Codziennik 165 – Droga na Michałowo

IMG_20200518_134325

Zbliżające się wielkimi krokami „sądne dni” czasami wprowadzają niepokój, którego najlepszym panaceum są samochodowe szwendactwa z dobrą muzyką w tle i pięknymi krajobrazami za oknem.

Dzisiaj padło na Michałowo. Nie byłem w tym mieście ani razu w tym roku.

Lubię tam jechać drogą na przejście graniczne z Białorusią. Z sentymentem mijam zamkniętą karczmę u Rumcajska i leśną drogę do Supraśla. Kilka minut późnej skręca się już na drogę do Michałowa. Po lewej stronie, tuż przy tym zjeździe, jest cudowne, bagienne rozlewisko ze straszącymi nagością konarami umierających brzóz.

Droga na Michałowo prowadzi przez las. W okolicy wsi Zajma przejeżdża się przez urokliwy mostek na rzece Płoska przecinający na pół piękną łąkę pełną żywokostów. Przejazd kolejowy w Żedni. Droga na Sokole. Za chwilę jest się w Michałowie.

Przy wjeździe do miasta straszy wielki napis #MICHAŁOWO. Przy rynku skręcam w prawo i lecę w kierunku Zabłudowa. Tam już mniej lasów, więcej pól. Dawny PGR gdzieś po drodze, i całkiem ładna, prawosławna wieś Topolany. Ulicówka z typowo postawioną przy niej cerkwi.

W Folwarkach Tylwickich zaczyna swój bieg rzeka Supraśl. Tam skręcam w prawo i jadę kolejnymi Folwarkami: Wielkimi, Małymi. W Dobrzyniówce karykaturalne ogródki działkowe mieszkańców popegeerowskich bloków.

Niedługo wrócę na 19-tkę. Do miasta. Na chwilę zapomnę o tęsknocie za Synem.

 

Codziennik 143 – Klakson

Mój syn jakoś podskórnie, genetycznie, przejął ode mnie uwielbienie dla samochodów. On uwielbia jeździć autem, a przynajmniej uwielbiał to wtedy, kiedy mogłem mu serwować przejażdżki po okolicach. Nie wiem, jak jest teraz.

Zna się na samochodach jak mało kto.

Nie dorastam mu do pięt.

Nie interesuję się jakoś przesadnie motoryzacją w sensie technicznym, ale kocham ten sposób przemierzania przestrzeni. Szybszy i wygodniejszy niż spacer i jednocześnie nie tracący kontaktu z przestrzenią, jak podróż samolotem. Wolny, liberalny, bo dostępny dla każdego za niewielką cenę.

Wiem, że on kocha to tak samo jak ja. Wsiąść w samochód i pojechać przed siebie. Skręcić w którąś z bocznych dróg. Zgubić się. Szwendać się po bezdrożach. Dojechać tam, gdzie ludzie wychodzą na środek drogi z ciekawości, kto się tu zabłąkał.

Słuchać ulubionej muzyki.

To okolice Krynek. To brzegi Narwi. To całe dorzecze Biebrzy. To droga z Dolistowa do Sztabina. To carska trasa przez bagna. To zadupia między Sokółką a Czarną Białostocką. To Lipsk.

Znam te trasy, te miejsca znam na pamięć.

