Moja babcia Ania Głowacka ma już prawie dziewięćdziesiąt lat i czasami mnie wkurza

IMG_1489.jpg

Moja babcia Ania Głowacka ma już prawie dziewięćdziesiąt lat i czasami mnie wkurza – wtedy kiedy gdy ją od święta odwiedzam i gdzieś tam podwożę. Najczęściej, gdy jedziemy na groby jej bliskich: rodziców, krewnych, no i dzieci.

A wkurza mnie wtedy, gdy wydaje instrukcje z fotela pasażera: „teraz w lewo”, „uważaj na te kwiatki co tu sprzedają”, „teraz można trochę szybciej, a tam zwolnij”… itd… Oczywiście karnie stosuję się do instrukcji babci, ale w środku jednak gotuję.

Wszystko to rekompensuje ilość wiedzy o mojej rodzinie od babci, którą dostaję podczas zaledwie kilkugodzinnych wizyt.

Dzisiaj byliśmy z babcią i jej córką (moją mamą), na dwóch cmentarzach, w Boćkach i Dziadkowicach, na których pochowane są osoby z tej strony rodziny. Najpierw wizyta na grobie męża Ani, a mojego dziadka. Wjeżdżamy tam zawsze autem pod sam nagrobek, bo babcia ma kłopoty z chodzeniem. Na srogie i pełne oburzenia spojrzenia rozstępujących się przed nami przechodniów uchylam okno i odpowiadam: „proszę mi wybaczyć, ja tu wiozę moją babcię Annę Głowacką do grobu jej męża Józefa, który nie dość, że układał w intencji parafii własnoręcznie posadzkę, po której tu jedziemy, ale montował dzwon na kościele św. Józefa, a także wiele innych prac dla lokalnej społeczności, państwo Głowaccy są rodziną niezwykle poważaną w Boćkach i okolicach familią”. Po takiej wiąsze nie ma takich, którzy by się z pokorą i przeprosinami w oczach nie rozstąpili.

Potem najsmutniejsza część wędrówki: zapalanie zniczy przez matkę na grobach swoich dzieci: babcia pochowała dwie córki – jedną niedawno, po osiągnięciu przez nią sześćdziesiątki, jednak tą śmierć przeżywa bardzo każdego roku. Trudno pomyśleć, jak przeżywała śmierć dziecka, która spotkała ją na początku stycznia 1950 roku. 13 grudnia 1949 roku urodziła się im córka, Wanda. Mieszkali na kolonii wsi Żurobice, przy lesie, w prymitywnej, drewnianej chacie połączonej jedną ścianą z oborą. Była mroźna zima i gdzieś przed Świętami Bożego Narodzenia noworodek zapadł na zapalenie płuc. W tych czasach, w tym miejscu na Ziemi, był to wyrok śmierci. Nowy rok powitali pogrzebem.

img_1488Podczas podróży do Dziadkowic rozmowa o infrastrukturze drogowej w tych rejonach. Moja mama pamięta jeszcze bruk na całej trasie Bielsk Podlaski – Siemiatycze (dalej się wtedy nie zapuszczano) i jak gdzieś w latach 60. wylewano tam pierwszy asfalt, a babcia pamięta jeszcze, gdy miasta te dzieliło zwykłe klepisko, w którym po deszczach chodziło się po łydki w błocie. Boso, nawet w drodze do kościoła, bo buty niosło się wtedy w rękach i zakładało już przed samym budynkiem.

Na końcu – wizyta na grobie rodziców Anny. Józef i Antonina Brzezińscy urodzili się jeszcze w XIX wieku. Dziadka nie pamięta żadne z moich wujków i cioć, ale babcię – już wszystkie. Moi dziadkowie większość czasu spędzali na pracy w polu, a obowiązki wychowawcze pięciorga dzieci urodzonych w zasadzie co drugi rok, spełniała babcia Antonina. Nigdy na żadne nawet nie krzyknęła, a rodzicom po powrocie z pracy zawsze mówiła, że dzieci dobrze się sprawowały. Nie chciała spać na łóżku, spała tylko na szczycie kaflowego pieca. Nigdy nie była u lekarza, nigdy nie pobierała żadnej renty ani emerytury… Zmarła ze starości…

Moja babcia doczekała się dziewiętnastu prawnuków. Ten dziewiętnasty to mój syn.

