Brzoza

78f2b36921745bc9e412ee7cbb58155eresrelease2_apple1

Brzoza, którą posadziłem mniej więcej w tym czasie, kiedy część mnie połączyła się z częścią jego mamy, ma się zaskakująco dobrze. Sięga już pierwszego piętra i to nie jest jej ostatnie słowo. Mimo obsikiwania jej przez psy i koty różnej maści i towarzyszenia przyblokowym posiadówom przy ruskim szampanie, rośnie dumnie, wita mnie każdego dnia, kiedy idę do pracy i gdy z niej wracam. Tak samo, jak radośnie wita mnie on, kiedy dostaję te strasznie krótkie dwie godziny tygodniowo kontaktu z synem. Tym samym on i ona dają mi energię do codziennych starań o jego dobro.

Im jest się starszym, tym ważniejsze stają się gesty i symbole, a także pamięć o gestach i symbolach, które zdarzyły się kiedyś, bo tylko one zostają. Dawne żale i pretensje do bliskich przestają mieć znaczenie, jeśli kochasz ich na tyle, by przebaczyć i pamiętać tylko te dobre rzeczy, które cię z ich strony spotkały. A ludzi, którzy okazali się niegodni twojego zaangażowania, miłości, troski czy sympatii, bez cienia złości, odwetu czy zawiści, odsuwasz ze swojego życia, tak jak odsuwa się wózek w maszynie do pisania, aby zacząć kolejny wiersz.

Brzoza to drzewo symbolizujące spokój i wytrwałość, mimo przychodzących co jakiś czas wichur, burz i niepokojów. Wtedy to był przypadek, ale teraz wiem, że brzoza to jedyne drzewo, które mogłem posadzić dla mojego syna. Ta, która stoi przed moim oknem, jest już na tyle silna, aby znieść poważne wichry. Ja też.

Brzoza to najpiękniejsze polskie drzewo. Silne, dumne, wyrastające tylko tam, gdzie grunt jest godny, by je podnieść ku górze.

Jesień jako zmysłowa rewolucja

IMG_8501.jpgJeszcze lato, ale nadchodzącą jesień można rozpoznać po kilku symptomach somatycznych i kilku symptomach psychicznych. Wśród tych pierwszych literatura przedmiotu wymienia zwiększoną wrażliwość organów zmysłowych.

Czyli, mówiąc językiem ludzi, jesień to rewolucja zmysłów.

Węchu, bo to już przecież zapach zimnego, wieczornego wiatru, woń gdzieniegdzie już gnijącej zieleni, tłusto-mleczny aromat krów spędzanych z pola na dojenie, banalnie oczywisty zapach suszonych grzybów, a także mniej oczywisty zapach octu do marynat w całym mieszkaniu.

Kolory nabierają masy. Mięty, pistacje i seledyny ustępują miejsca malachitom, gniłościom, dojrzałym, zbrązowiałym zieleniom. Słońce staje się bursztynowe, a niebo – krwistoczerwone.

No i wreszcie słucha się piosenek, których słuchało się poprzednich jesieni, bo teraz wracają one ze zdwojoną siłą. Wraca się do piosenek po polsku, bo tylko w tym języku da się powiedzieć cokolwiek o jesieni.

Zamiast chłodnika chce się barszczu czerwonego, polędwicę sopocką zastępuje się plastrem słoniny, no i zimne piwo nie smakuje już tak dobrze, kiedy po długiej podróży nad morze kupowało się zimnego lagera w oszronionej puszce i piło siedząc na plaży uważając, aby nie wyślizgnęło się z rozgrzanych rąk robiących ze szronu wodę. Teraz zamiast piwa pije się podpiwek i szwęda po miejscach, które przypominają o tych kilku dobrych jesieniach.

IMG_8521.jpgWybrałem się dzisiaj na samotną przejażdżkę trasą, na którą wcześniej zabierałem dziewczyny dla mnie ważne, aby pokazać im kawałek odkrytego przeze mnie świata, świata nie istniejącego w przewodnikach. A jeśli istniejącego, to przedstawiają go tam fałszywie.

To prosta jak drut leśna droga od mostu w Strękowej Górze do miejsca, gdzie podmokły las ustępuje rozległym po horyzont biebrzańskim bagnom. Nazywają ją „Carska Droga”, o czym dowiedziałem się kilka lat po tym, jak myślałem, że odkryłem właśnie podlaską Amerykę.