Codziennik dwudziesty piąty – patriotyzm

stasiuk
„To podstawa patriotyzmu: żeby można było wyjechać w każdej chwili i z oddali patrzeć na cień ojczyzny. Jak się wznosi nad krajem i rozpościera niczym atomowy grzyb. Patrzeć na to z oddali i wiedzieć, że tam jest. Że będzie, kiedy wrócisz. Te wszystkie zapachy, zgęstniałe wonie, stężałe wyziewy ziemi i rzeczy od samego dzieciństwa, od narodzin, gdy się pierwszy raz tym zaciągnąłeś. Grochów, Mazowsze i Podlasie. Sztach. Między Małkinią a Bosforem. Przez przełęcz Dujawa w dół, ku śródziemnomorskiemu zlewisku, dalej od lesistego, omszałego, zatęchłego cienia północy. Żeby patrzeć z oddali i sprawdzać, jak daleko sięga. Mój kraj. Mój biedny, opuszczony kraj. Wszystkie kraje są opuszczone, ale mój najbardziej. Jadę na południe, by widzieć to tak wyraziście jak w proroczym śnie. Z Preszowa, z Miszkolca, z Budapesztu, z Belgradu patrzeć, jak na północnym horyzontem podnosi się gigantyczny majak kraju. Niczym Godzilla. W koronie, w płaszczu purpurowym, w złotych butach na obcasie. Im dalej, tym, tym większy i starszy. Przedwieczny kłębiasty stwór. Po to się jedzie jak najdalej. Na koniec kontynentu, na skraj lądu, na brzeg wód, żeby patrzeć jak cię ściga cień. Na Bałkany. Do krainy śmierci, żeby wspominać niewinność ojczyzny, żeby wspominać jej dziewictwo.”

Codziennik dwudziesty pierwszy – jeżdżenie

jeżdżenie.jpg

Mój pierwszy samochód to była czerwona Toyota Carina Sedan, kupiona za niecałe 20 tysięcy od obecnego burmistrza Zabłudowa. Pięć tysięcy sprezentował mi ojciec, resztę dołożyłem z kasy za jakiś unijny projekt. Dzień przed zakupem, Adam powiedział mi „weź ją sobie na jedną dobę, pojeździj, zobacz, czy ci pasuje to auto”.

Tego wieczora nie wróciłem na noc do domu. Szwędałem się po mieście, po bliższych i dalszych okolicach. Sprawdzałem wszystkie przyciski i pokrętła na masce rozdzielczej. Po kilku przejechanych kilometrach wiedziałem, że muszę ją mieć. Zadzwoniłem do ojca, bo brakowało mi kilku tysięcy. Na niego zawsze mogłem liczyć w takich sprawach. Pięć koła to była dla niego spora kwota – nie byliśmy bogaci – ale jak zwykle mi pomógł.

Dwa dni później jechałem już szosą na Warszawę po moją dziewczynę, by po krótkim noclegu w stolicy ruszyć na Węgry. To była karkołomna wycieczka, bo nigdy wcześniej nie spędziłem za kółkiem tyle czasu. Jakoś dojechaliśmy, chyba tylko dzięki adrenalinie płynącej z przyjemności jazdy, pulsującej mi w głowie. Ta wycieczka była wyjątkowa.

Wtedy zakochałem się w jeżdżeniu samochodem. Wtedy zrozumiałem, o co tak naprawdę chodzi Andrzejowi Stasiukowi i wtedy stał się on moim jeszcze większym mistrzem. A już wtedy był największym.

Kiedy kończyłem pracę, wsiadałem do tej mojej Toyoty i eksplorowałem okolice. Jakiś czas potem ustaliłem, że tym samochodem przejechałem każdy kilometr utwardzonej drogi w województwie podlaskim. Robiłem około 50 tysięcy kilometrów rocznie, czyli ponad 4 tysiące kilometrów na miesiąc. Zdarzało mi się kilka razy wsiąść o świcie do samochodu, pojechać na Hel, popatrzeć na morze przez pięć minut i tego samego dnia wrócić wieczorem do Białegostoku.

Teraz też mam Toyotę, ale – choć mnie nie zawiodła – nie kocham jej tak, jak tamtej Cariny. Podobno pierwsze miłości kocha się zawsze i przez całe życie najmocniej.

