem Bayerem. To były czasy, kiedy MKSB Jagiellonia po raz pierwszy w historii wchodziła do I Ligii, a Polacy w Barcelonie zdobywali srebrny medal Igrzysk Olimpijskich.

SONY DSC

A potem była koszykówka, oglądanie NBA w telewizji i granie godzinami w Michael Jordan in Flight na pececie. Jeździliśmy z przyjacielem do zburzonej już hali Włókniarza na mecze kadetów Instalu Białystok. Mistrz rzutów za trzy -Tomasz Kujawa, szybki jak strzała rozgrywający Andrzej Sinielników, potężny Frazier Johnson – pierwszy murzyński koszykarz w Białymstoku, Marcin Krajewski – obiekt powszechnych kpin z powodu niezdarnego, ale skutecznego stylu – te nazwiska na Dziesięcinach znał każdy gówniarz.

Najpierw zaczepialiśmy kosze na wielkiej topoli, która rosła na środku naszego boiska i robiliśmy konkursy slamów do pierwszego i ostatniego wyrwania kosza zrobionego z obręczy do roweru i wbitego w drzewo zardzewiałym gwoździem.

Na tyłach garaży, tam, gdzie teraz są profesjonalne grafitti, my zamalowywaliśmy sprayem zrobione w domu szablony Rage Against The Machine, Henry Rollinsa albo Suicidal Tendencies. Nosiliśmy za duże bluzy z logo Pantery albo Biohazard.

SONY DSC

Tam, gdzie wtedy stały garaże i była łąka, dzisiaj stoją pastelowe bloki z cegły. Nasze bloki z płyty też pomalowali pastelowo, żeby nie było im przykro i żeby nie czuły się gorsze. Przed klatkami nie ma już chłopaków i dziewcząt łuszczących pestki. Tam, gdzie było boisko, jest parking a tam, gdzie wybijaliśmy sobie zęby o metalowe rurki, łamaliśmy ręce i nogi, są teraz place zabaw z miękką nawierzchnią i atestem Unii Europejskiej. Na blokach nie ma już napisów „Jaga Pany”, „Legia to kurwa”, „Precz z komuną”. Są za to artystyczne murale lub wielkie malunki za kilkanaście tysiące poświęcone Ukochanej Drużynie.

Najważniejszy czas w moim życiu spędziłem na Dziesięcinach. Ten najważniejszy czas był wtedy, kiedy miałem 10-13 lat i w krótkich portkach, z kluczem na szyi i z kieszeniami pełnymi czereśni skradzionych z pobliskiego sadu biegałem między tymi blokami, przeżywałem pierwsze sukcesy w grze w kapsle i pierwsze porażki w grze w futbol. Uczyłem się życia w świecie i w miejscu, które nigdy nie wrócą. Nie chcę, by wróciły, a jednak za nimi strasznie, przejmująco, do granicy bólu, bezsilnie, tęsknię.

 

 

Jurowiecka

Genialny proces likwidacji przestrzeni wolnego handlu w samym centrum Białegostoku obserwuję z ambiwalentnymi uczuciami fascynacji i nostalgii. Pamiętam tę przestrzeń między ulicami Piłsudskiego i Jurowiecką jako dziką dżunglę składanych domowniczo straganów, budek, stoisk z pieczywem, warzywami, mięsem, nabiałem, mydłem i powidłem. Dżunglę, w którą – gdy w nią wszedłeś – to potem nie wiedziałeś, gdzie wyjdziesz – czy gdzieś w okolicach Sex Shopu na Jurowieckiej, czy przy przystanku na Piłsudskiego, czy przy obitych srebrnym materiałem rurach ciepłowniczych, po których można było wejść bez biletu na mecz Jagiellonii.

Teraz szczątkowe pozostałości handlarzy gnieżdżą się gdzieś przy domorosłym biurowcu Gazety Wyborczej. Musi ci wystarczyć te kilkadziesiąt kroków, aby poczuć klimat tamtego targu w samym centrum miasta. Kupujesz czosnek, grzyby, cebulę albo domowy chrzan i z niepokojem patrzysz na buldożery i dźwigi siedleckiego konsorcjum, robiącego z Jurowieckiej białostocki down-town.

