Prawdziwa ojczyzna

SONY DSC

To wszystko, co dla mnie najważniejsze, z każdym dniem rozjeżdża się na dwie strony.

To „wszystko” to moja ojczyzna.

Moja ojczyzna jest dla mnie wszystkim.

Nie jest moją ojczyzną państwo polskie, ani żadne inne. Żadnego państwa nigdy nie uznawałem za cokolwiek więcej niż niezależny od mojej woli aparat zapewniania mi różnych rzeczy, z których większość jest mi całkowicie niepotrzebna, aparat zakazujący mi różnych rzeczy, których sam bym sobie zakazał, gdybym uważał, że są dla mnie niepotrzebne.

Nie jest moją ojczyzną ten naród. Coraz bardziej wulgarny, skłócony, egoistyczny i nieskłonny do współpracy. Naród składający się z coraz większej liczby zapatrzonych w siebie cwaniaków, milionów znawców prawa, ekonomii i psychologii. Naród tłamszony całe wieki przez silniejszych, któremu wydaje się, że jest narodem wyjątkowym. Naród, który klęski obraca w zwycięstwa, bo zwycięstw nie osiągnął wiele. Nie jest moją ojczyzną naród złożony z dwóch plemion, dla których zwycięstwem nie jest porozumienie, ale zajebanie wroga i wrzucenie jego szczątków do rzeki.

Dzięki moim rodzicom, lekturom i mądrym nauczycielom zawsze byłem przekonany, że warto być przyzwoitym. Że warto pomagać ludziom w potrzebie, służyć życzliwością i wsparciem każdemu, kto tego oczekuje. Że taka zwyczajna przyzwoitość, szczerość i prawdomówność są jedynymi rozsądnymi rozwiązaniami w sytuacji wyboru.

Przez cały czas tak uważam.

Dlatego moja ojczyzna to nie jest Polska i to nie są Polacy.

Moją ojczyzną jest mój syn. Jestem pozbawiony możliwości towarzyszenia mu w jego codzienności, mimo usilnych starań. Zdobywam jednak z sukcesami kolejne przyczółki w walce o kilka bardzo konkretnych spraw, które na pewno wspólnie załatwimy.

Chcę poznać go w końcu z jego rodziną. Z jego prababcią, babcią, ciocią i siostrą cioteczną. Chcę pokazać mu swoje życie – miejsce, gdzie mieszkam i pracuję, miejsca, gdzie się wychowałem i gdzie się kształtowałem. Chcę pójść z nim na półgodzinny spacer i normalnie z nim porozmawiać. Chcę z nim spędzić normalny dzień, taki jak ojciec i syn powinni spędzać zawsze wtedy, gdy obaj mają na to ochotę.

Chcę go nauczyć, że warto posiadać własne zdanie i się go nie wstydzić. Że czasami warto popełniać błędy, aby potem wyciągać z nich wnioski. Że miarą sukcesu nie jest poklask tłumu i miliony monet na koncie, ale poczucie, że działa się w zgodzie z sobą i bez konfliktu ze swoimi bliskimi.

Moja wymarzona ojczyzna?

Powiem, że jestem w ojczyźnie, kiedy spotkam się z moim dorosłym synem, który będzie pewnym siebie, mądrym i poukładanym człowiekiem, kochającym całą swoją rodzinę i kochanym przez całą swoją rodzinę. Który przez całe swoje dzieciństwo i dojrzewanie będzie miał możliwość czerpania z miłości i doświadczenia wszystkich swoich bliskich. Który zamiast kłamstwa będzie cenił prawdę, a cwaniakom, oszustom i manipulatorom będzie potrafił skutecznie stawić czoła. Czy to nadstawiając drugi policzek, czy też wymierzając sążnistego prawego sierpowego w lewy podbródek.

Moja babcia ma dziewięćdziesiąt lat i dwa marzenia. Odwiedzić Ostrą Bramę w Wilnie i zobaczyć w końcu swojego prawnuka. Jedną z tych spraw na pewno załatwię w najbliższym tygodniu (nie mówcie jej o tym, to ma być niespodzianka!).

Malwy białostockie

SONY DSC

Szorstkość i zimna woń liści pelargonii rosnących na parapecie południowego okna w mieszkaniu moich dziadków przy Broniewskiego 8c jest moim najgłębszym wspomnieniem tego miejsca. Pelargonie rosły w donicach przy wyjściu na balkon. Pod parapetem babcia trzymała plastikowe baniaki na wodę. Pod parapetem chodziły też mrówki, które babcia tępiła octem wymieszanym z wodą.

