Małosolne z Permu

 

SONY DSCNa lato czeka się dla ogórków. Dla tych prawdziwych, dojrzewających w piasku, z ostrymi brodawkami i gorzką skórką, która dopiero pod wpływem kąpieli w słonej wodzie staje się delikatna i soczysta. Pierwsze małosolne w sezonie wyznaczają ten moment, kiedy oficjalnie można powiedzieć: „nadeszły wakacje”.

Polska przełomu wiosny i lata ma smak i zapach ogórków małosolnych. Tych jak najmniejszych, poupychanych chaotycznie w słojach z gałęziami kopru, liśćmi wiśni, porzeczki i chrzanu. Z jedną żelazną zasadą – jedna łyżka soli na litr wody ze studni.

W żadnym wypadku nie należy wody do małosolnych gotować. To zbędne zużycie energii nie mające żadnego wpływu na smak ogórka. Woda prosto z kranu jest tylko nieco gorsza od wody prosto ze studni. Największym grzechem jest gotowanie wody na małosolne.

Za gotowanie wody na małosolne albo kiszone powinno się dawać karę śmierci.

Tej wiosny przyjechała do mnie na kilka dni Lena z Permu. Lenę poznałem kilka lat temu, kiedy jadąc przez Polskę zabrałem na autostop trzy dziewiętnastoletnie sikorki stojące na stopa w Markach z nadzieją na transport do granicy z ruskimi.

Zmęczone wielogodzinnym oczekiwaniem na transport w trzydziestostopniowym upale. Kruczoczarna Olga, blondwłosa Katia i piegowata, ruda Lena. Każda piękna i niedostępna. Podwiozłem. Rozmawialiśmy. Wymieniliśmy się kontaktami.

W tym roku ruda Lena podróżowała po Europie samotnie. Przypomniała sobie o mnie i napisała, czy nie mogłaby przenocować u mnie jednej nocy w Białymstoku.

Lena została u mnie na prawie tydzień i tego tygodnia odkryłem więcej, niż przez pięć ostatnich lat.

Nie opowiem o wszystkim, czego nauczyła mnie ta dwudziestoletnia, chuda, piegowata Lena z Permu z kręconymi, czerwonymi jak flaga sowiecka włosami i o skórze bladej jak albinos.

Mój stary mówił mi zawsze, że rude są fałszywe i brałem tę zasadę na poważnie, choć przez te kilka dni, kiedy nie wychodziliśmy prawie w ogóle z mieszkania, ani razu się na niej nie zawiodłem. Lena była samą prawdą.

Bezczelna, wyuzdana ruda Lena. Zanim nie pojechała, zanim nie zjadła wszystkich moich zapasów podgrzybków w słoikach, zanim nie wypiła ośmiu butelek Kadarki z Biedronki rozcieńczanej wodą gazowaną, zanim nie zażyła czternastu kąpieli w żurawinowej, litewskiej soli, zanim nie przeczytała mi na głos po rusku prawie całych „Pięknych dwudziestoletnich” Hłaski, leżąc bezwstydnie naga w łóżku, zanim to wszystko się nie skończyło, opowiedziała mi o tym, jak w Permie robi się ogórki. I to przede wszystkim zawdzięczam Lenie.

 – вода не нужна – mówi do mnie Lena przeciągając się na samym prześcieradle, bo jest trzydzieści w cieniu, a  kołdra i poduszki leżą przepocone gdzieś w kącie pokoju. I potem Lena mówi mi dokładnie, jak się robi ogórki w Permie. I mimo moich czterdziestu pięciu lat, czuję się przy tej rudej dwudziestolatce bez piersi jak zwykły uczniak.

Oni tam w tym Permie nie traktują ogórków wodą, wychodząc słusznie z założenia, że sól skutecznie wyciąga z warzywa wodę i wchodzi weń z wielką ochotą. Biorą więc te ogórki, wkładają do foliowej torby (najlepsze są te z Biedronki), mieszają z liśćmi wiśni, porzeczki i chrzanu oraz z koprem, dosypują gorczycy i liści laurowych, a na jeden kilogram ogórków dają łyżkę soli. Mieszają to wszystko w tej torebce, zakręcają szczelnie i czekają dwa dni. Po tym czasie małosolne są słone, soczyste i chrupkie.

Takie są właśnie małosolne z Permu w Rosji.

