Kiszenie jako zagadnienie egzystencjalne i kulinarne

SONY DSCKiszenie okazało się ważną częścią mojego tegorocznego lata i jesieni. Nie mogąc oddać się nie z mojej przyczyny w pełni ojcowskim obowiązków, zająłem się poddawaniem cukrów roślinnych rozkładaniu na kwas mlekowy. Jakkolwiek mało higienicznie to brzmi, proces ten daje możliwość długotrwałego przechowywania warzyw i owoców bez utraty ich wartości odżywczych, a nawet z korzyścią dla owych.

Pod wpływem kiszenia produkty nie tracą na wartości, a wręcz zyskują – w ukiszonych warzywach przybywa między innymi witaminy K i C. Kiszenie nie wymaga też poddawaniu warzyw czy owoców wysokim temperaturom, które dużo dobra w nich zabijają. Kiszenie wydobywa wreszcie w ogórkach, pomidorach, rzodkiewkach czy kalafiorach nowe smaki. Poza przyjemnościami podniebienia jest to sam w sobie proces fascynujący w sensie takim na poły „egzystencjalnym”.

Dlaczego narobiłem w tym roku pewnie około setki różnych słoików? Bo istotą kiszenia czy marynowania jest czekanie i odkładanie przyjemności na przyszłość, na lepsze czasy, w których będzie można się raczyć przyjemnościami niedostępnymi dzisiaj. Nie mogę gotować dla mojego syna, choć się do tego palę, więc robię rzeczy, które za jakiś czas będą rekompensatą dzisiejszego, męczącego czekania na niego.

SONY DSC

W kiszeniu fajne jest również to, że w przypadku wszystkich warzyw opiera się na jednej prostej zasadzie, która musi być zachowana.

Wszystko poza tym zależy od naszej fantazji.

Tą zasadą, którą stosuję zawsze, jest 1 łyżka soli na litr wody. To cała tajemnica kiszenia. W przypadku kapusty, której nie zalewa się wodą, robię analogicznie – 1 łyżka soli na kilogram kapusty.

Po co w kiszeniu sól – jedyny składnik kiszonek, który niekoniecznie jest zdrowy? Sól zatrzymuje proces fermentacji cukrów w kwas mlekowy. Słowem – konserwuje kiszonkę. Dzięki soli można cieszyć się tym wielkim wynalazkiem ludzkości całymi miesiącami. Coś za coś.

Żelazna zasada – 1 łyżka soli na litr wody, a poza tym – hulaj dusza. Powszechnymi składnikami kiszonych ogórków, rzodkiewki albo pomidorów są liście laurowe, ziele angielskie, ząbki czosnku, liście porzeczkowe, chrzan, baldachimy kopru i to wszystko w moich letnich kiszonkach się znalazło. Do kalafiorów dodałem po plastrze imbiru. Słoiki zalewam posoloną wodą, czekam 4-5 dni bez zamykania w temperaturze domowej pilnując, aby nic nie pływało na wierzchu, a następnie szczelnie zamykam i odstawiam w chłodne miejsce.

Jedyny wyjątek zrobiłem dla jabłek. Jabłka do kiszenia muszą być dość małe, by weszły do słoika, a także zdrowe. Do 5-litrowego słoika nie wrzucałem wymienionej zieleniny, tylko laskę cynamonu, a całą zalewę wzbogaciłem łyżką miodu. Soli – oczywiście – jedna łyżka na litr i wszystko tak, jak powyżej. Jestem bardzo ciekawy efektu – na razie jabłka czekają na zimowe chłody w piwnicy.