IMG_8487Na początku jedzie się lasem podwyższoną asfaltową groblą. Po po obu stronach rosną drzewa na podmokłym terenie pełnym powalonych konarów, mokradeł, strumyków i bagien. Z obu stron wybiegają co chwilę łosie, zające, jelenie, żbiki i rysie, zaglądając z ciekawością do wnętrza auta, ocierając się zalotnie o boczne lusterka. Klakson wzbudza w nich widoczną radość, bo gdy się go użyje, skaczą radośnie do góry, wierzgają kopytami wystawiają języki, machają ogonkami i proszą o więcej. Mokrymi noskami ocierają się o reflektory auta, a gdy da się je ominąć, biegną radosnym stadem za samochodem, pozdrawiając serdecznie. Towarzyszą im chmary bocianów, orlików, batalionów i żurawi. Kiedy byłem z nią tam ostatni raz, mały borsuk skakał radośnie do okna od strony pasażera, a ona przesłała mu przez szybę sążnistego buziaka.

Potem minęliśmy dom, w którym nikt nie mieszka. Drewniany dom z czerwoną dachówką w samym środku lasu z pięknymi jabłoniami, gruszami, śliwami wokół i winoroślami oplatającymi okiennice. Kiedy zapytałem starca w sklepie w Laskowcu, o co chodzi z tym domem, odpowiedział:

– Nie wiem, panie. Nikt nie wie. Jednego dnia jechałem na grzyby – domu nie było. Wracałem z koszykiem – dom stał. Pomalowany, z zasłonkami, sadem, przyciętą trawą. Nikt nie wie, kto tam mieszka. Nie jeżdżę już tam na grzyby…

IMG_8491.JPGDotarliśmy do tej drewnianej kładki, którą idzie się pół kilometra w sam środek bagien. Kompletnie nie pamiętam, o czym wtedy rozmawialiśmy. Być może milczeliśmy, być może wsłuchiwaliśmy się w feerię ptasich odgłosów ze wszystkich stron. Być może trzymaliśmy się za ręce, być może złośliwie spychaliśmy się w te bagna, które wciągają na dziesięć metrów wgłąb do piekła. Nic nie pamiętam.

Na końcu tej kładki jest ławeczka. Pamiętam, że jak dochodziliśmy tam i siadaliśmy, to zawsze była dziewiętnasta i zachód słońca. One zawsze patrzyły na ten zachód słońca i mówiły „ale tu fajnie”. A ja zawsze się uśmiechałem i odpowiadałem: „fakt… to co, wracamy”?

Karetka Mietka i inne wiersze

IMG_20151128_181338 (1)

W pewnym momencie osiąga się taką subtelną umiejętność odróżniania spraw, w których ważna jest taka buddyjska dbałość o szczegół, planowanie i wkładanie to, co się robi, serca, mózgu i wątroby od tych wszystkich spraw, na które życie jest za krótkie.

Dlatego przestaje się czytać gazety, dramatycznie ogranicza czytanie książek i blogów – przeróżnych sprawozdań z cudzych żyć, które nigdy nie będą miały nic wspólnego z twoim życiem.

Przystępując do kolejnych zadań, zaczyna się oceniać, na ile zwiększają one zasoby szczęścia, pieniędzy, przyjemności i estetyki, nie mówiąc już o doznaniach własnych, bo one już dawno zeszły na drugi cel w życiu, którego cel jest tylko jeden.

– No, weź, poczytaj mi – mówi w tym swoim małym języku, który polega na podsuwaniu mi bezgłośnie jednej z setek kilkustronicowych książeczek z twardymi kartkami, nie rwącymi się pod mocarnymi palcami siedemnastomiesięcznego brzdąca. Karetka Mietka, Wesoły Piesek, Śmieciarka Jarka, Koparka Marka, ale przede wszystkim, best of the best, wiersze wszystkie Brzechwy.

Wtedy staję się Tomaszem Knapikiem, Krystyną Czubówną, Maciejem Gudowskim i Lucjanem Szołajskim w jednym. Mój głos staje się miękki, aksamitny i donośny. Uważnie akcentuję sylaby. Przepona pracuje jak szwajcarski zegarek. Poszczególne głoski łączą się w słowa, a słowa w zdania w sposób przemyślany i świadomy. Mówiąc jeden wers wiersza Brzechwy o rzeżusze myślę o tym, jak wypowiedzieć kolejny.

