Lubański

W straszliwie trudnym dylemacie „Deyna czy Lubański”, wybieram jednak Lubańskiego (przy całym moim uwielbieniu dla Deyny). Był to największy polski piłkarz. Po wielu latach, byłem w TVP Białystok, żeby tam pieprzyć jakieś głupoty i w miejscu, gdzie niezwykle miłe panie nakładają jakiś puder na twarz, spotkałem się z Panem Włodzimierzem. Wiedząc, że mój ojciec był wielkim fanem jego talentu, bardzo wstydliwie, bo nie potrafię tego robić, poprosiłem Pana Lubańskiego o autograf dla ojca i wyciągnąłem jakąś z dupy wyjętą karteczkę, bo nie wiedziałem, że spotkam tam boga piłki. Napisał na niej: „Henrykowi – Włodek”. Jak to ojcu przyniosłem, to ojciec się popłakał.

Citizen Cope

Czytałem dzisiaj o Kortezie, że postanowił nauczyć się grać na gitarze z inspiracji piosenek Citizen Cope. Ja się nauczyłem z przekory wobec ojca. Dlatego spędziłem dzisiaj cały dzień z muzyką tego Citizena. Jest to przepiękna, skromna, prosta, głęboka a sam ten facet jest przepełniony takim bardzo mi bliskim smutkiem. Nie są to może dobre dźwięki na pierwszy dzień roku, ale nie mogłem się powstrzymywać od słuchania tych piosenek.

„Mutter, ich bin dumm”

Może być zdjęciem przedstawiającym 1 osoba, broda i okulary

Dokładnie 133 lata temu, 3 stycznia 1889 roku, Fryderyk Nietzsche wybrał się na spacer po Turynie.

Przypadkiem zobaczył dorożkarza, który okładał batem swojego konia. Niemiecki filozof podskoczył do zwierzęcia i, szlochając, objął go w obronie.

Wydarzenie to spowodowało kompletny rozstrój psychiczny Nietzschego. Przez dwa dni nie opuszcza łóżka. W końcu wypowiada ostatnie słowa „Mutter, ich bin dumm” („Mamo, jestem głupi”). Przeżywa jeszcze dziesięć lat w stanie stuporowego obłąkania.

A piszę o tym dlatego, że jego poetycka, głęboka, sięgająca do myśli Wschodu filozofia jest przez cały czas rozpatrywana pod kątem błędnie rozumianej koncepcji „nadczłowieka”, o której w szkołach przez cały czas mówi się, że stała się inspiracją dla nazizmu.

Po zakończeniu edukacji wracałem do szkolnych lektur i – już samodzielnie, bez belfrowskich interpretacji, odczytywałem te utwory zupełnie inaczej, niż mi kazano.Tak było z Nietzschem, Bułhakowem, Hłaską i wieloma innymi.

Szkoła zniechęca do czytania.

Piekielna Narew

Kiedyś napisałem pean na temat ich placków ziemniaczanych z pikantnym mięsnym nadzieniem.

Niestety, muszę odwołać te słowa i dzisiaj skłaniam Państwa do omijania tego miejsca szerokim łukiem.

Zamówiliśmy u jakiejś straszliwie neurotycznej kelnerki flaki, karkówkę na duszonej kapuście i zestaw surówek. Emocje tej dziewczyny to było połączenie strachu, niechęci i jakiejś drzemiącej pod powłoką zwykłej podlaskiej baby, agresji. Serio, było z nią coś nie tak…

Boję się, że mi się dzisiaj przyśni, chodząca w nocnej koszuli wokół mojego łóżka z nożem szefa kuchni w dłoni.

„Zestaw surówek” za 8 złotych polskich to było pół kilograma startej marchwi. Karkówka na duszonej kapuście to był wielkości pudełka od zapałek kawałek mięsa przykryty kilogramem spalonej kiszonej kapusty. Wyglądało to jak rzygi moich kotek, gdybym miał ich pięćdziesiąt.

Poczułem się jak w ukrytej kamerze. Bałem się cokolwiek powiedzieć tej dziewczynie za ladą.

W pewnym momencie podeszła do drzwi wejściowych i przełożyła plakietkę z „Otwarte” na „Zamknięte”. Choć było otwarte…

Byliśmy z mamą sami w tym lokalu, gdy na salę wszedł starszy człowiek w waciaku. Złożył zamówienie, a potem podszedł do naszego stolika i przez kilka minut nam się wnikliwie przyglądał.