dsc06791.jpg

Gdy przyszła jesień i sezon kapuściany, zrobiłem dla porządku 20-litrową, kamienną beczkę klasycznej kiszonej kapusty. Najpierw przez pół dnia poszatkowałem około 10 średniej wielkości kapust. Nie przejmowałem się tym, że jedne ścinki były większe, a inne mniejsze. Do tego starłem na grubych oczkach kilka marchewek i zmieszałem z resztą. Następnie, z pomocą mojej rodzicielki, wkładaliśmy warstwami (po kilogramie) poszatkowaną kapustę do beczki, dosypywaliśmy po łyżce stołowej soli, posypywaliśmy kminkiem i uciskaliśmy, aż na wierzchu warstwy pojawiała się woda. I tak cierpliwie, warstwa po warstwie, powtarzaliśmy tę czynność. Na koniec przykryłem to wszystko dużymi liśćmi kapusty, dociążyłem kamieniem przywiezionym z lasu i odstawiłem w ciepłe miejsce. Ważne, aby zostawić w beczce u góry trochę miejsca, bo fermentująca kapusta wypuszcza dużo soku i można sobie zamoczyć podłogę. Po 3-4 dniach bierze się jakiś odpowiednio długi i ostry przedmiot i nakłuwa kapustę do dna lekko poruszając. Kapusta miło zasyczy i zabulgoce. W ten sposób usuniemy resztki powietrza, który hamuje kiszenie. W następnych dniach można powtórzyć odpowietrzanie i spróbować zanurzyć kapustę, która wypływa, aby również skisła. Po około 7 dniach od rozpoczęcia można już zacząć oceniać, czy kapusta jest dostatecznie kwaśna (im dłużej, tym kapusta będzie ostrzejsza. Moją kapustę odstawiłem w chłodniejsze miejsce po 9 dniach od rozpoczęcia pracy. Proces kiszenia został w ten sposób zahamowany, lub przynajmniej znacznie spowolniony. Efekt przerósł moje oczekiwania – kapusta jest pyszna.

Tegoroczna produkcja nalewek uwolniła kilka 5-8 litrowych słojów, które postanowiłem przeznaczyć do poeksperymentowania. Główka kapusty to teraz wydatek 2 złotych polskich – zabawa jest tania. Dwa słoje napełniłem samą kapustą, ale zamiast klasycznego kminku, użyłem aromatycznego, korzennego w zapachu, zmielonego kminku indyjskiego. Sam proces jest identyczny do kiszenia w kamiennych beczkach, tyle że – jako że słoik jest mniejszy od beczki – kolejne ugniatane warstwy są odpowiednio mniejsze (no i w związku z tym porcje soli i kminku). Wyszła kiszona kapusta o fajnym, orientalnym aromacie.

W trzecim – większym – słoju, zrobiłem kiszoną kapustę z jabłkiem i papryką. Wziąłem kilka małych dzikich czerwonych jabłek – takich, jakie rosną przy drogach i których nikt nie chce zbierać, a także jedną zdrową antonówkę, poprzekrawałem je na ćwiartki i powkładałem między warstwy kapusty. To samo zrobiłem z pokrojonymi w warstwy paprykami (po jednej czerwonej, żółtej i zielonej i jednej papryczce chili, posiekanej na małe kółeczka). Samo kiszenie przebiega identycznie, jak poprzednio. Z tego eksperymentu wyszła kapusta delikatniejsza od zwykłej, o smaku lekko winnym, zawdzięczającym go jabłkom, które też oddały sok, znakomita do sałatek. Papryka dodała jej odrobinę ostrości. Jestem bardzo zadowolony z efektu końcowego.

DSC_9767

Jutro robię 10 litrową beczkę klasycznej kapusty z marchewką dla babci na zimę, a jak zostanie mi surowiec, spróbuję ukisić samą kapustę na ostro, z większą liczbą papryczek chili. Napiszę, czy eksperyment się udał. A teraz znowu czekam.

PS. Zapomniałem, że w tym roku kisiłem też gruszkę. Przepis znajduje się tutaj.

Reklamy

Pani Ela Etcetera

DSC_0077

Twierdzi, że kruki żyją do pięciuset lat, koty dożywają setki i lubią czekoladę, a nawigacją GPS w samochodach sterują amerykańscy kosmonauci w statkach krążących po orbicie. Jest fanatyczką radzieckiej literatury pięknej i filozofii, a także niekonwencjonalnych metod leczenia. Pani Ela Etcetera (imię i nazwisko zmienione) jest jedną z tych starszych pań sprzedających pod sklepami rachityczny aloes w plastikowych doniczkach, ser domowej roboty, pigwę w plastikowych pojemnikach po lodach i świeże mleko od krowy w butelkach PET. Poznaliśmy się na jednym z takich bazarów, jak po Opałkiem albo przy ulicy Jurowieckiej.

