Najważniejszy czas w moim życiu spędziłem na Dziesięcinach

SONY DSC

Kiedy wracam skądś do centrum zawsze, o ile to możliwe, zahaczam o Dziesięciny. To takie białostockie Bałuty, Wola i Nowa Huta w jednym. Zbudowane w końcu epoki Gierka, wchłaniały tysiące mieszkańców pobliskich wsi i miasteczek. Kiedy się urodziłem, mieszkanie w bloku z wielkiej płyty było szczytem marzeń, również dla mojej, inteligenckiej w pierwszym pokoleniu rodziny 2+2. Wprowadziliśmy się tam, jak miałem 3 lata. Wyprowadziłem, jak miałem 29 lat. Dziesięciny i te bloki były całym moim życiem.

Z okna na parterze bloku, w którym mieszkałem prawie 30 lat, widać było kiedyś pasące się krowy, a gospodarze pobliskich łąk sprzedawali nam świeże mleko. Wystarczyło przebiec przez ulicę, przemknąć przez blaszane garaże, by zanurzyć w się zbożu, bobie, pszenicy, kukurydzy. Bawiliśmy się tam w chowanego albo podglądaliśmy amatorów seksu na świeżym powietrzu.

SONY DSC

Plac zabaw przy bloku obok to była konstrukcja z metalowych rurek – coś jakby trzepak wersja 2.0.

Tam, gdzie teraz jest parking, wtedy było 30-metrowe boisko – wydeptany milionami rajdów, wślizgów i upadków prostokąt ograniczony z jednej strony piaskownicą, a z drugiej ulicą, gdzie przeżywaliśmy swoje pierwsze emocje sportowe. Każdy bramkarz chciał być Mojsiuszką, ale nikt nie chciał być bramkarzem, więc na bramce stawał najgrubszy. Wszyscy pozostali chcieli być Jackiem Bayerem. To były czasy, kiedy MKSB Jagiellonia po raz pierwszy w historii wchodziła do I Ligii, a Polacy w Barcelonie zdobywali srebrny medal Igrzysk Olimpijskich.

SONY DSC

A potem była koszykówka, oglądanie NBA w telewizji i granie godzinami w Michael Jordan in Flight na pececie. Jeździliśmy z przyjacielem do zburzonej już hali Włókniarza na mecze kadetów Instalu Białystok. Mistrz rzutów za trzy -Tomasz Kujawa, szybki jak strzała rozgrywający Andrzej Sinielników, potężny Frazier Johnson – pierwszy murzyński koszykarz w Białymstoku, Marcin Krajewski – obiekt powszechnych kpin z powodu niezdarnego, ale skutecznego stylu – te nazwiska na Dziesięcinach znał każdy gówniarz.

Najpierw zaczepialiśmy kosze na wielkiej topoli, która rosła na środku naszego boiska i robiliśmy konkursy slamów do pierwszego i ostatniego wyrwania kosza zrobionego z obręczy do roweru i wbitego w drzewo zardzewiałym gwoździem.

Na tyłach garaży, tam, gdzie teraz są profesjonalne grafitti, my zamalowywaliśmy sprayem zrobione w domu szablony Rage Against The Machine, Henry Rollinsa albo Suicidal Tendencies. Nosiliśmy za duże bluzy z logo Pantery albo Biohazard.

SONY DSC

Tam, gdzie wtedy stały garaże i była łąka, dzisiaj stoją pastelowe bloki z cegły. Nasze bloki z płyty też pomalowali pastelowo, żeby nie było im przykro i żeby nie czuły się gorsze. Przed klatkami nie ma już chłopaków i dziewcząt łuszczących pestki. Tam, gdzie było boisko, jest parking a tam, gdzie wybijaliśmy sobie zęby o metalowe rurki, łamaliśmy ręce i nogi, są teraz place zabaw z miękką nawierzchnią i atestem Unii Europejskiej. Na blokach nie ma już napisów „Jaga Pany”, „Legia to kurwa”, „Precz z komuną”. Są za to artystyczne murale lub wielkie malunki za kilkanaście tysiące poświęcone Ukochanej Drużynie.