Oślepiający blask słońca docierającego przez zasłonę i firankę do tego pokoju z balkonem, w którym zawsze było gorąco i duszno, gdzie były dywany z wizerunkiem Jezusa zawieszone na ścianach i gdzie był telewizor Rubin na honorowym miejscu wielkiej meblościanki wypełnionej zastawą i kryształami, z szufladą pełną smakołyków zamykaną na klucz, to moje najważniejsze wspomnienie mieszkania dziadków w bloku przy Broniewskiego 8c.

Z balkonu tego mieszkania można było po metalowych schodkach zejść do ogrodu, w którym babcia pielęgnowała ogórki, pomidory, koper, cebulę i pietruszkę. Przy płocie zawsze było miejsce na rabarbar i malwy. Zapach tych pelargonii, tego ogródka z wielkimi krzakami kopru, tych malw przerastających mnie o kilka głów i kwaśny smak tych zielonych truskawek ubabranych w piachu, które jadłem potajemnie w połowie czerwca to równie ważny, jeden z niewielu, przebłysków mojego dzieciństwa.

Moja druga babcia, mieszkająca na podlaskiej wsi, też ma przy płocie malwy. Malwy są przy prawie wszystkich podlaskich płotach. Malwy są przy wszystkich płotach domostw, w których mieszkają babcie.

SONY DSC

Te malwy zobaczyłem przejeżdżając przez Rybaki. Wieś ma kilkanaście domostw i leży kilka metrów od wielkiej tamy na Zalewie Siemianówka, który zbudowano 40 lat temu, zalewając kilka innych podobnych wsi z drewnianymi chatami i malwami przy płotach. Rybaki ocalały i teraz witają przypadkowych gości tymi obłędnymi malwami. Przypadkowych, bo nikt tam nie przyjeżdża, a jedyna droga kończy się ślepo przy tamie.

„Malwy białostockie” wymyślił poeta Stefan Kubiak, a rozsławił Czesław Niemen śpiewając wyjątkową piosenkę o Polsce. W zgiełku awantur, intryg, oszustw i niesprawiedliwości, tych wyłącznie moich i tych, o których wszyscy mówią na ulicy, najpiękniejszą Polską jest kraj begonii na balkonach, pelargonii w kolorowych ogrodach działkowych i malw przy wiejskich płotach.

 

 

Powoli

SONY DSCKilka minut przed osiemnastą spadła ulewa. Typowe, lipcowe, kilkuminutowe urwanie chmury. Jechałem samochodem i słuchałem piosenek Korteza.

Ulewa pozostawiła po sobie tęczę, trochę kałuż i wilgotny zapach. Chwilę potem po tym wszystkim nie było już śladu.

Kilkanaście minut później szedłem ogródkami działkowymi położonymi obok rzeki. Robiłem zdjęcia zmoczonym owocom jarzębiny, malwom i nasturcjom i pelargoniom.

Wypełzały spod płotów, liści bluszczu i rabarbaru. Z perspektywy metra osiemdziesięciu zdawały się nie poruszać. Dopiero, gdy klęknąłem nad nimi, zobaczyłem ich marsz.

Powolny, mozolny i prawdopodobnie skazany na niepowodzenie. Dyktowany instynktem przetrwania przez prymitywny system nerwowy, który nawet nie zareaguje, kiedy skorupka nadepnięta przez człowieka zniweczy okrutny wysiłek.

To, co się wydarza, nie napawa optymizmem. Szykuje się długotrwała walka o to, by mój syn mógł mieć ojca. Takiego który jest zawsze, kiedy dziecko tego pragnie.

Ta walka nie będzie wojną. Nie będzie ofiar. Nie będzie przegranych. Zwycięzca będzie tylko jeden. Zaprowadzę go do tego zwycięstwa tak, jak tego będzie chciał. Kiedy trzeba – na swoich plecach. A potem pójdzie sam.

Powoli.

 

Wiersz o koprze

Kto się Tobie oprze
koprze?
Kto się Ciebie wyprze
chytrze?

 

Białystok, Ogrody Działkowe im. Marii Konopnickiej, lipiec 2017 r.

