Codziennik siedemdziesiąty – Ratafia

DSC_6652.jpg

W tym roku znowu postawiłem na nalewki. Owoce były zbyt drogie, abym mógł sobie pozwolić na nastawienie konkretnej ilości wina. Zalałem więc spirytusem w oddzielnych słojach kwiaty mniszka lekarskiego, pędy sosny, rabarbar, malinę, wiśnię, jeżyny, aronię i porzeczkę. Zasadzam się jeszcze na dereń.

Jednak królową tegorocznych nastawów jest ratafia – starodawna nalewka wieloowocowa zależna w składzie od tego, co przyniesie na drzewach i krzewach kolejne lato. Do dziesięciolitrowego baniaka wrzucałem systematycznie od czerwca: truskawki, czereśnie, wiśnie, porzeczki czerwone i czarne, agrest, jerzyny, mirabelki, węgierki, aronię, a na koniec poszły właśnie dwa jabłka, dwie gruszki i kilka gwiazdek anyżu.

Na razie wszystko to maceruje się w samym alkoholu 60-70%. To potrwa około kilku miesięcy. Kiedy przyjdzie pora, wyjmę z tego owoce, zasypię je cukrem i poczekam kilka tygodni, aż oddadzą resztę soku. Ten syrop połączę z nalewką i rozleję po kilku tygodniach do butelek. Butelki te schowam do piwnicy i zapomnę.

Szykują się wesołe święta z przyjaciółmi w 2024 roku. Zapraszam.

Reklamy

Codziennik sześćdziesiąty dziewiąty – usychanie

pomidory

Byłem dzisiaj na ogródkach działkowych. Pojechałem po liście wiśni. Niedługo już nie będzie po nich śladu. Patrzyłem na powysychane pędy pomidorów w opustoszałych szklarniach. Witałem się ze starymi ludźmi, którzy przez cały czas próbują ratować zieloność. Tam, gdzie podlewanie trwa cały czas, mamy ciągle czerwiec. Tam, gdzie po zakończonych urlopach pochowano w kąty zardzewiałe grille, rządzi suchość.

Pomidory pousychały z braku wody. Ja usycham z braku Małego.

Codziennik sześćdziesiąty ósmy – ściema

20190825_135117.jpg

Od zawsze marzyłem, żeby zabrać Małego i Olę nad urwany most na Narwi w Kruszewie i opowiedzieć legendę o tym, dlaczego go nie odbudowują. Dzisiaj połowicznie się udało. Przywiozłem – niestety tylko Olę – i opowiedziałem.

– Ściema – podsumowała.

Codziennik sześćdziesiąty siódmy – cztery i pół

ignaś

Cztery i pół roku nieustającej tęsknoty.

 

Codziennik sześćdziesiąty szósty – Proboszcz na grzybach

20190822_150018.jpg

Z proboszczem na grzybach. Z oddali wyniuchuje szatany. Trenuję go, aby tak samo niuchał trufle.

Codziennik sześćdziesiąty piąty – mirabelka

69008294_10163107320915643_4646052650217897984_o

Tuż obok brzozy mojego Małego stoi drzewo mirabelki, którego gałęzie prawie sięgają moich okien. Mirabelki to moje ulubione śliwki. To drzewo to pozostałość po sadzie pani Skowrońskiej, której drewniany dom stał tu podobno bardzo długo. Każdej wiosny czekam, aż zakwitnie białymi, małymi kwiatkami. Parkuję pod nią często z lenistwa, bo spod niej najbliżej do mojej klatki. Dzisiaj rano, kiedy wyjeżdżałem spod bloku, moje auto byłe całe obsypane owocami. Były miękkie i słodkie w smaku. Zrobię w tym roku coś dobrego z mirabelek (ale nie z tych spod bloku) dla Małego i trzymajcie mnie za słowo, że on tego już niebawem spróbuje.

 

Pan Michał i Trąbka

20190815_134731

Był ucieleśnieniem białostockiego mieszczaństwa. Od zawsze mieszkał w bloku przylegającym do domu mojej mamy. Na drugim piętrze. Widywałem go, jak wychodził do sklepu po mleko. Na moje „dzień dobry” zawsze się lekko kłaniał i przykładał rękę do czoła. Połączonym kciukiem i palcem wskazującym imitował skinienie kapelusza.

Starszy pan, ale kiedy się uśmiechał do mojej mamy, jego szelmowski uśmiech zdradzał, że miał powodzenie u kobiet. Do ostatnich lat przychodziła do niego jakaś starsza pani z siwymi włosami. Elegancka sukienka, kapelusz. Szli wspólnie na mszę do kościoła. Któregoś dnia wyszła z płaczem z jego klatki i potem jej już nie widziałem.

Kiedy wychodził, musiał się zatrzymywać co kilkadziesiąt metrów na minutę lub dwie. „Po trzech zawałach jestem” – mówił, jakby chciał się usprawiedliwić z tych postojów przy klatce.

Podobno kiedyś był mechanikiem. Pewnie to prawda, bo choć nie miał już auta, to jeszcze jak dawał rady fizycznie, podłączał mamie prostownik do wyładowanego akumulatora. Ona mówiła do niego „panie Michale”. On do niej – „pani profesor”. A dzieliło ich ponad trzydzieści lat różnicy.

Od pewnego czasu przestał wychodzić, a potem karetka zabrała go do szpitala. Męczył się z trzy miesiące, a potem umarł. Nie wrócił już do swojego bloku na Nowym Świecie.

Nie widziałem go po śmierci i nie bardzo mnie to interesowało. Nawet ciało przyjaciela, po śmierci nie wygląda już tak samo. Po wiadomości o  śmierci nie myślałem o duszy pana Michała i co się z nią będzie działo. Nie miałem też żadnych poważniejszych wspomnień z nim związanych. Nie mam zdjęcia, a nawet nie pamiętam nazwiska.

Chociaż byłem na jego pogrzebie. Pamiętam odgłos emaliowanej, czarnej puszki uderzającej o piasek na dnie grobu. Pracowników palących fajki za drzewem po skończonej robocie. Grubego księdza. Rodzinę i znajomych. Jedni płaczący, inni znudzeni, jeszcze inni rozglądający się „kto przyszedł”. Inni myślący tylko o sobie. Pamiętam też przeszywający głos trąbki takiego gościa, którego pamiętam z Odeonu, a który w czasie tego pogrzebu stanął za drzewami i zagrał tak, że łza poszła.

Pogrzeby są dla tych, którzy zostali. To nasze rytuały mierzenia się z tym, co się wydarzyło. Czasami wydaje się, że jęki nad trumną wynikają bardziej z lęku o nas samych niż z sympatii dla zmarłego. I tak było na pogrzebie pana Michała.

Przez całe życie poszukujemy stałej harmonii ze światem. Próbujemy zadowolić naszych najbliższych i współpracowników. Odnaleźć miłość, założyć rodzinę, mieć dzieci. Doznawać świata naturalnego, literatury, muzyki w sposób najczystszy z możliwych.

Jednak ten stan harmonii jest zawsze przejściowy i zakłóca go o wiele potężniejszy stan potknięć, dysonansów, zakłóceń, swad i konfliktów. Czas pogodzenia się ze światem zależy tylko od naszej determinacji i ćwiczeń. Dlatego nie można czekać na śmierć, bo po niej nie ma nic, nie ma również żadnej harmonii.