Mój syn uwielbia przewracać kartki książki i uwielbia, jak mu się czyta. A jego mama i ja lubimy mu czytać. To jedno z tych zajęć, do których podchodzę z największą pieczołowitością. To jedno z tych zajęć, które robiąc dla dziecka, przypominasz sobie ten etap własnego dzieciństwa, którego nie masz prawa pamiętać.

Szorty, letnie wrzosy i starzec w lesie

SONY DSC

Pojechałem dziś do Bielska Podlaskiego – miasta, z którego wyprowadzili się już wszyscy poza starcami i dziewczętami w dżinsowych szortach.

Pozostali zamieszkali na białostockim osiedlu Nowe Miasto, bo „nowocześnie i blisko do centrum”. Zapomnieli, że centrum Polski jest w dziesiątkach takich bielsków podlaskich, a to miejsce, do którego się przenieśli, będzie niebawem miejscem, z którego będą chcieli uciec. Chyba, że nigdy nie dorosną.

Tymczasem przy dziewiętnastce z Białegostoku do Bielska jest miejscowość Ryboły, gdzie każdego lata mieszkańcy wychodzą na szerokie pobocze i sprzedają to, co wykopali z ziemi, opielili, podlali, zerwali z krzaka, albo co spadło z drzewa na trawę. Kobiety w kolorowych chustkach na głowie siedzą na ławeczkach przy płocie i czekają na to, aż ktoś się zatrzyma.

Na bielskim rynku przy Mickiewicza podobni starcy z tych miejscowości, do których dojeżdżają PKS-y z Bielska, handlowali dziś jagodami, grzybem, cukinią, pomidorami, mlekiem, jajkami, bimbrem i rabarbarem. Ostatni raz widziałem taki targ w Syhocie Marmaroskim, na granicy rumuńsko-ukraińskiej w 2007 roku.

Zaraz obok, po bielskim rynku, paradowały wesołe lolitki z lodami Soprano w tych ich delikatnych rączkach. Każda z nich miała na sobie te krótkie szorty. Nie widziałem dziś w Bielsku dziewczyny w czymś innym niż dżinsowe szorty. Cały Bielsk był dzisiaj rajem dla pedofilów i marzeniem domorosłego onanisty.

SONY DSCPo zakupach w Kauflandzie, gdzie ulotkę o promocji wręczyła mi ruda dziewczyna w szortach, a na kasie stała szatynka w szortach, na mięsie stała blondynka w szortach, a sery wykładała brunetka w szortach, przejechałem tory i pojechałem do Augustowa.

W Augustowie nie ma niczego ciekawego, poza pomnikiem jakichś pomordowanych, ale kilkaset metrów za Augustowem jest przy szosie kierunkowskaz z napisem cyrylicą. Cyrylicy nie znam. Dlatego tam skręciłem.

Jedzie się najpierw przez pole, a potem wjeżdża się do lasu. I jedzie tym lasem po wertepach, gdzie o celu informują wyłącznie zrobione z ofoliowanego papieru kierunkowskazy zawieszone na drzewach. Potem się skręca raz i drugi i dojeżdża do metalowego ogrodzenia z pordzewiałą, zieloną bramką.

Zwykły sosnowy las, ścieżka, i po prawej spora polana z wysokim prawosławnym krzyżem i dwoma grobami. Kilka kroków dalej – brzydka, jakby ociosana niedbale przez architekta cerkiewka z ocynkowanym drzwiami.

– Pojechałem za znakami – odpowiedziałem starcowi w starym drelichu z foliową torbą w ręce, który pojawił się ni stąd, ni zowąd, podszedł do mnie i popatrzył tak, że od razu zrozumiałem, czego ode mnie chce.

– Prawdziwki obrodzili. Grzyby zbierać. Tamoj dobry las jest na prawdziwki, za płotem – odpowiedział, a ja szybko i trafnie przetłumaczyłem to na „spierdalaj”.

Był  stary, zmęczony, mały i wysuszony. Miał zapadnięte oczy i dwutygodniowy zarost. Masa i siła przemawiały za mną. Popatrzył jednak na mnie tak, że, nie mówiąc nic, odwróciłem się i spierdalałem.

Spierdalałem spokojnie, spacerkiem, ale zdecydowanie i z determinacją.

