Codziennik dwudziesty piąty – patriotyzm

stasiuk
„To podstawa patriotyzmu: żeby można było wyjechać w każdej chwili i z oddali patrzeć na cień ojczyzny. Jak się wznosi nad krajem i rozpościera niczym atomowy grzyb. Patrzeć na to z oddali i wiedzieć, że tam jest. Że będzie, kiedy wrócisz. Te wszystkie zapachy, zgęstniałe wonie, stężałe wyziewy ziemi i rzeczy od samego dzieciństwa, od narodzin, gdy się pierwszy raz tym zaciągnąłeś. Grochów, Mazowsze i Podlasie. Sztach. Między Małkinią a Bosforem. Przez przełęcz Dujawa w dół, ku śródziemnomorskiemu zlewisku, dalej od lesistego, omszałego, zatęchłego cienia północy. Żeby patrzeć z oddali i sprawdzać, jak daleko sięga. Mój kraj. Mój biedny, opuszczony kraj. Wszystkie kraje są opuszczone, ale mój najbardziej. Jadę na południe, by widzieć to tak wyraziście jak w proroczym śnie. Z Preszowa, z Miszkolca, z Budapesztu, z Belgradu patrzeć, jak na północnym horyzontem podnosi się gigantyczny majak kraju. Niczym Godzilla. W koronie, w płaszczu purpurowym, w złotych butach na obcasie. Im dalej, tym, tym większy i starszy. Przedwieczny kłębiasty stwór. Po to się jedzie jak najdalej. Na koniec kontynentu, na skraj lądu, na brzeg wód, żeby patrzeć jak cię ściga cień. Na Bałkany. Do krainy śmierci, żeby wspominać niewinność ojczyzny, żeby wspominać jej dziewictwo.”

Reklamy

Codziennik dwudziesty pierwszy – jeżdżenie

jeżdżenie.jpg

Mój pierwszy samochód to była czerwona Toyota Carina Sedan, kupiona za niecałe 20 tysięcy od obecnego burmistrza Zabłudowa. Pięć tysięcy sprezentował mi ojciec, resztę dołożyłem z kasy za jakiś unijny projekt. Dzień przed zakupem, Adam powiedział mi „weź ją sobie na jedną dobę, pojeździj, zobacz, czy ci pasuje to auto”.

Tego wieczora nie wróciłem na noc do domu. Szwędałem się po mieście, po bliższych i dalszych okolicach. Sprawdzałem wszystkie przyciski i pokrętła na masce rozdzielczej. Po kilku przejechanych kilometrach wiedziałem, że muszę ją mieć. Zadzwoniłem do ojca, bo brakowało mi kilku tysięcy. Na niego zawsze mogłem liczyć w takich sprawach. Pięć koła to była dla niego spora kwota – nie byliśmy bogaci – ale jak zwykle mi pomógł.

Dwa dni później jechałem już szosą na Warszawę po moją dziewczynę, by po krótkim noclegu w stolicy ruszyć na Węgry. To była karkołomna wycieczka, bo nigdy wcześniej nie spędziłem za kółkiem tyle czasu. Jakoś dojechaliśmy, chyba tylko dzięki adrenalinie płynącej z przyjemności jazdy, pulsującej mi w głowie. Ta wycieczka była wyjątkowa.

Wtedy zakochałem się w jeżdżeniu samochodem. Wtedy zrozumiałem, o co tak naprawdę chodzi Andrzejowi Stasiukowi i wtedy stał się on moim jeszcze większym mistrzem. A już wtedy był największym.

Kiedy kończyłem pracę, wsiadałem do tej mojej Toyoty i eksplorowałem okolice. Jakiś czas potem ustaliłem, że tym samochodem przejechałem każdy kilometr utwardzonej drogi w województwie podlaskim. Robiłem około 50 tysięcy kilometrów rocznie, czyli ponad 4 tysiące kilometrów na miesiąc. Zdarzało mi się kilka razy wsiąść o świcie do samochodu, pojechać na Hel, popatrzeć na morze przez pięć minut i tego samego dnia wrócić wieczorem do Białegostoku.

Teraz też mam Toyotę, ale – choć mnie nie zawiodła – nie kocham jej tak, jak tamtej Cariny. Podobno pierwsze miłości kocha się zawsze i przez całe życie najmocniej.

