Mój syn ma już prawie dwa lata

dsc_0001Co prawda mówi już „tak” i „nie” i inne słowa, ale bardziej wolę te jego niewerbalne gesty sprzeciwu lub akceptacji, kiedyś daje mu się propozycję nie do odrzucenia albo do zdecydowanego odrzucenia. Zawsze ma swoje zdanie: „tak” lub „nie”. Choć mało mówi, okazuje ogromną świadomość tego, co się do niego mówi i zdecydowanie w swoich decyzjach. Ma włosy białe jak kurczak, prawie do ramion i oczy niebieskie jak niebo. Swoje dziesiątki pojazdów parkuje pod łóżkiem. Denerwuje się, jak zgubi w Biedronce swój nowy pojazd od ojca, ale uspokaja się, gdy dostanie nowy. Jest bardzo niecierpliwy, ale nie wdaje się konflikty i idzie w swoją stronę, kiedy widzi, że nic nie wskóra. Nie brnie w złe sytuacje, a jeśli tylko się nadarzają, po prostu robi swoje. Od rzeczywistości wirtualnej woli realność, prawdziwe życie ulicy pełnej samochodów osobowych, autobusów i dostawczaków. Jest poważnym facetem, który czyta gazety dla facetów o samochodach, interesuje go pojemność silnika, osiągi, maksymalny moment obrotowy i obroty na minutę. Uwielbia nowe doświadczenia i uczenie się nowych rzeczy, ale jak już je pojmie, zachłannie szuka czegoś nowego. Jest spokojnym, poukładanym człowiekiem, który na pewno będzie miał w życiu zasady, nie będzie cwaniakował, ani bił się łokciami o „swoje”, bo mimo, iż w świecie takie osoby mają lepiej, to dla niego będą ważniejsze zasady, które wpoił mu jego ojciec. Żyć w prawdzie, być w porządku wobec bliskich i nie ranić innych. Jest wysoki, przystojny, uparty, mądry i wytrwały. Jestem z niego bardzo dumny. Na drugie urodziny dostanie swój pierwszy prawdziwy samochód. Z przyczepką.

Droga

img_20140211_122332-1

Szwendanie się. Ulubione i najbardziej inspirujące zajęcie. Sprawdzanie, czy miejsca, które nie zmieniły się od zawsze, przypadkiem się wreszcie zmieniły. Mam w związku z tym, kilka pytań.

Czy na rozwidleniu dróg na Dwernik i Zatwarnicę przez cały czas stoi ta sama blaszana wiata, w której latem wytatuowani punkowcy sprzedają kiełbasę z grilla i piwo bez koncesji, przy dźwiękach KSU? Czy w Gospodzie pod Modrzewiem w Krynkach dają taką samą, jak zawsze, kiszkę ziemniaczaną? Czy w Kaliszu, na rogu Szklarskiej i Grodzkiej działa wciąż fryzjer męski z opcją golenia brzytwą dezynfekowaną spirytusem? Czy w Olecku, w Barze Dajana patrzą na ciebie tym samym złym wzrokiem, smutni Mazurzy, a na zmoczonym letnim deszczem pomoście opony roweru ślizgają się tak, jak kiedyś? Czy Czarny Roman biega wciąż w tym długim płaszczu po Świętokrzyskiej w warszawskim śródmieściu, szepcąc do siebie te złowrogie zaklęcia? Czy w Poddębiu przez cały czas sprzedają najlepsze jagodzianki na świecie, ciepłe i pachnące lasem, tam, obok baru Koga, gdzie twój ojciec zabierał cię jako dziecko na colę z cytryną, a dla siebie brał coś mocniejszego? Czy wiatroloty nad Bałtyckim Morzem fruwają przez cały czas tak pięknie furkocząc? Czy to miejsce, gdzie tory wąskotorowej kolejki między Ełkiem a Rajgrodem przekraczają zepsuty asfalt, jest tak pięknie tajemnicze i opowiadające historię upadłej świetności tych okolic? Czy w tym miejscu przy krętej górzystej drodze między Baia Mare a Szygietem Marmarowskim przez cały czas obozują uśmiechnięci Cyganie?

