Przy jakiejś okazji wyraziłem muzykom zespołu Muzyka Końca Lata nadzieję, że utwór „Żabi Holocaust” zagrają na moim pogrzebie. Teraz wydali płytę, która przez 3 godziny grała w moim samochodzie podczas fotograficznego objazdu okolic miasta i nie jestem pewien, czy znaleźliby czas na mój ewentualny pogrzeb. Nie jest to płyta najpiękniejsza, nie jest to również płyta najlepsza, ale jest to na pewno jedna z najszczerszych muzyk, jakie słyszałem w życiu. Są to piosenki bez nadęcia i silenia się na artyzm, piosenki o najprostszych i najważniejszych sprawach. Bigbit w najdoskonalszej postaci.

W pociągu relacji Warszawa-Białystok przeczytałem wczoraj prawie cały Tygodnik Powszechny. Interesujący, a przede wszystkim efektowny, był tekst Marka Bieńczyka (na pierwszej stronie) o cyklicznym charakterze polskiej sceny politycznej i wynikającym z tej cykliczności komizmie. Jednak najciekawszą okazała się lektura tekstów na temat wydarzeń 56-go roku w Polsce i na Węgrzech. Szereg relacji, pisanych przez osoby odgrywające w tych wydarzeniach różne role, pokazują między innymi, jak istotna w takich chwilach jest umiejętność „czytania” ruchów konkurenta i szybkie reagowanie na te ruchy własnymi decyzjami. W Polsce ten egzamin został zdany na piątkę i dzięki temu uniknęliśmy rozlewu krwi. Węgrzy zachowali się bardziej „po polsku” niż Polacy i przez to prawie 2000 ludzi zginęło, a społeczeństwu zaciśnięto jeszcze mocniej pasa. Drugą istotną sprawą, na którą zwróciłem uwagę, to zachowanie się ludzi w momentach krytycznych, w których albo trzeba podjąć decyzje o niewyobrażalnych skutkach (przywitanie Chruszczowa w wykonaniu Gomułki było prawdziwie va banque), albo też uczestniczy się – nawet jako aktor – w takich wydarzeniach. Ciekawe są te momenty, w których namiętności i wyrachowanie suną po jednej prostej nie zwalczając się nawzajem, a dopełniając.

Stasiuk znowu napisał świetną książkę. Fado to kilkanaście zwięzłych, a jednocześnie tętniących treścią tekstów o tym, o czym Stasiuk pisze od zawsze: o podróżach, pamięci, Europie. Widać, że Nike nie zepsuła Stasiuka, bo pod względem dojrzałości i wręcz filozoficznej głębi Fado jest lepsze od Jadąc do Babadag. Książka jest zaskakująco równa, chociaż z mojej osobistej perspektwy Stasiuk wypada najlepiej na obszarach rzadziej do tej pory przez siebie spenetrowanych: kiedy pisze o Polsce i Polakach. A drugie wrażenie, które miałem podczas lektury, to mistrzowskie opanowanie sztuki opisywania chwilowych wrażeń, złożonych z bodźców zmysłowych. Tutaj Stasiuk zbliża się do Wielkiego Schultza.