Codziennik czterdziesty trzeci – ciekawostki o fokach

foka

Siedzimy sobie z Olą (I klasa podstawówki) przy komputerze i przygotowujemy jej prezentację w Power Poincie o fokach.

– Ok, Olu, wpisz tu „ciekawostki o fokach”. Ok, mamy tutaj kilkadziesiąt ciekawostek. Przeczytasz mi to sama na głos?

– Ok. To czytam. Punkt pierwszy…

foki

Reklamy

Codziennik czterdziesty drugi – dzwoni Syn

 

SzósDSC05196.jpgta rano. Dzwoni telefon.

Syn.

– cześć stary gruby cepie, nie obudziłem?

– nie – odpowiadam zaspany

– przeproś babcię Terkę, że nie mogę jej złożyć życzeń osobiście, ale obaj wiemy, jak jest – mówi

– spoko – mówię półprzytomny.

– weź jedź do sklepu i jakieś kwiatki jej kup, takie które lubi, goździki albo inne róże daj – że niby ode mnie – czaisz?

– spoko, już jadę

– dzięki, to nara, muszę kończyć, bo mnie zaraz przyczają te wiedźmy tutaj.

– ok, już jadę.

Codziennik czterdziesty pierwszy – im jestem starszy, tym lepiej rozumiem dzieci

dzieci1.png

Codziennik czterdziesty – pierwsze kroki

pierwsze kroki.png

Codziennik trzydziesty dziewiąty – co właściwie umiera?

Wojciech Weiss, Pogrzeb

Wojciech Weiss, Pogrzeb

Śmierć jest
Przeciwnością
Czasu.

Death is
The opposite
Of time.

Nadajemy śmierci różne metafory. Ukrywamy ją w różnych znaczeniach i wymyślamy o niej różne historie, ale tak naprawdę nie wiemy, co się nam stanie, gdy umrzemy. Kiedy ktoś umiera, nie widzimy nic poza zwłokami. Spekulujemy o reinkarnacji lub odwołujemy się do wieczności. Jednak śmierć jest niepoznana, jest tajemnicą. Znajduje się w świecie, gdzie czas przestaje mieć znaczenie. Wszystkie prawa fizyki są zawieszone. Śmierć jest przeciwnością czasu.

Co właściwie umiera? Czy coś ulega zniszczeniu? Na pewno nie ciało, które rozpada się do swych części składowych – do wody i innych pierwiastków. Jest to zatem transformacja, nie zaś destrukcja. Co zatem z umysłem? Czy przestaje funkcjonować, czy też przechodzi do innej egzystencji? Niewiele wiemy na pewno i mało kto może dostarczyć nam jakichkolwiek wniosków.

Co umiera? Nic, co stanowiła istota ludzka nie umiera w sensie kompletnego zniknięcia jej elementów z jakiegokolwiek istnienia. Tym, co umiera, jest jedynie tożsamość, skojarzenie zbioru części, który nazywaliśmy osobą. Każdy z nas jest przebraniem, jak szaman noszący warstwy szat z niezliczonymi symbolami znaczeń. Znikają tylko ubrania i dekoracje. Tym, co umiera, jest tylko nasze ludzkie znaczenie, które nadaliśmy swojemu życiu. Pod spodem, przez cały czas jest ktoś całkowicie nagi. Jeśli zrozumiemy, kim jest ten ktoś, śmierć przestanie nam przeszkadzać. Tak samo, jak czas.

Deng Ming-Dao „365 Tao: Daily Meditations. Chapter 49 – Death”, tłum. własne

Dr Richard Shepherd „Niewyjaśnione okoliczności”

shepherd

„Zachowałem się uczciwie. Na tym polega mój zawód: na uczciwości”

Przyznam, że miałem mieszane uczucia podczas czytania tej książki. Zachęciła mnie obietnica zapoznania się z detalami pracy doświadczonego patologa sądowego, który rozciął skalpelem setki, jeśli nie tysiące ludzkich ciał, a w każdym z tych ciał kryła się tajemnica. Każde ciało umarłe w niewyjaśnionych okolicznościach i poddane badaniu post mortem jest przecież żywym kryminałem, gdzie każdy jest podejrzany i którego rozwiązanie może okazać się najmniej oczywiste…