Tysiące takich miejsc odkrywa się tylko wtedy, gdy ma się odwagę przeciwstawienia nawigacji samochodowej i skręcenia w podporządkowaną. A potem się do nich wraca, z całkowitą pewnością, że pozostały takie same, z całkowitą pewnością, że po raz kolejny odkryje się je na nowo.

Krajowa ósemka

obraz-bez-nazwy

Krajowa ósemka z Białegostoku do Warszawy. Powód wielu wspomnień.

Kiedyś przejeżdżałem tą trasą kilka razy w tygodniu. Do pracy. Do dziewczyny. Na zakupy. Do teatru. Na szlaku dłuższych wyjazdów do Niemiec, Czech, na Słowację albo na Węgry.

Znałem jej każdy wybój, każdy z nielicznych zakrętów, wszystkie stacje benzynowe, postoje dla tirów, miejsca, gdzie stoją prostytutki i miejsca, gdzie sprzedaje się grzyby.

Najpierw Żółtki. Most na Narwi, po którym jest zjazd do Tykocina, zakręt i zjazd w dół obok Gizo, miejsce, które tak bardzo przypominało mi amerykańskie prowincjonalne highways, z tymi wszystkimi krzykliwymi reklamami stacji benzynowych i hoteli dla kierowców, wysięgnikami, tandetnymi bannerami restauracji, sklepów z częściami do aut i burdeli.

Trochę się potem jechało, aby minąć szkaradny kościół przed Jeżewem w kształcie królika, a potem równie szkaradny Hotel Atlanta w Jeżewie.

Długo, długo nic, aż do Mężenina, który przejeżdżało się setką, mimo zabudowanego, bo jakoś nie chciało się wyhamowywać w tak nudnym miejscu, zwieńczonym przejazdem kolejowym, na którym to nikt nigdy nie widział pociągu, więc się nie zwalniało.

Przez Zambrów przejeżdżało się samym centrum. Centrum pełne tej mazowieckiej młodzieży w dresowych ubraniach, wchodzących i wychodzących do nocnego z butelką Łomży Premium w ręku, bo Żubra już tutaj pić nie wypada. Przechodzącej na czerwonym między śmigającymi przez miasto TIR-ami.

Po minięciu stacji benzynowej, wjeżdżało się w ciemność, którą po kilku minutach rozświetlały dyskretne neony najlepszej jadłodajni w tej części Polski. Po prawej stronie drogi stały dziesiątki TIR-ów, a wśród nich, mała buda, gdzie kierowcy tych samochodów spędzali śniadania, obiady, kolacje i noce.

TIR-y na tej trasie mijało się zazwyczaj na trzeciego, bo rosyjscy, polscy, białoruscy i litewscy kierowcy mieli zawsze uprzejmy zwyczaj zjeżdżania na pobocze, kiedy ktoś chciał je wyprzedzić.

Niestety, czasy dobrych manier na drodze bezpowrotnie minęły.

Po Zambrowie wjeżdża się w Mazowieckie i dojeżdża do Ostrowi, miasta, które od zawsze można było ominąć nudną obwodnicą. Rozpędzałem się tam zawsze ile fabryka dała, bo wtedy jeszcze jarały mnie trasy ekspresowe tak bardzo, jak mnie teraz nudzą.

Przy zjeździe z ekspresówki, każdej jesieni, okoliczni mieszkańcy sprzedawali tam jagody, kurki, prawdziwki i inne plony lasu. Kobiety i mężczyźni o ciemnych twarzach siedzieli na samym poboczu na wędkarskich krzesełkach, przy koszykach pełnych grzybów, wdychając spaliny tych wszystkich aut, które w tym miejscu na nowo rozpoczynały ewolucje wyprzedzania na trzeciego.