DSC02593

Mieszkańcy ostatnich drewnianych domów w mieście

DSC02506

Kilkanaście lat temu całe miasto pełne było jeszcze takich miejsc. Walących się, opuszczonych drewnianych chat. Przy tych chatach były zdziczałe sady: rachityczne, powykręcane na wszystkie strony, chylące się ku ziemi gruszki, jabłka, czasami agrest. Miesca po grządkach, na których uprawiano marchewkę, groszek, sałatę, słodkie truskawki i pomidory, już dawno zarosły, zostały przydeptane i zasikane przez psy i przypadkowych przechodniów.

Porozrzucane w nieładzie deski zdradzały pozostałości po przydomowym chlewiku. Czasami widać jeszcze ślady po ścieżkach prowadzących z domu w różnych kierunkach. Najczęściej pozarastała je wysoka jak zboże trawa, w której połyskują okruchy butelek, papiery, ekskrementy i inne skarby niczyjej przestrzeni.

Niedaleko bloku, w którym mieszkałem, w samym środku osiedla z azbestowych płyt, zachowały się te ogrody i opuszczane z wieloletnim opóźnieniem drewniane domy. Kradliśmy z niepilnowanych przez nikogo sadów zielone jabłka i niedorzałe gruszki. Pamiętam też stojące między tymi blokami amatorskie ziemianki, usypane przed wieloma laty, w któych przechowywano mięso, ziemniaki i przetwory, a potem zamieszkały w nich bezpańskie psy.

Ostatni mieszkańcy tych domów, stare małżeństwa albo wdowy, nie pasowali do atakującej ich z każdej strony nowej przestrzeni i nowych ludzi. Byli mieszkańcami suburbiów, co prawda nie mieszczanami z krwi i kości, ale ludźmi związanymi z krwioobiegiem miasta, sprzedającymi miastu to, co udało mu się wyprodukować, odwiedzający miasto od czasu do czasu. Ich nowymi sąsiadami byli przybysze z prawdziwej, autarkicznej wsi, którzy dokonali największego w ich ograniczonej ambicji awansu społecznego. I teraz patrzyli ze swoich balkonów na chylące się ku upadkowi chaty i ich ostatnich mieszkańców z pogardą i wyższośćią.

Te ostatnie ślady wiejskich Dziesięcin, Białegostoczku, Bojar, Chanajek, Piasków i Nowego Miasta już dawno zniknęły za parawanem nowego budownictwa z cegły i sajdingu. Trawią je przypadkowe pożary, okupują je dzieciaki bawiące się w syryjskie i egipskie powstania i kloszardzi odbywające tam alkoholowe sesje połączone z noclegiem.

Pamiętam, jak mam 10 lat, krótkie spodnie i sandały, a czerwcowa trawa sięga mi do nosa. Przedzieram się przez nią i jak mały odkrywca eksploruję niezbadane obszary tych starych ogrodów, omijając porozrzucane deski z wystającymi, pordzewiałymi gwoźdźmi. Zaglądam w powybijane okna tych domów, gdzie leżą rozprute wersalki i straszą kaflowe piece, wciągam do nosa mieszankę spalenizny i stęchlizny, po drewnianych, skrzypiących schodach wspinam się na poddasze, gdzie w wielkiej zmurszałej skrzyni odkrywam kolekcję przedwojennej literatury rewolucyjnej dla młodych komsomolców.

W pewnym momencie dochodzi do wniosku, że należy wymienić garderobę

DSC04860

Kożuch, szalik, zimowe buty i grube, wełniane swetry powędrowały do piwnicy. Ich miejsce w szafie zastąpiły niebieskie i zielone chinosy, lniane i bawełniane bluzki, jasne koszule, lekkie buty i klapki z grubej, cielęcej skóry.

Mężczyźni i kobiety, a także chłopcy i dziewczęta, wszyscy zauważyli nadchodzącą zmianę i wyruszyli na ulice w celu popisywania się strojem, przeciwsłonecznymi okularami, tobami i torebkami. Spódnicami za i przed kolano, sukienkami z i bez ramiączek, butami na wysokim i niskim obcasie. Wystawiają swoje mordy do słońca i bezczelnie się śmieją.

