Poplon, czyli entuzjazm rzodkiewki

Pojechałem do Oliszek po liście do moich kolejnych kiszonkowych wynalazków. Zrywałem liście porzeczki, jabłoni, wiśni i dębu. Stojąc w mżawce, po łydki w błocie, zachwycałem się jesienną degradacją do zgniłości tego pięknego ogrodu.

Nie byłem pewny, czy teraz ten ogród nie jest najpiękniejszy.

Te kolory obumierania, łączenia się z ziemią, te kolory wilgoci, są jakże mniej oczywiste i przewidywalne, niż uporządkowany, lipcowy układ kwitnących kwiatów, jędrnej zieloności, wyrazistej czerwieni pomidorów i papryk.

Wczoraj były żółcie, brązy, ciemne zielenie. Były miejsca już uporządkowane i miejsca, gdzie rośliny walczyły – jak na ostatniej prostej maratonu – o zakwitnięcie i zaowocowanie w ostatniej chwili. Zerwane cukinie leżały w poprzek zagonu jak zamordowani w egzekucji jeńcy wojenni. Ozdobne dynie z desperackim błaganiem czekały, aż ktoś nimi coś udekoruje. Słoneczniki zczerniały i opuściły swoje zmęczone twarze ku ziemi.

Tylko moje rzodkiewki, które zasiałem jako poplon, za nic sobie mają jesień i z entuzjazmem cieszą się pokazując swoje zielone liście, z ciekawością dziecka wyglądając z gleby ku słońcu. Są ich miliony. Nie wiem, co z nimi zrobię, ale na pewno muszę wykorzystać entuzjazm rzodkiewek.

Grzybobranie z Olą

Codziennik 105 – Rozumienie lasu

IMG_20191114_101045 (1).jpg

Poczyniłem tej jesieni ogromne postępy w obcowaniu z lasem. Przedtem studiowałem las okiem naukowca, teraz podjąłem próbę jego rozumienia. Las to naturalne środowisko naszych przodków, którzy nadawali mu przeróżne magiczne cechy.

Rozmawiali z drzewami, zbierali dzisiaj trujące grzyby, które wtedy miały moce uzdrawiające. Las ich żywił i dawał schronienie przed żywiołami natury i wrogami. Ludzie byli wtedy równoprawnymi gospodarzami lasu na równi z innymi zwierzętami.

Pewnie jeszcze nie raz pójdę tej jesieni i zimy do lasu. Wystarczy mi piętnastominutowy spacer po gnijących liściach lub zmrożonej ściółce, aby las dał mi spokój, akceptację i ukoił tęsknotę za synem.

Codziennik sześćdziesiąty szósty – Proboszcz na grzybach

20190822_150018.jpg

Z proboszczem na grzybach. Z oddali wyniuchuje szatany. Trenuję go, aby tak samo niuchał trufle.

Moja siostrzenica Ola jest fanatyczką grzybiarstwa

DSC_2511

Moja siedmioletnia siostrzenica Ola jest fanatyczką grzybiarstwa. Cały pokój ma oblepiony plakatami z grzybami jadalnymi i trującymi. Na jej parapecie obrasta pleśnią kolekcja hub z Puszczy Knyszyńskiej. Ma wszystkie atlasy grzybów wydane po 1945 roku. Jej ulubionym jutuberem nie jest Lenka z „Hejka tu Lenka” ani Lord Kruszwil, ale Piotr Horzela z kanału „O lesie”. Podczas jazdy ekspresówką z Warszawy do babć w Białymstoku wypatruje z tylnego siedzenia grzybów i każe rodzicom się zatrzymywać co chwila. Koleżankom i kolegom robi konkursy z rozpoznawania gatunku grzyba z zawiązanymi oczami albo po zapachu. W szkole założyła Szkolne Koło Miłośników Grzybiarstwa, w którym jest przewodniczącą, zastępcą i skarbnikiem. W swojej szkolnej sali wywalczyła gablotę z ekspozycją najbardziej trujących gatunków grzybów w Polsce. Na lekcji religii wstała i oświadczyła księdzu, że wie, jak wygląda szatan, po czym wyjęła z plecaka poszukiwanego tygodniami borowika szatańskiego.

Ostatnio byłem z Olą na Święcie Grzyba w Sokolu pod Michałowem. Cały dzień spędziła przy stoisku Nadleśnictwa Żednia wykłócając się z leśniczymi o to, które gatunki gołąbków są jadalne, a które trujące. Mało co nie doszło do rękoczynów. W końcu, po długich dyskusjach, czy siedmiolatka może zostać leśniczym, dostała w końcu smycz, legitymację i taką plakietkę, dzięki której możemy wjeżdżać z Olą autem do każdego lasu na terenie całej Unii Europejskiej. Potem poszła do staruszek sprzedających grzyby w słoikach i pouczała je, jakie są optymalne proporcje wody do octu. W konkursie grzybobrania zajęła oczywiście pierwsze miejsce, deklasując nawet geniusza Eugeniusza Makówkę, który mimo utraty wzroku spowodowanego nadmiernym spożywaniem alkoholi metylowych uznawany jest w Puszczy Knyszyńskiej za niedościgniony wzór sztuki grzybiarskiej. Geniusz Eugeniusz wpadł podobno z powodu tej porażki z Olą w depresję, obraził się na las i zalał swój smutek kolejnymi porcjami spirytusów drzewnych.

Ola od niedawna ma telefon i dzwoni do mnie czasami z Warszawy. Pyta oczywiście o to, czy w lesie są grzyby.

Rozmowy te wyglądają podobnie:

– Radek, są grzyby? – pyta Ola

– Trochę jest – odpowiadam.

– Żal.

– Zebrałem dzisiaj kilka podgrzybków – mówię.

– Żal.

– Jest jeszcze sporo opieniek.

– Żal.

– A, i dzisiaj znalazłem borowika syjamskiego z dwoma głowami.

– Żal.

– Jak przyjedziesz, to pójdziemy na grzyby, obiecuję.

– Obiecaj mi tylko, że wszystkich nie wyzbierasz!

– Obiecuję!