Skaza lekko przydługa

Jednym z moich noworocznych postanowień było przeczytanie pięćdziesięciu dwóch książek w tym skłaniającym się już ku końcowi roku. Dużo? To jedna książka na tydzień. Jeśli przeciętna książka liczy – szacujmy na wyrost – 400 stron, wychodzi około 50 stron dziennie. To maksymalnie godzina czytania.

Stephen King powiedział kiedyś, że podstawowym warunkiem dobrego pisania jest czytanie. Czytanie przez co najmniej jedną godzinę dziennie. Nie jest to cel trudny do osiągnięcia, nawet dla pracujących 16 godzin na dobę. Dzisiaj czytać można wszędzie.

Takie ilościowe podchodzenie do czytania uważałem kiedyś za zbrodnię. Dziś uważam, że to świetna technika samodyscypliny i w miarę łatwy sposób na spełnienie choćby jednego noworocznego postanowienia.

W tym roku nie uda mi się osiągnąć tych magicznych pięćdziesięciu dwóch książek.

Poza mną i moim brakiem rutyny, jednym z winowajców tej porażki jest pisarz Robert Małecki i jego kryminał pod tytułem „Skaza”.

Zazwyczaj książki, które są grube i jednocześnie nudne, porzucam, nie chcąc dać się zepchnąć w obce mi praktyki masochistyczne.

Walcząc o wyrobienie swojej normy, posiadając w wyrobieniu tej normy spore zaległości, wziąłem się za „Skazę”. I tak brnąłem rankami i wieczorami w wielowątkową, skomplikowaną, przepełnioną szczegółami hobby polegającego na malowaniu mikroskopijnych modeli motocyklów, kryminalną opowieść.

Rzecz dzieje się w jakimś totalnym wygwizdowie. O tym, że istnieje takie miasto, jak Chełmża, dowiedziałem się dopiero tydzień temu, z tej książki. Bohaterem jest facet nudny jak flaki z olejem (nawet klamki nie nosi, a jak nosi, to nie strzela). Nie dostaje w mordę, sam nie daje w mordę. Raz na pięćdziesiąt stron coś krzyknie, ale jak już krzyknie do kobiety, to zaraz ją przeprasza. Kiedy wraca do domu po robocie, to pije herbatę (brakuje jeszcze maślanych herbatników) i maluje miniaturowe modele motocyklów. Nie ma śmiałości do podrywających go bibliotekarek. Bibliotekarek, bo jakie kobiety poza bibliotekarkami mogłyby się zainteresować podstarzałym gliną jeżdżącym zdezelowanym Golfem?

Fabuła się memła. Małecki próbuje dość nieudolnie szukać szczegółu, konkretu miejsca tzw. „akcji”. I człowiek, jak ten Maklakiewicz na polskim filmie, chciałby – po prostu – odłożyć tomisko na bok i zająć się kolejnym Remigiuszem Mrozem.

A jednak brnie. Brnie z szacunku nie do autora, bo do autora żywi pretensje o zmarnowany czas. Brnie z szacunku do własnych – wydawałoby się – zmarnowanych – pieniędzy.

A na koniec dokonuje się cud. Wszystkie te na pozór bezsensowne wątki splatają się w logiczną całość. Całość logiczną, lecz nieoczywistą. I wszystko nabiera szybkości błyskawicy.

Jeśli mają Państwo ochotę na mozolne, długie, kopanie rowów z ekscytującym zakończeniem, to polecam tego cwaniaczka. Przez większość czasu będziecie jedli rozgotowany budyń, a na deser dostaną Państwo solidną porcję Carolina Reaper (1,57 mln SHU).

Nuda – podlaska wartość dodana

Moje darmowe Spotify nadaje tylko jedną reklamę. Proponuje wzięcie udziału w eksperymentalnej terapii przeciwko depresji.

Skąd Spotify wie, że zmagam się z tym świństwem?

Możliwe, że Spotify sprawdza muzykę, której słucham. Dobrze, niech sprawdza.

Niech sprawdzi też moje lokalizacje. Moje ukochane, jesienne szwendania się po podlaskich uboczach.

Niech Spotify zda sobie sprawę, ile rozkoszy sprawiają mi bezcelowe, spontaniczne wycieczki.

Niech sprawdzi, gdzie wczoraj jeździłem.

Niech algorytm – bo nie wierzę, że analizują to ludzcy specjaliści – zobaczy pełną tirów wylotówkę na Warszawę. Przed mostem na Narwi niech zjedzie w prawo, gdzie na skrzyżowaniu można skręcić znowu w prawo – na rozciągnięte wzdłuż Supraśli Dzikie, albo w lewo – ku (notabene), Choroszczy.