Najważniejszy czas w moim życiu spędziłem na Dziesięcinach. Ten najważniejszy czas był wtedy, kiedy miałem 10-13 lat i w krótkich portkach, z kluczem na szyi i z kieszeniami pełnymi czereśni skradzionych z pobliskiego sadu biegałem między tymi blokami, przeżywałem pierwsze sukcesy w grze w kapsle i pierwsze porażki w grze w futbol. Uczyłem się życia w świecie i w miejscu, które nigdy nie wrócą. Nie chcę, by wróciły, a jednak za nimi strasznie, przejmująco, do granicy bólu, bezsilnie, tęsknię.

 

 

Muzyczne nadwiślańskie milestones

Koniec roku to czas różnych podsumowań. Grudzień sprzyja przeróżnym bilansom, a w czasach, kiedy wszystko mierzy się jakąś wartością, bilansowi można poddać praktycznie cokolwiek. Na Podlasiu czasu na bilanse jest szczególnie dużo, bo tutejsze Godowe trwa od przesilenia zimowego do prawie połowy stycznia, w związku z równouprawnieniem dwóch dominujących tutaj wyznań.

Korzystając z dobrodziejstw internetu postanowiłem przywołać sobie najsilniejsze momenty muzycznego „zapętlenia”, w które zdarzyło mi się kilkukrotne wprawić. Chodzi o czas, w którym przyczepia się do ciebie jakaś piosenka, a nie tylko tak, że chodzi po twojej głowie przez wiele dni i nie chcę się odczepić, wystukuje rytm Twoich kroków i podsuwa swoje frazy w codziennych rozmowach. Chodzi o te piosenki, które nie tylko pozostają tu i teraz, ale słuchane z perspektywy lat przywołują najbardziej osobiste i ważne wspomnienia, nastroje, sytuacje.

W moim przypadku pierwszą taką piosenką był „King” zespołu T.Love. Oczywiście dla czternastolatka ta cała subtelna warstwa socjologiczna opowieści o ousiderze z Częstochowy, który na bakier ma i  z czarnym i z czerwonym, stanowi terra incognita. Płyta „King„, której słuchałem podczas długich i gorących wakacji w Olecku, zarzynając prosty walkman połykający co kilkanaście przesłuchań magnetyczną taśmę, strona A, strona B, otworzyła mi oczy na fakt, że jest inna muzyka od piosenek New Kids On The Block. To właśnie po tym gorącym lecie w Olecku, z dzikością w sercu, znajomą motorniczego panią z dołu, jesienią poszedłem na pierwszy w życiu koncert już wtedy ulubionego zespołu. Gdzieś tam zresztą już pisałem o tym magdalenkowym wydarzeniu.

Dopiero jakiś czas później zdałem sobie sprawę, że „King” to opowieść o polskiej  rzeczywistości początku lat dziewięćdziesiątych. Kiedy bodajże w dziewięćdziesiątym drugim przyjechał do Polski papież, został przywitany jak na Polaków nader chłodno. Euforia po Okrągłym Stole się skończyła, kto miał się dorobić, już się dorobił, ludzie czuli, że „po czerwonym przyszedł czarny”, w telewizji Niesiołowski z Zawiszą prowadzili krucjatę przeciwko prezerwatywom. Było smutno i straszno, trochę jak w filmie Balanga, który pojawia się w teledysku do Kinga. I tak jak wolę ten „uniwersalistyczny” T.Love śpiewający o miłości i pozytywnej energii, a Staszczyk-publicysta do dzisiaj mnie nieco mierzi, tak do Kinga mam ogromny sentyment do dzisiaj.