SONY DSC

Wsiadłem do auta i wróciłem na główną. Szosy błyszczały tego dnia podgrzaną wielodniowym upałem wodą w koleinach, a asfalt był ciemnoniebieski. Zieleń przełomu lipca i sierpnia miała te ostatnie ślady wiosennej soczystości, które są już śladami, bo sierpień i jesień już blisko, potem święta, jedne, drugie, kolejka do lekarza geriatry i wykup ostatniej kwatery w życiu. Przemijanie.

Poczułem głód. Szukałem miejsca, gdzie mogę coś zjeść. Mijałem Wyszki. W oddali górował kościół. Przed znakiem końca miejscowości zauważyłem rdzawoczerwony neon „Restauracja Wrzos”. Jednokondygnacyjny gierkowski klocek z betonu. Weranda i kilka okien. Zatrzymałem się na piaskowym parkingu, założyłem klapki, włożyłem do kieszeni portfel i wysiadłem z auta.

SONY DSC

Aby dostać się do środka, musiałem przedrzeć się przez sięgające mi do czoła krzaki i krzewy porastające posesję. Wszedłem na taras po zmurszałych schodach i otworzyłem drzwi. Przywitał mnie wzrok dwóch łysych, dobrze zbudowanych trzydziestoletnich mężczyzn w kusych podkoszulkach siedzących przy jednym z dwóch stolików. Towarzyszyła im na oko dwudziestolatka, ubrana w szlafrok i klapki, farbowana blondynka z różowymi tipsami, makijażem do snu, przestraszona moją obecnością. Mężczyźni popatrzyli na mnie tak samo, jak ten starzec w lesie. Ich wzrok mówił jasno i wyraźnie: „spierdalaj”.

Usiadłem przy wolnym stoliku. Wszystkie pozostałe były poprzewracane. Na betonowej podłodze walał się gruz, resztki zastawy, kawałki szkła z potłuczonych szyb i resztki plastiku. Mężczyźni wrócili do kłótni między sobą.

– Dzień dobry, co mogę podać? – zapytała na oko sześciolatka, która nagle zjawiła się przy stoliku. Była wysoka jak na swój wiek. Brunetka z nerwowymi, rozbieganymi oczami, w zwykłych dziecięcych dżinsach i różowej bluzie Hello Kitty. Do zostania kelnerką brakowało jej dziesięć lat.

– Ty tu obsługujesz?

– Tata, ale dzisiaj nie może podejść. Źle się czuje. Co panu ugotować? Tutaj jest menu.

Wyjęła z kieszeni złożoną na czworo kartkę, na której nieporadną dziecięcą ręką wypisane były żółtym markerem potrawy i ceny: „frytki – 3 zł, picca – 5 zł, zapiekanka – 4 zł, sos do piccy – 1 zł”.

– To ja się zastanowię – powiedziałem.

Od stolika wstał ten starszy. Podszedł do mnie i powiedział:

– To się nie ma co zastanawiać. Zamykamy lokal. Andżela, jedziemy.

Wsiedli we trójkę do BMW stojącego obok mojego auta i ruszyli z piskiem opon. W restauracji została dwudziestolatka.

– Jej ojciec jest na górze – powiedziała i wybiegła w tym szlafroku na pogrążoną już w wieczornym mroku szosę.

Do miasta wróciłem późnym wieczorem. Białystok nawiedziła burza z piorunami. Wracałem zmęczony i głodny. W Kleosinie przejechałem przez największą kałużę w swoim życiu.

Zapomniałem dodać, że te szorty muszą być tak zrobione, aby wystawały z nich białe komory kieszeni, w których bielskie dziewczęta trzymają swoje różowe telefony.

Miliony ziaren piasku

DSC04584Znad morza przywozi się miliony ziaren piasku. Znajduję je na dnie kieszeni, między drobnymi monetami, na pustym dnie portfela, we wszystkich kieszeniach kurtki i na dnie butów. Te miliony ziaren piasku, mimo starannej toalety i wielokrotnego prania i szorowania wszelkich zakamarków ciała, znajduje się jeszcze po wielu tygodniach, w najmniej spodziewanych momentach i miejscach.

Miliony ziaren piasku przywiezione znad morza przypominają o tym wyjątkowym momencie, kiedy po wielogodzinnej podróży schodzi się nadbrzeżną skarpą porośniętą pogiętymi od morskiego wiatru sosnami, w kierunku pachnącego solą morza. I kiedy po raz pierwszy od wielu miesięcy stawia się stopę na miękki piasek, mimo skończonych trzydziestu pięciu jesieni, radość i ekscytacją są takie same, kiedy będąc trzy letnim dzieckiem, robiłeś to po raz pierwszy.

