Codziennik dwudziesty szósty – futbol i cała reszta

lubański.jpg
Jedna z takich rzeczy, które są tak znakomite, że szkoda z nimi obcować i odkłada się chłonięcie ich na potem. Jak butelka świetnej whisky, która czeka na wyjątkowy wieczór z dawno nie widzianym kumplem ze studiów, jak film, który od pierwszych minut zachwyca tak bardzo, że czekasz na wyjątkowy wieczór, aby obejrzeć go wspólnie z wyjątkową osobą, jak butelka wina, które czeka, aby otworzyć go ze swoją dziewczyną, jak krajobrazy i miejsca tak świetne, że szkoda Ci patrzeć na nie samemu i robisz tylko zdjęcia, aby pokazać je potem swojemu dziecku.

Ta książka jest właśnie taka, jest na tyle wybitna i wzruszająca, że czytam ją drobnymi fragmentami, w nielicznych chwilach, gdy potrafię odczytywać wyrazy i zdania z godnym jej skupieniem. I wracać z jej bohaterami do mojego dzieciństwa. Do schyłku Polski Ludowej i początków nowej Polski.

Jest głęboką prawdą, której zdumiewająco nikt wcześniej nie odkrył, że jeśli miałeś wtedy osiem, dziesięć albo dwanaście lat, to wszystko kręciło się wokół futbolu. Piłka nożna była absolutnym centrum wszechświata w tych czasach, gdy Polska przegrywała z Cyprem, Gary Lineker upokorzył nas trzema bramkami na mistrzostwach świata. Na następne czekaliśmy szesnaście lat. I przez te szesnaście lat oczekiwania na jakikolwiek sukces w futbolu, czekaliśmy na jakikolwiek sukces naszego kraju. Na jakikolwiek nasz sukces.

Piłka nożna jest sportem polegającym na oczekiwaniu. Całe życie jest oczekiwaniem na coś lepszego. Tylko czemu, kurwa, dopiero dzisiaj widać, że szczęście i wszystko to co lepsze, jest już daleko za nami?

 

Codziennik dwudziesty piąty – patriotyzm

stasiuk
„To podstawa patriotyzmu: żeby można było wyjechać w każdej chwili i z oddali patrzeć na cień ojczyzny. Jak się wznosi nad krajem i rozpościera niczym atomowy grzyb. Patrzeć na to z oddali i wiedzieć, że tam jest. Że będzie, kiedy wrócisz. Te wszystkie zapachy, zgęstniałe wonie, stężałe wyziewy ziemi i rzeczy od samego dzieciństwa, od narodzin, gdy się pierwszy raz tym zaciągnąłeś. Grochów, Mazowsze i Podlasie. Sztach. Między Małkinią a Bosforem. Przez przełęcz Dujawa w dół, ku śródziemnomorskiemu zlewisku, dalej od lesistego, omszałego, zatęchłego cienia północy. Żeby patrzeć z oddali i sprawdzać, jak daleko sięga. Mój kraj. Mój biedny, opuszczony kraj. Wszystkie kraje są opuszczone, ale mój najbardziej. Jadę na południe, by widzieć to tak wyraziście jak w proroczym śnie. Z Preszowa, z Miszkolca, z Budapesztu, z Belgradu patrzeć, jak na północnym horyzontem podnosi się gigantyczny majak kraju. Niczym Godzilla. W koronie, w płaszczu purpurowym, w złotych butach na obcasie. Im dalej, tym, tym większy i starszy. Przedwieczny kłębiasty stwór. Po to się jedzie jak najdalej. Na koniec kontynentu, na skraj lądu, na brzeg wód, żeby patrzeć jak cię ściga cień. Na Bałkany. Do krainy śmierci, żeby wspominać niewinność ojczyzny, żeby wspominać jej dziewictwo.”

Codziennik dwudziesty trzeci – Mleko Zero Waste

dsc_3634

Dostałem od kuzynów spod Brańska dziesięć litrów świeżego mleka prosto od krowy. Tłusty zapach tego mleka nalewanego do kubka wprost ze stalowej bańki, jeszcze ciepłego, dopiero co przed chwilą ściąganego z wymion krowy, to jedna z najważniejszych magdalenek mojego dzieciństwa i wakacji na wsi.

