W błocie

Zły wieczór. Skórzany but od Hilfigera rozbryzguje szarą breję śniegu i błota. Nogawki dżinsów niedbale upchniętych za cholewki butów przesiąkają zimną, brudną wodą, a autobus jak zwykle się spóźnia. Powinienem był pojechać autem, myśli, ale jeżdżenie bez prawa jazdy, które stracił po zakończonej klęską nocnej potyczce z jakimiś śniadymi bandytami, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Już dawno nie wyglądał tak punkowo, przez tę fryzurę, przez tę czarną skórzaną kurtkę, czarne spodnie, wysokie buty, podkrążone oczy, przez ten stan ciągłego braku równowagi. Jeszcze nigdy nie był tak skupiony na swoim własnym życiu.

Nie, nie ma ochoty spotykać się z kobietami, nie ma ochoty spotykać się z kimkolwiek, i nie wynika to z nienawiści, ale ze zwykłego zwierzęcego strachu. Nie interesuje go ten masochizm, którym ludzie obdarzają się na każdym kroku, próbując realizować swoje bardziej lub mniej mądre plany i ambicje. Teraz potrzebuje spokoju, aby prześlizgnąć się przez tę jesień i zimę w jak najmniejszym kontakcie z rzeczywistością.

Książki naukowe, żadych powieści o miłości, jeśli piosenki, to tylko te w miarę wesołe, jeśli filmy to tylko te, w których występują brzydkie kobiety.

Kiedy przyjechał autobus, który miał go zawieźć na drugi koniec miasta, plastikowa wiata przystanku poruszyła się pod naporem zimnego wiatru. Było około zera. Na przystanku nie było nikogo poza nim, gdzieś przez chwilę dwupasmową ulicą śmignął mercedes z napisem „Taxi’ na dachu, a w autobusie siedziały może dwie lub trzy osoby z postawionymi kołnierzami płaszczy, ze smutnymi oczami wpatrzonymi w noc za szybą.

Zobaczył ją, kiedy autobus mijał jakiś bank lub aptekę. Coś z bardzo intensywnym niebieskim neonem, który przez ułamek sekundy oświetlił jej twarz. A może to nie była ona? To trwało chwilę. Wydawało mu się, że jest smutna, ale pewna siebie. Rozpoznał ją po sposobie, w jaki zawsze stawiała kroki. W jej sposobie chodzenia było coś dostojnego, zawsze uwielbiał patrzeć, jak idzie w jego kierunku i jak się do niego uśmiecha.

Poczuł się przez moment jak dziecko, które widzi po raz pierwszy śnieg i próbuje go łapać, klepiąc bezskutecznie dłońmi o szybę. Pomyślał, że teraz wysiądzie, pójdzie do domu, spróbuje zasnąć i następnego dnia będzie cierpliwie czekał, czytał, pisał i już na pewno nie wyjdzie lekkomyślnie na głupie spacery po mieście.

Reklamy

Piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów

Marzyciel z „Auto da feEliasa Canettiego w uroczym domu w Supraślu, na samym skraju Puszczy. Z dnia na dzień jest coraz chłodniej, coraz bardziej szaro i smutno. Można by rzec, że  to wszystko domaga się, jak powiedziała mi niedawno znajoma, porządnej flaszki. Najlepiej Żołądkowej Gorzkiej – napoju najbardziej polskiego z polskich, choć z litewskim rodowodem. I najbardziej jesiennego z jesiennych. Kiedy wychodziłem z domu Gospodarza dzisiejszego spotkania i szedłem w kierunku samochodu, najbardziej w głowie zapadł mi zapach takiego miejsko-wiejskiego ganka, a potem mroźne powietrze pomieszane z zapachem dymu z kominów. Mróz dopadł szyby auta, zacieraliśmy z zimna ręce, kiedy grzał się silnik. Nalepiej mieli ci, którzy spróbowali łąckiej śliwowicy Krzysztofa. Kiedy przejeżdżaliśmy obok pięknie oświetlonego supraskiego kościoła, było już znośnie. W Białymstoku, na rogu Św. Wojciecha i Warszawskiej, drobna dziewczyna prowadziła pod rękę dwóch całkowicie nieprzytomnych, wielkich chłopców, a już w centrum, w okolicach Malmeda i Lipowej, piątkowy festiwal kozaczków, kanapek i kebabów, pożeranych na ulicy, przy niedbale zaparkowanych samochodach, z sosem lejącym się po brodach coraz lepiej ubranych studentek i studentów.