Konfitura z poziomek, czyli o wszechstronnych korzyściach z bycia cierpliwym

Wspomnienia słodsze od wszystkiego

Pierwsze skojarzenie, jakie mam z poziomkami to upalne lato w Boćkach. Boćki są już za Bielskiem Podlaskim, ale jeszcze przed Siemiatyczami. Nieważne, i tak nie wiecie, gdzie są Boćki.

W Boćkach do tej pory mieszka moja babcia. Obok domu dziadków był duży plac. Rolnicy co roku zwozili tam buraki cukrowe. Poza okresem skupu buraków plac stał pusty, więc jeździliśmy po nich rowerami. Ci więksi – Ukrainami z ramą, ci mniejsi – Rometami albo Jubilatami. Po drugiej stronie placu był CPN, a za nim – mały lasek, gdzie zawsze rosły poziomki i maliny.

Z wypraw na poziomki wracaliśmy zawsze z nogami podrapanymi przez kłujące krzaki malin i ostów, poparzeni boleśnie pokrzywami, no i cali usmarowani poziomkami. Jedliśmy je łapczywie, prosto z krzaka. Te leśne poziomki były maleńkie jak jagody i słodsze od wszystkiego, co można znaleźć w lesie.

SONY DSC

Poziomki to esencja polskiego lasu. Ich kolor to wzorzec z Sèvres czystej czerwieni. Ich zapach to jedyny zapach, którego żaden producent syntetycznych zapachów nie potrafił dotąd podrobić. Poziomki to dzikie rośliny, które są arystokracją wśród dzikich roślin, bo choć skromne, niewielkie, skryte gdzieś pod liściem paproci, to zawsze emanujące nieskazitelną czerwienią, wyrazistym aromatem. Poziomki to skromne, nienachalne piękno, pojawiające się na ten niecały miesiąc, gdzieś między czerwcem a lipcem, a potem przez cały rok nieobecne i niecierpliwie wyczekiwane.

Polowanie na poziomki

Jeśli chcesz się wybrać na poziomki, koniecznie zabierz ze sobą jakiegoś grzybiarza. Na poziomki poluje się podobnie, jak na grzyby. Może być długo, długo nic. Może być niekończące się, nudne, zniechęcające łażenie od polany do polany, skutkujące pustym pojemnikiem po lodach. Grzybiarze są do tego przyzwyczajeni. Oni to lubią.

Kunszt grzybiarski przydaje się również wtedy, gdy już napotkamy na mieniący się słodką czerwienią niepozorny krzaczek poziomki, przytulony gdzieś tam pod liśćmi paproci. Wtedy działa się tak samo, jak z grzybami.

SONY DSC

Jeśli znaleźliśmy jeden grzyb lub krzaczek poziomki, to gdzieś w promieniu kilku metrów musi być drugi i trzeci. Poziomki, tak jak grzyby, kochają życie w małych stadach, ale w dyskretnym oddaleniu od innych poziomkowych skupisk. To tacy leśni Amisze.

Aby dostrzec sąsiadów upolowanej poziomki lub grzyba, należy zejść do jej, jego poziomu. W tym celu poszukiwacz powinien położyć się na poszyciu tak, aby jego oczy znajdowały się na poziomie kilkunastu centymetrów nad poziomem mchu.

Poziomek szukamy tam, gdzie jest słońce: na polanach, wśród upadłych drzew, na skraju leśnych traktów, przy szkółkach leśnych. Tam, gdzie ziemia jest dość ciepła i sucha, a słońce pozwala owocowi się rozwinąć.

Poziomki mają taki zapach, że równie dobrze możemy je wywąchać, jeśli się mocno postaramy.

Psychopoziomki

Poziomki z trudnych do zrozumienia powodów nie znajdują popularności w popkulturze. Na pewno można je znaleźć w opisach przyrody Elizy Orzeszkowej, ale nie znam nikogo, kto by czytał opisy przyrody Elizy Orzeszkowej.

Niewiele jest też osób, które pamiętają jeszcze niegdysiejszą gwiazdę tzw. „piosenki nylonowej”, nieżyjącą już panią Agatę Budzyńską. Zanim piosenkarka ta zatruła się na śmierć czadem na łódce w Giżycku, była w latach 90-tych gwiazdą festiwali piosenki poetyckiej, uwielbianą przez studentów w wyciągniętych swetrach i przetłuszczonych włosach.