Przy licznych wjazdach do lasu, towarzyszyły im tam, w swoistej symbiozie, nastoletnie i podstarzałe prostytutki w różowych, fluorescencyjnych miniówach i butelkami PET z wodą, których używały do obmywania swoich łon i ust po wielokrotnych aktach płatnej miłości.

Lubiłem też ten wąski most na Bugu w Wyszkowie, gdzie zawsze robiły się korki. Lubiłem wtedy patrzeć na meandry rzeki, albo na jej skuty lodem powolny nurt.

W Lucynowie przejeżdżało się na ostrym zakręcie przez przejazd kolejowy i do Warszawy dzieliło mnie już tylko 50 kilometrów. Wtedy to była już praktycznie stolica.

Wczoraj przejechałem tę trasę w tę i z powrotem. Zastałem już tylko autostradę lub budowę autostrady. Tak nudne, tak przewidywalne, tak podobne do każdej autostrady w każdym miejscu Europy.

Moja babcia Ania Głowacka ma już prawie dziewięćdziesiąt lat i czasami mnie wkurza

IMG_1489.jpg

Moja babcia Ania Głowacka ma już prawie dziewięćdziesiąt lat i czasami mnie wkurza – wtedy kiedy gdy ją od święta odwiedzam i gdzieś tam podwożę. Najczęściej, gdy jedziemy na groby jej bliskich: rodziców, krewnych, no i dzieci.

A wkurza mnie wtedy, gdy wydaje instrukcje z fotela pasażera: „teraz w lewo”, „uważaj na te kwiatki co tu sprzedają”, „teraz można trochę szybciej, a tam zwolnij”… itd… Oczywiście karnie stosuję się do instrukcji babci, ale w środku jednak gotuję.

Wszystko to rekompensuje ilość wiedzy o mojej rodzinie od babci, którą dostaję podczas zaledwie kilkugodzinnych wizyt.

Dzisiaj byliśmy z babcią i jej córką (moją mamą), na dwóch cmentarzach, w Boćkach i Dziadkowicach, na których pochowane są osoby z tej strony rodziny. Najpierw wizyta na grobie męża Ani, a mojego dziadka. Wjeżdżamy tam zawsze autem pod sam nagrobek, bo babcia ma kłopoty z chodzeniem. Na srogie i pełne oburzenia spojrzenia rozstępujących się przed nami przechodniów uchylam okno i odpowiadam: „proszę mi wybaczyć, ja tu wiozę moją babcię Annę Głowacką do grobu jej męża Józefa, który nie dość, że układał w intencji parafii własnoręcznie posadzkę, po której tu jedziemy, ale montował dzwon na kościele św. Józefa, a także wiele innych prac dla lokalnej społeczności, państwo Głowaccy są rodziną niezwykle poważaną w Boćkach i okolicach familią”. Po takiej wiąsze nie ma takich, którzy by się z pokorą i przeprosinami w oczach nie rozstąpili.

Potem najsmutniejsza część wędrówki: zapalanie zniczy przez matkę na grobach swoich dzieci: babcia pochowała dwie córki – jedną niedawno, po osiągnięciu przez nią sześćdziesiątki, jednak tą śmierć przeżywa bardzo każdego roku. Trudno pomyśleć, jak przeżywała śmierć dziecka, która spotkała ją na początku stycznia 1950 roku. 13 grudnia 1949 roku urodziła się im córka, Wanda. Mieszkali na kolonii wsi Żurobice, przy lesie, w prymitywnej, drewnianej chacie połączonej jedną ścianą z oborą. Była mroźna zima i gdzieś przed Świętami Bożego Narodzenia noworodek zapadł na zapalenie płuc. W tych czasach, w tym miejscu na Ziemi, był to wyrok śmierci. Nowy rok powitali pogrzebem.

img_1488Podczas podróży do Dziadkowic rozmowa o infrastrukturze drogowej w tych rejonach. Moja mama pamięta jeszcze bruk na całej trasie Bielsk Podlaski – Siemiatycze (dalej się wtedy nie zapuszczano) i jak gdzieś w latach 60. wylewano tam pierwszy asfalt, a babcia pamięta jeszcze, gdy miasta te dzieliło zwykłe klepisko, w którym po deszczach chodziło się po łydki w błocie. Boso, nawet w drodze do kościoła, bo buty niosło się wtedy w rękach i zakładało już przed samym budynkiem.

