Brzoza mojego syna

Brzoza mojego syna. Gdy ją przesadzaliśmy z sąsiadami, sięgała mi najwyżej do szyi, a mały był jeszcze w brzuchu mamy. Przeniosłem ją z balkonu widocznej na zdjęciu, mojej kochanej żydowskiej kamienicy Rejzli Wajnrach. Typowa samosiejka. Teraz sięga już moich okien. Sąsiedzi uwielbiają to drzewko, a ja za każdym razem, gdy wchodzę lub wychodzę z klatki myślę o tym moim małym mądrym, przystojnym i cierpliwym gówniarzu, o którego prawa od ponad dwóch lat walczę.

Codziennik 178 – Ivy

„Never kidnap a boyfriend because the last kidnapper was killed and dropped”, powiedziała mi dzisiaj tę sentencję uroczo zazdrosna Ivy w języku cebuańskim. W oryginale brzmi to mniej więcej tak: „yaw gyud pangilog ug uyab kay ang last nga nangilog gipatay raba ug gihulog”. Uwielbiam ten język.

Codziennik 177 – Jednak można

Można mimo wszystko cieszyć się życiem. Czerpać radość ze spaceru po lesie. Doceniać piękno przyrody. Być usatysfakcjonowanym z ładnej pogody. Jarać się każdą znalezioną kurką. Mogą nie boleć plecy. Można cieszyć się maszrumingiem. Dzięki, mamo, dzięki, Ivy

Codziennik 176 – Podlaskie Defto

Byłem dzisiaj tuż przy ruskiej granicy na pogrzebie mojego nieco starszego znajomego, który stworzył pismo literackie, które ukształtowało mój gust literacki. Trzymałem się z boku, bo za dużo tam było żyjących jeszcze znajomych, a znajomi to są ostatnie osoby, z którymi chce mi się rozmawiać i spotykać. Nie miałem żadnych głębszych emocji związanych z pogrzebem. Miałem natomiast głębokie i ekscytujące emocje podczas podróży powrotnej, gdy patrzyłem, jak pięknie jest za oknem. I przypomniał mi się ten teledysk o tych okolicach. I zapragnąłem zabrać Ivy na taką podróż, jak na tym absolutnie oszałamiającym teledysku. I jestem pewny, że Ivy poczuje klimat podlaskiego defto.

Codziennik 175 – Ogródek

W ubiegłym roku moje mozolne próby założenia przyblokowego ogródka były co dwa tygodnie ukrócane piłą elektryczną przez okrutnych, debilnych kosiarzy trawy. W tym roku w końcu dopadłem jednego z tych typów i najzwyczajniej, dosłownie, nie w przenośni, zbiegłem i dałem mu sążnistego kopa w dupę oraz przekazałem kilka karalnych prawdopodobnie gróźb (powiedziałem grzecznie, że jeśli jeszcze raz zniszczy moją pracę i moich sąsiadów, to mu łeb rozpierdolę) . Chyba przemówiłem do jego skromnego rozsądku, bo już nie zbliża się ze swoją maszyną do mojego ogródka. A ogródek rośnie i zielenieje. Jeszcze nie kwitnie, ale na to przyjdzie czas.