„King” i parę innych piosenek T.Love to żelazny repertuar wszelkich ognisk z gitarą. Takich imprez było sporo w liceum, między innymi niezapomniane całonocne późnoletnie klasowe wypady do Ogrodniczek. Z tymi szczeniackimi, szesnastoletnimi wygłupami, niezmiennie kojarzy mi się nieco już dzisiaj zapomniany film PasikowskiegoSłodko-gorzki„. Debiutująca w nim Anita Werner, dzisiaj zimna i zdystansowana dziennikarska, w tym filmie również była zimna i zdystansowana wobec zakochujących się w niej bez opamietania chłopców, ale działało to zupełnie inaczej, niż teraz. Strasznie bym chciał zobaczyć ten film jeszcze raz. A wspomnienia związane z tą piosenką są dokładnie takie, jak fabuła filmu: licealne zauroczenia, mur szkoły, osiemnaste urodziny spędzane na szkolnym boisku, ogniska z tanim winem, z których wracało się porannymi autobusami, razem z pracownikami rannych zmian jadącymi do pracy. Oni – zaspani, z drugim śniadaniem w plastikowych reklamówkach, my z tymi boobijanymi o drzewa gitarami, nogawkami w błocie, cali przesiąknięci zapachem ogniska.

O Grabażu przeczytałem po raz pierwszy w książce „Dzieci Rewolucji” Staszczyka, kiedy o Pidżamie Porno jeszcze mało kto słyszał. Potem wydali Złodziei Zapaliczek i Styropian, z którego pochodzi ta piosenka. Uważam, że pod względem lirycznym piosenka „Gdy zostajesz u mnie na noc” to absolutne mistrzostwo świata. Od oryginalnej wersji wolę taką mniej znaną, wolniejszą, nagraną z akompaniamentem skrzypiec. To, oczywiście, też licealne czasy, w których nie miało się czasu na taksówki i trudno było o własne mieszkanie. Stąd może wracając o trzeciej nad ranem na nogach z piątkowo-sobotniej lalkowo-strychowo-mandalowej krucjaty, psychoanalityczny mechanizm projekcji przywoływał na myśl „gdy zostajesz u mnie na noc”. Pobożne życzenie licealisty mieszkającego z rodzicami, którego największym sukcesem jest wywalczenie prawa wracania do domu kiedy się chce.

Z nastepną piosenką mam ogromny problem, podobnie jak problem mam z zespołem, który ją wykonuje. Bo jak można powiedzieć „chciałbym umrzeć z miłości” nie narażając się o banał? A może właśnie o to chodzi, aby nie tyle otrzeć się o trywialność, ale wejść w nią całym impetem? Bo, przy całej swojej banalności, ta piosenka jest niesamowicie prawdziwa i piękna. Arturowi udało się w tej piosence opowiedzieć o sprawach ostatecznych bez ryzykownego wspinania się na wyżyny wysublimowanych metafor, nawiązań literackich itp. To dobra piosenka wtedy, kiedy nie chcemy myśleć ani o sobie, ani o problemach ludzkości, ale po prostu o tym Drugim, tej Drugiej, tym Drogim, tej Drogiej.

Nigdy nie miałem awersji do wartości takich jak naród, ojczyzna, Polska. Obok religii, więzi narodowe są jedynym spoiwem trzymającym to nasze społeczeństwo. Bez tego wszystko rozpierzchłoby się w pył. Powstanie Warszawskie jest najlepszym przykładem: skoro gigantyczną rzeź i spektakularną w skali świata porażkę narodową przyjmujemy za mit fundujący naszą narodową tożsamość, to świadczy to przecież między innymi o braku jakichkolwiek innych spoiw, jak kapitał społeczny, zaufanie, etos przedsiębiorczości, humanitaryzm.