Jestem perypatetykiem – nie potrafię myśleć, siedząc na dupie. Myślę tylko wtedy, gdy idę albo gdy jadę. Wtedy przychodzą do głowy najlepsze pomysły, wówczas poplątane myśli się jakoś rozwiązują. Wtedy też potrafię się naprawdę wyciszyć

Kiedy wracają do mnie trudne myśli o tęsknocie za synem, kiedy przypominam sobie nasze wspólne wycieczki i to, że mimo nieustanego dokuczania nam w przeżywaniu naszej wspólnej – synowsko-ojcowskiej przyjemności – czerpaliśmy jednak za tego radość i nawiązywaliśmy więź, wtedy wsiadam w samochód, podłączam radio do Spotify na telefonie, włączam specjalną plejlistę do jazdy samochodem i ruszam.

Najchętniej do Tykocina, bo jest to miasto, które najlepiej nadaje się do samotnego zwiedzania wieczorami, zza szyby samochodu. Zupełnie puste przez cały dzień, a wieczorem wytwarzające coś na kształt próżni sprawiającej, że strach tam nawet otworzyć szybę, aby nie wciągnęła cię jego nieobecność.

Byłem raz z moim Małym w Tykocinie, na pokazie samochodów. Pamiętam, jak zafascynowany patrzył na te wszystkie maszyny, a ja sadzałem go na przednie siedzenia tych, które sobie wybrał. Był dumny, przejęty i bardzo szczęśliwy.

Dzisiaj pojechałem do Tykocina sam, bo mróz trochę zelżał i ta kręta, dziurawa droga, odsłoniła trochę asfaltu. W Tykocinie, jak zwykle, nie było nikogo, a na fotelu pasażera nie było mojego syna. Patrzył tylko dumnie ze zdjęcia przyklejonego nad schowkiem, tak, jak patrzy za każdym razem wsiadam do auta załatwiać ludzkie sprawy.

Niemcy mogłyby właściwie nie istnieć

Nie ma większej polskiej ambiwalencji, jak wobec narodu niemieckiego i jego wielkiej cywilizacji. Nie ma w Polakach większego pomieszania zachwytu i pogardy, zazdrości i resentymentu, miłości i nienawiści, pożądania i pogardy, niż wobec Niemców. Zawdzięczamy Niemcowi zniszczoną ojczyznę, miliony trupów, i jednocześnie motoryzacyjny geniusz techniczny wartburgów, a dzisiaj wolkswagenów. I miliardy euro, które nasi sąsiedzi w ogóle się tą szczodrością nie przejmując, ładują kieszenie rolników, w budowę naszych oper i aqua-parków.

Moje podróże do Niemiec to zawsze przerażająca nuda. Nuda niewygodnie prostych autostrad, z powodu których przejechanie tego wielkiego kraju trwa kilka godzin i nie dostarcza absolutnie żadnych przeżyć poza kilometrami doskonale płaskich betonowych nawierzchni, sterylnie czystych stacji benzynowych i skandalicznie czystymi parkingami z nieoczywiście pachnącymi kiblami bez nadzoru i opłaty za wstęp. Najbardziej oburzająca dla podróżującego po Niemczech turysty ze wschodniego kraju ościennego jest ta cholerna przewidywalność zachowań na drodze, to nie dające się wytrzymać bezpieczeństwo, ta wszechogarniająca nuda.

Bo przecież jedną z największych atrakcji miast Wschodu jest możliwość bezinteresowanego lub zasłużonego otrzymania w pysk, zostania obrabowanym lub w najgorszym przypadku obrażonym. Na ulice polskich miast wyjeżdża się, aby walczyć, słowem, gestem lub klaksonem.

Tymczasem tam, w tych Niemczech, wszyscy są wobec siebie nienaturalnie i sztucznie uśmiechnięci, grzeczni i usłużni.

Dlatego z całych Niemiec najbardziej lubię Berlin z całym tym berlińskim postsowietyzmem i orientem w pakiecie. To jedyne miasto w tym kraju, które przypomina Warszawę. A już najbardziej lubię włóczyć się na Kreuzbergu, bo to właściwie jedyne miejsce w tym osiemdziesięciomilionowym kraju, w którym można się zagubić, pomylić i doświadczyć czegoś niespotykanego. Całe pozostałe Niemcy mogłyby dla mnie nie istnieć.