Te same od lat rekwizyty Morza Bałtyckiego. Szerokie plaże, które za chwilę zwężają się do obłożonych oblewanymi wodą kamieniami przesmyków. Wygładzone milionami litrami słonej wody korzenie i patyki. Szczątki sieci rybackich miotane przez fale. Drobne muszelki i kawałki zielonego szkła po butelkach wyszlifowane do faktury przezroczystych kamyków. Pozostałości romantycznych ognisk, które chłopcy i dziewczęta spędzali poprzedniego lata. Skonstruowane z przygodnych desek śliskie wejścia na skarpę, po których wchodzą ojcowie niosąc na barana swoich synów. Dumni, że mogą dać im wrażenia, które sami przeżywali po raz pierwszy trzydzieści lat temu.

Miliony ziaren piasku jak miliony wspomnień z czasów, kiedy piaszczysta polana w nadmorskim, sosnowym lesie, była całym światem dla chłopca w krótkich spodenkach i blond włosach opadających na oczy. Jego ręce były pooblepiane żywicą drzew na które się wspinał i ukrywał przed poszukującymi go rodzicami. Z kory tych drzew rzeźbił składanym scyzorykiem łódki, które potem wodował na Morzu Bałtyckim. A potem puszczał plastikowe wiatroloty i latawce, kupowane w kiosku Ruchu. W tych kioskach można było kupić pachnący farbą drukarską Świat Młodych, gdzie drukowali kolejne odcinki Tytusa, Romka i a’Tomka. A wieczorami, uzbrojony w wystrugany karabin, biegał po lesie z kolegami bawiąc się w wojnę, w której nikt nie chciał być Niemcem i Ruskim, tylko każdy chciał być Polakiem.

Krótka opowieść wigilijna

image

Ten facet po lewej stronie to mój dziadek – Jerzy Oryszczyszyn. Rodowity białostoczanin, który dzieciństwo spędził w drewianym domu na Nowym Mieście. Potem przyszła wojna i głód, który pozostawił w Jerzym nawyk nie wyrzucania chleba, choćby był czerstwy i zjadania wszystkiego z talerza, choćby żołądek się buntował. Przez całe życie pracował jako hydraulik w szpitalu Śniadeckich. Znał tam każdy zakamarek. Lubili go tam do tego stopnia, że kiedy 20 lat po jego przejściu na emeryturze trafiłem tam na chwilę, to lekarze (!) pytali, czy jestem wnukiem Jurka Oryszczyszyna.

W 57 roku urodził się mu syn, a potem mój ojciec. Razem z babcią tworzyli normalną proletariacką rodzinę. Mieszkali w bloku przy ulicy Broniewskiego. Ona – kucharka w szkole, on – prosty robotnik, byli bardzo dumni z syna, który w końcu został szanowanym naukowcem. Zakochani w nim bezkrytycznie i ślepo.

Gdzie w tym wszystkim opowieść wigilijna? Urodziłem się w marcu, więc pierwsze święta spędzałem jako zasrany dziewięciomiesięczny szczyl, niewiele jeszcze ogarniający to, co się wokoło dzieje. Mieszkaliśmy w pracowniczym mieszkaniu na Bema, współdzieląc je z inną uniwersytecką rodziną. Kiedy dziadek dowiedzial się, że mały, osrywający się co dwie godziny Radek nie będzie miał w domu choinki, w obliczu braku takowych w sprzedaży, wziął siekierę, schował ją pod kożuch, poszedł do Parku Zwierzynieckiego, własnoręcznie wyrąbał odpowiednie drzewko i przytaszczył je do naszego mieszkania.

Taką historię opowiedziała mi dzisiaj matka.

Dwadzieścia parę lat później dziadek siedział – jak co roku – przy wigilijnym stole. Nagle osunął się z krzesła. Karetka, szpital i jeszcze tego samego dnia diagnoza: rak mózgu z przerzutami. Maksymalnie miesiąc, dwa życia. Lekarz miał rację. Na początku lutego dziadek zmarł. Przedtem zdążył schudnąć 20 kilogramów, bo guz na przełyku uniemożliwiał mu jedzenie.

Dziadek był jedynym mężczyzną z tym nazwiskiem w Polsce. Miał jednego syna, a ja jestem jego jedynym wnukiem.

