Hotel Katowice

Śląsk jest brudny. Oblepiony tonami kurzu, pyłu, ciemnych mazi, szarych chmur wiszących gdzieś bardzo nisko, tam na wysokości gardła. Blokuje dopływ powietrza, przytłacza, dusi, zamyka w jednokierunkowej, ciemnej drodze bez wyjścia. Kilkanaście kilometrów od centrum tego zlepka ponakładanych na siebie miast, miasteczek, suburbii, dzielnic i osiedli można jeszcze zobaczyć kawałek przestrzeni bez domów z czerwonej cegły, bez placów i magazynów, bez kominów. A potem wjeżdżasz w tę czarną maź i poruszasz w jej wnętrzu jak paproch wciśnięty przypadkowo w tłoki szesnastocylindrowego silnika smarowanego syntetycznym 15w40.

Katowicki dworzec kolejowy. Przez lata najbardziej przerażające miejsce na podróżniczej mapie Polski. Dom heroinistów, schizofreników, butapreniarzy, gdzie potykając się o zbrązowiałe strzykawki za każdym razem przeżywało się najbardziej ponurą przygodę życia. Dworzec zburzono i odbudowano, ale przejście podziemne łączące dwie podzielone torami częsci miasta pozostało takie samo. Zawsze widzę tam ubranych na czarno metalowców, wypiercingowanych punków zbierających na wino i jakiegoś uciekiniera z wczesnych dziewięćdziesiątych, grającego na rozstrojonym ponad wszystko pudle „Wehikuł czasu”.

W stolicy mojego kraju, w samym jej centrum pachnącym dobrą wodą toaletową, w centrum ze stali i szkła, mieszkają ludzie brudni od wewnątrz. Śląsk jest obrzydliwie brudny i zimny, ale jego mieszkańcy są ciepli i piękni. Wszyscy mają na bladych i szarych twarzach pryszcze, a na ustach zajady. Ubierają się niedbale, buty mają utytłane w błocie, nienawidzą Zagłębia, ale ich serca są zawsze na zewnątrz. Nigdzie w Polsce nie spotkałem tak miłych ekspedientek i kelnerek, nigdzie nie wskazywano mi drogi z takim zaangażowaniem, nigdzie przypadkowy kontakt z przypadkowym człowiekiem na przypadkowej ulicy nie był tak intensywny.

Po mokrych od topniejącego śniegu chodnikach na Kościuszki biegają watahy kajtków w różnym wieku. Rzucają szarymi śnieżkami, podszczypują się nawzajem, zaglądają w witryny sklepów, opuszczone bramy kamienic, prowokują śmiałymi zaczepkami ludzi wracających z pracy. Biednie ubrane, z archaicznymi, sztywnymi tornistrami na plecach, przemoczonymi podróbkami adidasów i dżinsów za trzydzieści złotych od pary.

Przy samym wejściu do Bistro „Parkowa” siedzą od lat ci sami, sześćdziesięcioletni emeryci. Grają w karty, piją piwo i kłócą – od lat o to samo. Bez żadnych pomysłów, co zrobić z tłustą górniczą emeryturą, przeznaczają ją na męskie rozrywki w męskim gronie. Ci sarkastyczni, zmęczeni życiem, ale uśmiechnięci panowie z wąsem, to nie tylko koledzy od kieliszka, ale prawdziwi przyjaciele. Patrzyłem na nich znad golonki z kapustą i pyrami, siedząc godzinami w głębi tego bistro w kształcie długiej, ciemnej rury.

Spróbuj wyjść z dworca i podejść kawałek w kierunku Spodka, by zgwałcił cię estetycznie obrzydliwy, sowiecki, szary gmach Hotelu Katowice. Ten Śląsk się nie zmienił i chyba nigdy nie zmieni. Chyba dlatego, choć wszystkie zmysły krzyczą, bym stamtąd uciekał, zupełnie bez jakichkolwiek podstaw czekam, aż znowu idąc Aleją Korfantego, zobaczę ten okropny Hotel Katowice i wreszcie wrócę na Śląsk.