Dr Richards Shepherd w taki sposób opisuje swoją pracę, co potęguje apetyt na lekturę, ale prawdziwym celem tej książki nie jest przekonanie czytelnika, jak fascynującym zawodem jest praca patologa sądowego. Wręcz przeciwnie – książka ta jest bardziej przestrogą, jak fascynacja niepopularnym zajęciem, traktowania przez autora misja, sens życia, osobistą służbę dla społeczeństwa, może stać się traumą, przekleństwem, czynnikiem niszczącym człowieka i jego otoczenie.

Bo „Niewyjaśnione okoliczności” nie są zwykłym zbiorem historii, anegdotek, krwistych szczegółów, bezpośrednią transmisją z sekcji zwłok. Są zamiast tego jednym z elementów terapii Dr. Shepherda, próbą przezwyciężenia Zespołu Stresu Pourazowego, którego doktor doświadczył na pewnym etapie swojej kariery. A właściwie doświadczał go przez całe lata.

Spodziewając się, że rozpruwanie i grzebanie przez całe życie w tysiącach ludzkich zwłok, ofiar gwałtów, pożarów, katastrof, seryjnych mordów, a szczególnie ofiar dzieciobójstwa, musi sprawić, że psychika doświadczonego patologa będzie wydrenowana i wykończona. Shepherd jednak zdaje się przekonywać na każdej stronie tej autobiografii zawodowej, że to właśnie w kostnicy, przy stole sekcyjnym, czuje się najlepiej, najpewniej, że tylko tam jest najbardziej spełniony. Równie dużo uwagi poświęca sprawom swojej rodziny, relacjom ze współpracownikami, a także rozprawom sądowym, na których musi toczyć żenujące potyczki słowne, wysłuchiwać prawniczego slangu i zmagać się z kolejnymi podchodami stron sądowych konfliktów.

Nie pamiętam, w jakim kontekście, ale filozof Sartre napisać kiedyś, że „piekło to inni”. Jestem pewny, że właśnie o tym jest ta na pierwszy rzut oka lekka, łatwa i przyjemna książka. Dziesiątki lat obcowania z martwymi ofiarami największych bestialstw i okrucieństw, zamordowanymi dziećmi, ofiarami męczeńskich, długotrwałych śmierci nie są w stanie sprawić takiego spustoszenia w psychice, emocjach i wrażliwości, jak obcowanie z żywą, ludzką podłością, nieszczerością, brakiem przyzwoitości i szacunku dla innych.

Kobieta doskonała – babka ziemniaczana

babka

Dzisiejszy wieczór spędzam w domu.

Z kobietą.

…w sensie, z taką jedną babką.

Jest kobietą idealną.

Nic nie mówi.
Jest ciepła i miękka w dotyku.
Nie słucha Comy.
Pachnie czosnkiem, cebulą i boczkiem.
Od polityki bardziej interesuje ją dobre jedzenie.
Godzina, półtorej i jest moja.
Nie jest zazdrosna o inne babki.
Do jutra zniknie bez wyrzutów, pretensji i trzaskania drzwiami.

Polskie rolnictwo ziemniakiem stoi, a kartofel w Polsce to jak ryż w Chinach. Jedynym gatunkiem zwierząt, który pożera więcej ziemniaków od Polaka, jest świnia, ale świnia nie ma za bardzo wyboru. Statystyczny Polak zjada około 100 kg ziemniaków rocznie (czyli około 8 kg miesięcznie!), licząc niemowlęta i anorektyków, a mimo to pod względem „stylu” jedzenia kartofla przypominamy niestety trzodę chlewną.

W Polsce ziemniak to ziemniak.  „Poproszę kilogram ziemniaków”. I już.

Tymczasem ziemniak to bulwa posiadająca wiele różnych odmian, różniących się wielkością, smakiem, a także zachowaniem pod wpływem temperatury. Powiedzcie „poproszę kilogram ziemniaków” małżeństwu z Plosek, które sprzedaje warzywa w boksie numer 30 na giełdzie rolno-towarowej przy Andersa.