Lwów

DSCF2538To był luty. Dotarliśmy do Lwowa dopiero wczesnym wieczorem. Jechaliśmy z Bieszczadów. Chciałem przekroczyć granicę w Krościenku i pojechać przez Homel, ale przejście było zamknięte. Dosłownie. Biało-czerwony szlaban i nikogo, kto mógłby cokolwiek powiedzieć.

Pojechaliśmy więc w stronę Przemyśla, przez Birczę. Za miastem, na szosie nr 28 w stronę Medyki widać już było samych przemytników. Wlekące się z trudem passaty kombi z przerobionymi zbiornikami i śmigające między nimi skutery, którymi gówniarze przewożą przez granicę po 4 paczki fajek, kilkanaście razy dziennie.

Nie staliśmy tam długo, a potem wjechaliśmy na Ukrainę. Były tam dziesiątki, setki pstrokatych szyldów reklamujących sklepy z papierosami i asfalt tak dziurawy, że przechodziło to wszelkie pojęcie.

I patrol drogówki, który nas zatrzymał gdzieś kawałek za Mościskami. Machnęli brudnym lizakiem. Zatrzymałem się. Obejrzeli dokumenty. Kazali otworzyć bagażnik. Największy z nich podszedł do mnie i powiedział, że należy się 10 dolarów podatku. – Jakiego podatku? – Klimatycznego. – Nie ma żadnych podatków klimatycznych. – Pokaż, czy masz gaśnicę. – Pokaż apteczkę. Bieżnik w oponach w jakim stanie?

Powiedziałem mu, że może sobie sprawdzać, ile chce. Auto jest w porządku, a my chcemy jechać do Lwowa. Postał jeszcze chwilę i zirytowany oddał mi papiery. Pojechaliśmy dalej.

No i wjechaliśmy do Lwowa. Człowiek, który miał nas przenocować, powiedział przez telefon, abyśmy czekali na niego przy operze. To sam środek miasta. Z trudem znalazłem miejsce do zaparkowania. Po chwili podszedł do auta mężczyzna w grubym mudurze i wielkiej sowieckiej czapie. Z jego ust wydobywały się obłoki pary. Mówi, że należy się opłata za parkowanie. Płacę 15 hrywien, a on daje mi jakiś druczek wypisany cyrylicą.

Czekamy na pana Stanisława. W końcu przyjechał. Pokazałem mu ten druczek do parkowania, a on się tylko zaśmiał. Przebieraniec w mundurze wyłudził ode mnie hrywny i w zamian dał mi druk z pralni.

Jechaliśmy zatłoczonymi ulicami Lwowa, gdzie ruch uliczny regulują nie przepisy kodeksu, ale refleks i odwaga. Mijanie się na centymetry, bezustanne używanie klaksonów, wpychanie się z podporządkowanej. Wszystko to podobało mi się coraz bardziej. Jeszcze bardziej podobało mi się, kiedy pan Stanisław polecił mi, żeby wjechał ostrzej z podporządkowanej, bo “jak zobaczą, że Lach jedzie, to za Chiny Ludowe nie wpuszczą”.

Zakochałem się wtedy we Lwowie po raz kolejny. Miasto, w którym nigdy nie wiesz, co ci się przydarzy. W którym ludzie handlują czym popadnie, a jedzenie sprzedawane jest wprost z ulicy. Pierożki, zapiekanki, langosze, hot-dogi. Kawa lub czaj pite z plastikowych kubków, które pod wpływem wrzątku rozpuszały się w rękach, a gorący płyn parzył w dłonie.

Byliśmy tam dwa dni, a potem musieliśmy wracać. Nie mieliśmy nic ze sobą, ale perspektywa drobiazgowej kontroli nie nastrajała nas optymistycznie. Przed granicą w Hrebennem kupiliśmy od babuszki prażone pestki. Ukraiński pograniczki strasznie mnie zbluzgał za to, że wyszedłem z auta. Myślałem, że za chwilę będzie źle. Po chwili podszedł celnik, zerknął na tylne siedzenie Toyoty, zobaczył gitarę w pokrowcu, powiedział: “a, studienty” i kazał jechać dalej. Już dawno nie byłem wtedy żadnym studentem.

Wjechaliśmy do Polski. Za chwilę był Tomaszów Lubelski i Zamość. W tamtejszym pięknym rynku jedliśmy pizzę w czystej i ładnie urządzonej restauracji, a mnie się zachciało pierożków ze stalowej budy obok lwowskiego dworca.