Moc truchleje

Śnieg się topi, moc truchleje. Chodniki pokrywa biała warstwa soli. Spod zasp wyłaniają się puste butleki po ruskich szampanów i resztki sylwestrowych petard. Polscy londyńczycy, irlandczycy i warszawscy słoikowcy już pojechali do swoich zmywaków, korporacji i uniwersytetów. Miasto wraca do swojego zwykłego, nudnego, przewidywalnego rytmu. Dopiero teraz widać, jak jest tu nudno i brudno. Wszystkie samochody rozjeżdżające kałuże na Alei Piłsudskiego są utytłane brudnym brunatnym błotem.

Słoneczne poranki nie rekompensują dotkliwego już o tej porze roku braku światła. Obchodzimy martwy sezon między jednymi a drugimi świętami. Niczego nie opłaca się jeszcze rozpoczynać, niczego nie warto kończyć. Teraz się czeka, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, na co. Tutejsza smutna zgoda na rzeczywistość, nawet jeśli wszystko wskazuje na najgorsze, jest teraz widoczna i dotliwa bardziej, niż kiedykolwiek.

Zmarznięte plecy

P. stoi za barem tej ponadczasowej knajpki przy teatrze od kiedy zacząłem tam bywać. Na pewno był to jakiś mroźny grudniowy wieczór zasypany śniegiem, dzień taki, jak dzisiaj, na pewno przyprowadził mnie tu ktoś z przyjaciół, na pewno od tego czasu spędziłem tu kilkadziesiąt długich, pamiętnych wieczorów. Sarkastyczno-serdeczny humor P. jest jednym ze znaków rozpoznawczych tego miejsca.

Przez tę knajpę przetoczyły się dziesiątki gorszych i lepszych barmanów, kilka pokoleń uczniów, studentów i aktorów, prowincjonalnych odgrywaczy ról, którzy wpadając na jednego w przerwie między próbami zwykli siadać przy jednoosobowym stoliku przy samym barze, stoliku, za którym oprawione w spróchniałe drewno, oparte o ścianę lustro odbija ciepłe, mroczne, brązowe wnętrze ozdobione monidłami, oświetlone matowymi, pulsującymi mętnym światłem dwudziestkami.

Przestrzeń tego miejsca rozpoczyna drewniany bar, a kończy ogromna szyba wychodząca na park. Kiedy jest zimno, sentymentalnie i kiedy jest się w centrum, nie ma żadnej alternatywy, jeśli celem jest ucieczka przed wszystkim. Dwa ulubione stoliki: pierwszy znajduje się w samym rogu – dwuosobowe miejsce przy ścianie z monidłem, skąd można obserwować wchodzących i wychodzących, jednocześnie pozostając niezauważonym. I miejsce drugie, tam, gdzie kiedyś kończyła się ta knajpa – popisany długopisowymi deklaracjami miłości stolik z dwoma szufladami pełnymi bezwartościowych książek (wczoraj widziałem tam coś Gouldinga), mętnym światłem żółtawej żarówki nad głową, przy pomalowanym brązową farbą olejną kaloryferem, do którego przutula się zmarznięte plecy.

Odra skuta

  • Bilet normalny do Opola, klasa druga, pięćdziesiąt sześć zło. Za darmo umarło. Siedem długich godzin w pociągu „Jaćwing” relacji Suwałki-Wrocław umilało przekraczanie skutych lodem rzek. Bugu i Wisły już kompletnie nie widać, a ślady na lodzie wskazują, że albo lód jest już naprawdę gruby albo rozsądek ludzi bardzo cienki. Między Warszawą a Koluszkami obserwuję wojnę kibolskich grafitii. Z każdym kilometrem częstotliwość widzewów rośnie. Cewukaesy ustępują. W Lipcach Rejmonotowskich miga za oblodzoną szybą ulica Boryny.
  • W Opolu jestem w związku z projektem OPSI i mówię dwa razy o kompetencjach cyfrowych mieszkańców Mazowsza. Po pierwszym spotkaniu widzę, jak wiele dzieli ludzi w różnych regionach kraju. Choć mniej się tutaj na wszystko narzeka, to dystans i konwencja są znacznie bardziej widoczne. Są też rzeczy niezmienne, pewnie pod każdą szerokością geograficzną – wieczne tak, jak wieczna jest władza. W im większym stopniu jesteś rolą społeczną, stanowiskiem, nazwiskiem, funkcją, w tym większym stopniu tym prawom podlegasz. Każda wieś ma swojego sołtysa, a mimo to wszędzie sołtys jest taki sam.
  • W Opolu, pomimo krótkiego pobytu, odkrywam miejsca wyjątkowe. Pierwsze z nich to samoobsługowy bar przy rynku, gdzie jedzenie sprzedaje się jak używaną odzież, na wagę. Sto gram żywności kosztuje 2,55 złotych, niezależnie od tego, czy jest to schabowy, surówka z kapusty, kasza czy barszcz ukraiński. Drugim – „Rybex” – bar rybny przy ulicy Krakowskiej, gdzie z kolei – tak jak w barze mlecznym wszystko jest z mleka – wszystko jest z ryby. Trzecim – antykwariat przy rynku. Mają tam też nowe książki, na których fabryczne ceny są pozalepiane cenami o 20% niższymi, a książki stare kosztują albo 5 albo 12 złotych. Kupuję kilka rzeczy, między innymi pięknie wydany wybór z Broniewskiego z 1972 roku z tym niesamowitym zapachem książek wydawanych w tym okresie.