Niedawno przeczytałem w Newsweeku, że zdenerwowanym kierowcom stojącym w korku uaktywniają się gadzie ośrodki w mózgu. Podejrzewam, że podobne, gadzie, instynkty, wywołują w nas wzruszenia narodowe: podczas meczów piłkarskich, skoków Adama Małysza czy też słuchania piosenek o powstaniu warszawskim Lao Che. Słuchałem tej płyty podczas moich podróży do Niemiec i prawdopodobnie uruchamiały się w mojej głowie podobne mechanizmy odczuć patriotycznych, które uruchamiają się kibicom pod Wielką Krokwią patrzących z dumą na szybującego Małysza. Nie sądzę jednak, aby było w tym coś złego. Podejrzewam wręcz, że Lao Che zrobiło tą płytą więcej dla tworzenia się tożsamości narodowej Polaków, niż większość obecnych polityków, poetów i pisarzy razem wziętych. Oczywiście, można się zastanawiać, na ile „witamy w krainie, w której Fryco ginie” wykrzyczane przez tysiące uczestników festiwalu w Kostrzyniu nad Odrą, było manifestacją dumy, a na ile oznaką resentymentu wobec sąsiadów zza rzeki. W każdym razie, moje subiektywne odczucia podczas słuchania tej piosenki są subiektywnie szczere i głębokie.

Lao Che i Pezet to zupełnie różne światy muzyczne, w tym jednak przypadku zaskakująco ze sobą zbieżne. Pomyślałem, że na studia właśnie idą ludzie urodzeni w roku 1989, nie posiadający żadnych, nawet podświadomych, doświadczeń związanych z PRL-em. „Szósty zmysł” Pezeta to jeden z lepszych socjologicznych obrazów pokolenia tkwiącego w rozkroku – z dzieciństwem zanurzonym w szarzyznę kolejek po mięso, oczekiwaniem na nienadany Teleranek, wychowanym na 5-10-15 w telewizji, napojach sprzedawanych z foliowych torebek, w które wbijało się z atencją  słomki i wiele innych peerelowskich reminiscencji życia w niedostatku, recesji bez końca. Dzieciństwo w PRL-u, ale młodość już w „nowych” czasach. „Pierwsze nowe pokolenie skażone PRL-em”. Pamiętam fragment filmu LatkowskiegoBlokersi„, gdzie Pezet naśmiewa się z artykułu dra Pęczaka, socjologa piszącego w Polityce o młodzieży. Trochę to przewrotne, ale w tej piosence Pezet wykazuje się zmysłem socjologicznym na wysokim poziomie, a poza tym – co wszyscy wiedzą – jest wielkimi hiphopowym poetą. A każdy, kto nie wierzy w „szósty zmysł” dzisiejszych polskich trzydziesto- i dwudziestoparolatków, niech sprawdzi, jak się bawią („czysta wódka, cały stół w ogórkach, browar i gorzka żołądkowa, ja zostaję tu do jutra”), popatrzy na ten świetny teledysk i przekona się, jak podobne są te dzisiejsze noce do długich nocy naszych rodziców.

A potem zacząłem jeździć samochodem, co momentami stawało się moim nałogiem. Z tego nałogu wyniosłem korzyści dwojakiego rodzaju: zawodowe i osobiste. Po pierwsze więc, odkryłem piękno prowincji. Małych wsi i miasteczek, w których wszystko zastyga i to, co ich mieszkańcy nazywają nudą, okazuje się fascynujące i wciągające. Takich miejsc są w Polsce tysiące, a w moich okolicach – setki. Wielki i senny rynek w Krynkach, gdzie można siedzieć godzinami łuszcząc pestki. Skrzyżowanie w Dwerniczku, skąd w prawo można pojechać do Zatwarnicy (tam droga się kończy) a w lewo, drewnianym mostem, do Dwernika. Na tym skrzyżowaniu można posiedzieć przy blaszanej wiacie wsłuchując się w szum Sanu za plecami, a jak to się znudzi, pójść kilkadziesiąt metrów pod górę do jedynego w swoim rodzaju bieszczadzkich sklepów (każdy, kto był, wie o co chodzi). Jest też ścieżka wzdłuż zalewu w Supraślu, gdzie wieczorami spacerują zakochani, a latem świerszcze grają tak głośno, jak chyba nigdzie.