Choć poświęcone śmierci, takie dni niosą z sobą coś dobrego.

Wczoraj byłem na grobie ojca i dziadków. Jutro idę na grób pradziadków ze strony ojca i do innych moich przyjaciół, którzy odeszli.

Cechowa

IMG_20161013_104033.jpgKiedy byłem tam ostatni raz, była jesień 1997 roku.

Do osiemnastki brakowało mi jeszcze kilka miesięcy. Uczęszczałem wtedy do III Liceum Ogólnokształcącego w Białymstoku, mieszczącego się w dawnej centrali Gestapo, a potem NKWD, na rogu Pałacowej i Ogrodowej, w miejscu, gdzie Bojary łączą się ze Śródmieściem. Szkoła ta słynęła z mnogości samobójstw popełnianych przez uczniów, jednak ja w tym wieku nie przejmowałem się nauką ani samobójstwami. Miałem za to już za sobą pierwsze pocałunki na spróchniałej ławce w Parku Zwierzynieckim z taką jedną Dominiką.

Poza tymi pocałunkami i wstydliwym wkładaniem łap pod nastoletni stanik Dominiki, całe życie było jeszcze przede mną i o niczym jeszcze nie wiedziałem.

Do szkoły dojeżdżałem autobusem numer pięć, linią łączącą dwa największe białostockie blokowiska – moje rodzinne Dziesięciny i słynące również z bandyterki osiedle Piasta. O siódmej rano w poniedziałek był to najbardziej przepełniony autobus w tej części Europy. Zimą, w nieogrzewane wnętrza tych ikarusów zachodził szron i trzeba było liczyć postoje, żeby wysiąść na swoim przystanku.

Ale wtedy była jeszcze jesień, a właściwie ten jej moment, w którym fajna polska jesień barwiąca w słońcu kolorami czerwieni, pomarańczy, zgniłej zieleni, fioletu i żółci, przechodzi w trwającą pięć miesięcy jesienio-zimo-wiosnę: porę pluchy, ciemności, słoty, wiecznej mżawki i niepogody.

Za kilka lat nazwiemy to depresją. Na razie wychodzimy we trójkę ze szkoły na ulicy Ogrodowej, choć w planie lekcji jest jeszcze biologia i wuef. Iwona, Paweł i ja. Iwona ma krótkie blond włosy, harcerski plecak z naszywkami Green Day, Nirvany, martensy, podwinięte nogawki i kocha się w Pawle. Paweł też ma martensy, podwinięte nogawki, parkę z pomarańczową podszewką i nie kocha się w Iwonie. Ja jestem anorektykiem w wyciągniętym swetrze, który w nikim się nie kocha, z wzajemnością.

Idziemy w dół ulicy Ogrodowej, obok szpitala onkologicznego, wokół którego krążą łyse kobiety palące nerwowo papieros za papierosem.

Schodzimy na piwo do kawiarni Cechowa, gdzie idzie się po schodkach do podpiwniczenia pełnego dymu. Na drewnianych ławach siedzą tam mężczyźni i piją piwo po nocnej zmianie. Nie mamy prawie w ogóle pieniędzy, ale jacyś mężczyźni po pracy stawiają piwo przystojnej Iwonie, która się nim z nami solidarnie dzieli.

W 1997 roku był to oldskul, więc jakim musiał być oldskulem dwadzieścia lat później, kiedy Cechowa kończyła swoją działalność? Mam dużo dobrych wspomnień związanych z tym miejscem. Iwona nie związała się z Pawłem. Po tych znajomościach pozostały tylko wspomnienia. Ilekroć jednak idę lub jadę Ogrodową, przypomina mi się ta ponura jesień 1997 roku.