Na końcu – wizyta na grobie rodziców Anny. Józef i Antonina Brzezińscy urodzili się jeszcze w XIX wieku. Dziadka nie pamięta żadne z moich wujków i cioć, ale babcię – już wszystkie. Moi dziadkowie większość czasu spędzali na pracy w polu, a obowiązki wychowawcze pięciorga dzieci urodzonych w zasadzie co drugi rok, spełniała babcia Antonina. Nigdy na żadne nawet nie krzyknęła, a rodzicom po powrocie z pracy zawsze mówiła, że dzieci dobrze się sprawowały. Nie chciała spać na łóżku, spała tylko na szczycie kaflowego pieca. Nigdy nie była u lekarza, nigdy nie pobierała żadnej renty ani emerytury… Zmarła ze starości…

Moja babcia doczekała się dziewiętnastu prawnuków. Ten dziewiętnasty to mój syn.

Choć poświęcone śmierci, takie dni niosą z sobą coś dobrego.

Wczoraj byłem na grobie ojca i dziadków. Jutro idę na grób pradziadków ze strony ojca i do innych moich przyjaciół, którzy odeszli.

Cechowa

IMG_20161013_104033.jpgKiedy byłem tam ostatni raz, była jesień 1997 roku.

Do osiemnastki brakowało mi jeszcze kilka miesięcy. Uczęszczałem wtedy do III Liceum Ogólnokształcącego w Białymstoku, mieszczącego się w dawnej centrali Gestapo, a potem NKWD, na rogu Pałacowej i Ogrodowej, w miejscu, gdzie Bojary łączą się ze Śródmieściem. Szkoła ta słynęła z mnogości samobójstw popełnianych przez uczniów, jednak ja w tym wieku nie przejmowałem się nauką ani samobójstwami. Miałem za to już za sobą pierwsze pocałunki na spróchniałej ławce w Parku Zwierzynieckim z taką jedną Dominiką.

Poza tymi pocałunkami i wstydliwym wkładaniem łap pod nastoletni stanik Dominiki, całe życie było jeszcze przede mną i o niczym jeszcze nie wiedziałem.

Do szkoły dojeżdżałem autobusem numer pięć, linią łączącą dwa największe białostockie blokowiska – moje rodzinne Dziesięciny i słynące również z bandyterki osiedle Piasta. O siódmej rano w poniedziałek był to najbardziej przepełniony autobus w tej części Europy. Zimą, w nieogrzewane wnętrza tych ikarusów zachodził szron i trzeba było liczyć postoje, żeby wysiąść na swoim przystanku.

Ale wtedy była jeszcze jesień, a właściwie ten jej moment, w którym fajna polska jesień barwiąca w słońcu kolorami czerwieni, pomarańczy, zgniłej zieleni, fioletu i żółci, przechodzi w trwającą pięć miesięcy jesienio-zimo-wiosnę: porę pluchy, ciemności, słoty, wiecznej mżawki i niepogody.

Za kilka lat nazwiemy to depresją. Na razie wychodzimy we trójkę ze szkoły na ulicy Ogrodowej, choć w planie lekcji jest jeszcze biologia i wuef. Iwona, Paweł i ja. Iwona ma krótkie blond włosy, harcerski plecak z naszywkami Green Day, Nirvany, martensy, podwinięte nogawki i kocha się w Pawle. Paweł też ma martensy, podwinięte nogawki, parkę z pomarańczową podszewką i nie kocha się w Iwonie. Ja jestem anorektykiem w wyciągniętym swetrze, który w nikim się nie kocha, z wzajemnością.