– Panie, a do czego te ziemniaki? – zapytają

– No, do jedzenia…

– No ale do frytek, do babki, do kiszki, do sałatki, do kopytek, do opiekania w piekarniku czy takie do obiadu?

– No, do obiadu…

– Jak do obiadu, to teraz kwestia czy będą tłuczone, czy podawane w całości?

– Ekhm…

Babkę ziemniaczaną nauczyłem się robić, kiedy moja mama wyjeżdżała na wakacje do siostry mieszkającej w Belgii. Wracała kilka dni przed rozpoczęciem roku szkolnego, a ja wtedy co roku podejmowałem ją babką ziemniaczaną. Zrobił się z tego rytuał, a ja metodą prób i błędów nabyłem kolejną ważną życiowo umiejętność.

Nauczenie się przygotowywania jakiejś potrawy okupione jest zawsze, niezależnie od tego, jak „sprawdzony” i „pewny” przepis się posiada, co najmniej dwoma ofiarami spieprzonych, nieudanych prób. Zazwyczaj trzecie lub czwarte podejście kończy się sukcesem. I od tej pory, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jedzenie wychodzi w najgorszym wypadku poprawnie, a zazwyczaj po prostu dobrze. Co jeszcze ciekawsze, od tej pierwszej udanej próby można zapomnieć o przepisach i proporcjach. Działa już wtedy uniwersalna zasada „na oko”. Tak też jest w przypadku mojej babki ziemniaczanej.

Jak robię babkę ziemniaczaną?

Na takiej średniej wielkości podłużną babkę potrzebuję około 1,5 kilograma ziemniaków. Do babki nie nadają się wszechobecne w środkowej i wschodniej Polsce Irgi i Irysy (typ B). Najlepsze będą kartofle mączyste, o dużej zawartości skrobi. Absolutnie najdoskonalszą odmianą ziemniaków do babki jest według mnie ogromna, żółta w środku, szybko rozsypująca się Agata.

Ziemniaki ścieram na najmniejszych oczkach i odlewam z nich przy pomocy ręki jak najwięcej wody. Do tego dodaję startą w taki sam sposób dużą cebulę. Do tego wrzucam jajko, około jednej szklanki mąki pszennej tortowej, trochę świeżo zmielonego pieprzu, majeranek i sól. Można oczywiście posłużyć się też boczkiem pokrojonym w kostkę, przeciśniętym przez praskę czosnkiem, mieloną papryką i co tam jeszcze dusza zapragnie. Ja w przypadku babki stawiam ostatnio na prostotę.

Jednym z największych czynników ryzyka w przypadku babki ziemniaczanej jest jej solenie. Surowe ziemniaki dzielnie ukrywają swoim smakiem to, czy masa jest wystarczająco słona lub niedosolona, dlatego bardzo ciężko jest utrafić z solą w babce. Genialny w swojej prostocie sposób na to przekazał mi wujek Tosiek mieszkający na wsi pod Bielskiem Podlaskim. Otóż wujek Tosiek przed włożeniem babki do piekarnika robi na patelni mały placek ziemniaczany z tej masy i po usmażeniu wie, czy poziom soli jest ok. Podziwiam ludzi za to, że wpadają na tak genialne pomysły.

Blaszkę smaruję od wewnątrz smalcem albo masłem roślinnym i obsypuję dokładnie bułką tartą. Wlewam do środka ziemniaczaną pulpę i wstawiam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na około 1,5 godziny. Po tym czasie wbijam drewniany patyczek do szaszłyków do środka żeby sprawdzić, czy ziemniaki się upiekły. Jeśli patyczek wychodzi czysty i nic się do niego nie klei, znaczy to, że zaraz można jeść.

Nie rozumiem popularnego w moim regionie popijania jedzenia mlekiem od krowy, jednak w przypadku babki i kiszki połączenie smaki zimnego mleka i gorących ziemniaków pasują do siebie jak Mann i Materna.