Jestem perypatetykiem – nie potrafię myśleć, siedząc na dupie. Myślę tylko wtedy, gdy idę albo gdy jadę. Wtedy przychodzą do głowy najlepsze pomysły, wówczas poplątane myśli się jakoś rozwiązują. Wtedy też potrafię się naprawdę wyciszyć

Kiedy wracają do mnie trudne myśli o tęsknocie za synem, kiedy przypominam sobie nasze wspólne wycieczki i to, że mimo nieustanego dokuczania nam w przeżywaniu naszej wspólnej – synowsko-ojcowskiej przyjemności – czerpaliśmy jednak za tego radość i nawiązywaliśmy więź, wtedy wsiadam w samochód, podłączam radio do Spotify na telefonie, włączam specjalną plejlistę do jazdy samochodem i ruszam.

Najchętniej do Tykocina, bo jest to miasto, które najlepiej nadaje się do samotnego zwiedzania wieczorami, zza szyby samochodu. Zupełnie puste przez cały dzień, a wieczorem wytwarzające coś na kształt próżni sprawiającej, że strach tam nawet otworzyć szybę, aby nie wciągnęła cię jego nieobecność.

Byłem raz z moim Małym w Tykocinie, na pokazie samochodów. Pamiętam, jak zafascynowany patrzył na te wszystkie maszyny, a ja sadzałem go na przednie siedzenia tych, które sobie wybrał. Był dumny, przejęty i bardzo szczęśliwy.

Dzisiaj pojechałem do Tykocina sam, bo mróz trochę zelżał i ta kręta, dziurawa droga, odsłoniła trochę asfaltu. W Tykocinie, jak zwykle, nie było nikogo, a na fotelu pasażera nie było mojego syna. Patrzył tylko dumnie ze zdjęcia przyklejonego nad schowkiem, tak, jak patrzy za każdym razem wsiadam do auta załatwiać ludzkie sprawy.

Niemcy mogłyby właściwie nie istnieć

Nie ma większej polskiej ambiwalencji, jak wobec narodu niemieckiego i jego wielkiej cywilizacji. Nie ma w Polakach większego pomieszania zachwytu i pogardy, zazdrości i resentymentu, miłości i nienawiści, pożądania i pogardy, niż wobec Niemców. Zawdzięczamy Niemcowi zniszczoną ojczyznę, miliony trupów, i jednocześnie motoryzacyjny geniusz techniczny wartburgów, a dzisiaj wolkswagenów. I miliardy euro, które nasi sąsiedzi w ogóle się tą szczodrością nie przejmując, ładują kieszenie rolników, w budowę naszych oper i aqua-parków.

Moje podróże do Niemiec to zawsze przerażająca nuda. Nuda niewygodnie prostych autostrad, z powodu których przejechanie tego wielkiego kraju trwa kilka godzin i nie dostarcza absolutnie żadnych przeżyć poza kilometrami doskonale płaskich betonowych nawierzchni, sterylnie czystych stacji benzynowych i skandalicznie czystymi parkingami z nieoczywiście pachnącymi kiblami bez nadzoru i opłaty za wstęp. Najbardziej oburzająca dla podróżującego po Niemczech turysty ze wschodniego kraju ościennego jest ta cholerna przewidywalność zachowań na drodze, to nie dające się wytrzymać bezpieczeństwo, ta wszechogarniająca nuda.

Bo przecież jedną z największych atrakcji miast Wschodu jest możliwość bezinteresowanego lub zasłużonego otrzymania w pysk, zostania obrabowanym lub w najgorszym przypadku obrażonym. Na ulice polskich miast wyjeżdża się, aby walczyć, słowem, gestem lub klaksonem.

Tymczasem tam, w tych Niemczech, wszyscy są wobec siebie nienaturalnie i sztucznie uśmiechnięci, grzeczni i usłużni.

Dlatego z całych Niemiec najbardziej lubię Berlin z całym tym berlińskim postsowietyzmem i orientem w pakiecie. To jedyne miasto w tym kraju, które przypomina Warszawę. A już najbardziej lubię włóczyć się na Kreuzbergu, bo to właściwie jedyne miejsce w tym osiemdziesięciomilionowym kraju, w którym można się zagubić, pomylić i doświadczyć czegoś niespotykanego. Całe pozostałe Niemcy mogłyby dla mnie nie istnieć.

DSC00975