Idziemy w dół ulicy Ogrodowej, obok szpitala onkologicznego, wokół którego krążą łyse kobiety palące nerwowo papieros za papierosem.

Schodzimy na piwo do kawiarni Cechowa, gdzie idzie się po schodkach do podpiwniczenia pełnego dymu. Na drewnianych ławach siedzą tam mężczyźni i piją piwo po nocnej zmianie. Nie mamy prawie w ogóle pieniędzy, ale jacyś mężczyźni po pracy stawiają piwo przystojnej Iwonie, która się nim z nami solidarnie dzieli.

W 1997 roku był to oldskul, więc jakim musiał być oldskulem dwadzieścia lat później, kiedy Cechowa kończyła swoją działalność? Mam dużo dobrych wspomnień związanych z tym miejscem. Iwona nie związała się z Pawłem. Po tych znajomościach pozostały tylko wspomnienia. Ilekroć jednak idę lub jadę Ogrodową, przypomina mi się ta ponura jesień 1997 roku.

Brzoza

78f2b36921745bc9e412ee7cbb58155eresrelease2_apple1

Brzoza, którą posadziłem mniej więcej w tym czasie, kiedy część mnie połączyła się z częścią jego mamy, ma się zaskakująco dobrze. Sięga już pierwszego piętra i to nie jest jej ostatnie słowo. Mimo obsikiwania jej przez psy i koty różnej maści i towarzyszenia przyblokowym posiadówom przy ruskim szampanie, rośnie dumnie, wita mnie każdego dnia, kiedy idę do pracy i gdy z niej wracam. Tak samo, jak radośnie wita mnie on, kiedy dostaję te strasznie krótkie dwie godziny tygodniowo kontaktu z synem. Tym samym on i ona dają mi energię do codziennych starań o jego dobro.

Im jest się starszym, tym ważniejsze stają się gesty i symbole, a także pamięć o gestach i symbolach, które zdarzyły się kiedyś, bo tylko one zostają. Dawne żale i pretensje do bliskich przestają mieć znaczenie, jeśli kochasz ich na tyle, by przebaczyć i pamiętać tylko te dobre rzeczy, które cię z ich strony spotkały. A ludzi, którzy okazali się niegodni twojego zaangażowania, miłości, troski czy sympatii, bez cienia złości, odwetu czy zawiści, odsuwasz ze swojego życia, tak jak odsuwa się wózek w maszynie do pisania, aby zacząć kolejny wiersz.

Brzoza to drzewo symbolizujące spokój i wytrwałość, mimo przychodzących co jakiś czas wichur, burz i niepokojów. Wtedy to był przypadek, ale teraz wiem, że brzoza to jedyne drzewo, które mogłem posadzić dla mojego syna. Ta, która stoi przed moim oknem, jest już na tyle silna, aby znieść poważne wichry. Ja też.

Brzoza to najpiękniejsze polskie drzewo. Silne, dumne, wyrastające tylko tam, gdzie grunt jest godny, by je podnieść ku górze.

Jesień jako zmysłowa rewolucja

IMG_8501.jpgJeszcze lato, ale nadchodzącą jesień można rozpoznać po kilku symptomach somatycznych i kilku symptomach psychicznych. Wśród tych pierwszych literatura przedmiotu wymienia zwiększoną wrażliwość organów zmysłowych.

Czyli, mówiąc językiem ludzi, jesień to rewolucja zmysłów.

Węchu, bo to już przecież zapach zimnego, wieczornego wiatru, woń gdzieniegdzie już gnijącej zieleni, tłusto-mleczny aromat krów spędzanych z pola na dojenie, banalnie oczywisty zapach suszonych grzybów, a także mniej oczywisty zapach octu do marynat w całym mieszkaniu.

Kolory nabierają masy. Mięty, pistacje i seledyny ustępują miejsca malachitom, gniłościom, dojrzałym, zbrązowiałym zieleniom. Słońce staje się bursztynowe, a niebo – krwistoczerwone.