Poprosiłem ich o mleko, bo zamarzyłem sobie samodzielne zrobienie sera, mniej więcej takiego, jaki robią w Korycinie. Twardego, mlecznego, lekko solonego, z setkami mikrodziurek wytworzonych przez bakterie. Z dziesięciu litrów mleka wyszło mi tego sera mniej, niż się spodziewałem. Ser jest smaczny, ale sporo rzeczy wymaga eksperymentów. Z praktyki wiem, że aby coś zacząć dobrze gotować, trzeba to wcześniej przynajmniej trzy razy spieprzyć.

Gdy tylko udoskonalę swoje umiejętności serowarstwa, podzielę się tu nimi oczywiście.

Produktem ubocznym produkcji sera jest serwatka, czyli w gruncie rzeczy mleko pozbawione tłuszczów, pełne za to wapnia, białka i mikroelementów. Szkoda wylewać do kibla dobre osiem litrów takiego dobra. Z serwatki zrobiłem więc ricottę – delikatny, nietrwały, ale przepyszny kremowy serek, dobry do deserów i innych rzeczy. Żeby zrobić ricottę, wystarczy podgrzać serwatką do 93 stopni, a następnie dolać do niej trochę octu.

Po wyciągnięciu ricotty, pozostaje nam jednak nieco tylko mniej niż osiem litrów serwatki. Tą można zużyć na dwa sposoby. Podzieliłem więc moją serwatkę na dwie porcje. Z sześciu litrów robię właśnie…. podpiwek serwatkowy. Dodaję to niej cukier, trochę rodzynek i drożdże. Po 2-3 dniach powstanie pyszny, zdrowy i orzeźwiający napój musujący.

Co zrobię z resztą serwatki? Ugotuję na niej zupę a’la biały barszcz. Do gotującego się płynu dodam trochę włoszczyzny, ziemniaki, wysuszone szynki i kiełbasy, zaprawię to octem i będzie pyszna zupa.

Filozofia Zero Waste to najwspanialszy wytwór kulinarnego hipsterstwa. Trzeba jednak pamiętać, że jej korzenie tkwią w zwyczajach żywieniowych naszych dziadów, dla których wyrzucanie jedzenia było nie tylko marnotrawstwem, ale i grzechem. Wszechstronność wykorzystania nawet tak powszechnego i dostępnego pożywienia, jakim jest mleko pokazuje, że Zero Waste nie wzięło się znikąd.

Codziennik dwudziesty drugi – co się z nami stało?

Nigdy nie miałem tak wielkiej ochoty wyjazdu z tego kraju (bo ten kraj to już nie jest Polska) jak dzisiaj i gdyby nie mój syn, z którym też z powodu tutejszych patologii mentalnych i systemowych nie mogę się normalnie spotykać i uczestniczyć w jego życiu, to właśnie kupowałbym bilet lotniczy do normalnego świata. Teraz tylko ten mały człowiek trzyma mnie w tym polskim syfie i bardzo żałuję, że będzie musiał dorastać w takich straszliwych okolicznościach Polski XXI wieku.

Nie chodzi tu tylko o politykę i polityków, których Stefan Wilmont jest starannie wychowywanym i pielęgnowanym dzieckiem, idealnym produktem wieloletniego szczucia ludzi nawzajem. Każdy, bez wyjątku każdy polityk w tym kraju, powinien był mieć dzisiaj koszmary i powinien obudzić się z krwią na rękach. Problem z tym krajem jest jednak dużo bardziej głęboki i dotyczy każdej codziennej sytuacji, każdej zgorzkniałej miny i wszystkich krzywych spojrzeń przechodniów.

Problem z Polską to całe to sowieckie cwaniactwo, cała ta nieustanna potrzeba zrobienia bliźniego w chuja na każdym kroku, te wszystkie przejawy wykorzystywania chociaż minimalnej władzy nad człowiekiem przez panią w okienku na poczcie, te wszystkie złośliwości na drodze, to nieustanne wymądrzanie się, ten cały sarmacko-wiecowy krzyk, ta polska buta i zerowy, kompletnie zerowy poziom solidarności. Wydaje nam się, że jesteśmy Europejczykami, ale tak naprawdę jesteśmy narodem barbarzyńców o brudnych ciałach i duszach ubranych w dobre ubrania i popryskanych drogimi perfumami.

W tym kraju (bo na miano Polski trzeba sobie moim zdaniem zasłużyć) tylko dzieci i psy są jeszcze przyzwoite.