Reklamy

Chwalcie łąki umajone, czyli kilka screenshotów z majowych szwendactw

Suszcie miętę – nadciąga piekło

SONY DSC

Zakończony kwiecień i maj 2018 roku były najcieplejszym kwietniem i majem w historii oficjalnych pomiarów temperatury w Polsce, czyli od co najmniej około 250 lat. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ostrzega, że czeka nas rekordowo upalne lato. Potwierdziła to pani Zinaida Owsijuk. z Orli, która udziela szerokiego zakresu usług zdrowotnych i predykcyjnych osobiście, ale od tego roku również telefonicznie.

Zadzwoniłem więc pod numer +48700244777 (5,99 zł za min. + VAT), podany na jej oficjalnym fanpejdżu na FB. Zapomniałem, że akurat w telewizji leci Elif, a pani Zinaida wtedy nie pracuje, bo ogląda, choć oczywiście wie, jak się skończy.

W końcu jednak się dodzwoniłem i pytam o to rzekomo upalne lato.

– Ziemiankie na kartofli ma?
– Nie, w bloku mieszkam.
– A piwnice ma?
– Mam, ale tam szczury.
– Na szczury hubę obgotować, przywjeźdź jom do mnie, ja jom w wodzie święconej ze Grabarki zanurze, szczury z piwnicy pouciekajo. Tam wtedy zanieść siana do tej piwnicy i tam mieszkać do października.

– A w domu nie da się?
– Nie da się, upały bedą szatanskie, piekło, żeńszczyna, wszystkie zboża wyschnom, ofiary bedom wśród prawosławnych i katolików. Ksiendze i batiuszki smalić się będom.
– To co robić, pani Zinaido?
– Na okna dywany ze świentymi pozawieszać, żeby żar nie wpadał do domu, bo popali wszystko.Z domu nie wychodzić, mienty nasuszyć, parzyć, studzić, pić i czekać października.
– Dziękuję, zdrowia i z Bogiem.

Natychmiast po tym, jak dostałem smsa z informacją o kosztach porady szeptuchy, wsiadłem w samochód, pojechałem na działkę mamy szwagra, przywiozłem mięty i rozpocząłem suszenie. Do czego i Państwa namawiam bardzo gorąco.

Wyjątkowo niezimny maj

To wyjątkowo niezimny maj. W ten upalny, suchy dzień, wybrałem się dziś z plecakiem na wycieczkę w poszukiwaniu bazy carskich sterowców gdzieś w środku Lasu Pietrasze. Gdzieś w tym lesie cumowały i uzupełniały zapasy wodoru trzy ogromne kilkudziesięciometrowe cepeliny: Astra, Albatros i ten, który swoją piękną nazwą sprawił, że musiałem znaleźć miejsce jego odpoczynku. Zwiastun Burzy zasłynął bombardowaniem pruskiego dworca kolejowego w Ełku, pierwszego lutego 1915 roku. Błądziłem po tym lesie, szukałem śladów po tej bazie w największych ostępach, tam, gdzie mieszkają dziki, ale śladów bazy nie znalazłem. Szkoda, bo w nocy śniły mi się te wielkie cepeliny krążące nad moim miastem w gorące, majowe wieczory. Powracające z misji – największe statki powietrzne stworzone przez człowieka. Nic nie znalazłem.

Znalazłem za to piękne łubiany w swoim rozkwicie. W miejscu, gdzie hitlerowcy zabili kiedyś kilka tysięcy Żydów i trochę Polaków. Wśród łubianu kręcił się odważny trzmiel i nic sobie nie miał z mojego towarzystwa. Znalazłem rumianki, dzikie róże przy nasypie kolejowym.

Znalazłem piękny maj bez mojego syna i znalazłem trochę spokoju.

Rośliny są ciekawsze od ludzi

DSC09002.jpg

Rośliny są o wiele ciekawsze od zwierząt, tym bardziej od ludzi. Niewdzięczny kot mi uciekł, o większości kobiet mam zdanie nie nadające się do podawania dalej, dlatego postanowiłem ostatnio zainteresować się roślinami. Czytam, obserwuję, uprawiam.

