Pierwsze ujęcie Pani Wiosny

Jeżdżę często ulicą Ciołkowskiego. Między kampusem uniwersyteckim a ulicą Żwirki i Wigury jest duży obszar nieużytków, zamknięty z jednej strony ulicą Żwirki i Wigury, a z drugiej Lasem Zwierzynieckim. Były tam kiedyś ogródki działkowe, po których pozostały już tylko betonowe podmurówki dacz ukryte w trawie, pokryte rdzą pozostałości metalowych płotów, zwały azbestowych dachówek, drewniane obudowy po telewizorach, miejsca po letnich ogniskach, worki ze śmieciami, opony samochodowe, gumowe świadectwa przelotnych znajomości. A poza tym chaszcze, kępy traw, błoto, szarość i smutek. Byłem tam wczoraj na spacerze z aparatem, bo człowiek szuka w desperacji śladów wiosny gdzie się tylko da. Robiłem zdjęcia kroplom deszczu na zbutwiałych gałęziach starych krzewów owocowych i te zdjęcia na wyświetlaczu też wyglądały smutno. Tylko jedno z nich wyłapało jakimś niewyobrażalnym przypadkiem odrobinę koloru, jakiejś niewidzialnej gołym okiem tęczy.

Reklamy

Liście

„Klon ma złote liście,
świecą się ogniście.
Jesion zaś brązowe,
zgubił ich połowę.

Dęby się czerwienią,
Pół na pół z zielenią.
Olcha żółto-siwa,
Wiatr jej liście zrywa.

Miesza je z innymi,
pędzi het, po ziemi.
Z najładniejszych liści
cały świat oczyści.”

Władysław Broniewski „Liście”

Włoscy turyści na Placu Nowym

DSC01403

Nie zrobiłem więcej zdjęć. Było zimno. Minus piętnaście i wiatr, wyrywający z okienka stojącej przed dworcem starej lokomotywy – baru szybkiej obsługi serwetki z półprzezroczystego papieru.

Klasy drugie, pociągi regionalne, teelki, polskie busy i ekspresy podlaskie załadowane po brzegi ludźmi w czapkach, z wielkimi plecakami wciąganymi do przedziałów, wyrywanymi do góry, aby wsunąć je na stalową półkę. I z satysfakcją klepnąć na wywalczonym łokciami siedzeniu.

W pierwszej klasie posłowie i bogaci Białorusini pubierani jak biedota. I ci, którzy nie zdołali się wepchnąć do drugiej, stoją na zimnym korytarzu, patrząc na w pół puste przedziały liczą na wyrozumiałość konduktora.

Szepietowo, Czyżew, Małkinia, Tłuszcz. Im bliżej do Wschodniej, tym nazwy mijanych miejscowości coraz brzydsze. W Łochowie na szczęście się już nie zatrzymuje. Wschodnia, od kiedy pamiętam zimna i niechętna aktywności turystycznej, teraz ma kilka peronów wyposażonych w elektroniczne tablice. Jak stara prostytutka, która pomalowała tylko jedną połowę twarzy.

Katowice, Tychy i Kraków. Hostel na Szlak 24. Mroźny spacer. Ulica Długa zalana jest słońcem. Więc w tym blasku promieni odbijanych od rozmrażających się i ociekających wodą sopli są Planty, jest Stolarska i jest Rynek.

Niedziela. Taksówką na Plac Nowy. Biała kawa i zapiekanki w Singerze, do którego chyba z 10 lat temu przyprowadził mnie B. Stoliki z maszyn do szycia, stary piec kaflowy w kącie daje poczucie ciepła. Siedzimy w kącie, czytamy faszystowskie pisemka i patrzymy na włoskich turystów, którzy ze niezrozumiałym smutkiem błądzą po tym Kazimierzu, jakby coś tu zgubili, a przecież to nieprawda.

Dzieci, żony i raty

Niektóre zdjęcia, tak jak niektóre wieczory, pamięta się lepiej niż inne. To należy właśnie do tych niektórych. Rok 2004, 22 listopada, trzy sekundy po godzinie 23.03. I trzy osoby na zdjęciu. Zapomniana, dziś podupadająca knajpa przy Teatrze Lalek, w której spędzaliśmy popołudnia, wieczory, a czasami nawet poranki. Zawsze zadymiona i ciemna. Knajpa z wielkim oknem wychodzącym na park przy ulicy Kalinowskiego. Tego wieczora na dworze było już bardzo zimno i z rozgrzanego gwarem rozmów, popijanej wodą z cytryną góralskiej watry, patrzyliśmy na ten zziębnięty park.

No i gadaliśmy. W moim towarzystwie w ogóle się wtedy dużo gadało. Najwięcej o książkach i o muzyce. Nie gadaliśmy jeszcze o polityce, bo wtedy były sprawy ważniejsze od polityki. Obok fundamentalnych pytań filozoficznych zajmowały nas w tych rozmowach koleżanki z roku. I oddawaliśmy się tym rozmowom z takim zapałem, z jakim gotowi byliśmy się oddać tym koleżankom z roku.

Lubię to zdjęcie, bo na nim jest wszystko: ulubione miejsce, spotkanie i ludzie. Kiedy przedwczoraj wracałem po północy z wieczoru kawalerskiego jednego z bohaterów tego zdjęcia i kiedy poodwoziłem ich do domów, nie mogłem oprzeć się pokusie pojechania na Kalinowskiego, pod Teatr Lalek o tej jedynej w swoim rodzaju trzeciej po północy/nad ranem. Przejechałem szybko, bez zatrzymywania czy zwalniania, ale z daleka widziałem, że Lalki są już puste. No i pomyślałem, że chociaż teraz jesteśmy już bardziej poważni, niż wtedy (niektórzy mają dzieci, inni żony, jeszcze inni raty do spłacenia), to tamte spotkania były jednak bardziej poważne i wtedy braliśmy wszystko bardziej na serio, niż teraz. Ciekawe, co chcemy poukrywać za tą ironią i śmiechem? Nasze dzieci, żony czy raty do spłacenia?