No i wreszcie słucha się piosenek, których słuchało się poprzednich jesieni, bo teraz wracają one ze zdwojoną siłą. Wraca się do piosenek po polsku, bo tylko w tym języku da się powiedzieć cokolwiek o jesieni.

Zamiast chłodnika chce się barszczu czerwonego, polędwicę sopocką zastępuje się plastrem słoniny, no i zimne piwo nie smakuje już tak dobrze, kiedy po długiej podróży nad morze kupowało się zimnego lagera w oszronionej puszce i piło siedząc na plaży uważając, aby nie wyślizgnęło się z rozgrzanych rąk robiących ze szronu wodę. Teraz zamiast piwa pije się podpiwek i szwęda po miejscach, które przypominają o tych kilku dobrych jesieniach.

IMG_8521.jpgWybrałem się dzisiaj na samotną przejażdżkę trasą, na którą wcześniej zabierałem dziewczyny dla mnie ważne, aby pokazać im kawałek odkrytego przeze mnie świata, świata nie istniejącego w przewodnikach. A jeśli istniejącego, to przedstawiają go tam fałszywie.

To prosta jak drut leśna droga od mostu w Strękowej Górze do miejsca, gdzie podmokły las ustępuje rozległym po horyzont biebrzańskim bagnom. Nazywają ją „Carska Droga”, o czym dowiedziałem się kilka lat po tym, jak myślałem, że odkryłem właśnie podlaską Amerykę.

IMG_8487Na początku jedzie się lasem podwyższoną asfaltową groblą. Po po obu stronach rosną drzewa na podmokłym terenie pełnym powalonych konarów, mokradeł, strumyków i bagien. Z obu stron wybiegają co chwilę łosie, zające, jelenie, żbiki i rysie, zaglądając z ciekawością do wnętrza auta, ocierając się zalotnie o boczne lusterka. Klakson wzbudza w nich widoczną radość, bo gdy się go użyje, skaczą radośnie do góry, wierzgają kopytami wystawiają języki, machają ogonkami i proszą o więcej. Mokrymi noskami ocierają się o reflektory auta, a gdy da się je ominąć, biegną radosnym stadem za samochodem, pozdrawiając serdecznie. Towarzyszą im chmary bocianów, orlików, batalionów i żurawi. Kiedy byłem z nią tam ostatni raz, mały borsuk skakał radośnie do okna od strony pasażera, a ona przesłała mu przez szybę sążnistego buziaka.

Potem minęliśmy dom, w którym nikt nie mieszka. Drewniany dom z czerwoną dachówką w samym środku lasu z pięknymi jabłoniami, gruszami, śliwami wokół i winoroślami oplatającymi okiennice. Kiedy zapytałem starca w sklepie w Laskowcu, o co chodzi z tym domem, odpowiedział:

– Nie wiem, panie. Nikt nie wie. Jednego dnia jechałem na grzyby – domu nie było. Wracałem z koszykiem – dom stał. Pomalowany, z zasłonkami, sadem, przyciętą trawą. Nikt nie wie, kto tam mieszka. Nie jeżdżę już tam na grzyby…

IMG_8491.JPGDotarliśmy do tej drewnianej kładki, którą idzie się pół kilometra w sam środek bagien. Kompletnie nie pamiętam, o czym wtedy rozmawialiśmy. Być może milczeliśmy, być może wsłuchiwaliśmy się w feerię ptasich odgłosów ze wszystkich stron. Być może trzymaliśmy się za ręce, być może złośliwie spychaliśmy się w te bagna, które wciągają na dziesięć metrów wgłąb do piekła. Nic nie pamiętam.

Na końcu tej kładki jest ławeczka. Pamiętam, że jak dochodziliśmy tam i siadaliśmy, to zawsze była dziewiętnasta i zachód słońca. One zawsze patrzyły na ten zachód słońca i mówiły „ale tu fajnie”. A ja zawsze się uśmiechałem i odpowiadałem: „fakt… to co, wracamy”?