A na ulicach znowu słychać muzykę wydobywającą się z otwartych szyb aut stojących na światłach. I gdy wychodzisz ze Spółdzielczej obok montujących parasole i stoliki ekip na otwartą przestrzeń rynku, zdumiewa cię tłum i gwar, jakbyś był w zupełnie innym mieście, w zupełnie innym czasie, w zupełnie innej porze roku.

Na podwórko za oknem wyczmychuje się od kilku dni, nieśmiale, wieloosobowa romska rodzina z naprzeciwka. Chyba spędzili tam całą zimę i nie otwierali okien, bo przez miesiące nie dawali śladu życia. Teraz rzucają kurwami na cały głos, wszyscy, od czteroletniego smarka po ususzoną babcię po sześćdziesiątce. Znoszą z Biedronki całe torby towaru.

Cyganie, hałasy przez całą noc, wrzaski w akademikach, koeserzy wina na murku pod Biedronką, golfy na powiatowych blachach krążące po Malmeda i Białówny przez całą sobotnią noc. Każdy element tej wiosennej układanki mógłby posłużyć na trzynastozgłoskowy liryczny wiersz.

Moc truchleje

Śnieg się topi, moc truchleje. Chodniki pokrywa biała warstwa soli. Spod zasp wyłaniają się puste butleki po ruskich szampanów i resztki sylwestrowych petard. Polscy londyńczycy, irlandczycy i warszawscy słoikowcy już pojechali do swoich zmywaków, korporacji i uniwersytetów. Miasto wraca do swojego zwykłego, nudnego, przewidywalnego rytmu. Dopiero teraz widać, jak jest tu nudno i brudno. Wszystkie samochody rozjeżdżające kałuże na Alei Piłsudskiego są utytłane brudnym brunatnym błotem.

Słoneczne poranki nie rekompensują dotkliwego już o tej porze roku braku światła. Obchodzimy martwy sezon między jednymi a drugimi świętami. Niczego nie opłaca się jeszcze rozpoczynać, niczego nie warto kończyć. Teraz się czeka, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, na co. Tutejsza smutna zgoda na rzeczywistość, nawet jeśli wszystko wskazuje na najgorsze, jest teraz widoczna i dotliwa bardziej, niż kiedykolwiek.

Zmarznięte plecy

P. stoi za barem tej ponadczasowej knajpki przy teatrze od kiedy zacząłem tam bywać. Na pewno był to jakiś mroźny grudniowy wieczór zasypany śniegiem, dzień taki, jak dzisiaj, na pewno przyprowadził mnie tu ktoś z przyjaciół, na pewno od tego czasu spędziłem tu kilkadziesiąt długich, pamiętnych wieczorów. Sarkastyczno-serdeczny humor P. jest jednym ze znaków rozpoznawczych tego miejsca.

Przez tę knajpę przetoczyły się dziesiątki gorszych i lepszych barmanów, kilka pokoleń uczniów, studentów i aktorów, prowincjonalnych odgrywaczy ról, którzy wpadając na jednego w przerwie między próbami zwykli siadać przy jednoosobowym stoliku przy samym barze, stoliku, za którym oprawione w spróchniałe drewno, oparte o ścianę lustro odbija ciepłe, mroczne, brązowe wnętrze ozdobione monidłami, oświetlone matowymi, pulsującymi mętnym światłem dwudziestkami.

Przestrzeń tego miejsca rozpoczyna drewniany bar, a kończy ogromna szyba wychodząca na park. Kiedy jest zimno, sentymentalnie i kiedy jest się w centrum, nie ma żadnej alternatywy, jeśli celem jest ucieczka przed wszystkim. Dwa ulubione stoliki: pierwszy znajduje się w samym rogu – dwuosobowe miejsce przy ścianie z monidłem, skąd można obserwować wchodzących i wychodzących, jednocześnie pozostając niezauważonym. I miejsce drugie, tam, gdzie kiedyś kończyła się ta knajpa – popisany długopisowymi deklaracjami miłości stolik z dwoma szufladami pełnymi bezwartościowych książek (wczoraj widziałem tam coś Gouldinga), mętnym światłem żółtawej żarówki nad głową, przy pomalowanym brązową farbą olejną kaloryferem, do którego przutula się zmarznięte plecy.