DSC00975

Colin Thubron – Po Syberii

„Piękna książka”, pisze Andrzej Stasiuk o tym nagrodzonym prestiżową Nagrodą im. Nicolasa Bouviera reportażu Colina Thubrona. Podobną laurkę wystawia „Po Syberii” Mariusz Wilk, stwierdzające, że „po przeczytaniu książki Colina Thubrona sam zechcesz tam pojechać”. Obaj się mylą. Książka Colina Thubrona sprawi, że nigdy nie będziecie chcieli pojechać na Syberię, ale właśnie dlatego jest to wielka, naprawdę wielka literatura.

„Po Syberii” to obszerny, mistrzowski esej-reportaż z podróży Thubrona od Jekatynbuga, miasta leżącego w paśmie Uralu, umownej granicy między Europą a Azją, po wschodnie krańce kontynentu: Butugyczag, Magadan, Chabarowsk i Władywostok. Thubron swoją podróż odbywa w czasach wyjątkowych dla tych ziem i mieszkających tam ludzi. Są lata dziewięćdziesiąte – rozpad Imperium Sowieckiego – i doświadczenia angielskiego reportażysty naznaczone są owym rozpadem.

Nie jest to książka „o Syberii”, ale o tym, co po niej pozostało. Rozkład, entropia, chaos i poczucie dezorientacji towarzyszy wszystkim bohaterom, których Thubron spotyka na swojej drodze. A i on sam nie może uwolnić się od doświadczenia absurdalnej pustki powstałej po wytrzebieniu przez komunistyczny reżim prawdziwych kultur Syberii. Thubron broni się przed tą próżnią, uciekając bądź to w ironię, bądź sarkazm, bądź w zwykły, ludzki smutek i niedowierzanie.

„Po Syberii” jest przede wszystkim książką o ludziach zamieszkujących tę większą od Europy, nieprzyjazną, skomplikowaną krainę. Krainę, w której ateizm sąsiaduje z prawosławiem, buddyzm z szamanizmem, głębokie emocje i przywiązanie do ziemi z postsowieckim nihilizmem. Przyroda jest w książce Thubrona schowana za historią, historią, która jest głównym bohaterem tej opowieści. Podróżujemy po bezkresnych przestrzeniach Syberii nie tylko z miejsca do miejsca, z Tobolska do Omska, z Ułan Ude do Nowoselenginska, z Jakucka do Magadanu, ale i w czasie.  Życie ludzi, których spotyka , naznaczone jest całkowicie historią, choćby nawet zamieszkiwali miejsca, o których wszyscy zapomnieli. Jest więc to w dużym stopniu opowieść o Imperium, które upadło i którego szczątki rozniosły się wszerz i wzdłuż.

Podróż Anglika po bezkresach Syberii nie mogła się obyć bez tej typowej wyspiarskiej ironii, która dla czytelnika z Europy Środkowo-Wschodniej może się wydawać nieautentyczna. Myślę, że próby zdystansowania się od tego strasznego świata opisywanego przez Thubrona są formą obrony przed rzeczywistością, która jest silniejsza swoją bezwzględnością, chłodem i odhumanizowaniem od najsilniejszego nawet cynizmu i reporterskiej neutralności. „Po Syberii” jest zapisem zmagania się pisarza z rzeczywistością, która nie daje mu nawet złudzenia ewentualnego zwycięstwa. Z takich pojedynków, w których artysta przegrywa, prawie zawsze rodzą się wielkie rzeczy. „Po Syberii” jest opisem pięknej klęski.

Michał Olszewski – Zapiski na biletach

Zapiski na biletach - Michał OlszewskiMichał Olszewski urodził się w Ełku. Kiedyś pracował w krakowskiej Wyborczej, a teraz jest dziennikarzem Tygodnika Powszechnego. Jego „Zapiski na biletach” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ostatnio czytałem. Jest to zbiór podróżniczych impresji o Polsce, przeplatanych czarno-białymi fotografiami, autorski przewodnik po tym kraju, którego cechami charakterystycznymi są szarość, jesień i nuda. Autor proponuje zwiedzanie Polski z okna pociągu, z niedokończonych autostrad i brudnych pekaesów. Perspektywa, którą przyjmuje Olszewski, jest miejsce gdzieś pośrodku, między Wrocławiem a Opolem, Krakowem a Warszawą, Lublinem a Białymstokiem. Proponuje perspektywę polskiej prowincji, barów o nazwie „Bar” albo „Flamingo”, gdzie herbatę podaje się w szklance, a z win jest tylko zwietrzała Sofia.