O korzyściach z komunikacji publicznej

Bardzo sobie cenię tę świadomą rezygnację z poruszania się samochodem, na jaką się zdecydowałem w tej śnieżnej zimy. Pomijając szereg niedogodności, takich jak niegrzeczni kierowcy i opryskliwe kasjerki na dworcach, nieumyci współpasażerowie, dzieciaki słuchające hiphopu na „głośnomówiącym”, przepychanie się przy wejściu i wyjściu z pojazdów, zarówno tych miejskich, jak i dalekobieżnych, komunikacja publiczna daje możliwość kontaktu z tym, co socjologowie nazywają „tkanką społeczną”. Nigdy nie sprawdzałem, co to jest ta „tkanka”, ale dla mnie osobiście (i subiektywnie) to przede wszystkim język ulicy, przemiany w kulturze ubioru a także kontakt z grupami społecznymi, które dostrzec zza szyby klimatyzowanego auta jest bardzo trudno.

Trzeba to sobie bowiem jasno powiedzieć: ludzie, z którymi się na co dzień spotykam nie wstają z łóżka wcześniej niż o dziesiątej, a praca na nocną zmianę to dla nich kosmos, co nie przeszkadza wielu z nich ze swadą bronić interesów klasy pracującej. Nie ukrywam, że dla mnie ten świat to kompletna egzotyka.

Cieszę się, że mogę jej doświadczyć od czasu do czasu. Na przykład ostatnio, przedostatniego dnia 2009 roku, kiedy pojechałem rannym PKS-em do Lipska. Po raz trzeci mogłem uczestniczyć w Akademii Rozwoju Regionalnego w Ośrodku Rehabilitacyjno-Szkoleniowym im. Ojca Pio w Kuriance. Ośrodkiem opiekuje się Stowarzyszenie Inicjatyw Społecznych i Gospodarczych im. Zygmunta Augusta w Augustowie. Pisałem o nich już jakiś czas temu na Salonie24. Teraz dodam tylko, że z radością obserwuję, jak dawna szkoła w Kuriance przekształca się w Uniwersytet Ludowy z prawdziwego zdarzenia. Gdzieś na koniec świata przyjeżdżają ludzie z Krakowa czy Warszawy i opowiadają mieszkańcom tej małej wioski różne mądre rzeczy. Budynek się rozwija, są plany zbudowania tu domu spotkań, karczmy, ośrodka rehabilitacyjnego. W samym Stowarzyszeniu działa przedsiębiorstwo społeczne Galeria Smaku, które zatrudnia osoby niepełnosprawne i zajmuje się przygotowywaniem żywności. Ciekawe, że trochę na południe, w Teremiskach,  też działa uniwersytet ludowy. Co prawda na nieco innych zasadach i o kompletnie innym backgroundzie ideologicznym (tu ojciec Pio, tam – Wolny Tybet), ale obie „firmy” robią bardzo podobne, szczytne i szczere rzeczy. Ludzie, którzy rozmawiając o polityce, religii, lustracji, kościele pewnie by się pokłócili, spotkają się – robiąc podobne rzeczy. To, co łączy Kasię i Pawła Winiarskich z panami Anuszkiewiczem i Stachurskim, to jakaś godna pozazdroszczenia naturalność w tym, co robią. Ja bym się pewnie piętnaście razy zastanowił, a im to – mam wrażenie – przychodzi bezwiednie.