Jednym z przebojów Agaty Budzyńskiej była piosenka „Na drugą stronę lasu” o miejscu, gdzie zawsze kwitną poziomki. Z zamierzeniu delikatny, sentymentalny tekst opowiadający o nieobecnych przyjaciołach, nabrał psychodeliczno-biesiadnego wymiaru po nagraniu go przez grupę Milano. W wykonaniu prekursorów polskiego disco-polu staje się ta oniryczna, sentymentalna, naiwna piosenka o poziomkach zapisem szalonej, biesiadno-narkotycznej wizji. Jest relacją amatora leśnych substancji, który po zjedzeniu nadmiernej ilości (poziomek?) doznaje odlotu, w których „mała Wiola tańczy na dłoni”, a „zielona Agnieszka maluje świat na zielono”. Podmiot liryczny zaprasza przyjaciół to tego świata, w którym (i tu już pojawia się fragment autentycznie piękny):

Jabłkowy poeta gubi swoje wiersze

A wiatr listonosz nieproszony

Roznosi je ludziom zamiast złych nowin”

Smak rozpływającej się w ustach poziomki jest krótkotrwałą, intensywną przyjemnością. Chwilowym wzmocnieniem przywołującym wspomnienia jak w głębokim, realistycznym śnie. Jest zapowiedzią dobrych nowin. Dlatego postanowiłem zachować cząstkę tych przyjemności na jesień i podarować ich trochę dla mojego syna, za którym teraz bardzo i cierpliwie tęsknię. Dlatego z tęsknoty za Małym, zabrałem mamę (jego babcia, która jeszcze bardziej za nim tęskni) do lasu. Przez kilka godzin, cierpliwie, zbieraliśmy najpiękniejsze, najbardziej pachnące poziomki, rosnące w najkorzystniejszych wizualnie miejscach Podlasia. A potem cierpliwie robiłem z nich przez trzy dni konfiturę.

SONY DSC

Jak robiłem trzydniową konfiturę z poziomek

Składniki na dwa średnie słoiki (albo trzy małe i jeden średni):

  • 0,6 kg leśnych poziomek
  • 0,6 kg cukru (ale to zależy od gustów)
  • cierpliwość

Od razu po przyjściu z lasu umyłem poziomki i odrzuciłem te niedojrzałe oraz te, które nieopatrznie zgniotły moje niezdarne łapska (konfitura ma składać się z w większości całych poziomek, aby zachować rozkosz przegryzania się przez delikatną powłokę do słodkiego wnętrza owocu). Poziomki cierpliwie osuszyłem na sicie, po czym zasypałem je połową cukru. Jako, że był wieczór, zmęczony łażeniem po lesie, poszedłem spać.

Drugiego dnia poziomki ładnie puściły sok, zachowując poziomkową integralność. Sycąc się tym widokiem, z pozostałego cukru i szklanki wrzątku zrobiłem syrop, wsypując pozostały cukier do gorącej wody i mieszając w garnku do rozpuszczenia. Odparowałem nieco wody i dodałem poziomki razem z sokiem. Gotowałem je na małym ogniu przez około 45 minut, co jakiś czas potrząsając rondlem (konfitury nie należy mieszać łyżką, bo owoce mogą się porozwalać). Zbierającą się na powierzchni pianę (im mniejszy ogień, tym będzie jej mniej), delikatnie zbierałem łyżką.

Po tym czasie konfiturę odstawiłem i odstawiłem na noc w spokoju.

Trzeciego dnia znowu podpalam ogień pod konfiturą i na bardzo małym ogniu powoli ją smażę. Substancja ma po pewnym czasie się zeszklić i zgęstnieć. Od czasu do czasu potrząsam garnkiem, żeby owoce i cukier nie przyklejały się do dna garnka. Kiedy woda odparuje na tyle, że konfitura stanie się ciemna i spodoba się jej przylepianie do dna garnka, gaszę ogień.

Na koniec gorące owoce ostrożne wkładam do czystych słoików, zakręcam szczelnie i odstawiam do góry dnem do ostygnięcia.

Teraz stoją sobie na dnie szafki z przetworami, czekają cierpliwie na Małego i na chłodniejsze dni.

SONY DSC

Bób mi świadkiem: nieczystość jest OK, czyli o tym, jak kisiłem bób i rzodkiewkę.

