Ojciec

Mój ojciec był niezwykłym człowiekiem. Skrajnie inteligentnym i błyskotliwym. Zagadki analityczne rozwiązywał bez mrugnięcia okiem, był pod tym względem geniuszem. Pozwalał mi na wszystko, miałem dzięki niemu wspaniałe dzieciństwo, mimo rozbitego związku z moją mamą. Pochodził z prostej, robotniczej rodziny, dlatego jego karierę naukową traktowano jako wielką dumę rodzinną. Jednocześnie był osobą skrajnie nieporadną w sprawach życiowych, społecznych i emocjonalnych. Nie poddawał się przy całkach, ale poddawał się łatwo jeśli chodziło o sprawy życiowe. Po rozstaniu z mamą popadł w wieloletnią depresję, tak samo, jak jego ojciec po śmierci mojej babci Ani ze Stolina, z domu Linkiewicz. Miłość do żon była całym ich życiem, więc po jej utracie, obaj z dziadkiem popadli w stagnację i smutek. Naiwność i prostota to określenia, które najlepiej opisują osobowość mojego dziadka i ojca. Każdego dnia przekonuję się, jak blisko jest mi do tych nieżyjących już facetów.

Jurek

Jak by powiedział leżący tam metr pod ziemią dziadek Jurek, „lśni się jak psu jajca”. Szorowałem wczoraj ten jego, jego żony i syna grób i wspominałem jego robotniczy, mieszczański sznyt, zaprawiony lwowskim akcentem jego ojca. Był hydraulikiem w białostockim szpitalu wojewódzkim. Cieszył się wielkim poważaniem. Zacząłem go poznawać, gdy był już po sześćdziesiątce i na emeryturze, ale nawet wtedy, gdy szybko umierał na raka wszystkiego, odkrywałem jego cwaniacką, zaczepną naturę białostockiego chłopaka z dzielnicy. Zawsze podobała mi się jego fryzura. Po bokach podgolone, góra do tyłu. Był przystojny. Mam zdjęcie z około 1960 roku, jak kuca z synem przy sztucznym niedźwiedziu, pewnie w którymś z białostockich parków. Nie wzdychał, kiedy umierał. Nie miał pretensji. Po prostu się udusił.

Mikrotyki o przedłużonym działaniu

Bohaterami tej książki są martwe duchy Warszawy, za którą tęsknię. Po raz ostatni odwiedziłem te zjawy na Stadionie Dziesięciolecia. Pojechałem po dzieła wszystkie The Doors na mp3 i po pierwszą kasetę zespołu Partia. To było miejsce i czas schyłku polskiej stolicy. Te upiory i zjawy, bohaterowie warszawskich ulic i kamienic, przesiadujący w drink-barach albo na ławkach w parku Skaryszewskim, popijający najbardziej niedoceniane piwo w Polsce, piwo Królewskie.

Byłem tą książką oczarowany na tyle, że – jak przystało na zacny narkotyk – dawkowałem sobie te opowiadanka niespiesznie, z odpowiednimi odstępami, aby przyjemność trwała jak najdłużej. I trwała, tak jakby Marek Nowakowski przychodził do mnie raz na tydzień i raczył mnie osobiście jedną opowiastką o jakimś warszawskim duchu.

Teraz przeczytałem te opowiadania jeszcze raz. Okazały się trochę zbyt poetyckie, zbyt przekombinowane, mniej podobne do Nowakowskiego, niż wcześniej myślałem, ale to pewnie moja wrażliwość się tępi z czasem, a nie jakość tego pisania.

Dla jednego opowiadania dałbym się jednak pociąć. I wtedy, i teraz. To jedno z ostatnich w książce wspomnień o kolonijnych dyskotekach w końcu lat osiemdziesiątych. Wszystko, co tam napisał pan Sołtys jest takie, jak ja to pamiętam. Są dwie tak epickie opowieści o dyskotekach. Pierwszą napisał Leonard Cohen i nazywa się „Memories”. Drugą napisał Paweł Sołtys.

Tu „Wspomnienia” w świetnym przekładzie Macieja Zembatego, w wykonaniu tłumacza i Johna Portera.

Codziennik 174 – Syrop z pędów młodej sosny

Po rozprawie sądowej wybrałem się do lasu, aby w końcu nazbierać trochę tych pędów sosny, z których robi się cudowny syrop. Pinia jest fascynującym drzewem, z którym wiążę wiele dziecięcych wspomnień. Polana, na której moja mama rozbijała co roku harcerskie obozy, była w całości sosnowa. Ten suchy, nadmorski las, często wraca do mnie w snach. Wspinałem się na te sosny, a moje ręce oblepiała żywica. Spadałem z nich, ratując się i łapiąc przelatujące obok głowy gałęzie. A potem znowu się wspinałem. Podziwiałem świat z wysokości kilku metrów i myślałem, że jestem władcą wszystkiego, co widoczne. Mam plan, aby zabrać syna nad morze, do takiego sosnowego lasu, rozpalić ognisko i pogadać jak mężczyzna z mężczyzną.

Codziennik 169 – Duchy pracowników fabryki tektury

Mamy tu z Nią teraz najlepsze zachody słońca w tej części alej Józefa Piłsudskiego. W zachodzącym słońcu tańczą w oknach zdewastowanej przez anarchistów fabryki, duchy zatrudnionych w żydowskiej fabryce pracowników produkujących tekturę.