Zaprosiła mnie do domu z obietnicą pokazania mi jej kolekcji kwiatów doniczkowych, jednak to, co zobaczyłem, przerosło moje wszystkie oczekiwania. Pani Ela Etcetera mieszka sama w trzykondygnacyjnym budynku na jednym z białostockich osiedli domów jednorodzinnych. Mieszka w urządzonej staromodnie, lekko zakurzonej przestrzeni pełnej nie tylko wydrukowanych po rosyjsku książek i stert radzieckich czasopism, ale przede wszystkim setkami kwiatów. Kwiaty są wszędzie – każdy centymetr wolnej płaskiej przestrzeni okupują kwiaty – dziesiątki begonii, wilczomleczy, paproci, hoi, pelargonii, zwartnic, żyworódek, gruboszy, platyceriumów, psianek, kalatei, rosiczek, sitniczek, krotonów, szefler, juk, dracen, eszeferii w plastikowych doniczkach, w każdym pomieszczeniu. A wokół domu ogród też pełen kwiatów, warzyw, owoców. A obok kurnik. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego.

Kupuję od pani Eli Etcetery kwiaty, jednak w praktyce wygląda to tak, że dając jej 20 złotych wychodzę z dziesiątką doniczek. Zabieramy ją czasami na grzyby i zawsze podczas tych wycieczek dowiaduję się masy ciekawych rzeczy, bo pani Ela Etcetera jest bardzo zażywną i uwielbiającą mówić kobietą, nadużywającą słowa „etcetera” jak mechanik słowa „kurwa mać”, kochającą dzielić się swoją wiedzą o zdrowiu („do poduszki włożyć trochę liści paproci – sen się poprawi”), historii najnowszej (połączenie radykalnego rusofilstwa z antysemityzmem), kulinariach („hubę z lasu do wody włożyć i gotować dwie godziny, smakuje jak karkówka”) i literaturą (uwielbienie dla sowieckiej literatury lat 60. XX wieku), ale w tym całym swoim szaleństwie i gadulstwie jest na swój sposób urocza. Zaś przede wszystkim jest w niej taki ogromny entuzjazm do świata i radość ze wszystkiego, na co się co się natyka. Tego jej zazdroszczę. Z tych wyjazdów przywozi, poza torbą pełną muchomorów i innych blaszkowców, których bałbym się dotknąć przez rękawiczkę, wiadra pełne mchów, traw, kamieni i innych darów lasu, które potem sadzi i układa w swoim ogrodzie.

Pani Ela Etcetera jest bardzo wdzięczna za to, że zabieramy ją na te grzyby. Czasami, nienachalnie i z wyczuciem dzwoni do mnie z pytaniem, co słychać, co u mojej mamy. Nie pytam za wiele o jej przeszłość, ale wyczuwam, że sporo w życiu przeszła, a teraz doskwiera jej samotność. Dlatego tak chętnie dzieli się tymi kwiatami i z tak wielką, godną pozazdroszczenia radością, przyjmuje zaproszenie na grzyby.

Jak będziecie przechodzić obok tych starszych kobiet, sprzedających aloes w doniczkach za 5 złotych, kupcie tę jedną doniczkę (sok aloesu świetnie goi rany) i pogadajcie z nimi przez chwilę o jakichś bzdurach. Zapytajcie, jak zrobić nalewkę z pigwy albo gdzie znalazły takie ładne zielonki. Sprawicie im w ten sposób ogromną radość, bo samotność to straszna sprawa.

Dzisiaj pani Ela Etcetera dała mi dziesięć doniczek kwiatów, które wsadziłem do doniczek po letnich ziołach. Moje mieszkanie nie dorównuje pod względem zieloności domowi pani Etcetery, ale dzięki takim ludziom i ich pozytywnym osobowościom staje się coraz bardziej zielone i nie tak puste, mimo, że bez Syna.

Liście

„Klon ma złote liście,
świecą się ogniście.
Jesion zaś brązowe,
zgubił ich połowę.

Dęby się czerwienią,
Pół na pół z zielenią.
Olcha żółto-siwa,
Wiatr jej liście zrywa.

Miesza je z innymi,
pędzi het, po ziemi.
Z najładniejszych liści
cały świat oczyści.”