SONY DSC

Pochwała nieczystości

Nie wszystko, co pyszne i zdrowie, musi być sterylne. Przeciwnie, czasami bakterie, procesy fermentacji i rozwijania się mikroorganizmów, wszystko, co uważa się za złe i trujące w kuchni, jest źródłem wielu przyjemności smakowych i zapachowych. Nie mówiąc już o krzepie i odporności.

Od lat pozostaję w przekonaniu, że wszechobecne wśród dzieci alergie, chroniczne anginy i ogólna zdrowotna mizeria smarkających teraz bez przerwy smarkaczy wynikają ze zbyt wysokiej sterylności, jakiej je non stop poddajemy. Zalew niezwykle wydajnej chemii z Zachodu, którą polewamy łazienki, kible i kuchnie całkowicie pozbawione od wtedy brudu, powoduje, że w ślad za nią napływają do nas tony leków, suplementów leków, i innego świństwa.

Lipiec 1986 lub 1987 roku. Biegnę piaszczystą ścieżką spóźniony za kolegami zdążającymi na plażę w Poddębiu z wręczoną mi w ostatniej chwili przez mamę kanapką z pasztetową. Czując na dziecięcych policzkach zapach zbliżającego się morza potykam się o wystający z tego piasku korzeń sosny, a trzymana przeze mnie kanapka majestatycznie ląduje w tym letnim, gorącym piachu, pełnym igieł, szyszek, zdechłych żuków i dżdżownic. Delikatnie przecieram pasztet o nogawkę krótkich spodenek w kolorze khaki, umazanych żywicą, a po zejściu na plażę opłukuję kanapkę w słonej, pełnej wodorostów morskiej wodzie.

To była najlepsza kanapka z pasztetem, jaką jadłem w życiu.

Ach, przypomniałem też sobie właśnie tzw. „fenomen słonych paluszków”! Dlaczego te, które spadły na podłogę smakują zawsze lepiej?

Dzieci uwielbiają brud. Dzieci nie są głupie. Brodzą w kałużach. Wkładają do buzi znalezione przypadkowo przedmioty. Zajadają się żarciem, które przypadkiem lub celowo spadło z talerza na podłogę. Ci ich przodkowie, którzy chętnie obcowali w dzieciństwie z brudem (oczywiście w umiarze), okazywali się potem bardziej odporni na poważne zagrożenia układu odpornościowego. Tak mówią mądrzy ludzie, a ja się z mądrymi zgadzam.

Peklado – la procezo de universala (epo)

Zwykło się u nas mówić, że jak kisić, to tylko kapustę i ogórki. Nic bardziej mylnego – kiszenie to świetny, tradycyjny, uniwersalny sposób na długotrwałe przechowywanie wszelkiej prawie żywności, znany nie tylko w Polsce. Nasi sąsiedzi ze Wschodu kiszą prawie wszystko: na Litwie kisi się pomidory, marchewkę, w Rosji i na Białorusi – paprykę. W tym ostatnim kraju popularne jest kiszenie na zimę jabłek w wielkich beczkach. Kisi się również grzyby. Szwedzi kiszą śledzie, a Norwegowie – pstrągi.

Istotą kiszenia jest umożliwienie składnikom kiszonki, by w sposób wolny, bez skrępowania i wymyślonych przez człowieka i naturę przeciwników korzystały z tego, co fruwa w powietrzu, przemieszcza się w ogórku, siedzi gdzieś w korzeniu. Kiedy to „coś” trafi szczęśliwie do przygotowanego zawczasu roztworu, dokonuje się cudowne dzieło fermentacji, w którym dostarczone przez człowieka składniki takie jak chrzan, czosnek, koper, gorczyca i, last but not least, sól, pełnią tylko rolę strażników pilnujących, by złe bakterie nie przeszkadzały tym dobrym.

SONY DSC

W tenże sposób, wymyślony nie przez jakiegoś cudownego geniusza, ale stworzony tysiącami prób i błędów wielu pokoleń, próbujących ulepszyć ów przepiękny proces, mamy dzisiaj prosty sposób, by z dowolnego, dostatecznie twardego warzywa lub owocu, zrobić kiszonkę i z powodzeniem dla podniebienia i samopoczucia korzystać z jego dobrodziejstw przez cały rok.

Jest wiele ludowych przesądów dotyczących kiszenia. Wszystkie one zdają się być swoistymi „zaklęciami” mającymi na celu odwrócenie uwagi od sedna tajemnicy kiszenia sprowadzającego się do słów: „pozwólmy przyrodzie działać”.