Z takimi jesiennymi, małomiasteczkowymi nastrojami kojarzy mi się zespół Muzyka Końca Lata, a szczególnie piosenka „Żabi”, o tym, jak idziesz asfaltem pełnym porozjeżdżanych żab z jakiegoś niewinnego spotkania z dziewczyną i wszystko ci ją przypomina, a euforia zauroczenia na pewno nie da zasnąć w nocy. Mam wielki sentyment do tego prowincjonalnego zespołu z Mińska Mazowieckiego, ponieważ świetnie lustrują moje odkrycie wartości prowincji i poznanie we własnym wnętrzu tego czasami ukrywanego prowincjusza.

Zakochanie się w polskim zadupiu to nie ostatnia korzyść z wielogodzinnych samochodowych szwędactw. Druga jest bardzo indywidualna i osobista. Bo tak jak dzielę się z innymi moją miłością do Siemiatycz, Krynek, Supraśla czy Tykocina, tak samochód jako krótkotrwałe lecz skuteczne lekarstwo na przytłoczenie bieżącymi sprawami i problemami jest maścią na specjalne, indywidualne zamówienie. Czasami nie da się zrobić nic innego poza spontaniczną, kilkunastogodzinną samotną ucieczką. W góry lub nad morze. Najlepszym akompaniamentem dla takich wypraw były i są piosenki autystycznego Lesława z Komet. Takie, jak „W dżinsach i w swetrze”, gdzie dostajemy nagromadzenie elementów o ekstremalnym natężeniu emocjonalnym. Jest tu wszystko, co kojarzy się z wycieczką do nadmorskich kurortów poza sezonem. Na Helu jest teraz, późną jesienią lub zimą, najprzyjemniej. Są opustoszałe hotele i pensjonaty, przenikliwy wiatr i żadnych ludzi. Jest piasek w spodniach i wiklinowe kosze, w których nikt się nie opala. Najlepsze okoliczności, aby w grubym swetrze, z butelką wina „popatrzeć na gwiazdy przed snem”.

 

Mowa tutaj o muzycznych milestones. Pewnie podobną listę można by ułożyć, myśląc o ważnych miejscach. Bez wahania takim miejscem w moim przypadku są Bieszczady, a Otryt – szczególnie. Kłopot w tym, że z Bieszczadami wiązana jest tradycja muzyczna, z którą się zupełnie nie utożsamiam. Więcej, mógłbym wobec środowisk tak zwanej piosenki turystycznej wytoczyć kilka oskarżeń. Po pierwsze, trudno mi znaleźć jakąkolwiek płaszczyznę korespondencji pomiędzy estetyką zespołów w rodzaju Starego Dobrego Małżeństwa a specyfiką Bieszczad. Te góry są nieprzyjazne, ponure, szorstkie w kontakcie, myśląc zarówno o przyrodzie, jak i o ludziach. Tymczasem środowisko poezji śpiewanej opowiada o czymś zupełnie innym, niż Bieszczady w moim odczuciu są. Po drugie – i to zarzut poważniejszy, bo już nie subiektywny, uważam, że stworzony w latach osiemdziesiątych XX wieku mit Edwarda Stachury i całe środowisko jego wyznawców, bezwzględnie i bez skrupułów zabiły jego poezję, filozofię i muzykę. 

Dlatego mam tylko jedną piosenkę, którą śpiewam jadąc na Otryt. I ta piosenka najlepiej chyba pasuje do tego miejsca nie tylko dlatego, że ta góra jest jednym z bohaterów piosenki. KSU nie należą do moich ulubionych wykonawców, ale tutaj udało im się przekazać magnetyzującą moc Bieszczadów, którym łatwo jest dać się  uwieść, choć ich urok jest szorstki i – na szczęście – trudno o amatora dla tej panny.