Władysław Broniewski „Liście”

Najlepszy kartoffelpuffer podają w Narwi

DSC_9858

Ilekroć przejeżdżałem przez Narew w drodze z lub do szpitala w Hajnówce, tudzież w innych celach, piekielnie nieudany, tandetny szyld Restauracji „Piekielna Kuchnia” wzdrygał mnie od tego miejsca. To bodaj jedyne miejsce w tym zdegradowanym mieście, gdzie można coś zjeść. Zdegradowanym, ale przywróconym na prostą dzięki fabryce maszyn rolniczych Pronar, której częścią jest też ta restauracja. Restauracja, która kojarzyła mi się zawsze z najgorszymi stereotypami takich lokali – z dźwiękiem dzwoneczka mikrofalówki dobiegającym z kuchni, z nieświeżą świeżynką, surówkami niepierwszej jakości podawanymi kolejnym klientom, którzy nie chcieli ich nawet ruszyć końcem widelca, z zapiekankami z zamrażarki, z brudem i smrodem.

Toteż wielkim pozytywnym zaskoczeniem okazała się wczorajsza wizyta w Restauracji „Piekielna kuchnia”. Wystrój jak wystrój, takie quasi-białoruskie standardy są w warunkach podlaskiego pogranicza typowe. Musi się błyszczeć, ale musi też być czysto. Kwestia gustu. Natomiast co do poziomu żywienia w tym miejscu nie ma miejsca na żadne dyskusje. Tak zwany „czarci placek”, który zamówiłem, został przez panią kelnerkę skromnie zaanonsowany jako „placek ziemniaczany z mięsem”, jednak powiedzieć tak o tym, co zobaczyłem i jadłem, to nie nie powiedzieć nic. Po kilku chwilach oczekiwania postawiono przede mną talerz z wielkości dużej patelni i grubości 1,5 centymetra, puszystym, doskonale przyprawionym (nie przesolonym!) wielkim kartoffelpufferem złożonym na pół. W środku znajdowało się przyrządzone na ostro mięso z papryką w pomidorowym sosie. Zaprawdę, powiadam Wam, nie jadłem jeszcze nigdy takiego dobrego placka z kartofli, a ów farsz, srogo ostry, spełniałby wszelkie wymogi dobrej, wielkomiejskiej restauracji. Wiem, jak trudno jest zrobić danie, które jest piekielnie ostre, a jednocześnie ma to coś poza ostrością. Ten placek miał wszystko, co powinien, a nawet więcej.

Mój wielki czarci placek, który mógłby być daniem dla dwóch osób, kosztował 16 złotych. Zamówiona przez moją towarzyszkę karkówka również nie pozostawiała wątpliwości, że oto mam do czynienia z pierwszym od dawna odkryciem na kulinarnej mapie moich okolic. W tym tandetnym budynku ozdobionym obrzydliwym szyldem gotuje ktoś, kto już dawno powinien rządzić w kuchniach wielkomiejskich restauracji. Kimkolwiek ona/on jest, chylę jej/mu czoła.

O tym, jak nie znalazłem Wierszalina

SONY DSC

Stolica nie musi być największa. Stolica musi być spektakularna. Warszawa to miasto wielkie powierzchnią i liczbą ludności, ale małe duchem i pod żadnym względem niespektakularne.

Dla mnie osobiście, stolicą Polski mogłyby być Krynki.

Mogłyby dlatego, że są spektakularne. Spróbujcie wjechać do Krynek od dowolnej strony. Czy to od Supraśla, czy od Jurowlan, czy też jadąc z Grodna albo z Kruszynian, a także piaszczystym leśnym traktem z Gródka przez katolicką dzielnicę, obok kościoła i cmentarza.

Z którejkolwiek strony nie wjeżdżalibyście do Krynek, powita Was zapierający dech w piersi skyline miasta. Szeroka perspektywa, w której znajdą się mniejsze i większe domy, kościoły, cerkwie, istniejące i nieistniejące synagogi. Jadąc do Krynek z Supraśla zobaczycie po prawej zabudowania dawnej dzielnicy fabrycznej, gdzie kiedyś dziesiątki garbarni uczyniły to miasto europejskim potentatem w branży. Jeszcze bliżej zobaczycie pozostałości zespołu pałacowego, po którym pozostał już tylko park i kilka cegieł. W tle, za nim, pozostawiony nieco na uboczu – neogotycki kościół katolicki i cmentarz. W samym centrum widać cerkiew i zieloną plamę największego rynku w tej części Europy. Na wzgórzu, jeszcze przed granicą, jest wzgórze z żydowskim cmentarzem, za którym jest prawosławny cmentarz. A już skrajnie po lewej – krynieńskie blokowisko przy drodze na Jurowlany.