Dlatego mówią, że sól do kiszenia musi być niejodowana (bez znaczenia), że słoik musi być wyparzony (wyparzcie też koniecznie ogórki, heh), a woda przegotowana. Już widzę tych arcymistrzów kiszenia ogórków z Kruszewa nad Narwią, jak przegotowują wodę przed zalaniem!

W tym roku sezon na kiszenie rozpocząłem od rzodkiewek i bobu.

Jak zrobiłem kiszone rzodkiewki

Składniki na trzy średnie słoiki:

  • trzy pęczki dość twardej i zdrowej rzodkiewki
  • sól (jedna łyżka na litr zalewy, może być niejodowana)
  • kilka ząbków czosnku
  • duża gałąź kopru
  • kawałek korzenia chrzanu
  • gorczyca
  • woda (może być przegotowana)

Rzodkiewki pozbawiłem liści i opłukałem wodą ze studni. Ogonki zostawiłem (pomagają w wyławianiu rzodkiewek ze słoika). Do około litra wody (może być przegotowana) wsypałem i rozpuściłem łyżkę soli. Na spód umytych słoików położyłem koper, po ząbku czosnku i kawałku chrzanu. Następnie powkładałem niezbyt ściśle rzodkiewki, zalałem słoną wodą, a na wierzch położyłem znowu koper, chrzan i czosnek. Dosypałem gorczycy, upewniłem się, że nic nie wystaje ponad poziom morza i zamknąłem.

Po trzech, czterech dniach przebywania w umiarkowanie chłodnym, najlepiej zaciemnionym miejscu, rzodkiewki pięknie oddadzą swoją czerwień i staną się lekko różowawe. Wtedy można je wcinać. Świetnie smakują jako dodatek do obiadu, dokładnie tak, jak kiszone ogórki. Kiszenie łagodzi ich rzodkiewkową ostrość i nadaje pięknego koperkowo-chrzanowego zapachu.

SONY DSC

Jak ukisiłem bób?

… w zasadzie tak samo, jak rzodkiewki, z tym, że bób dobrze jest przed włożeniem do słonej wody lekko obgotować. Tutaj wzorowałem się na tym przepisie przysłanym mi przez koleżankę Kasię (dziękuję). Do rzeczy:

Składniki na dwa półlitrowe słoiki:

  • kilogram bobu, króla warzyw
  • sól (jedna łyżka na litr zalewy, może być niejodowana)
  • kilka ząbków czosnku
  • duża gałąź kopru
  • liść laurowy
  • kawałek korzenia chrzanu
  • gorczyca
  • woda (może być przegotowana)

Bób opłukałem wodą ze studni, wrzuciłem do wrzącej wody i gotowałem 5-10 minut, w zależności od wieku bobu, do momentu osiągnięcia przez niego stanu al-dente. W tym czasie przygotowałem litr wody (może być przegotowana), do której wsypałem łyżkę soli (może być niejodowana). Na spód słoików położyłem liście kopru, chrzan i czosnek. Włożyłem do środka odsączony bób. Na górę położyłem znowu koper, chrzan, czosnek i liść laurowy. Dolałem osolonej wody tak, aby nic nie wystawało, szczelnie zamknąłem słoiki i odstawiłem w ciemne miejsce.

SONY DSC

Po kilku dniach kiszony bób powinien być ukiszony i gotowy do jedzenia.

Wilgoć

SONY DSC

Lato jest świętem zapachów. Teraz zapachy są ważniejsze, niż światło, a światło jest przecież najważniejsze. Kiedy lato jest suche,  wtedy jest słomkowym zapachem spłowiałej, rozsypującej się w dłoniach trawy.

Jest zapachem piasku pomieszanego z pyłem opon samochodowych na poboczu drogi krajowej, przy której stoi chłopiec z plecakiem, w kapeluszu i z kartonem z napisem „byle dalej”.

Teraz lato jest mokre, a woda jest już tylko zapachem. Zapach wilgoci przełomu czerwca i lipca ma w sobie delikatną, świeżą wilgotność majowej burzy i ciężkość cuchnącej starą liściastą zgnilizną październikowej, depresyjnej mżawki.

Chodziłem po lesie, kiedy zbierało się na deszcz. Burzę spędziłem w aucie. Potem pojechałem na ogródki działkowe ukraść trochę czereśni, ale tylko patrzyłem na mokre liście i krople, które z nich spadają.