Współczesny kwintet zgiełku

Ludzie wydają się ciekawi do momentu, kiedy nie zaczniesz z nimi rozmawiać. Magia dużego, anonimowego zgromadzenia zazwyczaj upada, kiedy ci ludzie przestają być anonimowi. Kiedy okazuje się, że ci mili ludzie słuchający z tobą muzyki, pijący piwo i uśmiechający się do siebie, okazują się nie przypominającymi nikogo znajomego starymi znajomymi, kolegami z pracy, studentami i kogo tam jeszcze można sobie pomyśleć. Jeszcze gorzej, kiedy nieznajomi, sprawiający wrażenie miłych i inteligentnych już po pierwszych słowach po zapoznaniu sami skutecznie obalają to wrażenie.

Dlatego należy docenić wartość tego, co pewien niezły kapłan i dużo gorszy poeta nazwał „ludźmi ze ściany wieczoru”. Wczoraj, podczas koncertu Contemporary Noise Quintet orkiestra publiczności grała nie gorzej niż zespół. Publiczność była rozgadana, muzyka stanowiła tło dla dobrej atmosfery. Wszystko grało, kiedy muzykę, publiczność, papierosowy dym i wysoką temperaturę traktowało się jako całość. Przed sceną publiczność na krzesłach, sofy okupowane były przez półleżących, poprzyklejanych do siebie jak sardynki w oleju słuchaczy. Dużo dobrze ubranej młodzieży, sporo chłopaków w garniturach i dziewcząt w pilsowanych spódnicach. Na scenie pulsujący, transowy jazz z wiodącymi saksofonem i trąbką, brzmiący trochę bałkańsko, ale bardziej komedowo. Bardzo gęsta atmosfera, odrobinę taka, jak w imprezowych scenach „Niewinnych czarodziejów”. Zgromadzeni stanowili niezwykle barwną, udaną ścianę wieczoru. Nie sądzę, aby ten zdolny kapłan i mniej zdolny poeta wymyślił ludzi ze ściany wieczoru w podobnych okolicznościach, prawdopodobnie po prostu jazz pobudza te same ośrodki w mózgu co traktaty Świętego Jana od Krzyża.

Strach przed miastem bez ludzi

Supraśl przypomina pod tym względem inne podlaskie miasteczka, których świetność jest już przeszłością. Do późnego popołudnia toczy się w nich jeszcze jakiekolwiek życie. Kobiety robią zakupy, mężczyźni przesiadują na gankach domów, a młodzież gromadzi się nad rzeką lub zalewem, słuchając muzyki i pijąc piwo. Kiedy jednak słońce zaczyna niepokojąco zbliżać się do linii puszczańskich drzew na horyzoncie, miasteczko natychmiast pustoszeje. Nawet psy, o ile mają swoich panów, trzymają się granic swoich podwórek.

Dziwnie się spaceruje zmierzchem po takich miejscach, jak Supraśl. Nawet, kiedy jest ciepły wieczór, ciekawe towarzystwo, a komary nad zalewem mniej uciążliwe niż zazwyczaj. Poczucie obcości i odklejenia od doświadczanej rzeczywistości dominuje nad innymi wrażeniami. Jest się bardzo na zewnątrz, bardzo poza tym miasteczkiem. Nie sposób wejść w ten żyjący miejski organizm, bo to ciało jest nieżywe. Strach przed miastem bez ludzi jest jak lęk przed śmiercią.