SONY DSC

Kiedy się wjeżdża do Krynek, panorama tego miasta daje wyobrażenie, że oto wjeżdżamy do miasta z wielowiekową tradycją. Żadne tam Marki czy inne, zdychające od smogu i dymu Piaseczna, przez które przejeżdża się jak sardynka w wielokilometrowych korkach. Krynki witają przyjezdnych z daleka piękną, szeroką i dumną panoramą. To wielkie miasto. I z każdej strony wygląda ono spektakularnie.

Jak się jest w Krynkach i ma się trochę czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę czasu, koniecznie trzeba napełnić butelki wodą mineralną, która tutaj płynie z ogólnie dostępnego ujęcia, a także zjeść kawałek kiszki w gospodzie „Pod Modrzewiem”, położonej przy trzecim z jedenastu zjazdów z monumentalnego krynieckiego ronda. A jak się ma trochę więcej czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę więcej czasu, trzeba pojechać do Wierszalina.

Od kiedy przyjechałem tu którejś zimy, podążając za Polonezem takiego jednego popieprzonego pozytywnie doktora, zawsze wracałem do Wierszalina na wyczucie. Na żadnej nawigacji nie ma ani Wierszalina, ani Kolonii Leszczany, ponoć oficjalnej nazwy tego miejsca. Teraz, kiedy siedzę przed ekranem, oczywiście znalazłem tę małą plamkę wśród lasów, ale dzisiaj krążyłem po tych lasach i za nic nie mogłem znaleźć tej leśniczówki przy drodze na Leszczany, gdzie trzeba skręcić i dalej jechać kawałek przez las, by po lewej stronie znaleźć tę polanę. Stoi tam jeden dom i stodoła. W tym domu miał ponoć miejszkać Ilija ze swoimi dwudziestoma kochankami, a na tej stodole miał być ponoć powieszony na krzyżu, aby ponowne przyjście Mejsasza stało się ciałem. Nie stało, bo prorok, usłyszawszy, że jego wyznawcy chcą go przybić do krzyża, najpierw schował się w ziemiance na kartofle, a potem uciekł do Związku Sowieckiego, pozostawiając tysiące swoich wyznawców w oczekiwaniu na ponowne przyjście

Bo wcześniej Ilia był zwykłym chłopem, który zdobył uznanie lokalnej społeczności tym, że zatłukł drewnianym kołkiem okolicznego bandytę szerzącego strach wśród ludzi. Postanowił, że wykorzysta moment sławy i ogłosił się Mesjaszem. Umożliwiło mu to sławę sięgającą miejscowości odległych nawet o sto kilometrów, co w czasach bez, radia i telewizji oznaczało fejm spektakularny. Były lata 30-te XX wieku. Ilja głosił, że koniec świata się zbliża nieubłaganie, a w tym miejscu, którego wczoraj po raz pierwszy nie znalazłem, będzie nowa stolica świata – Wierszalin. Kazał oddawać ludziom pieniądze na budowę świątyni, a co ładniejszym kobietom nakazał mieszkać w swoim domu.

– Te jego kobiety mają niebieskie wstążki – powiedziała stara kobieta sprzątająca grób na cmentarzu w środku lasu, gdzie Ilja zbudował cerkiew dla swojego kościoła – a ten Bazyl, co tutaj leży, tak pięknie śpiewał, mama mi opowiadała.

Rzeczywiście, kilka nagrobków na cmentarzu w lesie opodal Grzybowszczyzny ma niebieskie wstążki. To kobiety, które w latach 30-tych XX wieku miały 20-25 lat. Cmentarz jest zadbany, trawa przystrzyżona, a zbudowana przez Eljasza cerkiew służy teraz prawosławnym, choć skonfliktowany z kościołem ortodoksyjnym prorok przekazał ją w złośliwości katolikom.

SONY DSC

To wszystko, o czym piszę i gdzie wczoraj byłem, odbywało się w wielkim lesie, otulającym Krynki od południa i zachodu. Nie ma tam asfaltowych ani brukowanych dróg. Jeździ się po piasku, błocie albo śniegu. Patrząc nań z góry widać wielkie plamy zieloności, w których gdzieniegdzie chowają się ludzkie osady, w których żyją ludzie utrzymujący się ze zbierania runa leśnego.