Na przykład zimą wziąłem od mamy z parapetu uschnięty krzewik chili. Powyjmowałem z niego ziarenka (około 200 sztuk), a uschnięte skórki zmieliłem w młynku do kawy. Wyszedł proszek piekielnie nabuzowany kapsaicyną, który teraz sobie dodaję do zupy albo mięsa, gdy potrzebuję jakiegoś samosponiewierania. A ziarenka kilka tygodni temu poukładałem na wilgotną ligninę i pod kaloryfer. Po tygodniu korzonki zaczęły się wczepiać w ligninę, a u góry zaczęły pojawiać się pierwsze liścienie. Wtedy powkładałem je po 3-4 do kubeczków napełnionych ziemią i zrobiłem takie mini-szklarnie z folii kuchennej. Niektóre pousychały, ale wczoraj te najsilniejsze i najładniej ukształtowane – te z kilkoma listkami – poprzedkładałem już do oddzielnych kubeczków.

Do pięćdziesięciu oddzielnych kubeczków. I rosną. Według planu, jeśli wszystko pójdzie dobrze, po jeszcze jednym przesadzeniu za kilka tygodni, w sierpniu-wrześniu będę miał w domu około pięćdziesiąt drzewek chili, z kilkudziesięcioma papryczkami na każdym. Codziennie rano zraszam je wodą i w napięciem patrzę, jak rosną. Tym, które są słabe, pomagam wrócić do pionu. Te które nie dały rady, eliminuję, by nie zabierały światła innym.

Na listkach niektórych z nich uczepione są jeszcze te ziarenka, z których powstały. To fascynujące patrzeć, obserwować, opiekować się, próbować zrozumieć, ale jeśli większość przetrwa i da owoce, to będę miał problem.

DSC09000.jpg

Bo nie wiem, co ja kurwa zrobię z pięćdziesięcioma krzakami chili w moim dwupokojowym mieszkaniu. Będę je podlewał, pielęgnował, robił im fotografie, przechwalał się ogrodem botanicznym w domu, a potem, jesienią, będą powoli usychały, aż w końcu umrą a ja zostanę, lekko licząc z dziesięcioma tysiącami ziarenek i kilogramem tak ostrego proszku, że nikt poza mną nie będzie chciał nawet na niego spojrzeć. Miłość do roślin kończy się równie tragicznie, jak miłość do rzeczy, jak miłość do zwierząt, jak miłość do ludzi.

Zielone

DSC_0468-COLLAGE.jpg

Kiełki papryki, pietruszki, bazylii, oregano, mango, kopru, majeranku i rozmarynu gramolą się niestrudzenie spod wilgotnej ziemi – ku światłu.

Łodyżki pelargonii, skrzydłokwiatów, meksykańskich reo i innych geranium wypuszczają w słoikach korzenie.

Kalanchoe rozprostowuje swoje liście, jakby przeciągało się po długim, zimowym śnie. Grubosz bezczelnie domaga się codziennego odwracania swojej zielonej, tłustej gęby do słońca.

Największa geranium ma już prawie dwa metry, chleje wodę jak lump Amarenę pod Biedronką i nie są to jej ostatnie słowa.

Nasiona owsa dzisiaj ułożyły się wygodnie w wilgotnej ziemi. Kiedy nasiąkną i nabiorą siły tak samo jak wszyscy w tym domu, będą parły niestrudzenie, wbrew przeciwnościom, ku górze, ku słońcu, ku wiośnie.

„Górka”

DSC08612.jpg

W latach osiemdziesiątych największą atrakcją na osiedlu Dziesięciny II była „górka”. Każde blokowisko miało taką górkę, którą usypywano z ziemi z fundamentów bloków i wieżowców. To, co się działo na tych górkach, kiedy tylko spadło trochę śniegu, przerasta wyobrażenia obecnych rodziców o tym, co to znaczy „iść na sanki”.

Na tych górkach przy Gajowej na Dziesięcinach, w parku przy Wierzbowej, na Rzemieślniczej, rodzice nie istnieli. Górki zimą były oblepione dzieciakami z sankami lub bez jak gówno przez muchy w ciepłe lipcowe południe.

Ileż tam wybito zębów, ile rąk złamano, ile tam wtedy było emocji i jak szybko górka pokryta śniegiem zamieniała się w górę pokrytą lodem wyślizganym tysiącem zjazdów i wspinaczek, na którą wspiąć się było trudniej, niż na K2 zimą!

Zauważyłem wczoraj, że na Białostoczku przez cały czas jest ta „górka”. Kiedyś zjazd kończył się majestatycznie w korycie Białki, dzisiaj – w ramach bezpieczeństwa chyba – zbudowano na przeciwko zjazdu z górki – „Orlika”. Więc nie wylądujesz w rzece, ale na atestowanej przez UE siatce. W zasadzie nie wylądujesz nigdzie, bo zimą nie pada tu już śnieg.