 

III LO w Białymstoku – miejsca

loSala, w której odbywały się lekcje matematyki z Panią Pyć. Niestety nie pamiętam numeru. Jest położona dokładnie na rogu ulic Ogrodowej i Pałacowej. Jako że matematyka w tych czasach śmiertelnie mnie nudziła, siadałem zazwyczaj na pierwszej ławce, przy samym oknie. Ta pierwsza ławka dawała nauczycielce złudzenie zaangażowania w zajęcia, a że Pani Profesor lubiła się przechadzać po sali, można było bez ryzyka obserwować przechodniów wracających z zakupów w PSS Bojary i interesantów ówczesnego prezydenta R. Tura.

Okno i szeroki parapet na pierwszym półpiętrze. Strategiczne miejsce obserwacyjne, trudno dostępne dla tych wszystkich, którzy zbyt późno zareagowali na dzwonek i nie zdążyli w porę go zająć. Miejsce szczególnie upodobane przez skłonne do publicznego eksponowania swoich młodzieńczych uczuć pary.

Cukiernia w obrzydliwym handlowcu (dziś powiedzielibyśmy – galerii handlowej) na rogu Warszawskiej i Pałacowej. Po maturze chodziliśmy tam na kremówki, przed maturą zresztą również. Kremówki i pączki na długich przerwach o 11.20 spożywane były na betonowych schodach, z których roztaczał się widok na przebudowywany w tych czasach monumentalny hotel Orbisu (teraz Gołębiewski)

Kultowe podwórko na tyłach dzisiejszego Martina. Wchodziło się na nie wąskim przejściem obok bardzo tradycyjnego salonu fotograficznego. Miejsce, w którym spotykali się palacze tytoniu. Okupowano piaskownice, murki, drabinki i huśtawki. Okupacja nie podobała się okolicznym mieszkańcom, co powinno dziwić, bo ich wiek wskazywał, że powinni pamiętać o wiele dotkliwsze okupacje. Jako przeciwnik tytoniu nie wiem, kto wrześniowe kampanie o kontrolę nad drabinkami w końcu wygrał. Podejrzewam, że okupant.

Ubikacje na pierwszym (męska) i drugim (damska) piętrze. W tych męskich toalety „polegały” na wydrążonym w podłodze otworze otoczonym dwoma wzniesieniami, gdzie należało stanąć itd… Męskie ubikacje na pierwszym piętrze wsławiły się nieudaną próbą przemycenia po dachu tzw. „akwarium” (o nim poniżej) ściągi podczas majowej matury A.D. 1999.

Akwarium – przeszklony łącznik pomiędzy szatniami a salą gimnastyczną. Podobnie jak parapet na pierwszym piętrze, bardzo dobre miejsce obserwacyjne dla tych, którzy lubili wiedzieć, kto, z kim i dlaczego. Miejsce spotkań, szczególnie kiedy ci, którzy chcieli się spotkać, chodzili do różnych klas. W czasach, kiedy wejście do głównego gmachu od strony dziedzińca było zamknięte, „akwarium” było miejscem, przez które trzeba było przejść, aby się dostać do szkoły lub z niej wydostać. Miejsce rzadko odwiedzane przez „grono”, pomijając nauczycieli wychowania fizycznego. W „akwarium” toczyły się również zacięte pojedynki w pingponga, podczas których mężczyźni, obserwowani dyskretnie przez przesiadujące na parapetach dziewczęta, udowadniali swoją ogólną przydatność, sprawność i spryt.

Schodki za salą gimnastyczną z widokiem na szpital położniczy. Miejsce częstych przedimprezowych spotkań, podczas których, racząc się trunkami, obserwowaliśmy młodych ojców wyczekujących pod oknami szpitala cierpliwie, aby po raz pierwszy, przez okno, zobaczyć swoje nowo narodzone córki i synów. Spędziłem w tym miejscu pół mojej osiemnastki w marcu 1998 roku.