Dodatkowe korzyści z wyjazdu do Kurianki to – i tu powrót do wątku, od którego rozpocząłem – podróż tym PKS-em z ludźmi spieszącymi do pracy na siódmą, dojeżdżającymi codziennie z takiej Dąbrowy Białostockiej do Sokółki tymi niedogrzanymi autobusami, w których siedzenia pachną potem lata 1973 roku, a ze szpar w oknach wieje śnieg.

Potem jeszcze świetny, godzinny spacer zawianą śniegiem drogą z Lipska do Kurianki w takiej pięknej, polskiej, otwartej przestrzeni. No i zupełnie niepowtarzalna półgodzinna przesiadka w Dąbrowie Białostockiej, która przez te pół godziny była jak miasteczka z zapomnianych filmów Piwowarskiego. Zaraz obok dworca jest buda z hot-dogami. Dzieciaki, które spacerują po mieście, bo nie mają nic innego do roboty, przychodzą tu się ogrzać i przy okazji zjeść tego hot-doga. W sklepach spożywczych, których w takiej Dąbrowie jest jeden na drugim, i tak sprzedawczynie znają z imienia te wszystkie dzieciaki. One wpadają tam od czasu do czasu, aby kupić prażone pestki słonecznikowe, a potem chuchając w ręce, chodzą wzdłuż tego rynku, z kąta w kąt.

O 17.35 odjeżdża ostatni autobus do Białegostoku, a o 18.00 zamykają budę z hot-dogami.

Godowe

Dzień zaczyna się przed ósmą rano, a kończy w połowie trzeciej po południu. Pozostaje siedem godzin światła w dwudziestoczterogodzinnej dobie. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, dwie trzecie części doby pogrążone w ciemnościach. Kiedy w dodatku jest tak szaro i deszczowo jak dzisiaj, nawet rytualny niedzielny spacer trzeba sobie darować.

Mamy przesilenie zimowe, Słońce górowało dzisiaj najwyżej jak potrafiło – w zwrotniku Koziorożca – i odtąd z dnia na dzień dnia będzie go coraz więcej. Ponoć zbliżające się Święta Bożego Narodzenia to nic innego, jak współczesna forma pogańskich Świąt Godowych. Tak były nazywane przez Słowian. Rzymianie mieli Saturalia, Persowie czycili w tym czasie Mitrę, a Germanie obchodzili Jul. Strojenie drzewek to zwyczaj pogański, podobnie jak ogólne nicnierobienie rozpoczynające się od teraz i trwające do święta Trzech Króli to nic innego, jak zastąpione chrześcijańską symboliką pogańskie Święto Zimowego Staniasłońca.

Cóż, każda okazja, aby spotkać się z bliskimi, pobiesiadować i odpocząć od codziennych obowiązków jest dobra. Skoro tradycja powstrzymywania się od roboty, napychania sobie brzuchów, rytualnego pogodzenia i bliźnimi i odpuszczenia win jest uniwersalna, bo głęboko przedchrześcijańska, to najprawdopodobniej istnieje bardzo racjonalne wytłumaczenie funkcji tego corocznego zamieszania. Podejrzewam (choć węszę tutaj wpływ przedawkowania Housem M.D) przyczyny somatyczne. Chodzi o brak światła. Nie potrafilibyśmy znieść deficytu promieni słonecznych, wywołujących zniechęcenie, agresję i przygnębienie, gdyby nie ten Godowy rytuał ciągnący się od teraz, przez okres noworoczny i karnawał. Niedobór endorfin dostarczanych przez słońce zastępujemy krótkotrwałymi i doraźnymi przyjemnościami picia, jedzenia i win odpuszczania.

Po raz kolejny okazuje się, że coś na pozór pozbawione racjonalnego uzasadnienia, uzyskuje spójne i trwałe uzasadnienie i uciekający pod naporem dezorientacji chaosem faktów porządek wraca na swoje zasłużone miejsce. To zupełnie tak jak w smutnym żywocie wzmiankowanego przez Pawła Jasienicę  w „Rozważaniach o wojnie domowej„, Nicolasa  Sébastiena Chamforta. Ten gorący zwolennik Rewolucji Francuskiej najpierw krzyczał Bądź moim bratem albo cię zabiję, by następnie nieudolnie targnąć się na własne życie. Spójność poglądów z praktyką została zachowana, rzeczywistość przyszła z pomocą logice – na skutek zadanych sobie okaleczeń Chamfort w końcu wyzionął ducha.