Miasto jest nudne. Było ciekawe i dzikie, dopóki nie zalano go asfaltem i kostką brukowaną. Dopóki nie zbudowano tandetnego rynku z obrzydliwą fontanną na środku.

Uciekam więc z Choroszczy w kierunku trasy na Kruszewo, starego traktu kończącego się zerwanym mostem nad Narwią. Przejeżdżam prosto i lecę na Zaczerlany nad rzeką Niewodnica. Rzeka „Niewodnica” – śliczne.

W Zaczerlanach mijam pomnik ku czci ocalenia z zamachu cara Aleksandra III. Opiekują się nim ludzie tutejszego ośrodka Monaru. Kiedyś miejscowi – sądzący, że HIV rozprzestrzenia się przez powietrze – chcieli ten budynek podpalić. Uciekam więc z Zaczerlanów.

Docieram do skrzyżowania, z którego można skręcić w prawo do Topilca – magicznie odosobnionego miejsca, gdzie droga również kończy się ślepo na Narwi. Znowu w lewo. Droga z Zawadów w kierunku Niewodnicy Kościelnej jest jednocześnie przeraźliwie nudna i piękna. Wchodzę tam na chwilę w brzozowe sosny, ale nic tam nie ma.

Wracam przez Klepacze, które są moją zwyczajową drogą powrotną od Syna. Do Syna jeżdżę przez Kleosin.

Brzoza Syna Jesienią

Najlepsza brzoza syna rośnie pod moim blokiem w alejach Piłsudskiego.

Lubię Ją nie tylko jesienią.

Powtarzanie

Moje paciorki modlitewne są zawieszone na moim życiu.
Nie można mi pominąć żadnego koralika:
Czasami koralik jest ziarnem. Lub kością.
Lub żadem. Lub zaschniętą krwią. Lub nasieniem. Lub kryształem.
Lub zgniłym drewnem. Lub reliktem mędrca. Lub złotem.
Lub szkłem. Lub pryzmatem. Lub żelazem. Lub gliną. Lub
okiem. Lub jajkiem. Lub łajnem. Lub piłką. Lub
kamieniem. Lub gruszką. Lub pociskiem. Lub bańką.
Lub ołowiem. Lub czystym światłem.
Bez względu, czym jest kolejny paciorek, muszę go policzyć,
Wykonywać codzienne wyrzeczenia.
Powtarzać. Powtarzać. Powtarzać.
Aż powtarzanie stanie się trwałością.

Ludzie rzadko rozumieją siłę powtarzania. To, co jest powtarzane raz po raz, w kółko, może stać się trwałością; to, co się dzieje tylko raz, rzadko pozostaje trwałe. Jeśli rolnicy nie zajmują się swoimi uprawami codziennie, nie mogą oczekiwać na zbiory. To samo dotyczy praktyki duchowej. Wielkie deklaracje i efektowne inicjacje nic nie znaczą. Ważne jest codzienne, konsekwentne, życie duchowe. Nasz postęp może być na pewnych etapach nudny, a na innych spektakularny. Musimy zaakceptować każdy z nich. Każdy dzień musi być połączony z kolejnym, nawleczony na długą linię modlitewnych paciorków.

W życiu nigdy nie wiesz, ile paciorków już policzyłeś, jak również ile jest jeszcze przed tobą. To, co się liczy, to trzymanie w dłoni tego, który do ciebie przychodzi i wzięcie sobie do serca duchowego znaczenia tej chwili.

Deng Ming-Dao „365 Tao: Daily Meditations. Chapter 226 – Repetition”, tłum. własne

Człowiek przemieniony w wilka

Przeczytałem to łapczywie w ciągu jednej doby. Wzruszająca, prosta i konkretna literatura. Jak u Hemingwaya. W zasadzie bez żadnej sensacyjnej akcji. Bez żadnej konkretnej fabuły.

Na pierwszy rzut oka – nuda.Opowieść o dobrych i złych ludziach uwikłanych w spory między dwoma mocarstwami, lecz przede wszystkim doskonała książka obyczajowa.

Książka o obyczajach Wileńszczyzny czasów wojny. O żołnierzach, chłopach, mieszczanach, złodziejach, artystach, intelektualistach, Żydach, Białorusinach, Rosjanach i Polakach.

Lecz, przede wszystkim, jest to książka o przyzwoitości i o łaknieniu wolności.

Poza jakimikolwiek ideologiami.