Na pocieszenie, flaki podobno były ok.

Następnym razem idziemy na Kebab Kamczatka w narewskim rynku.

W ogóle wszyscy dzisiaj w Narwi chodzili jak naćpani. Powoli, bez grosza emocji na twarzach, apatycznie. Czyżby fabryka Pronar wypuściła coś do atmosfery?

Przyznam, że wyjeżdżałem dziś z Narwi z koszem pełnym grzybów, ale bardziej z ulgą.

Skaza lekko przydługa

Jednym z moich noworocznych postanowień było przeczytanie pięćdziesięciu dwóch książek w tym skłaniającym się już ku końcowi roku. Dużo? To jedna książka na tydzień. Jeśli przeciętna książka liczy – szacujmy na wyrost – 400 stron, wychodzi około 50 stron dziennie. To maksymalnie godzina czytania.

Stephen King powiedział kiedyś, że podstawowym warunkiem dobrego pisania jest czytanie. Czytanie przez co najmniej jedną godzinę dziennie. Nie jest to cel trudny do osiągnięcia, nawet dla pracujących 16 godzin na dobę. Dzisiaj czytać można wszędzie.

Takie ilościowe podchodzenie do czytania uważałem kiedyś za zbrodnię. Dziś uważam, że to świetna technika samodyscypliny i w miarę łatwy sposób na spełnienie choćby jednego noworocznego postanowienia.

W tym roku nie uda mi się osiągnąć tych magicznych pięćdziesięciu dwóch książek.

Poza mną i moim brakiem rutyny, jednym z winowajców tej porażki jest pisarz Robert Małecki i jego kryminał pod tytułem „Skaza”.

Zazwyczaj książki, które są grube i jednocześnie nudne, porzucam, nie chcąc dać się zepchnąć w obce mi praktyki masochistyczne.

Walcząc o wyrobienie swojej normy, posiadając w wyrobieniu tej normy spore zaległości, wziąłem się za „Skazę”. I tak brnąłem rankami i wieczorami w wielowątkową, skomplikowaną, przepełnioną szczegółami hobby polegającego na malowaniu mikroskopijnych modeli motocyklów, kryminalną opowieść.

Rzecz dzieje się w jakimś totalnym wygwizdowie. O tym, że istnieje takie miasto, jak Chełmża, dowiedziałem się dopiero tydzień temu, z tej książki. Bohaterem jest facet nudny jak flaki z olejem (nawet klamki nie nosi, a jak nosi, to nie strzela). Nie dostaje w mordę, sam nie daje w mordę. Raz na pięćdziesiąt stron coś krzyknie, ale jak już krzyknie do kobiety, to zaraz ją przeprasza. Kiedy wraca do domu po robocie, to pije herbatę (brakuje jeszcze maślanych herbatników) i maluje miniaturowe modele motocyklów. Nie ma śmiałości do podrywających go bibliotekarek. Bibliotekarek, bo jakie kobiety poza bibliotekarkami mogłyby się zainteresować podstarzałym gliną jeżdżącym zdezelowanym Golfem?

Fabuła się memła. Małecki próbuje dość nieudolnie szukać szczegółu, konkretu miejsca tzw. „akcji”. I człowiek, jak ten Maklakiewicz na polskim filmie, chciałby – po prostu – odłożyć tomisko na bok i zająć się kolejnym Remigiuszem Mrozem.

A jednak brnie. Brnie z szacunku nie do autora, bo do autora żywi pretensje o zmarnowany czas. Brnie z szacunku do własnych – wydawałoby się – zmarnowanych – pieniędzy.

A na koniec dokonuje się cud. Wszystkie te na pozór bezsensowne wątki splatają się w logiczną całość. Całość logiczną, lecz nieoczywistą. I wszystko nabiera szybkości błyskawicy.

Jeśli mają Państwo ochotę na mozolne, długie, kopanie rowów z ekscytującym zakończeniem, to polecam tego cwaniaczka. Przez większość czasu będziecie jedli rozgotowany budyń, a na deser dostaną Państwo solidną porcję Carolina Reaper (1,57 mln SHU).