Do Rowów 0,4 km

Nadmorskie kurorty najlepsze są po sezonie. Wtedy, gdy nie ma tam już prawie w ogóle turystów, pensjonaty i smażalnie są pozamykane na cztery spusty, a znad morza wieje jak diabli. Trzeba się będzie wybrać na Hel tego października albo listopada, marca albo kwietnia. Tymczasem, korzystając z najgorętszego w historii pomiarów temperatury lata, wyjeżdżamy tłumnie nad Morze Bałtyckie. Tłumnie – smażąc się, dusząc i gotując w niekończącym się, stukilometrowym korku od Elbląga do Wejherowa, kurzu robót drogowych i setek świateł Małego Trójmiasta. Rumi, Redy, Wejherowa – niekończących się suburbi jak z amerykańskiego filmu o przedmieściach.

Przed wyrzeźbionym w drewnie kierunkowskazem „Do Rowów 0,4 km” ktoś elokwentnie dopisał: „komuniści oraz żydzi”. Kogo jednak obchodzi polityka w tym trzydziestopięciostopniowym upale? W piasku, po którym idziemy na plażę, można by usmażyć jajecznicę. Niestrudzeni chłopcy targający na plecach z ogromne plecako-lodówki sprzedają zimne napoje, gotowaną kukurydzę i popcorn. Przebywanie na plaży odbywa się według rytmu: smażenie, płukanie, smażenie, płukanie itd.

Pomimo wszystko, letnie nadmorskie kurorty takie jak te Rowy mają w sobie sporo krótkotrwałego uroku. Wieczorem, kiedy jest trochę chłodniej, całe turnusy, już przezornie w swetrach, wychodzą jeszcze raz na plażę, aby fotografować zachód słońca. Niektórzy siadają na piasku z wędzonym łososiem, serem i butelką kadarki. Dzieciaki rzucają frisbee, bliżej wydm ktoś gra na gitarze, nieliczni zażywają ostatniej tego dnia kąpieli. Potem wszyscy się rozchodzą po dziesiątkach barów i restauracji. Rodzice próbują usypiać swoje dzieci w namiotach i przyczepach kempingowych, aby – chociaż to już po północy – wyskoczyć na jeszcze jednego ze znajomymi.

Pomimo zgiełku, nieuporządkowania i pstrokacizny dziesiątek bud z kebabami, lodami włoskimi i z automatu, parawanami, dmuchanymi kaczkami, wyrobami z bursztynu i tatuażami z henny, takie miejsca mają w sobie sporo krótkotrwałego uroku. Poddając się urlopowemu szaleństwu, odurzony jodem, z morskim piaskiem między palcami stóp i we wszystkich kieszeniach spodni oraz koszul, daję się obrabować na wadze dorsza w obfitej panierce, uśmiecham się stratowany przez barbarzyńców na rowerach po 2 zł za godzinę, pozwalam się wyprzedzać w kolejce po ziemniaczane czipsy na patyku, smakujące jak przeterminowany papier.