W Grzybowszczyźnie mieszkają jeszcze wnuczki tych kobiet, które mieszkały z Ilją. Niewykluczone, że któreś z nich to również jego wnuczki. Wyznają potajemnie kult swojego dziadka, a podczas nabożeństw stoją w ostatnim rzędzie, bo kult Ilji został oficjalnie potępiony.

Latem do domu Ilji przyjeżdżają młode kobiety z Warszawy. Miejscowi chłopi, mówiąc żonom, że idą na grzyby, podchodzą pod tę polanę i z krzaków podglądają, jak dziewczęta ze stolicy biegają nago po  łące, która miała być centrum świata.

 

Schabowy dla ubogich i rosyjska ruletka w jednym, czyli czubajka kania

SONY DSC

Zbierane ze skrajów pól i z lasów, kanie są największym leśnym przysmakiem granicznego czasu między latem a jesienią. Nie są to grzyby, które kamuflują się udając liście, jak podgrzybki. Nie są to grzyby, które wstydliwie ukrywają swoją obecność chowając się pod mchem, jak te bezwstydnie żółte kurki. Kanie wyrastają dumnie i bezczelnie na wzniesieniach i polanach, odbijają swoimi wielkimi brązowawymi kapeluszami promienie słońca, zapraszając do swoistej rosyjskiej ruletki.

Wybierz prawidłową odpowiedź:

a. Jestem przepyszną kanią. Smakuję, jak schabowy. Zjedz mnie w piątek, a przechytrzysz Post.

b. Jestem przepysznym muchomorem sromotnikowym. Zjedz mnie, a do niedzieli Twoja wątroba będzie jak zmywak do naczyń po półrocznym użytkowaniu, a najpóźniej do następnej niedzieli umrzesz w nieprawdopodobnych męczarniach.

Jeśli prawidłowa okaże się odpowiedź A, czeka nas prawdziwa, bezpretensjonalna i pożywna uczta nie wymagająca wiele zachodu. Kanie mają to do siebie, że – choć niektórzy je suszą – najlepiej zjeść je od razu po przyniesieniu z grzybobrania. Oszczędza to przy okazji wątpliwości, czy aby prawdziwa nie była odpowiedź B. Zakładając, że jednak trafiliśmy na kanię, przynieśmy ją do domu, umyjmy pod bieżącą wodą i wysuszmy. Następnie wystarczy grzyba przyprawić solą, obtoczyć w rozbełtanym jajku i bułce tartej, a następnie smażyć na patelni z rozgrzanym olejem roślinnym 2-3 minuty z każdej strony. Powstaje w rezultacie coś, co przypomina w smaku kotlet schabowy o miękkim, soczystym mięsie z długimi, białymi włóknami o smaku późnego lata.

Jeśli prawidłowa okaże się odpowiedź B, czeka nas również podobno całkiem smaczna uczta. Sromotnika przygotowuje się najczęściej dokładnie tak samo, jak kanię, bo mało kto zjada sromotnika nie będąc przekonanym, że zjada czubajkę kanię. Z szybko spisywanych relacji nieszczęśników, na godziny przed śmiercią, wynika, że sromotnikowy schabowy jest nieco słodszy od kani, ale również smaczny.

Życzę Państwu, aby zawsze w swoich życiowych wyborach nie pomylili Państwo metaforycznej czubajki kani z metaforycznym muchomorem sromotnikowym.

 

Kalafior jest fraktalem!

SONY DSC

Kiedy skrupulatnie odrywałem kolejne różyczki kalafiora, aby następnie włożyć je między gałęzie kopru, chrzanu i wiśni, zasypać czosnkiem i imbirem, a następnie zalać soloną wodą, przypomniałem sobie opowieści mojego ojca o fraktalach. Kalafiory są fraktalami! Cała główka kalafiora jest kwiatem, złożonym z kilkudziesięciu mniejszych, ale takich samych w wyglądzie kwiatów, które z kolei również złożone są z kilkunastu podobnie wyglądających kwiatów, składających się z kolejnych takich samych kwiatów. I tak bez końca. Fascynujące.

Matematycy nazywają takie obiekty „samopowtarzającymi się” lub „nieskończenie subtelnymi”. „Subtelny” nie znaczy w matematyce „niepodobny do poseł Pawłowicz”, ale znaczy „ukazujący detale nawet przy nieskończonym powiększeniu”. Tak, jak niekończąca się matrioszka, jak płatek śniegu, jak piorun zbliżający się do powierzchni Ziemi.