Pod wieloma względami wrażliwość Olszewskiego na szczegół, upodobanie entropii i obserwacja tej zastygłej struktury polskiej prowincji jest podobna do podróżniczych tekstów Andrzeja Stasiuka. Łączy ich też doskonała umiejętność opisu polskiego światła, genialne wręcz rozumienie metafizyki podróży. Inaczej niż Stasiuk, Olszewski podróżuje głównie polską koleją. Wydaje mi się, że rozumie ją lepiej niż ktokolwiek inny, a wszystkie jej niedogodności, absurdy, brudy i brzydkie zapachy potrafi opisać z poetycką wrażliwością.

Tym podróżniczym esejom, impresjom, „zapiskom na biletach” nie można niczego narzucić. Podzielam większość intuicji i wrażliwości Olszewskiego. Poszukuję podobnych perełek językowych polskiego kapitalizmu, dostrzegam te same absurdy architektoniczne, uwielbiam zwiedzanie kolejowych barów i tak samo jak on odbieram dramaturgię podróży ekspresem z Warszawy do Krakowa przez Włoszczową. Podróż ze stolicy do Białegostoku jest dokładnie taka, jak ją opisał Olszewski, a nieoczywistość sterylnego dworca w Białymstoku budzi we mnie – choć doznaję jej prawie codziennie – takie samo zdumienie. W pisaniu Olszewskiego i w jego stylu podróżowania jest zresztą dużo wschodniej wrażliwości: jest spokój, szacunek dla towarzysza rozmowy i trochę takie survivalowe nastawienie do każdej podróży, choćby to miała być wyprawa z Ełku do Suwałk.

„Zapiski na biletach” Michała Olszewskiego to jeden z najlepszych przewodników po Polsce, jakie czytałem. Nie sposób nie polecić.

Lektorium

picasabackground1Jeżeli uda się pojechać, to mniej więcej tak to będzie wyglądało. Lektorium będzie na pewno widoczne, prawie na pewno będzie dużo śniegu. Któregoś dnia, po przebudzeniu i podejściu do okna, o ile będzie ładna pogoda, w oddali będą świetnie widoczne połoniny. Na pewno ktoś wstanie pierwszy i będzie siedział na tarasie jedząc zupę z proszku albo paląc papierosa. A ja znowu zdecyduję się na kąpiel w potoku i będzie mnie widać, jak schodzę na bosaka, obok tego lektorium w dole, po ścieżce poprzecinanej śladami zwierząt. A potem na pewno zejdę drogą do Chmiela i pójdę stamtąd na spacer do Dwernika. I po drodze spotkam panią Ciomborową, która znowu opowie mi o wilkach i o prądzie, co im go doprowadzili już w ’80-tych. 

Praktyki pod lipami, part two

Znam już wszystkie zakręty, proste i wiraże dróg, dróżek i ścieżek gminy Górzno. Przez trzy dni – siedemset kilometrów w charakterze szofera: zawieź, przywieź, przyjedź, poczekaj. To chyba jak do tej pory mój najistotniejszy wkład w rozwój królowej nauk empirycznych – socjologii. I – jednocześnie czuję, że w takich prostych, a jednocześnie ponadczasowych rolach społecznych tkwi jakiś wielki romantyzm. Zawsze byli ludzie, którzy zajmowali się przewożeniem innych z miejsca na miejsce, bo zawsze przemieszczanie się było ludzką potrzebą.

Jeżdżąc z miejsca na miejsce, z Górzna do Miesiączkowa, z Zaborowa do Czarnego Bryńska, wzdłuż, wszerz i z powrotem, doszedłem do wniosku, że tutejsza społeczność tak naprawdę nie pasuje mi do żadnych ram pojęciowych, które sklecam sobie próbując takie rzeczy zrozumieć. Dzisiaj, oczekując pod sklepem spożywczym na kogoś lub coś, dosiada się do mnie dwudziestokilkuletni chłopak. Jest już – jak sam przyznaje – po siedmiu piwach, a w dłoni trzyma ósme. Wraca znad morza, gdzie razem ze wspólnikami kładł komuś dach z bali. Pomimo strasznego zmęczenia pogodnie się uśmiecha, podaje mi rękę, mówi na ty. Opowiada o swojej pracy. Widać, że praca jest dla niego tak wielką wartością. Pomimo ekstremalnego zmęczenia opowiada o domach z drewna z wielkim entuzjazmem i swobodą. Zmęczenie po dwóch tygodniach ciężkiej charówki jest po prostu bardzo przyjemne.